Rozdział 1 Wiesz Nel mówił Staś Tarkowski do swojej przyjaciółki małej Angielki wczoraj przyszli zabtie (policjanci) i aresztwali żonę dozorcy Smaina i jej troje dzieci tę Fatmę która już kilka razy przychodziła do biura do twojego ojca i do mego A mała podobna do ślicznego obrazka Nel podniosła swe zielonawe oczy na Stasia i zapytała na wpół ze zdziwieniem a na wpół ze strachem Wzięli ją do więzienia Nie ale nie pozwolili jej wyjechać do Sudanu i przyjechał urzędnik który jej będzie pilnował by ani krokiem nie wyruszyła z Port Saidu Dlaczego Staś który kończył rok czternasty i który swą ośmioletnią towarzyszkę kochał bardzo ale uważał za zupełne dziecko rzekł z miną wielce zarozumiałą Jak dojdziesz do mego wieku to będziesz wiedziała wszystko co się dzieje nie tylko wzdłuż kanału od Port Saidu do Suezu ale i w całym Egipcie Czy ty nic nie słyszałaś o Mahdim Słyszałam że jest brzydki i niegrzeczny Chłopiec uśmiechnął się z politowaniem Czy jest brzydki nie wiem Sudańczycy utrzymują że jest piękny Ale powiedzieć że jest niegrzeczny o człowieku który wymordował już tylu ludzi może tylko dziewczynka ośmioletnia w sukience ot takiej do kolan Tatuś mi tak powiedział a tatuś wie najlepiej Powiedział ci tak dlatego że inaczej byś nie zrozumiała Do mnie by się tak nie wyraził Mahdi jest gorszy niż całe stado krokodyli Rozumiesz Dobre mi powiedzenie niegrzeczny tak się mówi do niemowląt Lecz ujrzawszy zachmurzoną twarz dziewczynki umilkł a potem rzekł Nel wiesz że nie chciałem ci zrobić przykrości przyjdzie czas że i ty będziesz miała czternasty rok Obiecuję ci to na pewno Aha odpowiedziała z zatroskanym wejrzeniem a jeżeli Mahdi wpadnie przedtem do Port Saidu i mnie zje Mahdi nie jest ludożercą więc ludzi nie zjada tylko ich morduje Do Port Saidu też nie wpadnie a gdyby nawet wpadł i chciał cię zabić pierwej miałby ze mną do czynienia Oświadczenie to oraz świst z jakim Staś wciągnął nosem powietrze nie zapowiadający nic dobrego dla Mahdiego uspokoiły znacznie Nel co do własnej osoby Wiem odrzekła Ty byś mnie nie dał Ale dlaczego nie puszczają Fatmy z Post Saidu Bo Fatma jest cioteczną siostrą Mahdiego Mąż jej Smain oświadczył rządowi egipskiemu w Kairze że pojedzie do Sudanu gdzie przebywa Mahdi i wyrobi wolność dla wszystkich Europejczyków którzy wpadli w jego ręce To Smain jest dobry Czekaj Twój i mój tatuś którzy znali doskonale Smaina nie mieli wcale do niego zaufania i ostrzegali Nubara paszę by mu nie ufał Ale rząd zgodził się wysłać Smaina i Smain bawi od pół roku u Mahdiego Jeńcy jednak nie tylko nie wrócili ale przyszła z Chartumu wiadomość że mahdyści obchodzą się z nimi coraz okrutniej a że Smain nabrawszy od rządu pieniędzy zdradził Przystał całkiem do Mahdiego i został mianowany emirem Ludzie powiadają że w tej okropnej bitwie w której poległ jenerał Hicks Smain dowodził artylerią Mahdiego i on to podobno nauczył mahdystów obchodzić się z armatami czego przedtem jako dzicy ludzie wcale nie umieli Ale Smainowi chodzi teraz o to by wydostać z Egiptu żonę i dzieci toteż gdy Fatma która widocznie z góry wiedziała co zrobi Smain chciała cichaczem wyjechać z Port Saidu rząd aresztował ją teraz razem z dziećmi A co rządowi przyjdzie z Fatmy i jej dzieci Rząd powie Mahdiemu Oddaj nam jeńców a my oddamy ci Fatmę... Na razie rozmowa urwała się albowiem uwagę Stasia zwróciły ptaki lecące od strony Echtum om Farag ku jezioru Menzaleh Leciały one dość nisko i w przezroczym powietrzu widać było wyraźnie kilka pelikanów z zagiętymi na grzbiety szyjami poruszających z wolna ogromnymi skrzydłami Staś począł zaraz naśladować ich lot więc zadarł głowę i biegł przez kilkanaście kroków groblą machając rozłożonymi rękoma Patrz lecą i czerwonaki zawołała nagle Nel Staś zatrzymał się w jednej chwili gdyż istotnie za pelikanami ale nieco wyżej widać było zawieszone na błękicie jakby dwa wielkie różowe i purpurowe kwiaty Czerwonaki Czerwonaki One wracają pod wieczór do swoich siedzib na wysepkach rzekł chłopiec Ach gdybym miał strzelbę Po cóż byś miał do nich strzelać Kobiety takich rzeczy nie rozumieją Ale pójdźmy dalej może zobaczymy ich więcej To powiedziawszy wziął dziewczynkę za rękę i poszli ku pierwszej za Port Saidem kanałowej przystani za nimi zaś nadążała Murzynka Dinah niegdyś piastunka małej Nel Szli wałem oddzielającym wody jeziora Menzaleh od kanału przez który przepływał w tej chwili prowadzony przez pilota duży parowiec angielski Zbliżał się wieczór Słońce stało jeszcze dość wysoko ale przetoczyło się już na stronę jeziora Słonawe jego wody poczynały lśnić złotem i drgać odblaskami pawich piór Po arabskim brzegu ciągnęła się jak okiem sięgnąć płowa piaszczysta pustynia głucha złowroga martwa Między szklanym jakby obumarłym niebem a bezmiarem pomarszczonych piasków nie było śladu żywej istoty Podczas gdy na kanale wrzało życie kręciły się łodzie rozlegały się świsty parowców a nad Menzaleh migotały w słońcu stada mew i dzikich kaczek tam na arabskim brzegu była jakby kraina śmierci Tylko w miarę jak słońce zniżając się stawało się coraz czerwieńsze piaski poczęły przybierać barwę liliową taką jaką jesienią mają wrzosy w polskich lasach Dzieci idąc ku przystani ujrzały jeszcze kilka czerwonaków do których śmiały się ich oczy po czym Dinah oświadczyła że Nel musi wracać do domu W Egipcie po dniach które nawet w czasie zimy często bywają upalne następują noce bardzo zimne a że zdrowie Nel wymagało wielkiej ostrożności ojciec jej pan Rawlison nie pozwalał by dziewczynka znajdowała się po zachodzie słońca nad wodą Zawrócili więc ku miastu na którego krańcu stała w pobliżu kanału willa pana Rawlisona i w chwili gdy słońce zanurzyło się w morzu znaleźli się pod dachem Niebawem przybył też zaproszony na obiad inżynier Tarkowski ojciec Stasia i całe towarzystwo wraz z Francuzką nauczycielką Nel panią Olivier zasiadło do stołu Pan Rawlison jeden z dyrektorów kompanii Kanału Sueskiego i Władysław Tarkowski starszy inżynier tejże kompanii żyli od wielu lat w najściślejszej przyjaźni Obaj byli wdowcami ale pani Tarkowska rodem Francuzka zmarła z chwilą przyjścia na świat Stasia to jest przed laty przeszło trzynastu matka zaś Nel zgasła na suchoty w Heluanie gdy dziewczynka miała lat trzy Obaj wdowcy mieszkali w sąsiednich domach w Port Saidzie i z powodu swych zajęć widywali się codziennie Wspólne nieszczęście zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie i umocniło zawartą poprzednio przyjaźń Pan Rawlison pokochał Stasia jak własnego syna a zaś pan Tarkowski byłby skoczył w ogień i wodę za małą Nel Po ukończeniu dziennych prac najmilszym dla nich odpoczynkiem była rozmowa o dzieciach ich wychowaniu i przyszłości Podczas podobnych rozmów najczęściej bywało tak że pan Rawlison wychwalał zdolności energię i dzielność Stasia a pan Tarkowski unosił się nad słodyczą i anielską twarzyczką Nel I jedno i drugie było prawdą Staś był trochę zarozumiały i trochę chełpliwy ale uczył się doskonale i nauczyciele szkoły angielskiej do której chodził w Port Saldzie przyznawali mu istotnie niezwykle zdolności Co do odwagi i zaradności odziedziczył ją po ojcu albowiem pan Tarkowski posiadał te przymioty w wysokim stopniu i w znacznej części im właśnie zawdzięczał obecne swe stanowisko W roku 1863 bił się bez wytchnienia w ciągu jedenastu miesięcy Następnie ranny wzięty do niewoli i skazany na Sybir uciekł z głębi Rosji i przedostał się za granicę Był już przed pójściem do powstania skończonym inżynierem jednakże rok jeszcze poświęcił na studia hydrauliczne a następnie otrzymał posadę przy kanale i w ciągu kilku lat gdy poznano jego znajomość rzeczy energię i pracowitość zając wysokie stanowisko starszego inżyniera Staś urodził się wychował i doszedł do czternastego roku życia w Port Saidzie nad kanałem wskutek czego inżynierowie koledzy ojca nazywali go dzieckiem pustyni Później będąc już w szkole towarzyszył czasem ojcu lub panu Rawlisonowi w czasie wakacji i świąt w wycieczkach jakie z obowiązku musieli czynić od Port Saidu aż do Suezu dla rewizji robót przy wale i przy pogłębianiu łożyska kanału Znał wszystkich zarówno inżynierów i urzędników komory jak i robotników Arabów i Murzynów Kręcił i wkręcał się wszędzie wyrastał gdzie go nie posiali robił długie wycieczki wałem jeździł łódką po Menzaleh i zapuszczał się nieraz dość daleko Przeprawiał się na brzeg arabski i dorwawszy się do czyjego bądź konia a z braku konia do wielbłąda a nawet i osła udawał farysa w pustyni słowem jak się wyrażał pan Tarkowski bobrował wszędzie i każdą wolną od nauki chwilę spędzał nad wodą Ojciec nie sprzeciwiał się temu wiedząc że wiosłowanie konna jazda i ciągłe życie na świeżym powietrzu wzmacnia zdrowie chłopca i rozwija w nim zaradność Jakoż Staś wyższy był i silniejszy niż bywają chłopcy w jego wieku a dość mu było spojrzeć w oczy by odgadnąć że w razie jakiego wypadku prędzej zgrzeszy zbytkiem zuchwałości niż bojaźnią W czternastym roku życia był jednym z najlepszych pływaków w Port Saidzie co niemało znaczyło albowiem Arabowie i Murzyni pływają jak ryby Strzelając z karabinków małego kalibru i tylko kulami do dzikich kaczek i do egipskich gęsi wyrobił sobie niechybną rękę i oko Marzeniem jego było polować kiedyś na wielkie zwierzęta w Afryce środkowej chciwie też słuchał opowiadań Sudańczyków zajętych przy kanale którzy spotykali się w swej ojczyźnie z wielkimi drapieżnikami i gruboskórnymi Miało to i tę korzyść że uczył się zarazem ich języków Kanał Sueski nie dość było przekopać trzeba go jeszcze i utrzymać gdyż inaczej piaski z pustyń leżących po obu jego brzegach zasypałyby go w ciągu roku Wielkie dzieło Lessepsa wymaga ciągłej pracy i czujności Toteż do dziś dnia nad pogłębieniem jego łożyska pracują pod dozorem biegłych inżynierów potężne maszyny i tysiące robotników Przy przekopaniu kanału pracowało ich dwadzieścia pięć tysięcy Dziś wobec dokonanego dzieła i ulepszonych nowych maszyn potrzeba ich znacznie mniej jednakże liczba ich jest dotychczas dosyć znaczna Przeważają wśród nich ludzie miejscowi nie brak jednak i Nubijczyków i Sudańczyków i Somalisów i rozmaitych Murzynów mieszkających nad Białym i Niebieskim Nilem to jest w okolicach które przed powstaniem Mahdiego zajął był rząd egipski Staś żył ze wszystkimi za pan brat a mając jak zwykle Polacy nadzwyczajną zdolność do języków poznał sam nie wiedząc jak i kiedy wiele z ich narzeczy Urodzony w Egipcie mówił po arabsku jak Arab Od Zanzibarytów których wielu służyło za palaczów przy maszynach wyuczył się rozpowszechnionego wielce w całej Afryce środkowej języka ki swahili umiał nawet rozmówić się z Murzynami z pokoleń Dinka i Szylluk zamieszkujących poniżej Faszody nad Nilem Mówił prócz tego biegle po angielsku po francusku i po polsku albowiem ojciec jego gorący patriota dbał o to wielce by chłopiec znał mowę ojczystą Staś oczywiście uważał mowę tę za najpiękniejszą w świecie i uczył jej nie bez powodzenia małą Nel Nie mógł tylko dokazać tego aby jego imię wymawiała Staś nie Stes Nieraz też przychodziło między nimi z tego powodu do nieporozumień które trwały jednak dopóty tylko dopóki w oczach dziewczyny nie zaczynały świecić łezki Wówczas Stes przepraszał ją i bywał zły na samego siebie Miał jednak brzydki zwyczaj mówić z lekceważeniem o jej ośmiu latach i przeciwstawiać im swój poważny wiek i doświadczenie Utrzymywał że chłopiec który kończy lat czternaście jeśli nie jest jeszcze zupełnie dorosłym to przynajmniej nie jest już dzieckiem a natomiast zdolny już jest do wszelkiego rodzaju czynów bohaterskich zwłaszcza jeśli ma w sobie krew polską i francuską Pragnął też najgoręcej żeby kiedykolwiek zdarzyła się sposobność do takich czynów szczególniej w obronie Nel Oboje wynajdywali rozmaite niebezpieczeństwa i Staś musiał odpowiadać na jej pytania co by zrobił gdyby na przykład wlazł do jej domu przez okno krokodyl mający dziesięć metrów albo skorpion tak duży jak pies Obojgu ani na chwilę nie przychodziło do głowy że wkrótce groźna rzeczywistość przewyższy wszelkie ich fantastyczne przypuszczenia Rozdział 2 Tymczasem w domu czekała ich podczas obiadu dobra nowina Panowie Tarkowski i Rawlison byli zaproszeni przed kilku tygodniami jako biegli inżynierowie do obejrzenia i oceny robót prowadzonych przy całej sieci kanałów w prowincji El Fajum w okolicach miasta Medinet blisko jeziora Karoun oraz wzdłuż rzeki Jussef i Nilu Mieli tam zabawić koło miesiąca i uzyskali na to urlopy od własnej kompanii Ponieważ zbliżały się święta Bożego Narodzenia więc obaj nie chcąc rozstawać się z dziećmi postanowili że Staś i Nel pojadą także do Medinet Po usłyszeniu tej nowiny dzieci omal nie wyskoczyły ze skóry z radości Dotychczas znały miasta leżące wzdłuż kanału a mianowicie Izmailę i Suez poza kanałem zaś Aleksandrię i Kair pod którym oglądały wielkie piramidy i Sfinksa Ale były to krótkie wycieczki gdy wyprawa do Medinet el Fajum wymagała całego dnia jazdy koleją wzdłuż Nilu na południe a potem od El Wasta na zachód ku Pustyni Libijskiej Staś znał Medinet z opowiadań młodszych inżynierów i podróżników którzy jeździli tam na polowanie na wszelkiego rodzaju ptactwo wodne oraz na wilki z pustyni i hieny Wiedział że jest to osobna wielka oaza leżąca po lewym brzegu Nilu ale niezależna od jego wylewów i mająca swój własny system wodny utworzony przez jezioro Karoun przez Bahr Jussef i przez całą więź drobnych kanałów Ci którzy oazę tę widzieli mówili że jakkolwiek kraina ta należy do Egiptu jednakże oddzielona od niego pustynią tworzy odrębną całość Tylko rzeka Jussef wiąże rzekłbyś niebieskim cienkim sznurkiem tę okolicę z doliną Nilu Wielka obfitość wód żyzność gleby i wspaniała roślinność tworzą z niej jakby raj ziemski a rozległe ruiny miasta Krokodilopolis ściągają tam setki ciekawych podróżników Stasiowi jednak uśmiechały się głównie brzegi jeziora Karoun z rojami ptactwa i wyprawy na wilki do pustynnych wzgórz Guebel el Sedment Ale wakacje jego zaczynały się dopiero za kilka dni ponieważ zaś rewizja robót przy kanałach była sprawą pilną i starsi panowie nie mogli tracić czasu ułożyli się przeto że wyjadą niezwłocznie a dzieci wraz z panią Olivier w tydzień później I Nel i Staś mieli ochotę jechać zaraz ale Staś nie śmiał o to prosić Poczęli natomiast wypytywać o rozmaite sprawy tyczące podróży i z nowymi wybuchami radości przyjęli wiadomość że nie będą mieszkali w niewygodnych utrzymywanych przez Greków hotelach ale w namiotach dostarczonych przez Towarzystwo Podróżnicze Cooka Tak zwykle urządzają się podróżni którzy z Kairu wyjeżdżają na dłuższy nawet pobyt do Medinet Cook dostarcza namiotów służby kucharzy zapasów żywności koni osłów wielbłądów i przewodników tak że podróżnik nie potrzebuje o niczym myśleć Jest to wprawdzie dość kosztowny sposób podróżowania ale panowie Tarkowski i Rawlison nie mieli potrzeby się z tym liczyć wszelkie bowiem wydatki ponosił rząd egipski który ich zaprosił jako biegłych do oceny i rewizji prac przy kanałach Nel która nad wszystko w świecie lubiła jeździć na wielbłądzie otrzymała obietnicę od ojca że dostanie osobnego garbatego wierzchowca na którym wraz z panią Olivier albo z Dinah a czasem i ze Stasiem będzie brała udział we wspólnych wycieczkach w bliższe okolice pustyni i do Karoun Stasiowi przyrzekł pan Tarkowski że pozwoli mu kiedy nocą pójść na wilki i że jeżeli przyniesie dobre świadectwo szkolne to dostanie prawdziwy angielski sztucer i wszelkie potrzebne dla myśliwego przybory Ponieważ Staś pewny był cenzury więc od razu zaczął uważać się za posiadacza sztucera i obiecywał sobie dokonać z nim rozmaitych zdumiewających i wiekopomnych czynów Na takich projektach i rozmowach zeszedł uszczęśliwionym dzieciom obiad Stosunkowo najmniej zapału okazywała do zamierzonej podróży pani Olivier której nie chciało się ruszać z wygodnej willi w Port Saidzie i którą przestraszała myśl zamieszkania przez kilka tygodni w namiocie a zwłaszcza zamiar wycieczek na wielbłądach Zdarzyło się jej już kilkakrotnie próbować podobnej jazdy jak to zwykle robią przez ciekawość Europejczycy zamieszkali w Egipcie i zawsze te próby wypadały niepomyślnie Raz wielbłąd podniósł się za wcześnie gdy jeszcze nie zasiadła się dobrze na siodle i skutkiem tego stoczyła się przez jego grzbiet na ziemię Innym razem nie należący do lekkonośnych dromader utrząsł ją tak że przez dwa dni nie mogła przyjść do siebie słowem o ile Nel po dwu lub trzech przejażdżkach na które pozwolił pan Rawlison zapewniała że nie ma nic rozkoszniejszego na świecie o tyle pani Olivier zostały przykre wspomnienia Mówiła że to jest dobre dla Arabów albo dla takiej kruszynki jak Nel która nie więcej się utrzęsie niż mucha która by siadła na garbie wielbłąda ale nie dla osób poważnych i niezbyt lekkich a zarazem mających pewną skłonność do nieznośnej choroby morskiej Lecz co do Medinet el Fajum miała i inne obawy Oto w Port Saidzie zarówno jak w Aleksandrii Kairze i całym Egipcie nie mówiono o niczym więcej tylko o powstaniu Mahdiego i o okrucieństwach derwiszów Pani Olivier nie wiedząc dokładnie gdzie leży Medinet zaniepokoiła się czy to nie będzie zbyt blisko od mahdystów i wreszcie poczęta wypytywać o to pana Rawlisona Lecz on uśmiechnął się tylko i rzekł Mahdi oblega w tej chwili Chartum w którym broni się jenerał Gordon Czy pani wie jak daleko z Medinet do Chartumu Nie mam o tym żadnego pojęcia Tak mniej więcej jak stąd do Sycylii objaśnił pan Tarkowski Mniej więcej potwierdził Staś Chartum leży tam gdzie Nil Biały i Niebieski schodzą się i tworzą jedną rzekę Dzieli nas od niego ogromna przestrzeń Egiptu i cała Nubia Następnie chciał dodać że choćby Medinet leżało bliżej od krajów zajętych przez powstanie to przecie on tam będzie ze swoim sztucerem ale przypomniawszy sobie że za podobne przechwałki dostał już nieraz burę od ojca umilkł Starsi panowie poczęli jednak rozmawiać o Mahdim i o powstaniu była to bowiem najważniejsza dotycząca Egiptu sprawa Wiadomości spod Chartumu były złe Dzikie hordy oblegały już miasto od półtora miesiąca rządy egipski i angielski działały powolnie Odsiecz zaledwie wyruszyła i obawiano się powszechnie że mimo sławy męstwa i zdolności Gordona ważne to miasto wpadnie w ręce barbarzyńców Tego zdania był i pan Tarkowski który podejrzewał że Anglia życzy sobie w duszy by Mahdi odebrał Sudan Egiptowi po to by później odebrać go Mahdiemu i uczynić z tej ogromnej krainy posiadłość angielską Nie podzielił się jednak pan Tarkowski tymi podejrzeniami z panem Rawlisonem nie chcąc urażać jego uczuć patriotycznych Pod koniec obiadu Staś jął wypytywać dlaczego rząd egipski zabrał wszystkie kraje leżące na południe od Nubii a mianowicie Kordofan Darfur i Sudan aż do Albert Nianza i pozbawił tamtejszych mieszkańców wolności Pan Rawlison postanowił mu to wytłumaczyć z tej przyczyny że wszystko co czynił rząd egipski to czynił z polecenia Anglii która rozciągnęła nad Egiptem protektorat i w rzeczywistości rządziła nim jak sama chciała Rząd egipski nie zabrał tam nikomu wolności rzekł ale ją setkom tysięcy a może i milionom ludzi przywrócił W Kordofanie w Darfurze i w Sudanie nie było w ostatnich czasach żadnych państw niezależnych Zaledwie tu i ówdzie jakiś mały władca rościł sobie prawo do niektórych ziem i zagarniał je wbrew woli ich mieszkańców przemocą Przeważnie jednak były one zamieszkałe przez niezawisłe pokolenia Arabo Murzynów to jest przez ludzi mających w sobie krew obu tych ras Pokolenia te żyły w ustawicznej wojnie Napadały na siebie wzajem i zabierały sobie konie wielbłądy bydło rogate i przede wszystkim niewolników Popełniano przy tym wiele okrucieństw Ale najgorsi byli kupcy polujący na kość słoniową i niewolników Utworzyli oni jakby osobną klasę ludzi do której należeli wszyscy niemal naczelnicy pokoleń i zamożniejsi kupcy Ci czynili zbrojne wyprawy daleko w głąb Afryki grabiąc wszędy kły słoniowe i chwytając tysiące ludzi mężczyzn kobiet i dzieci Niszczyli przy tym wsie i osady pustoszyli pola przelewali rzeki krwi i zabijali bez litości wszystkich opornych Południowe strony Sudanu Darfuru i Kordofanu oraz kraje nad górnym Nilem aż po jeziora wyludniły się w niektórych okolicach prawie zupełnie Lecz bandy arabskie zapuszczały się coraz dalej tak że cała środkowa Afryka stała się ziemią łez i krwi Otóż Anglia która jak ci wiadomo ściga po całym świecie handlarzy niewolników zgodziła się na to by rząd egipski zajął Kordofan Darfur i Sudan był to bowiem jedyny sposób zmuszenia tych grabieżców do porzucenia tego obrzydliwego handlu i jedyny sposób utrzymania ich w ryzie Nieszczęśliwi Murzyni odetchnęli napady i grabieże ustały a ludzie poczęli żyć pod jakim takim prawem Ale oczywiście taki stan rzeczy nie podobał się handlarzom więc gdy znalazł się między nimi Mohammed Achmed zwany dziś Mahdim który począł głosić wojnę świętą pod pozorem że w Egipcie upada prawdziwa wiara Mahometa wszyscy rzucili się jak jeden człowiek do broni. I oto rozpaliła się ta okropna wojna która przynajmniej dotychczas bardzo źle idzie Egipcjanom Mahdi pobił we wszystkich bitwach wojska rządowe zajął Kordofan Darfur Sudan hordy jego oblegają obecnie Chartom i zapuszczają się na północ aż do granic Nubii A czy mogą dojść aż do Egiptu zapytał Staś Nie odpowiedział pan Rawlison Mahdi zapowiada wprawdzie że zawojuje cały świat ale jest to dziki człowiek który o niczym nie ma pojęcia Egiptu nie zajmie nigdy gdyż nie pozwoliłaby na to Anglia Jeśli jednak wojska egipskie zostaną zupełnie zniesione Wówczas wystąpią wojska angielskie których nie zwyciężył nigdy nikt A dlaczego Anglia pozwoliła Mahdiemu zająć tyle krajów Skąd wiesz że pozwoliła odpowiedział pan Rawlison Anglia nie śpieszy się nigdy albowiem jest wieczna Dalszą rozmowę przerwał służący Murzyn który oznajmił że przyszła Fatma Smainowa i błaga o posłuchanie Kobiety na Wschodzie zajmują się sprawami prawie wyłącznie domowymi i rzadko nawet wychodzą z haremów Tylko uboższe udają się na targi lub pracują w polach jak to czynią żony fellachów to jest wieśniaków egipskich Ale i te przesłaniają wówczas twarze Jakkolwiek w Sudanie z którego pochodziła Fatma zwyczaj ten nie bywa przestrzegany i jakkolwiek przychodziła ona już poprzednio do biura pana Rawlisona jednakże przyjście jej zwłaszcza o tak późnej porze i do prywatnego domu wywołało pewne zdziwienie Dowiemy się czegoś nowego o Smainie rzekł pan Tarkowski Tak odpowiedział pan Rawlison dając zarazem znać służącemu aby wprowadził Fatmę Jakoż po chwili weszła wysoka młoda Sudanka z twarzą zupełnie nie osłoniętą o bardzo ciemnej cerze i przepięknych lubo dzikich i trochę złowrogich oczach Wszedłszy padła zaraz na twarz a gdy pan Rawlison kazał jej wstać podniosła się ale pozostała na klęczkach Sidi rzekła niech Allach błogosławi ciebie twoje potomstwo twój dom i twoje trzody Czego żądasz zapytał inżynier Miłosierdzia ratunku i pomocy w nieszczęściu o panie Oto jestem uwięziona w Port Saidzie i zatrata wisi nade mną i nad mymi dziećmi Mówisz żeś uwięziona a przecież mogłaś tu przyjść a do tego w nocy Odprowadzili mnie tu zabtiowie którzy we dnie i w nocy pilnują mego domu i wiem że mają rozkaz poucinać nam wkrótce głowy Mów jak niewiasta roztropna odpowiedział wzruszając ramionami pan Rawlison Jesteś nie w Sudanie ale w Egipcie gdzie nie zabijają nikogo bez sądu więc możesz być pewna że włos nie spadnie z głowy ani tobie ani twoim dzieciom Lecz ona poczęła go błagać by wstawił się za nią jeszcze raz do rządu wyjednał jej pozwolenie na wyjazd do Smaina Anglicy tak wielcy jak ty panie (mówiła) wszystko mogą Rząd w Kairze myśli że Smain zdradził a to jest nieprawda Byli u mnie wczoraj kupcy arabscy którzy przyjechali z Souakimu a przedtem kupowali gumę i kość słoniową w Sudanie i donieśli mi że Smain leży chory w El Faszer i wzywa mnie wraz z dziećmi do siebie by je pobłogosławić... Wszystko to jest twój wymysł Fatmo przerwał pan Rawlison Lecz ona zaczęła zaklinać się na Allacha że mówi prawdę a następnie mówiła iż jeśli Smain wyzdrowieje to wykupi niezawodnie wszystkich jeńców chrześcijańskich jeśli zaś umrze to ona jako krewna wodza derwiszów łatwo znajdzie do niego przystęp i uzyska co zechce Niech jej tylko pozwolą jechać albowiem serce w jej piersiach skowyczy z tęsknoty za mężem Co ona nieszczęsna niewiasta zawiniła rządowi i chedywowi Czy to jej wina i czy może za to odpowiadać że ma nieszczęście być krewną derwisza Mohammeda Achmeda Fatma nie śmiała wobec Anglików nazwać swego krewnego Mahdim ponieważ znaczy to odkupiciel świata wiedziała zaś że rząd egipski uważa go za buntownika i oszusta Ale bijąc wciąż czołem i wzywając niebo na świadectwo swej niewinności i niedoli poczęła płakać i zarazem wyć żałośnie jak czynią na Wschodzie niewiasty po stracie mężów lub synów Następnie rzuciła się znowu twarzą na ziemię a raczej na dywan którym przykryta była posadzka i czekała w milczeniu Nel której chciało się trochę spać pod koniec obiadu rozbudziła się zupełnie a mając poczciwe serduszko chwyciła rękę ojca i całując ją raz po razu poczęła prosić za Fatmą Niech jej tatuś pomoże niech jej pomoże Fatma zaś rozumiejąc widocznie po angielsku ozwała się wśród łkań nie odrywając twarzy od dywanu Niech cię Allach błogosławi kwiatku rajski rozkoszy Omaja gwiazdko bez zmazy Jakkolwiek Staś był w duszy bardzo zawzięty na mahdystów jednakże wzruszył się także prośbą i bólem Fatmy Przy tym Nel wstawiała się za nią a on ostatecznie zawsze chciał tego czego chciała Nel więc po chwili ozwał się niby do siebie ale tak by słyszeli go wszyscy Ja gdybym był rządem pozwoliłbym Fatmie odjechać Ale ponieważ nie jesteś rządem odpowiedział mu pan Tarkowski lepiej zrobisz nie wdając się w to co do ciebie nie należy Pan Rawlison miał również litościwą duszę i odczuwał położenie Fatmy ale uderzyły go w jej słowach rozmaite rzeczy które wydały mu się prostym kłamstwem Mając prawie codzienne stosunki z komorą w Izmaili wiedział dobrze że żadne nowe ładunki gumy ani kości słoniowej nie przechodziły w ostatnich czasach przez kanał Handel tymi towarami ustał prawie zupełnie Kupcy arabscy nie mogli też wracać z leżącego w Sudanie miasta El Faszer gdyż mahdyści w ogóle z początku nie dopuszczali do siebie kupców a tych których mogli złapać rabowali i zatrzymywali w niewoli Było to też rzeczą niemal pewną że opowiadanie o chorobie Smaina jest kłamstwem Lecz ponieważ oczki Nel patrzyły wciąż błagalnie na tatusia więc ten nie chcąc zasmucić dziewczynki rzekł po chwili do Fatmy Fatmo pisałem już do rządu na twoją prośbę ale bez skutku A teraz słuchaj Jutro z tym oto mehendysem (inżynierem) którego tu widzisz wyjeżdżamy do Medinet el Fajum po drodze zatrzymamy się przez jeden dzień w Kairze albowiem chedyw chce rozmówić się z nami o kanałach prowadzonych od Bahr Jussef i dać nam co do nich polecenia W czasie rozmowy postaram się przedstawić mu twoją sprawę i uzyskać dla ciebie jego łaskę Ale nic więcej uczynić nie mogę i nie przyrzekam Fatma podniosła się i wyciągnąwszy obie ręce na znak dziękczynienia zawołała A więc jestem ocalona Nie Fatmo odpowiedział pan Rawlison nie mów o ocaleniu albowiem powiedziałem ci już że śmierć nie grozi ani tobie ani twoim dzieciom Czy jednak chedyw pozwoli na twój odjazd nie ręczę albowiem Smain nie jest chory ale jest zdrajcą który zabrawszy rządowe pieniądze nie myśli wcale o wykupieniu jeńców od Mohammeda Achmeda Smain jest niewinny panie i leży w El Faszer powtórzyła Fatma a gdyby on sprzeniewierzył się nawet rządowi to ja przysięgam przed tobą moim dobroczyńcą że jeśli pozwolą mi wyjechać póty będę błagać Mohammeda Achmeda póki nie wyproszę waszych jeńców A więc dobrze Obiecuję ci raz jeszcze że wstawię się za tobą do chedywa Fatma poczęła bić pokłony Dzięki ci sidi Jesteś nie tylko potężny ale i sprawiedliwy A teraz błagam cię jeszcze abyś pozwolił służyć nam sobie jak niewolnikom W Egipcie nikt nie może być niewolnikiem odpowiedział z uśmiechem pan Rawlison Służby mam dosyć a z twoich usług nie mogę korzystać jeszcze i dlatego że jak ci powiedziałem wyjeżdżamy wszyscy do Medinet i może być że pozostaniemy tam aż do ramazanu Wiem panie albowiem powiedział mi to dozorca Chadigi ja zaś dowiedziawszy się o tym przyszłam nie tylko błagać cię o pomoc ale by ci powiedzieć także że dwaj ludzie z mego pokolenia Dangalów Idrys i Gebhr są wielbłądnikami w Medinet i że uderzą przed tobą czołem gdy tylko przybędziesz ofiarując na twe rozkazy siebie i swe wielbłądy Dobrze dobrze odpowiedział dyrektor ale to sprawa kompanii Cooka nie moja Fatma ucałowawszy ręce obu inżynierów i dzieci wyszła błogosławiąc szczególniej Nel Dwaj panowie milczeli przez chwilę po czym pan Rawlison rzekł Biedna kobieta.. ale kłamie tak jak tylko na Wschodzie kłamać umieją i nawet w jej oświadczeniach wdzięczności brzmi jakaś fałszywa nuta Niezawodnie odpowiedział pan Tarkowski ale co prawda to czy Smain zdradził czy nie zdradził rząd nie ma prawa zatrzymywać jej w Egipcie gdyż ona nie może odpowiadać za męża Rząd nie pozwala teraz nikomu z Sudańczyków wyjeżdżać bez osobnego pozwolenia do Souakimu i do Nubii więc zakaz nie dotyka tylko Fatmy W Egipcie znajduje się ich wielu przychodzą tu bowiem dla zarobku a między nimi jest pewna liczba należących do pokolenia Dangalów to jest tego z którego pochodzi Mahdi Oto na przykład należą do niego prócz Fatmy Chadigi i ci dwaj wielbłądnicy z Medinet Mahdyści nazywają Egipcjan Turkami i prowadzą z nimi wojnę ale i między tutejszymi Arabami znalazłoby się sporo zwolenników Mahdiego którzy by chętnie do niego uciekli Zaliczyć trzeba do nich wszystkich fanatyków wszystkich dawnych stronników Arabiego paszy i wielu spośród klas najuboższych Biorą oni za złe rządowi że poddał się całkiem wpływom angielskim i twierdzą że religia na tym cierpi Bóg wie ilu uciekło już przez pustynię omijając zwykłą drogę morską na Souakim więc rząd dowiedziawszy się że Fatma chce także zmykać przykazał ją pilnować Za nią tylko i za jej dzieci jako za krewnych samego Mahdiego może będzie można odzyskać jeńców Czy istotnie niższe klasy w Egipcie sprzyjają Mahdiemu Mahdi ma zwolenników nawet w wojsku które może dlatego bije się tak źle Ale jakim sposobem Sudańczycy mogą uciekać przez pustynię Przecie to tysiące mil A jednak tą drogą sprowadzono niewolników do Egiptu Sądzę że dzieci Fatmy nie wytrzymałyby takiej podróży Chce też ją sobie skrócić i jechać morzem do Souakimu W każdym razie biedna kobieta.. Na tym skończyła się rozmowa A w dwanaście godzin później biedna kobieta zamknąwszy się starannie w domu z synem dozorcy Chadigiego szeptała mu ze zmarszczonymi brwiami i ponurym spojrzeniem swych pięknych oczu Chamisie synu Chadigiego oto są pieniądze Pojedziesz dziś jeszcze do Medinet i oddasz Idrysowi to pismo które na moją prośbę napisał do niego świątobliwy derwisz Bellali.. Dzieci tych mehendysów są dobre ale jeśli nie uzyskam pozwolenia na wyjazd to nie ma innego sposobu Wiem że mnie nie zdradzisz.. Pamiętaj że ty i twój ojciec pochodzicie także z pokolenia Dangalów w którym urodził się wielki Mahdi Rozdział 3 Obaj inżynierowie wyjechali nazajutrz a noc do Kairu gdzie mieli odwiedzić rezydenta angielskiego i być na posłuchaniu u wicekróla Staś obliczał że może im to zająć dwa dni i pokazało się że obliczenia jego były trafne gdyż trzeciego dnia wieczorem otrzymał od ojca już z Medinet następującą depeszę Namioty przygotowane Macie wyruszyć z chwilą rozpoczęcia twoich wakacji Fatmie daj znać przez Chadigiego że nie mogliśmy dla niej nic zrobić.. Podobną depeszę otrzymała również pani Olivier która też zaraz rozpoczęła przy pomocy Murzynki Dinah przygotowania podróżne Sam ich widok rozradował serca dzieci Lecz nagle zaszedł wypadek który poplątał wszelkie przewidywania i mógł nawet całkiem powstrzymać wyjazd Oto w dniu w którym zaczęły się zimowe wakacje Stasia a w wigilię wyjazdu panią Olivier ukąsił podczas jej drzemki popołudniowej w ogrodzie skorpion Jadowite te stworzenia nie bywają zwykle w Egipcie zbyt niebezpieczne tym razem jednak ukłucie mogło się stać wyjątkowo zgubnym Skorpion pełznął po górnym oparciu płóciennego krzesła i ukłuł panią Olivier w szyję w chwili gdy przycisnęła go głową że zaś poprzednio cierpiała ona na różę w twarzy więc zachodziła obawa że choroba się powtórzy Wezwano natychmiast lekarza który przybył jednak dopiero po dwu godzinach gdyż był zajęty gdzie indziej Szyja a nawet i twarz były już opuchnięte po czym zjawiła się gorączka ze zwykłymi objawami zatrucia Lekarz oświadczył że nie może być mowy w tych warunkach o wyjeździe i kazał chorej położyć się do łóżka wobec tego dzieciom groziło spędzenie świąt Bożego Narodzenia w domu Trzeba oddać sprawiedliwość Nel że w pierwszych zwłaszcza chwilach więcej myślała o cierpieniach swej nauczycielki niż o utraconych przyjemnościach w Medinet Popłakiwała tylko po kątach na myśl że nie zobaczy ojca aż po kilku tygodniach Staś nie przyjął wypadku z taką samą rezygnacją i wyprawił naprzód depeszę a potem list z zapytaniem co mają robić Odpowiedź przyszła po dwu dniach Pan Rawliso porozumiał się naprzód z doktorem i dowiedziawszy się od niego że doraźne niebezpieczeństwo jest usunięte i że tylko z obawy odnowienia się róży nie pozwala na wyjazd pani Olivier z Port Saldu zapewnił przede wszystkim dozór i opiekę dla niej a następnie dopiero przesłał dzieciom pozwolenie na podróż wraz z Dinah Ale ponieważ Dinah mimo całego przywiązania do Nel nie umiałaby sobie dać rady na kolejach i w hotelach przeto przewodnikiem i skarbnikiem w czasie drogi miał być Staś Łatwo zrozumieć jak był dumny z tej roli i z jak rycerskim animuszem zaręczał małej Nel że jej włos z głowy nie spadnie jakby rzeczywiście droga do Kairu i do Medinet przedstawiała jakiekolwiek trudności lub niebezpieczeństwa Wszystkie przygotowania były już poprzednio ukończone więc dzieci wyruszyły tego samego dnia kanałem do Izmaili a z Izmaili koleją do Kairu gdzie miały przenocować nazajutrz zaś jechać do Medinet Opuszczając Izmailę widziały jezioro Timsah które Staś znał poprzednio albowiem pan Tarkowski zapalony w wolnych od zajęć chwilach myśliwy brał go tam czasem z sobą na ptactwo wodne Następnie droga szła wzdłuż Wadi Toumilat tuż przy kanale słodkiej wody idącym od Nilu do Izmaili i Suezu Przekopano ten kanał jeszcze przed Sueskim inaczej bowiem robotnicy pracujący nad wielkim dziełem Lessepsa pozbawieni by byli całkiem wody zdatnej do picia Ale wykopanie go miało jeszcze i inny pomyślny skutek oto kraina która była poprzednio jałową pustynią zakwitła na nowo gdy przeszedł przez nią potężny i ożywczy strumień słodkiej wody Dzieci mogły dostrzec po lewej stronie z okien wagonów szeroki pas zieloności złożony z łąk na których pasły się konie wielbłądy i owce i z pól uprawnych mieniących się kukurydzą prosem alfalfą i innymi gatunkami roślin pastewnych Nad brzegiem kanału widać było wszelkiego rodzaju studnie w kształcie wielkich kół opatrzonych wiadrami lub w kształcie zwykłych żurawi czerpiące wodę którą fellachowie rozprowadzali pracowicie po zagonach lub rozwozili beczkami na wózkach ciągnionych przez bawoły Nad runią zbóż bujały gołębie a czasem zrywały się całe stada przepiórek Po brzegach kanału przechadzały się poważnie bociany i żurawie W dali nad glinianymi chatami fellachów wznosiły się jak pióropusze korony palm daktylowych Natomiast na północ od linii kolejowej ciągnęła się szczera pustynia ale niepodobna do tej która leżała po drugiej stronie Kanału Sueskiego Tamta wyglądała jak równe dno morskie z którego uciekły wody a został tylko pomarszczony piasek tu zaś piaski były bardziej żółte pousypywane jakby w wielkie kopce pokryte na zboczach kępami szarej roślinności Między owymi kopcami które gdzieniegdzie zmieniały się w wysokie wzgórza leżały obszerne doliny wśród których od czasu do czasu widać było ciągnące karawany Z okien wagonu dzieci mogły dojrzeć obładowane wielbłądy idące długim sznurem jeden za drugim przez piaszczyste rozłogi Przed każdym wielbłądem szedł Arab w czarnym płaszczu i białym zawoju na głowie Małej Nel przypomniały się obrazki z Biblii które oglądała w domu przedstawiające Izraelitów wkraczających do Egiptu za czasów Józefa Były one zupełnie takie same Na nieszczęście nie mogła przypatrywać się dobrze karawanom gdyż przy oknach z tej strony wagonu siedzieli dwaj oficerowie angielscy i zasłaniali jej widok Lecz zaledwie powiedziała to Stasiowi on zwrócił się z wielce poważną miną do oficerów i rzekł przykładając palec do kapelusza Dżentelmeni czy nie zechcecie zrobić miejsca tej małej miss która pragnie przypatrywać się wielbłądom Obaj oficerowie przyjęli z taką samą powagą propozycję i jeden z nich nie tylko ustąpił miejsca ciekawej miss ale podniósł ją i postawił na siedzeniu przy oknie A Staś rozpoczął wykład To jest dawna kraina Goshen którą faraon oddał Józefowi dla jego braci Izraelitów Niegdyś i jeszcze w starożytności szedł tu kanał wody słodkiej tak że ten nowy jest tylko przeróbką dawnego Ale później poszedł w ruinę i kraj stał się pustynią Teraz ziemia poczyna być znów żyzna Skąd to dżentelmenowi wiadomo zapytał jeden z oficerów W moim wieku takie rzeczy się wie odrzekł Staś a prócz tego niedawno profesor Sterling wykładał nam o Wadi Toumilat Jakkolwiek Staś mówił bardzo biegle po angielsku jednakże odmienny nieco jego akcent zwrócił uwagę drugiego oficera który zapytał Czy mały dżentelmen nie jest Anglikiem Małą jest miss Nel nad którą ojciec jej powierzył mi w drodze opiekę a ja nie jestem Anglikiem lecz Polakiem i synem inżyniera przy kanale Oficer uśmiechnął się słysząc odpowiedź czupurnego chłopaka i rzekł Bardzo cenię Polaków Należę do pułku jazdy który za czasów Napoleona kilkakrotnie walczył z polskimi ułanami i tradycja ta stanowi dotychczas jego chwałę i zaszczyt1 Miło mi pana poznać odpowiedział Staś I rozmowa poszła dalej łatwo albowiem oficerowie bawili się widocznie Pokazało się że obaj jadą także z Port Saidu do Kairu dla widzenia się z ambasadorem angielskim i po ostatnie instrukcje co do długiej podróży która ich niebawem czekała Młodszy z nich był doktorem wojskowym ten zaś który rozmawiał ze Stasiem kapitan Glen miał z rozporządzenia swego rządu jechać z Kairu przez Suez do Mombassa i objąć w zarząd cały kraj przyległy do tego portu i ciągnący się aż do nieznanej krainy Samburu Staś który z zamiłowaniem czytywał podróże po Afryce wiedział że Mombassa leży o kilka stopni za równikiem i że kraje przyległe jakkolwiek zaliczone już do sfery interesów angielskich są jeszcze naprawdę mało znane zupełnie dzikie pełne słoni żyraf nosorożców bawołów i wszelkiego rodzaju antylop z którymi wyprawy i wojskowe i misjonarskie i kupieckie zawsze się spotykają Zazdrościł też kapitanowi Glenowi z całej duszy i zapowiedział że musi go w Mombassa odwiedzić i zapolować z nim na lwy lub bawoły Dobrze ale proszę o odwiedziny z tą małą miss odpowiedział śmiejąc się kapitan Glen i ukazując na Nel która w tej chwili odeszła od okna i siadła przy nim Miss Rawlison ma ojca odpowiedział Staś a ja jestem tylko w drodze jej opiekunem Na to zwrócił się żywo drugi oficer i zapytał Rawlison czy nie jeden z dyrektorów kanału i ten który ma brata w Bombaju W Bombaju mieszka mój stryjek odpowiedziała Nel podnosząc w górę paluszek A więc twój stryjek darling jest żonaty z moją siostrą Ja nazywam się Clary Jesteśmy powinowaci i prawdziwie rad jestem żem cię spotkał i poznał mały kochany ptaszku I doktor rzeczywiście był rad Mówił że zaraz po przybyciu do Port Saidu rozpytywał się o pana Rawlisona ale w biurach dyrekcji powiedziano mu że wyjechał na święta Wyraził też żal że statek którym mają jechać z Glenem do Mombassa wychodzi z Suezu już za kilka dni skutkiem czego nie będzie mógł wpaść do Medinet Polecił tylko Nel pozdrowić ojca i obiecał napisać do niej z Mombassa Obaj oficerowie zajęli się teraz przeważnie rozmową z Nel tak że Staś pozostał trochę na boku Za to na wszystkich stacjach pojawiały się całymi tuzinami mandarynki świeże daktyle a nawet i wyborne sorbety Prócz Stasia i Nel korzystała z nich także Dinah która przy wszystkich swych przymiotach odznaczała się niepowszednim łakomstwem W ten sposób prędko zeszła dzieciom droga do Kairu Przy pożegnaniu oficerowie ucałowali rączki i główkę Nel i uścisnęli prawicę Stasia przy czym kapitan Glen któremu rezolutny chłopiec bardzo się podobał rzekł na wpół żartem na wpół naprawdę Słuchaj mój chłopcze Kto wie gdzie kiedy i w jakich okolicznościach możemy się jeszcze spotkać w życiu Pamiętaj jednak że zawsze możesz liczyć na moją życzliwość i pomoc I wzajemnie odpowiedział z pełnym godności ukłonem Staś Rozdział 4 Zarówno pan Tarkowski jak pan Rawlison który kochał nad życie swoją małą Nel ucieszyli się bardzo z przybycia dzieci Młoda parka powitała też z radością ojców ale zaraz poczęła się rozglądać po namiotach które były już zupełnie wewnątrz urządzone i gotowe na przyjęcie miłych gości Okazało się że są wspaniałe podwójne podbite jedne niebieską drugie czerwoną flanelą wyłożone na dole wojłokiem i obszerne jak duże pokoje Kompania której chodziło o opinię wysokich urzędników Towarzystwa Kanałowego dołożyła wszelkich starań by im było dobrze i wygodnie Pan Rawlison obawiał się początkowo czy dłuższy pobyt pod namiotem nie zaszkodzi zdrowiu Nel i jeśli się na to zgodził to tylko dlatego że w razie niepogody zawsze można było przenieść się do hotelu Teraz jednak rozejrzawszy się dokładnie we wszystkim na miejscu doszedł do przekonania że dni i noce spędzane na świeżym powietrzu stokroć będą dla jego jedynaczki korzystniejsze niż przebywanie w zatęchłych pokojach miejscowych hotelików Sprzyjała temu i prześliczna pogoda Medinet czyli El Medine otoczone naokół piaszczystymi wzgórzami Pustyni Libijskiej ma klimat o wiele lepszy od Kairu i nie na próżno zwie się krainą róż Z powodu ochronnego położenia i obfitości wilgoci w powietrzu noce nie bywają tam wcale tak zimne jak w innych częściach Egiptu nawet położonych daleko dalej na południe Zima bywa wprost rozkoszna a od listopada rozpoczyna się właśnie największy rozwój roślinności Palmy daktylowe oliwki których w ogóle jest mało w Egipcie drzewa figowe pomarańczowe mandarynki olbrzymie rycynusy granaty i rozmaite inne rośliny południowe pokrywają jednym lasem tę rozkoszną oazę Ogrody zalane są jakby olbrzymią falą akacyj bzów i róż tak że w nocy każdy powiew przynosi upajający ich zapach Oddycha się tu pełną piersią i nie chce się umierać jak mówią miejscowi mieszkańcy Podobny klimat ma tylko leżący po drugiej stronie Nilu lecz znacznie na północ Heluan chociaż brak mu tej bujnej roślinności Ale Heluan łączył się dla pana Rawlisona z żałosnym wspomnieniem tam bowiem umarła matka Nel Z tego powodu wolał Medinet i patrząc obecnie na rozjaśnioną twarz dziewczynki obiecywał sobie w duchu zakupić tu w niedługim czasie grunt z ogrodem wystawić na nim wygodny angielski dom i spędzać w tych błogosławionych stronach wszystkie urlopy jakie będzie mógł uzyskać a po ukończeniu służby przy kanale może nawet zamieszkać tu na stałe Były to jednak plany na daleką przyszłość i nie całkiem jeszcze stanowcze Tymczasem dzieci kręciły się od chwili przyjazdu wszędzie jak muchy pragnąc jeszcze przed obiadem obejrzeć wszystkie namioty oraz osły i wielbłądy najęte na miejscu przez Cooka Pokazało się jednak że zwierzęta były na odległym pastwisku i że zobaczyć je będzie można dopiero jutro Natomiast przy namiocie pana Rawlisona Nelly i Staś spostrzegli z przyjemnością Chamisa syna Chadigiego swego dobrego znajomego z Port Saidu Nie należał on do służby Cooka i pan Rawlison był nawet zdziwiony spotkawszy go w El Medine ale ponieważ używał go poprzednio do noszenia narzędzi przyjął go i teraz jako chłopca do posyłek i wszelkiego rodzaju posług Obiad wieczorny okazał się wyborny gdyż stary Kopt pełniący już od lat wielu obowiązki kucharza w kompanii Cooka chciał popisać się swoją sztuką Dzieci opowiadały o znajomości jaką zawarły w czasie drogi z dwoma oficerami co szczególniej zajęło pana Rawlisona którego brat Ryszard żonaty z siostrą doktora Clarego przebywał rzeczywiście od wielu lat w Indiach Ponieważ było to małżeństwo bezdzietne więc ów stryjaszek kochał bardzo swoją małą synowicę którą znał przeważnie tylko z fotografii i wypytywał o nią starannie we wszystkich swoich listach Obu ojców zabawiło również zaproszenie jakie otrzymał Staś od kapitana Glena do Mombassa Chłopak brał je zupełnie poważnie i obiecywał sobie stanowczo że kiedyś musi odwiedzić swego nowego przyjaciela za równikiem Dopiero pan Tarkowski musiał mu tłumaczyć że urzędnicy angielscy nigdy nie zostają długo na urzędzie w tej samej miejscowości a to z powodu zabójczego klimatu Afryki i że nim on Staś dorośnie kapitan będzie już na dziesiątej z rzędu posadzie albo nie będzie go wcale na świecie Po obiedzie całe towarzystwo wyszło przed namioty gdzie służba poustawiała składane krzesła płócienne a dla starszych panów przygotowała syfony z wodą sodową i brandy Była już noc ale nadzwyczaj ciepła a ponieważ przypadała pełnia księżyca więc jasno było jak we dnie Białe mury budynków miejskich naprzeciw namiotów świeciły zielono gwiazdy skrzyły się na niebie a w powietrzu rozchodził się zapach róż akacyj i heliotropów Miasto już spało W ciszy nocnej słychać było tylko niekiedy donośne głosy żurawi czapli i flamingów przelatujących znad Nilu w stronę jeziora Karoun Nagle jednak rozległo się głębokie basowe szczekanie psa które zdziwiło Stasia i Nel zdawało się bowiem wychodzić z namiotu którego nie zwiedzili przeznaczonego na skład siodeł narzędzi i rozmaitych podróżnych przyborów Co to za ogromny musi być pies Chodźmy go zobaczyć rzekł Staś Pan Tarkowski począł się śmiać a pan Rawlison strząsnął popiół z cygara i rzekł również śmiejąc się Well na nic nie zdało się zamknięcie Po czym zwrócił się do dzieci Jutro pamiętajcie jest Wigilia i ten pies miał być niespodzianką przeznaczoną przez pana Tarkowskiego dla Nel ale ponieważ niespodzianka poczęła szczekać zmuszony jestem zapowiedzieć ją już dziś Usłyszawszy to Nel wdrapała się w jednej chwili na kolana pana Tarkowskiego i objęła go za szyję następnie przeskoczyła na ojcowskie Tatusiu jaka ja jestem szczęśliwa jaka szczęśliwa Uściskom i pocałunkom nie było końca wreszcie Nel znalazłszy się na własnych nogach poczęła zaglądać w oczy panu Tarkowskiemu Mister Tarkowski.. Co Nel Bo jeśli ja już wiem że on tam jest to czy ja mogę go dziś zobaczyć Wiedziałem zawołał z udanym oburzeniem pan Rawlison że ta mała mucha nie poprzestanie na samej nowinie A pan Tarkowski zwrócił się do syna Chadigiego i rzekł Chamisie przyprowadź psa Młody Sudańczyk zniknął za namiotem kuchennym i po chwili ukazał się znów prowadząc olbrzymie zwierzę za obrożę A Nel aż się cofnęła Oj zawołała chwytając ojca za rękę Staś natomiast wpadł w zapał Ależ to lew nie pies Nazywa się Saba (lew) odpowiedział pan Tarkowski Należy on do rasy mastyfów to zaś są największe psy na świecie Ten ma dopiero dwa lata ale istotnie jest ogromny Nie bój się Nel gdyż łagodny jest jak baranek Tylko śmiało Puść go Chamisie Chamis puścił obrożę za którą przytrzymywał brytana a ów poczuwszy że jest wolny począł machać ogonem łasić się do pana Tarkowskiego z którym poznał się już dobrze poprzednio i poszczekiwać z radości Dzieci patrzyły z podziwem przy blasku księżyca na jego potężny okrągły łeb ze zwieszonymi wargami na grube łapy na potężną postać przypominającą naprawdę postać lwa płowo żółtą maścią całego ciała Nic podobnego nie widziały dotąd w życiu Z takim psem można by bezpiecznie przejść Afrykę zawołał Staś Spytaj się go czyby potrafił zaaportować nosorożca rzekł pan Tarkowski Saba nie mógłby wprawdzie odpowiedzieć na to pytanie ale natomiast machał ogonem coraz weselej i garnął się do ludzi tak serdecznie że Nel od razu przestała się go bać i poczęła go głaskać po głowie Saba miły kochany Saba Pan Rawlison pochylił się nad nim podniósł jego łeb ku twarzyczce dziewczynki i rzekł Saba przypatrz się tej panience Oto twoja pani Masz jej słuchać i strzec rozumiesz Wow ozwał się na to basem Saba jakby rzeczywiście zrozumiał o co chodzi I zrozumiał nawet lepiej niż można się było spodziewać gdyż korzystając z tego że głowa jego znajdowała się prawie na wysokości twarzy dziewczynki polizał na znak hołdu swym szerokim ozorem jej nosek i policzki Wywołało to powszechny wybuch śmiechu Nel musiała pójść do namiotu by się umyć Wróciwszy po kwadransie czasu ujrzała Sabę z łapami założonymi na ramiona Stasia który uginał się pod tym ciężarem Pies przewyższał go o głowę Nadchodził czas spoczynku ale mała uprosiła sobie jeszcze pół godziny zabawy by zapoznać się lepiej z nowym przyjacielem Jakoż poznanie poszło tak łatwo że pan Tarkowski posadził ją wkrótce po damsku na jego grzbiecie i podtrzymując ją z obawy by nie spadła kazał Stasiowi prowadzić psa za obrożę Ujechała tak kilkanaście kroków po czym próbował i Staś dosiąść osobliwego wierzchowca ale ów siadł wówczas na tylnych łapach tak że Staś znalazł się niespodzianie na piasku koło ogona Dzieci miały już udać się na spoczynek gdy z dala na oświeconym przez księżyc rynku ukazały się dwie białe postacie zdążające ku namiotom Łagodny dotychczas Saba począł warczeć głucho i groźnie tak że Chamis na rozkaz pana Rawlisona musiał go znów chwycić za obrożę a tymczasem dwaj ludzie przybrani w białe burnusy stanęli przed namiotami A kto tam zapytał pan Tarkowski Przewodniczący wielbłądów ozwał się jeden z przybyłych Ach to Idrys i Gebhr Czego chcecie Przyszliśmy spytać czy nie będziemy potrzebni na jutro Nie Jutro i pojutrze są wielkie święta w czasie których nie godzi się nam robić wycieczek Przyjdźcie pojutrze rano Dziękujemy efendi A wielbłądy macie dobre zapytał pan Rawlison Bismillach odpowiedział Idrys prawdziwe hegin (wierzchowce) o tłustych garbach i łagodne jak ha' ga (owce) Inaczej Cook nie byłby nas najął Nie trzęsą nadto Można panie położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich i żadne ziarnko nie spadnie w najszybszym biegu Jak przesadzać to już po arabsku rzekł śmiejąc się pan Tarkowski Albo po sudańsku dodał pan Rawlison Tymczasem Idrys i Gebhr stali wciąż jak dwie białe kolumny przypatrując się pilnie Stasiowi i Nel Księżyc oświecał ich bardzo ciemne twarze które przy jego blasku wyglądały jakby wykute z brązu Białka ich oczu połyskiwały zielonawo spod turbanów Dobranoc wam rzekł pan Rawlison Niech Allach czuwa nad wami efendi w nocy i we dnie To rzekłszy skłonili się odeszli Przeprowadzało ich głuche podobne do dalekiego grzmotu warczenie Saby któremu dwaj Sudańczycy nie podobali się widocznie Rozdział 5 Przez następne dni nie było żadnych wycieczek Natomiast wieczorem w Wigilię gdy na niebie pokazała się pierwsza gwiazda w namiocie pana Rawlisona zajaśniało setkami świeczek drzewko przeznaczone dla Nel Choinkę zastępowała wprawdzie tuja wycięta w jednym z ogrodów El Medine niemniej jednak Nel znalazła między jej gałązkami mnóstwo łakoci i wspaniałą lalkę którą ojciec sprowadził dla niej z Kairu a Staś swój upragniony sztucer angielski Od ojca dostał przy tym ładunki rozmaite przybory myśliwskie i siodło do konnej jazdy Nel nie posiadała się ze szczęścia a Staś lubo sądził że kto posiada prawdziwy sztucer powinien posiadać i odpowiednią powagę nie mógł jednak wytrzymać i wybrawszy chwilę w której koło namiotu było pusto obszedł go wokoło na rękach Sztukę tę uprawianą mocno w szkole w Port Saidzie posiadał w zadziwiającym stopniu i nieraz bawił nią Nel która zresztą zazdrościła mu jej szczerze Wigilia i pierwsze święto spłynęły dzieciom częścią na nabożeństwie częścią na rozpatrywaniu darów jakie otrzymały i na tresurze Saby Nowy przyjaciel okazywał się pojętny nad wszelkie oczekiwanie Zaraz pierwszego dnia nauczył się podawać łapę aportować chustki do nosa których jednak nie oddawał bez oporu i zrozumiał że obmywanie ozorem twarzy Nel nie jest rzeczą godną psa dżentelmena Nel trzymając palec na nosku udzielała mu rozmaitych nauk on zaś potakując ruchami ogona dawał w ten sposób do poznania że słucha z należytą uwagą i bierze je do serca Podczas przechadzek po piaszczystym placu miejskim sława Saby w Medinet rosła z każdą godziną a nawet jak każda sława zaczynała mieć przykrą stronę ściągała bowiem całe zastępy dzieciaków arabskich Z początku trzymały się one z daleka następnie jednak ośmielone łagodnością potwora zbliżały się coraz bardziej a w końcu obsiadały namioty tak że nikt nie mógł poruszać się swobodnie Nadto ponieważ każdy dzieciak arabski ssie od rana do nocy trzcinę cukrową przeto za dziećmi ciągną zawsze legiony much które uprzykrzone same przez się bywają niebezpieczne roznoszą bowiem zarazki egipskiego zapalenia oczu Służba usiłowała z tego powodu dzieci rozpędzać ale Nel występowała w ich obronie a co więcej rozdawała najmłodszym helou to jest słodycze co zjednywało jej wielką ich miłość ale oczywiście powiększało ich zastępy Po trzech dniach zaczęły się wspólne wycieczki częścią wąskotorowymi kolejkami których dużo nabudowali w Medinet el Fajum Anglicy częścią na osłach a czasem i na wielbłądach Pokazało się że w pochwałach oddawanych tym zwierzętom przez Idrysa było wprawdzie wiele przesady bo nie tylko fasoli ale i ludziom niełatwo było utrzymać się na siodłach lecz była też prawda Wielbłądy należały oczywiście do rodzaju hegin to jest wierzchowych a że karmiono je dobrze durrą (kukurydzą miejscową lub syryjską) więc garby miały tłuste i okazywały się tak ochocze do biegu że trzeba je było powstrzymywać Sudańczycy Idrys i Gebhr zjednali sobie mimo dzikiego połysku ich oczu ufność i serca towarzystwa a to przez wielką usłużność i nadzwyczajną troskliwość o Nel Gebhr miał zawsze okrutny i trochę zwierzęcy wyraz twarzy ale Idrys zmiarkowawszy prędko że ta mała osóbka jest okiem w głowie całego towarzystwa oświadczał przy każdej sposobności że chodzi mu o nią więcej niż o własną duszę Pan Rawlison domyślał się wprawdzie że przez Nel chce Idrys trafić do jego kieszeni ale mniemając zarazem że nie ma na świecie człowieka który by nie musiał pokochać jego jedynaczki był mu jednakże wdzięczny i nie żałował bakczyszów W ciągu pięciu dni towarzystwo zwiedziło leżące blisko miasta ruiny starożytnego Krokodilopolis gdzie Egipcjanie czcili niegdyś bożka zwanego Sebak który miał postać ludzką a głowę krokodyla Następna wycieczka była do piramidy Hanara i do szczątków Labiryntu najdłuższa zaś i cała na wielbłądach do jeziora Karoun Północny brzeg jego jest szczerą pustynią na której prócz ruin dawnych miast egipskich nie ma żadnego śladu życia Natomiast na południe ciągnie się kraj żyzny wspaniały a same brzegi porośnięte wrzosem i trzciną roją się od pelikanów czerwonaków czapli dzikich gęsi i kaczek Tam dopiero Staś znalazł sposobność popisania się celnością swych strzałów Zarówno ze zwykłej strzelby jak i popisowe ze sztucera były tak nadzwyczajne że po każdym dawało się słyszeć zdumione cmokanie Idrysa i wioślarzy arabskich a spadającym w wodę ptakom towarzyszyły stałe okrzyki Bismillach i Maszallach Arabowie zapewnili że na przeciwległym brzegu pustynnym jest dużo wilków i hien i że podrzuciwszy wśród osypisk padlinę owcy można prawie na pewno przyjść do strzału Wskutek tych zapewnień pan Tarkowski i Staś spędzili dwie noce na pustyni przy ruinach Dine Ale pierwszą owcę ukradli zaraz po odejściu strzelców Beduini druga zaś zwabiła tylko kulawego szakala którego położył Staś Dalsze polowania musiały być odłożone gdyż dla obu inżynierów nadszedł czas wyjazdu na rewizję robót wodnych prowadzonych przy Bahr Jussef koło El Lahum na południowy wschód od Medinet Pan Rawlison czekał tylko na przybycie pani Olivier Na nieszczęście zamiast niej przyszedł list od lekarza donoszący że dawna róża w twarzy odnowiła się po ukąszeniu i że chora przez czas dłuższy nie będzie mogła wyjechać z Port Saidu Położenie stało się istotnie kłopotliwe Zabierać z sobą dzieci starą Dinah namioty i całą służbę było niepodobna choćby z tej przyczyny że inżynierowie mieli być dziś tu jutro tam a mogli otrzymać polecenie dotarcia aż do wielkiego Kanału Ibrahima Wobec tego po krótkiej naradzie postanowił pan Rawlison zostawić Nel pod opieką starej Dinah i Stasia oraz ajenta konsularnego włoskiego i miejscowego mudira (gubernatora) z którym się poprzednio poznał Obiecał też Nel której żal było rozstawać się z ojcem że ze wszystkich bliższych miejscowości obaj z panem Tarkowskim będą wpadali do Medinet albo jeśli znajdzie się co godnego widzenia wzywali dzieci do siebie Bierzemy z sobą Chamisa mówił którego w danym razie po was przyślemy Dinah niech zawsze towarzyszy Nel ale ponieważ Nel robi z nią wszystko co jej się podoba więc ty Stasiu czuwaj nad obiema Może pan być pewny odpowiedział Staś że będę pilnował Nel tak jak rodzonej siostry Ona ma Sabę a ja sztucer więc niech kto spróbuje ją pokrzywdzić.. Nie o to chodzi rzeki pan Rawlison Saba i sztucer nie będą wam z pewnością potrzebne Ty bądź tak dobry i chroń ją tylko od zmęczenia a zarazem uważaj by się nie przeziębiła Prosiłem konsula aby w razie gdyby się czuła niezdrowa wezwał zaraz z Kairu doktora Chamisa będziemy tu przysysali po wiadomości jak najczęściej Mudir będzie was także odwiedzał Spodziewam się przy tym że nasza nieobecność nie potrwa nigdy długo Pan Tarkowski nie szczędził także Stasiowi przestróg Mówił mu że Nel nie potrzebuje jego obrony gdyż w Medinet jak również w całej prowincji El Fajum nie ma ani dzikich ludzi ani dzikich zwierząt Myśleć o czymś podobnym byłoby rzeczą śmieszną i niegodną chłopca który kończy niedługo rok czternasty Więc ma być tylko troskliwy i uważny nie przedsiębrać na własną rękę a tym bardziej razem z Nel żadnych wypraw zwłaszcza zaś na wielbłądach na których jazda bądź co bądź zawsze męczy Lecz Nel słysząc to zrobiła tak smutną minkę że pan Tarkowski musiał ją uspokajać Owszem rzekł głaszcząc jej czuprynkę będziecie jeździli na wielbłądach ale przy nas albo ku nam jeśli przyślemy po was Chamisa A samym nam nie wolno robić żadnych wycieczek choćby tycich tyciutkich pytała dziewczynka I poczęła pokazywać na paluszku o jak małe wycieczki jej chodzi Tatusiowie w końcu przystali z warunkiem że będą się odbywały na osłach nie na wielbłądach i nie do ruin gdzie łatwo wpaść w jaką dziurę ale po drogach na pobliskie pola i ku ogrodom położonym za miastem Dragoman wraz z inną służbą Cooka miał dzieciom zawsze towarzyszyć Po czym obaj starsi panowie wyjechali ale wyjechali blisko do Hamaret el Makta tak że po dziesięciu godzinach wrócili na noc do Medinet Powtarzało się to przez kilka dni z rzędu póki nie zwiedzili robót najbliższych Potem gdy prace ich objęły dalsze ale niezbyt jeszcze odległe okolice przyjeżdżał w nocy Chamis i wczesnym rankiem zabierał Stasia i Nel do tych miasteczek w których ojcowie chcieli im coś ciekawego pokazać Dzieci spędzały większą część dnia z tatusiami a pod zachód słońca wracały do Medinet do namiotów Bywały jednak dni w których Chamis nie przyjeżdżał i wówczas Nel pomimo towarzystwa Stasia i Saby w którym odkrywała coraz nowe przymioty wyglądała z utęsknieniem posłańca W ten sposób upłynął czas aż do święta Trzech Króli na które obaj inżynierowie powrócili do Medinet W dwa dni później wyjechali jednak znowu zapowiedziawszy że wyjeżdżają tym razem na dłużej i że prawdopodobnie dotrą aż do Beni Suef a stamtąd do El Fachem gdzie zaczyna się kanał tegoż nazwiska idący daleko na południe wzdłuż Nilu Wielkie też było zdziwienie dzieci gdy trzeciego dnia koło jedenastej rano Chamis pojawił się w Medinet Spotkał go pierwszy Staś który poszedł na pastwisko przypatrywać się wielbłądom Chamis rozmawiał z Idrysem i powiedział tylko tyle Stasiowi że przyjechał po niego i po Nel i że natychmiast przyjdzie do namiotów oznajmić dokąd z polecenia starszych panów mają wyruszyć Chłopiec poleciał zaraz z dobrą nowiną do Nel którą zastał bawiącą się z Sabą przed namiotem Wiesz jest Chamis zawołał już z daleka A Nel poczęła zaraz podskakiwać trzymając obie nóżki razem jak czynią dziewczynki skaczące przez sznur Pojedziemy pojedziemy Tak pojedziemy i daleko A dokąd spytała rozgarniając rączkami czuprynę która jej spadła na oczy Nie wiem Chamis powiedział że za chwilę tu przyjdzie i powie To skąd wiesz że daleko Bo słyszałem jak Idrys mówił że on i Gebhr ruszą z wielbłądami natychmiast To znaczy że pojedziemy koleją i zastaniemy wielbłądy tam gdzie będą tatusiowie a stamtąd będziemy robili jakieś wycieczki Czupryna z powodu ciągłych podskoków pokryła znów nie tylko oczy ale całą twarz Nel a nóżki jej odbijały się tak od ziemi jakby były z kauczuku W kwadrans później przyszedł Chamis i pokłonił się obojgu Khanage (paniczu) rzekł do Stasia jedziemy za trzy godziny pierwszym pociągiem Dokąd Do El Gharak el Sultani a stamtąd razem ze starszymi panami na wielbłądach do Wadi Rajan Serce zabiło Stasiowi z radości ale jednocześnie zdziwiły go słowa Chamisa Wiedział że Wadi Rajan jest to wielkie kolisko piaszczystych wzgórz wznoszące się na Pustyni Libijskiej na południe i na południowy zachód od Medinet a tymczasem pan Tarkowski i pan Rawlison zapowiedzieli wyjeżdżając że udają się w stronę wprost przeciwną w kierunku Nilu Cóż się stało zapytał Staś To ojciec mój i pan Rawlison nie są w Beni Suef tylko w El Gharak Tak im wypadło odrzekł Chamis Ale przecież kazali pisywać do siebie do El Fachen W tym liście pisze starszy efendi dlaczego są w El Gharak I przez chwilę szukał przy sobie listu po czym wykrzyknął Och Nabi (proroku) zostawiłem list w torbie przy wielbłądnikach Polecę zaraz póki Idrys i Gebhr nie odjadą I pobiegł do wielbłądników a tymczasem dzieci poczęły wraz z Dinah przygotowywać się do drogi Ponieważ zanosiło się na dłuższą wycieczkę więc Dinah zapakowała parę sukienek trochę bielizny i cieplejsze ubranie dla Nel Staś także pomyślał o sobie a zwłaszcza nie zapomniał o sztucerze i ładunkach mając nadzieję spotkać się wśród osypisk Wadi Rajan z wilkami i hienami Chamis wrócił dopiero po godzinie tak spocony zziajany że przez chwilę nie mógł tchu złapać Nie znalazłem już wielbłądników mówił i goniłem za nimi ale na próżno Nic to jednak nie szkodzi gdyż i list i samych starszych efendich znajdziemy w El Gharak Czy i Dinah ma jechać z nami Albo co Może lepiej żeby została Starsi panowie nie mówili o niej wcale Ale zapowiedzieli wyjeżdżając że Dinah zawsze ma towarzyszyć panience więc pojedzie i teraz Chamis skionił się przyłożywszy dłoń do serca i rzekł Spieszmy się panie bo inaczej katr (pociąg) odejdzie Rzeczy były gotowe więc znaleźli się na czas na stacji Odległość z Medinet do Gharak nie wynosi więcej jak trzydzieści kilometrów ale kolejka poboczna która łączy te miejscowości idzie wolno i zatrzymuje się niezmiernie często Gdyby Staś był sam byłby niewątpliwie wolał jechać na wielbłądzie niż koleją gdyż wyliczył iż Idrys i Gebhr wyruszywszy na dwie godziny przed pociągiem będą wcześniej od nich w El Gharak Ale dla Nel byłaby to droga zbyt długa więc mały opiekun który wziął bardzo do serca przestrogi obu ojców nie chciał narażać dziewczynki na zmęczenie Zresztą czas zszedł obojgu szybko tak że ani obejrzeli się kiedy stanęli w Gharak Mała stacyjka z której Anglicy robią zwykle wycieczki do Wadi Rajan była zupełnie pusta Zastali tylko kilka zakwefionych kobiet z koszami mandarynek dwóch nieznanych wielbłądników Beduinów oraz Idrysa i Gebhra z siedmiu wielbłądami z których jeden był silnie objuczony Natomiast pana Tarkowskiego ani pana Rawlisona nie było ani śladu Ale Idrys w ten sposób wytłumaczył ich nieobecność Starsi panowie pojechali na pustynię aby ustawić namioty które przywieźli z Etsah i kazali nam jechać za sobą A jakże znajdziemy ich wśród wzgórz zapytał Staś Przysłali przewodników którzy nas poprowadzą To powiedziawszy wskazał na Beduinów Starszy z nich skłonił się przetarł palcem jedno oko jakie posiadał i rzekł Nasze wielbłądy nie tak tłuste ale nie mniej ścigłe od waszych Za godzinę tam będziemy Staś był rad że spędzą noc na pustyni ale Nel odczuła pewien zawód albowiem poprzednio była pewna że zastanie tatusia w Gharak Tymczasem naczelnik stacji zaspany Egipcjanin w czerwonym fezie i w ciemnych okularach zbliżył się i nie mając nic innego do roboty począł przypatrywać się europejskim dzieciom To dzieci tych inglezi którzy pojechali rano ze strzelbami na pustynię rzekł Idrys sadowiąc Nel na siodle Staś oddawszy sztucer Ghamisowi siadł przy niej albowiem siodło było obszerne i mające kształt palankinu tylko bez dachu Dinah usadowiła się za Chamisem inni zajęli osobne wielbłądy i ruszyli Gdyby naczelnik stacji popatrzył był dłużej za nimi byłby może zdziwiony że owi Anglicy o których wspomniał Idrys pojechali wprost do ruin na południe oni zaś skierowali się od razu ku Talei w stronę przeciwną Ale naczelnik wrócił jeszcze przedtem do domu ponieważ żaden pociąg nie przychodził tego dnia do Gharak Godzina była piąta po południu Pogoda wspaniała Słońce przeszło już na tę stronę Nilu i zniżyło się nad pustynią tonąc w złotych i purpurowych zorzach płonących po zachodniej stronie nieba Powietrze tak było przesycone różowym blaskiem że oczy mrużyły się od jego zbytku Pola przybrały odcień liliowy a natomiast odległe wzgórza odrzynające się twardo na tle zórz miały barwę czystego ametystu Świat tracił cechy rzeczywistości i zdawał się być jedną grą zaziemskich świateł Póki jechali przez kraj zielony i uprawny przewodnik Beduin prowadził karawanę krokiem umiarkowanym z chwilą jednak gdy pod nogami wielbłądów zaskrzypiał twardy piasek zmieniło się wszystko od razu Yalla yalla zawyły nagle dzikie głosy A jednocześnie dał się słyszeć świst batów i wielbłądy przeszedłszy z kłusa w cwał poczęły pędzić jak wicher wyrzucając nogami piasek i żwir pustyni Yalla yalla Kłus wielbłąda bardziej trzęsie cwał którym te zwierzęta rzadko biegną bardziej kołysze więc dzieci bawiła z początku ta szalona jazda Ale wiadomo choćby z huśtawki że zbyt szybkie kołysanie się powoduje zawrót głowy Jakoż po pewnym czasie gdy pęd nie ustawał małej Nel poczęło się kręcić w główce i ćmić w oczach Stasiu czemu my tak lecimy zawołała zwracając się do towarzysza Myślę że pozwolili zanadto rozpędzić się wielbłądom a teraz nie mogą ich wstrzymać odrzekł Staś Ale zauważywszy że twarz dziewczynki trochę pobladła począł wołać na Beduinów pędzących na przedzie by zwolnili Wołanie jego miało jednak tylko ten skutek że rozległy się znów okrzyki Yalla! i że zwierzęta przyspieszyły jeszcze biegu Chłopiec sądził w pierwszej chwili że Beduini go nie dosłyszeli gdy jednak na powtórne wezwanie nie było żadnej odpowiedzi i gdy jadący za nimi Gebhr nie przestawał smagać tego wielbłąda na którym oboje z Nel siedzieli pomyślał że to nie wielbłądy poniosły ale że ludzie tak spieszą z jakiejś nie znanej mu przyczyny Przyszło mu do głowy że może pojechali złą drogą i że chcąc wynagrodzić czas stracony pędzą teraz z obawy by starsi panowie nie wyłajali ich za zbyt późne przybycie Lecz po chwili zrozumiał że to nie może być gdyż pan Rawlison bardziej by się rozgniewał za zbytnie umęczenie Nel Co to więc znaczy i dlaczego nie słuchają jego rozkazów W sercu chłopaka począł wzbierać gniew i obawa o Nel Stój krzyknął z całej siły zwracając się do Gebhra Ouskout (milcz) zawył w odpowiedzi Sudańczyk I pędzili dalej Noc zapada w Egipcie koło godziny szóstej więc zorze wkrótce zgasły a po pewnym czasie na niebo wytoczył się wielki czerwony od blasku zórz księżyc i rozświecił pustynię łagodnym światłem W ciszy słychać było tylko zziajany oddech wielbłądów i głuche szybkie uderzenia ich nóg o piasek a czasem świst batów Nel była już tak znużona że Staś musiał podtrzymywać ją na siodle Co chwila zapytywała czy prędko dojadą i widocznie krzepiła ją tylko nadzieja rychłego zobaczenia ojca Ale na próżno rozglądali się oboje dokoła Upłynęła godzina potem druga ani namiotów ani ognisk nigdzie nie było widać Wówczas włosy powstały na głowie Stasia albowiem zrozumiał że ich porwano Rozdział 6 A panowie Rawlison i Tarkowski oczekiwali rzeczywiście dzieci ale nie wśród wzgórz piaszczystych Wadi Rajan dokąd nie mieli ani potrzeby ani ochoty jechać lecz w zupełnie innej stronie w mieście El Fachem nad kanałem tegoż nazwiska przy którym oglądali dokonane przed końcem roku roboty Odległość między El Fachen a Medinet wynosi w prostej linii około czterdziestu pięciu kilometrów Ponieważ jednak nie ma bezpośredniego połączenia i trzeba jechać na El Wasta co podwaja niemal drogę przeto pan Rawlison rozglądając się w przewodniku kolejowym czynił następujące wyliczenia Chamis wyjechał onegdaj wieczór mówił do pana Tarkowskiego i w El Wasta złapał pociąg idący z Kairu w Medinet jest zatem dziś rano Dzieci zapakują się w godzinę Wyjechawszy wszelako w południe musiałyby czekać na nocny pociąg idący wzdłuż Nilu a ponieważ nie pozwoliłem Nel jechać nocą więc wyruszą dziś rano i będą tu zaraz po zachodzie słońca Tak rzekł pan Tarkowski Chamis musi trochę odpocząć a Stasiowi pali się wprawdzie w głowie jednakże gdy chodzi o Nel można zawsze na niego liczyć Zresztą posłałem mu także kartę by nie wyjeżdżali na noc Dzielny chłopiec i ufam mu zupełnie odpowiedział pan Rawlison Co prawda to i ja Staś przy swych rozmaitych wadach ma prawy charakter i nigdy nie kłamie albowiem jest odważny a kłamią tylko tchórze Energii też mu nie brak i jeśli z czasem zdobędzie się na spokojną rozwagę to myślę że da sobie radę na świecie Z pewnością Co zaś do rozwagi to czy ty byłeś rozważny w jego wieku Muszę przyznać że nie odpowiedział śmiejąc się pan Tarkowski ale może nie byłem tak pewny siebie jak on To przejdzie Tymczasem bądź szczęśliwy że masz takiego chłopca A ty że masz takie słodkie i kochane stworzenie jak Nel Niech ją Bóg błogosławi odpowiedział ze wzruszeniem pan Rawlison Dwaj przyjaciele uścisnęli sobie dłonie po czym zasiedli do przeglądania planów i kosztorysów robót Na tym zajęciu spłynął im czas aż do wieczora O godzinie szóstej gdy już zapadała noc znaleźli się na stacji i chodząc po peronie rozmawiali w dalszym ciągu o dzieciach Pyszna pogoda ale chłodno ozwał się pan Rawlison Czy aby Nel wzięła ze sobą ciepłe ubranie Staś będzie o tym pamiętał i Dinah także Żałuję jednakże że zamiast sprowadzać ich tu nie pojechaliśmy sami do Medinet Przypomnij sobie że tak właśnie radziłem Wiem i gdyby nie to że mamy stąd jechać dalej na południe byłbym się na to zgodził Wyliczyłem wszelako że droga zajęłaby nam dużo czasu i że bylibyśmy krócej z dziećmi Przyznam ci się zresztą że to Chamis poddał mi myśl żeby je tu sprowadzić Oświadczył mi że ogromnie do nich tęskni i że byłby szczęśliwy gdybym go po oboje posłał Nie dziwię się że się do nich przywiązał.. Dalszą rozmowę przerwały sygnały oznajmiające zbliżanie się pociągu Po chwili w ciemności ukazały się ogniste oczy lokomotywy a jednocześnie dał się słyszeć zdyszany jej oddech i gwizdanie Szereg oświeconych wagonów przesunął się wzdłuż peronu zadrgał i stanął Nie widziałem ich w żadnym oknie rzeki pan Rawlison Siedzą może głębiej i zapewne zaraz wyjdą Podróżni zaczęli wysiadać ale przeważnie Arabowie gdyż El Fachen prócz pięknych gajów palmowych i akacjowych nie ma nic ciekawego do widzenia Dzieci nie przyjechały Chamis albo nie złapał pociągu w El Wasta ozwał się z odcieniem złego humoru pan Tarkowski albo też po nocnej podróży zaspał i przyjadą dopiero jutro Może być odpowiedział z niepokojem pan Rawlison ale i to być może że któreś zachorowało Staś by w takim razie zatelegrafował Kto wie czy depeszy nie zastaniemy w hotelu Pójdźmy Ale w hotelu nie czekała ich żadna wiadomość Pan Rawlison był coraz niespokojniejszy Wiesz co się jeszcze mogło zdarzyć rzekł pan Tarkowski Oto jeśli Chamis zaspał to nie przyznał się do tego dzieciom przyszedł do nich dopiero dziś i powiedział im że mają jutro jechać Przed nami będzie się wykręcał tym że nie zrozumiał naszych rozkazów Na wszelki wypadek zatelegrafuję do Stasia A ja do mudira Fajumu Po chwili dwie depesze zostały wysłane Nie było jeszcze wprawdzie powodów do niepokoju jednakże w oczekiwaniu na odpowiedź inżynierowie źle spędzili noc i wczesny poranek zastał ich na nogach Odpowiedź od mudira przyszła dopiero koło dziesiątej i brzmiała jak następuje Sprawdzono na stacji Dzieci wyjechały wczoraj do Gharak el Sultani Łatwo zrozumieć jakie zdumienie i gniew ogarnęły ojców na tę niespodzianą wiadomość Przez czas jakiś spoglądali na siebie jakby nie rozumiejąc słów depeszy po czym pan Tarkowski który był człowiekiem porywczym uderzył dłonią w stół i rzekł To pomysł Stasia ale ja go oduczę takich pomysłów Nie spodziewałem się tego po nim odpowiedział ojciec Nel Lecz po chwili zapytał No a cóż Chamis Albo ich nie zastał i nie wie co począć albo pojechał za nimi Tak i ja myślę I w godzinę później wyruszyli do Medinet W namiotach dowiedzieli się że nie ma i wielbłądników a na stacji potwierdzono że Chamis wyjechał z dziećmi do El Gharak Sprawa przedstawiała się coraz ciemniej i rozjaśnić ją można było tylko w El Gharak Jakoż dopiero na tej stacji zaczęła się odsłaniać straszliwa prawda Zawiadowca ten sam zaspany w ciemnych okularach i czerwonym fezie Egipcjanin opowiedział im że widział chłopca około lat czternastu i ośmioletnią dziewczynkę z niemłodą Murzynką którzy pojechali na pustynię Nie pamięta czy wielbłądów było razem osiem czy dziewięć ale zauważył że jeden był objuczony jak do dalekiej drogi a dwaj Beduini mieli także duże juki przy siodłach przypomina też sobie że gdy przypatrywał się karawanie jeden z wielbłądników Sudańczyk rzekł mu że to są dzieci Anglików którzy przedtem pojechali do Wadi Rajan Czy ci Anglicy wrócili zapytał pan Tarkowski Tak jest Wrócili jeszcze wczoraj z dwoma zabitymi wilkami odpowiedział zawiadowca i zdziwiło mnie to nawet że nie wracają razem z dziećmi. Ale nie pytałem ich o powód gdyż to do mnie nie należy To powiedziawszy odszedł do swoich obowiązków Podczas tego opowiadania twarz pana Rawlisona stała się biała jak papier Patrząc błędnym wzrokiem na przyjaciela zdjął kapelusz podniósł dłoń do spotniałego czoła i zachwiał się jakby miał upaść Rawlison bądź mężczyzną zawołał pan Tarkowski Dzieci nasze porwane Trzeba je ratować Nel Nel powtarzał nieszczęsny Anglik Nel i Staś To nie Stasia wina Zwabiono tu oboje podstępnie i porwano Kto wie dlaczego Może dla okupu Chamis jest niezawodnie w spisku Idrys i Gebhr także Tu przypomniał sobie co mówiła Fatma że obaj Sudańczycy należą do pokolenia Dangalów w którym urodził się Mahdi i że z tegoż pokolenia pochodzi Chadigi ojciec Chamisa Na to wspomnienie serce zamarło mu na chwilę w piersiach zrozumiał bowiem że dzieci mogły być porwane nie dla okupu ale dla zamiany na rodzinę Smaina Ale co z nimi zrobią współplemieńcy złowrogiego proroka Skryć się na pustyni lub gdzieś nad brzegiem Nilu nie mogą bo na pustyni pomarliby wszyscy z głodu i pragnienia a nad Nilem złapano by ich z pewnością Chyba więc zbiegną z dziećmi aż do Mahdiego I ta myśl napełniła pana Tarkowskiego przerażeniem ale energiczny eks żołnierz prędko przyszedł do siebie i począł przebiegać myślą wszystko co się stało a jednocześnie szukał środków ratunku Fatma rozumował nie miała powodu mścić się ani nad nami ani nad naszymi dziećmi jeżeli więc zostały porwane to widocznie dlatego aby wydać je w ręce Smaina W żadnym razie śmierć im nie grozi I to jest szczęście w nieszczęściu ale natomiast czeka je straszna droga która może być dla nich zgubną I natychmiast podzielił się tymi myślami z przyjacielem po czym tak mówił Idrys i Gebhr jako dzicy i głupi ludzie wyobrażają sobie że zastępy Mahdiego są już niedaleko a tymczasem Chartum do którego Mahdi dotarł leży stąd o dwa tysiące kilometrów Tę drogę muszą przebyć wzdłuż Nilu i nie oddalać się od niego gdyż inaczej wielbłądy i ludzie popadaliby z pragnienia Jedź natychmiast do Kairu i żądaj od chedywa by wysłano depesze do wszystkich posterunków wojskowych i by urządzono pościg na prawo i lewo wzdłuż rzeki Szeikom przybrzeżnym przyrzecz za schwytanie zbiegów wielką nagrodę Po wsiach niech zatrzymują wszystkich którzy się zbliżą po wodę W ten sposób Idrys i Gebhr muszą wpaść w ręce władzy a my odzyskamy dzieci Pan Rawlison odzyskał już zimną krew Jadę rzekł Te łotry zapomniały że armia angielska Wolseleya śpiesząca na pomoc Gordonowi jest już w drodze i że odetnie ich od Mahdiego Nie umkną Nie mogą umknąć Wysyłam w tej chwili depeszę do naszego ministra a potem jadę Co ty zamierzasz Telegrafuję o urlop i nie czekając odpowiedzi ruszam w ich ślady Nilem do Nubii by dopilnować pościgu Więc się musimy spotkać gdyż i ja uczynię z Kairu to samo Dobrze a teraz do roboty Z pomocą Bożą odpowiedział pan Rawlison Rozdział 7 A tymczasem wielbłądy pędziły jak huragan po błyszczących od księżyca piaskach Zapadła głęboka noc Księżyc początku wielki jak koło i czerwony zbladł i wytoczył się wysoko Oddalone wzgórza pustyni pokryły się muślinowym srebrnym oparem który nie przesłaniając ich widoku zmienił je jakby w świetlane zjawiska Od czasu do czasu spoza skał tu i ówdzie rozsianych dochodziło żałosne skomlenie szakali Upłynęła znowu godzina Staś otoczył ramieniem Nel i podtrzymywał ją usiłując przez to złagodzić męczące rzuty szalonej jazdy Dziewczynka coraz częściej zaczęła wypytywać go dlaczego tak pędzą i dlaczego nie widać ani namiotów ani tatusiów Staś postanowił wreszcie powiedzieć jej prawdę która i tak prędzej czy później musiała się wydać Nel rzekł ściągnij rękawiczkę i upuść ją nieznacznie na ziemię Dlaczego Stasiu A on przycisnął ją do siebie i odpowiedział z jakąś niezwykłą mu tkliwością Zrób co ci mówię Nel trzymała się jedną ręką Stasia i bała się go puścić ale poradziła sobie w ten sposób że poczęła ściągać ząbkami rękawiczkę z każdego palca osobno a wreszcie zsunąwszy ją zupełnie upuściła na ziemię Po niejakim czasie rzuć drugą ozwał się znowu Staś Ja rzuciłem już swoje ale twoje łatwiej będzie dostrzec bo jasne I widząc że dziewczynka patrzy nań pytającym wzrokiem tak mówił dalej Nie przestrasz się Nel.. Ale widzisz.. być może że my wcale nie spotkamy ani twego ani mojego ojca.. i że nas ci szkaradni ludzie porwali Ale się nie bój.. Bo jeśli tak jest to pójdzie za nami pogoń Dogonią i odbiorą nas z pewnością Dlatego kazałem ci rzucić rękawiczki żeby pogoń znalazła ślady Tymczasem nie możemy zrobić nic innego ale później coś obmyślę.. Z pewnością coś obmyślę tylko nie bój się i ufaj mi.. Lecz Nel dowiedziawszy się że nie zobaczy tatusia i że uciekają gdzieś daleko na pustynię zaczęła drżeć ze strachu i płakać tuląc się jednocześnie do Stasia i wypytując wśród łkań dlaczego ich porwali i dokąd ich wiozą On pocieszał ją jak umiał i prawie takimi słowami jakimi jego ojciec pocieszał pana Rawlisona Mówił że ojcowie i sami będą ich ścigali i zawiadomią wszystkie załogi wzdłuż Nilu Na koniec zapewniał ją że cokolwiek bądź by się stało on jej nie opuści nigdy i będzie jej zawsze bronił Ale w niej żal i tęsknota za ojcem większe były nawet od strachu więc długi czas nie przestawała płakać i tak lecieli oboje żałośni wśród jasnej nocy po bladych piaskach pustyni Stasiowi jednak ściskało się serce nie tylko żalem i obawą lecz i wstydem Temu co się stało nie był wprawdzie winien natomiast przypomniał sobie swoją dawną chełpliwość którą tak często ganił w nim ojciec Poprzednio był przekonany że nie ma takiego położenia w którym by nie dał sobie rady poczytywał się za jakiegoś niezwyciężonego junaka i gotów był wyzywać cały świat Obecnie zaś zrozumiał że jest małym chłopcem z którym każdy może zrobić co zechce i że oto pędzi wbrew woli na wielbłądzie dlatego tylko że tego wielbłąda pogania z tyłu półdziki Sudańczyk Czuł się tym okropnie upokorzony a nie widział żadnego sposobu oporu Musiał przyznać sam przed sobą że się po prostu boi i tych ludzi i tej pustyni i tego co ich oboje z Nel może spotkać Obiecywał jednak szczerze nie tylko jej ale i sobie że będzie nad nią czuwał i bronił jej choćby kosztem własnego życia Nel zmęczona płaczem i szaloną jazdą trwającą już od sześciu godzin poczęła wreszcie drzemać a chwilami i zasypiać zupełnie Staś wiedząc że kto spadnie z cwałującego wielbłąda może się zabić na miejscu przywiązał ją do siebie sznurem który znalazł na siodle Lecz po niejakim czasie wydało mu się że pęd wielbłądów staje się mniej szybki chociaż leciały teraz przez gładkie i miękkie piaski W oddali widać było majaczące wzgórza zaś na równinie rozpoczęły się zwykłe na pustyni nocne ułudy Księżyc świecił na niebie coraz bledziej a tymczasem przed nimi pojawiały się pełznące nisko dziwne różowe obłoki zupełnie przezrocze utkane tylko ze światła Tworzyły się one nie wiadomo dlaczego i posuwały się naprzód jakby popychane lekkim wiatrem Staś widział jak burnusy Beduinów i wielbłądów różowiały nagle wjechawszy w te oświecone przestrzenie a następnie całą karawanę ogarniał delikatny różowy blask Czasem obłoki przybierały barwę błękitnawą i tak było aż do wzgórz Przy wzgórzach bieg wielbłądów zwolniał jeszcze bardziej Naokół widać było teraz skały sterczące z piaszczystych kopców lub porozrzucane wśród osypisk w dzikim nieładzie Grunt stawał się kamienisty Przebyli kilka wgłębień zasianych kamieniami i podobnych do wyschłych łożysk rzek Chwilami drogę tamowały im wąwozy które musieli objeżdżać Zwierzęta poczęły stąpać ostrożnie przebierając jakby w tańcu nogami wśród suchych i twardych kęp utworzonych przez róże jerychońskie którymi osypiska i skały pokryte były obficie Raz w raz któryś wielbłąd potknął się i widoczne było że należy im dać wypoczynek Jakoż Beduini zatrzymali się w zapadłym wąwozie i zsunąwszy się z siodeł zabrali się do rozwiązywania juków Idrys i Gebhr poszli za ich przykładem Poczęto opatrywać wielbłądy rozluźniać popręgi zdejmować zapasy żywności i wyszukiwać płaskich kamieni na założenie ogniska Drzewa ani suchego nawozu którym posługują się Arabowie nie było ale Chamis syn Chadigiego nazrywał róż jerychońskich i ułożył z nich spory stos który zapalił Przez czas jakiś gdy Sudańczycy zajęci byli wielbłądami Staś Nel i jej piastunka stara Dinah znaleźli się razem w odosobnieniu Lecz Dinah była bardziej jeszcze przerażona od dzieci i nie mogła słowa przemówić Owinęła tylko Nel w ciepły pled i siadłszy koło niej na ziemi poczęła z jękiem całować jej rączki Staś natychmiast zapytał Chamisa co znaczy to wszystko co się stało ale ów śmiejąc się ukazał mu tylko swe białe zęby i poszedł zbierać w dalszym ciągu róże jerychońskie Zapytany następnie Idrys odpowiedział jednym słowem zobaczysz i pogroził mu palcem Gdy wreszcie zabłysło ognisko z róż które więcej tliły się niż płonęły otoczyli je wszyscy kołem prócz Gebhra który został jeszcze przy wielbłądach i poczęli jeść placki z kukurydzy oraz suszone baranie i kozie mięso Dzieci wygłodzone przez długą drogę jadły również choć Nel kleiły się jednocześnie oczy ze snu Ale tymczasem w mdłym świetle ogniska pojawił się ciemnoskóry Gebhr i połyskując oczyma podniósł w górę dwie małe jasne rękawiczki i zapytał Czyje to Moje odpowiedziała sennym i zmęczonym głosem Nel Twoje mała żmijo syknął przez zaciśnięte zęby Sudańczyk To znaczysz drogę dlatego by twój ojciec wiedział którędy nas ścigać I tak mówiąc uderzył ją korbaczem strasznym batem arabskim który przecina nawet skórę wielbłąda Nel lubo owinięta w gruby pled krzyknęła z bólu i ze strachu lecz Gebhr nie zdołał uderzyć jej po raz drugi gdyż Staś skoczył w tej chwili jak żbik uderzył go głową w piersi a następnie chwycił za gardło Stało się to tak niespodzianie że Sudańczyk upadł na wznak a Staś na niego i obaj poczęli przewracać się po ziemi Chłopak na swój wiek był wyjątkowo silny jednakże Gebhr prędko dał sobie z nim radę Naprzód oderwał od swego gardła jego dłonie po czym obrócił go twarzą do ziemi i przycisnąwszy mu pięścią kark począł smagać korbaczem jego plecy Krzyk i łzy Nel która chwytając ręce dzikusa błagała go jednocześnie by Stasiowi darował nie byłyby się na nic przydały gdyby nie to że Idrys przyszedł niespodzianie chłopcu z pomocą Był on starszy od Gebhra daleko silniejszy i od początku ucieczki z Gharak el Sultani wszyscy stosowali się do jego rozkazów Teraz wyrwał korbacz z rąk brata i odrzuciwszy go daleko zawołał Precz głupcze Zaćwiczę tego skorpiona odpowiedział zgrzytając zębami Gebhr Lecz na to Idrys chwycił go za opończę na piersiach i popatrzywszy mu w oczy począł mówić groźnym choć cichym głosem Szlachetna2 Fatma zakazała tym dzieciom czynić krzywdy albowiem wstawiały się za nią.. Zaćwiczę powtórzył Gebhr A ja ci powiadam że nie podniesiesz na żadne z nich korbacza Jeśli to uczynisz za każde uderzenie oddam ci dziesięć I począł nim trząść jak gałęzią palmy po czym tak dalej mówił Te dzieci są własnością Smaina i gdyby które z nich nie dojechało żywe sam Mahdi (niech Bóg przedłuży dni jego nieskończenie) kazałby cię powiesić Rozumiesz głupcze Imię Mahdiego sprawiało tak wielkie na wszystkich jego wyznawcach wrażenie że Gebhr opuścił natychmiast głowę i jął powtarzać jakby z przestrachem Allach akbar Allach akbar!3 Staś podniósł się zziajany i zbity ale czuł że gdyby ojciec mógł go w tej chwili widzieć i słyszeć byłby dumny z niego albowiem nie tylko skoczył był bez namysłu na ratunek Nel ale teraz choć razy korbacza paliły go jak ogniem nie myślał o własnym bólu a natomiast począł pocieszać dziewczynkę i wypytywać czy uderzenia nie zrobiły jej krzywdy A następnie rzekł Com dostał tom dostał ale on się więcej na ciebie nie porwie Ach gdybym miał jaką broń Mała kobietka objęła go obu rękami za szyję i mocząc mu łzami policzki jęła zapewniać że nie bardzo ją bolało i że płacze nie z bólu tylko z żalu nad nim Na to Staś przesunął usta do jej ucha i rzekł szepcząc Nel nie za to że mnie zbił ale za to że ciebie uderzył przysięgam że mu nie daruję Na tym skończyło się zajście Po pewnym czasie Gebhr i Idrys pogodzeni już z sobą porozciągali na ziemi opończe i pokładli się na nich a Chamis poszedł wkrótce za ich przykładem Beduini zasypali wielbłądom durry po czym wsiadłszy na dwa luźne pojechali w stronę Nilu Nel oparła główkę o kolana starej Dinah i usnęła Ognisko przygasło i wkrótce słychać było tylko chrzęst durry w zębach wielbłądów Na niebo wytoczyły się małe obłoczki które zakrywały chwilami księżyc ale noc była widna Za skałami odzywało się ciągłe żałosne skomlenie szakali Po dwóch godzinach Beduini wrócili z wielbłądami dźwigającymi napełnione wodą skórzane wory Podsyciwszy ogień zasiedli na piasku i zabrali się do jedzenia Przybycie ich zbudziło Stasia który się poprzednio był zdrzemnął oraz dwóch Sudańczyków i Chamisa syna Chadigiego Wtedy przy ognisku rozpoczęła się następująca rozmowa Możemy jechać zapytał Idrys Nie albowiem musimy odpocząć my i nasze wielbłądy Czy nie widział was nikt Nikt Dotarliśmy do rzeki między dwiema wioskami Z daleka tylko szczekały psy Trzeba będzie zawsze jeździć po wodę o północy i czerpać ją w pustych miejscach Byle minąć pierwszą challal (kataraktę) to dalej wsie już rzadsze i prorokowi przychylniejsze Pościg pójdzie za nami z pewnością Na to Chamis przewrócił się plecami do góry i podparłszy dłońmi twarz rzekł Mehendysi będą naprzód czekali dzieci w El Fachen przez całą noc i do następnego pociągu potem pojadą do Fajum a stamtąd do Gharak Tam dopiero zrozumieją co się stało i wówczas muszą wrócić do Medinet aby wysłać słowa lecące po miedzianym drucie do miast nad Nilem i jeźdźców na wielbłądach którzy będą nas ścigali Wszystko to zabierze najmniej trzy dni Przedtem nie potrzebujemy męczyć naszych wielbłądów i możemy spokojnie pić dym z cybuchów To rzekłszy wydobył z ogniska płonący pręcik róży jerychońskiej i zapalił nim fajkę a Idrys począł zwyczajem arabskim cmokać z zadowolenia Dobrze to urządziłeś synu Chadigiego rzekł ale nam trzeba korzystać z czasu i zajechać przez te trzy dni i noce najdalej na południe Odetchnę spokojniej dopiero wówczas gdy przejedziemy pustynię między Nilem a Kharge (wielka oaza na zachód od Nilu) Dałby Bóg aby wielbłądy wytrzymały Wytrzymają ozwał się jeden z Beduinów Ludzie mówią też wtrącił Chamis że wojska Mahdiego (niech Bóg przedłuży jego żywot) dochodzą już do Assuanu Tu Staś który nie tracił ani słowa z tej rozmowy i zapamiętał również co przedtem mówił Idrys do Gebhra podniósł się i rzekł Wojska Mahdiego są pod Chartumem La La (nie nie) zaprzeczył Chamis Nie zważajcie na jego słowa odpowiedział Staś bo on ma nie tylko skórę ale i mózg ciemny Do Chartumu choćbyście co trzy dni kupowali świeże wielbłądy i pędzili tak jak dziś zajedziecie za miesiąc A i tego może nie wiecie że drogę przegrodzi wam armia nie egipska ale angielska.. Słowa te uczyniły pewne wrażenie a Staś spostrzegłszy to mówił dalej Zanim znajdziecie się między Nilem a wielką oazą wszystkie drogi na pustyni będą już pilnowane przez szereg straży wojskowych Ha słowa po miedzianym drucie prędzej biegną od wielbłądów Jakże zdołacie się przemknąć Pustynia jest szeroka odpowiedział jeden z Beduinów Ale musicie trzymać się Nilu Możemy się nawet przeprawić i gdy nas będą szukać z tej strony my będziemy z tamtej Słowa biegnące po miedzianym drucie dojdą do miast i wsi po obu brzegach rzeki Mahdi ześle nam anioła który położy palce na oczach Anglików i Turków (Egipcjan) a nas osłoni skrzydłami Idrysie rzekł Staś nie zwracam się do Chamisa którego głowa jest jak pusta tykwa ani do Gebhra który jest podłym szakalem ale do ciebie Wiem już że chcecie nas zawieźć do Mahdiego i oddać w ręce Smaina Lecz jeśli to czynicie dla pieniędzy to wiedz że ojciec tej małej bint (dziewczynki) jest bogatszy niż wszyscy Sudańczycy razem wzięci I co z tego przerwał Idrys Co z tego Wróćcie dobrowolnie a wielki mehendys nie pożałuje wam pieniędzy i mój ojciec także Albo oddadzą nas rządowi który każe nas powiesić Nie Idrysie Będziecie wisieli niezawodnie lecz tylko w takim razie jeśli was złapią w ucieczce A tak się stanie z pewnością Ale jeśli sami wrócicie żadna kara was nie spotka i prócz tego zostaniecie bogatymi ludźmi do końca życia Ty wiesz że biali z Europy dotrzymują zawsze słowa Otóż daję wam słowo za obu mehendysów że będzie tak jak mówię I Staś pewien był istotnie że ojciec jego i pan Rawlison będą stokroć woleli dotrzymać uczynionej przez niego obietnicy niż narażać ich oboje a zwłaszcza Nel na okropną podróż i jeszcze okropniejsze życie wśród dzikich i rozszalałych hord Mahdiego Toteż z bijącym sercem oczekiwał na odpowiedź Idrysa który pogrążył się w milczeniu i dopiero po długiej chwili rzekł Mówisz że ojciec małej bint i twój dadzą nam dużo pieniędzy Tak jest A czy wszystkie ich pieniądze potrafią otworzyć nam drzwi do raju które otworzy jedno błogosławieństwo Mahdiego Bismillach krzyknęli na to obaj Beduini wraz z Chamisem i Gebhrem Staś stracił od razu wszelką nadzieję wiedział bowiem że jakkolwiek ludzie na Wschodzie chciwi są i przekupni to jednak gdy prawdziwy mahometanin spojrzy na jakąś rzecz od strony wiary wówczas nie ma już na świecie takich skarbów którymi dałby się skusić Idrys zaś zachęcony okrzykiem mówił dalej i widocznie już nie dlatego by odpowiedzieć Stasiowi lecz w tej myśli by zyskać tym większe uznanie i pochwały towarzyszów My mamy szczęście należeć tylko do tego pokolenia które wydało świętego proroka ale szlachetna Fatma i jej dzieci są jego krewnymi i wielki Mahdi je kocha Gdy więc oddamy mu ciebie i małą bint on zamieni was za Fatmę i jej synów a nas pobłogosławi Wiedz o tym że nawet ta woda w której on się co rano wedle przepisów Koranu obmywa uzdrawia choroby i gładzi grzechy a cóż dopiero jego błogosławieństwo Bismillach powtórzyli Sudańczycy i Beduini Lecz Staś chwytając się ostatniej deski ratunku rzekł To zabierzcie mnie a Beduini niech wrócą z małą bint Za mnie wydadzą Fatmę i jej synów Jeszcze pewniej wydadzą ją za was oboje Na to chłopak zwrócił się do Chamisa Ojciec twój odpowie za twoje postępki Mój ojciec jest już w pustyni w drodze do proroka odparł Chamis Więc go złapią i powieszą Tu Idrys uznał jednak za stosowne dodać otuchy swym towarzyszom Te sępy rzekł które objedzą ciało z naszych kości może nie wylęgły się jeszcze Wiemy co nam grozi aleśmy nie dzieci i pustynię znamy od dawna Ci ludzie (tu wskazał na Beduinów) byli wiele razy w Berberze i wiedzą o takich drogach którymi biegają tylko gazele Tam nikt nas nie znajdzie i nikt nie będzie ścigał Musimy zaiste skręcać po wodę do Bahr el Jussef a później do Nilu ale będziemy to czynili w nocy Czy myślicie przy tym że nad rzeką nie ma ukrytych przyjaciół Mahdiego A ja ci powiem że im dalej na południe tym ich więcej że i całe pokolenia i ich szeikowie czekają tylko pory sposobnej by chwycić za miecze w obronie prawdziwej wiary Ci sami dostarczą wody jadła wielbłądów i zmylą pogoń Zaprawdę wiemy że do Mahdiego daleko ale wiemy i to także że każdy dzień przybliży nas do owczej skóry na której święty prorok klęka do modlitw Bismillach zakrzyknęli po raz trzeci towarzysze I widać było że powaga Idrysa wzrosła pomiędzy nimi znacznie Staś zrozumiał że wszystko stracone więc chcąc przynajmniej uchronić Nel od złości Sudańczyków rzekł Po sześciu godzinach mała panienka dojechała ledwie żywa Jakże możecie myśleć że ona wytrzyma taką drogę Jeśli zaś umrze to i ja umrę a wówczas z czym przyjedziecie do Mahdiego Teraz Idrys nie znalazł odpowiedzi co widząc Staś tak mówił dalej ...I jak was przyjmie Mahdi i Smain gdy się dowiedzą że za waszą głupotę Fatma i jej dzieci przypłacić muszą życiem Lecz Sudańczyk opamiętał się już i odpowiedział Widziaiem jak chwyciłeś za gardziel Gebhra Na Allacha tyś jest lwie szczenię i nie umrzesz a ona.. Tu popatrzył na główkę śpiącej Nel opartą na kolanach starej Dinah i dokończył jakimś dziwnie łagodnym głosem Jej uwijemy na garbie wielbłąda gniazdko jak ptaszkowi aby wcale nie czuła zmęczenia i mogła spać w drodze równie spokojnie jak śpi teraz To powiedziawszy podszedł ku wielbłądowi i wraz z Beduinami począł na grzbiecie najlepszego z dromaderów mościć siedzenie dla dziewczynki Gadali przy tym dużo i sprzeczali się trochę ale wreszcie za pomocą powrozów koców oraz bambusowych drążków urządzili coś w rodzaju głębokiego nieruchomego kosza w którym Nel mogła siedzieć lub leżeć lecz z którego nie mogła spaść Nad tym siedzeniem tak obszernym że i Dinah mogła się w nim pomieścić rozpięli płócienny daszek Oto widzisz rzeki Idrys do Stasia jaja przepiórki nie potłukłyby się w tych wojłokach Stara niewiasta pojedzie z panienką aby jej służyć i we dnie i w nocy.. Ty siądziesz ze mną ale możesz jechać przy niej i czuwać nad nią Staś był rad że uzyskał choć tyle Zastanowiwszy się nad położeniem doszedł do przekonania że najprawdopodobniej złapią ich zanim dojadą do pierwszej katarakty i ta myśl dodała mu otuchy Tymczasem chciało mu się przede wszystkim spać obiecywał więc sobie że przywiąże się jakim powrozem do siodła i ponieważ nie będzie musiał podtrzymywać Nel zaśnie na kilka godzin Noc czyniła się już bledsza i szakale przestały skomleć wśród wąwozów Karawana miała zaraz wyruszyć ale Sudańczycy spostrzegłszy brzask udali się za odległą o kilka kroków skałę i tam zgodnie z przepisami Koranu poczęli ranne obmywania używając jednakże piasku zamiast wody której pragnęli zaoszczędzić Następnie zabrzmiały ich głosy odmawiające soubhg czyli pierwszą poranną modlitwę Wśród głębokiej ciszy słychać było wyraźnie ich słowa W imię litościwego i miłosiernego Boga Chwała niech będzie Panu władcy świata litościwemu i miłosiernemu w dniu sądu Ciebie wielbimy i wyznawamy Ciebie błagamy o pomoc Prowadź nas po drodze tych którym nie szczędzisz dobrodziejstw i łaski nie zaś po ścieżkach grzeszników którzy ściągnęli na się gniew Twój i którzy błądzą Amen A Staś słuchając tych głosów podniósł oczy w górę i w tej dalekiej krainie wśród płowych głuchych piasków począł mówić Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko... Rozdział 8 Noc bladła Ludzie mieli już siadać na wielbłądy gdy nagle spostrzegli pustynnego wilka który wtuliwszy ogon pod siebie przebiegł wąwóz o sto kroków od karawany i wydostawszy się na przeciwległe płaskowzgórze biegł dalej z wszelkimi oznakami strachu jakby uciekał przed jakimś nieprzyjacielem W egipskich pustyniach nie masz takich dzikich zwierząt przed którymi wilki czułyby trwogę i dlatego widok ten zaniepokoił wielce sudańskich Arabów Cóż by to być mogło Czyżby nadchodziła już pogoń Jeden z Beduinów wdrapał się szybko na skałę ale zaledwie spojrzał zsunął się z niej jeszcze prędzej Na proroka zawołał zmieszany i przelękły chyba lew bieży ku nam i jest już tuż A wtem spoza skał ozwało się basowe wow po którym Staś i Nel zakrzyknęli razem Saba Saba Ponieważ po arabsku znaczy to lew więc Beduini przestraszyli się jeszcze bardziej lecz Chamis roześmiał się i rzekł Ja znam tego lwa To powiedziawszy gwizdnął przeciągle i w tejże chwili olbrzymi brytan wpadł między wielbłądy Ujrzawszy dzieci skoczył ku nim przewrócił z radości Nel która wyciągnęła do niego ręce wspiął się na Stasia następnie skowycząc i poszczekując obiegł oboje kilkakrotnie znów przewrócił Nel znów wspiął się na Stasia i wreszcie ległszy u ich nóg począł ziać Boki miał zapadłe z wywieszonego języka spadały mu płaty piany machał jednak ogonem i podnosił oczy pełne miłości na Nel jakby jej chciał powiedzieć Ojciec twój kazał mi cię pilnować więc oto jestem! Dzieci siadły przy nim z jednej i drugiej strony i poczęły go pieścić Dwaj Beduini którzy nie widzieli nigdy podobnej istoty spoglądali na niego ze zdumieniem powtarzając Allach o kelb kebir! (Na Boga to wielki pies!) on zaś leżał przez jakiś czas spokojnie następnie podniósł jednak łeb wciągnął powietrze w swój czarny podobny do ogromnej trufli nos zawietrzył i skoczył ku wygasłemu ognisku przy którym leżały resztki pożywienia W tej samej chwili kozie i baranie kości poczęły trzaskać i kruszyć się jak słomki w jego potężnych zębach Po ośmiu ludziach licząc ze starą Dinah i z Nel było tego dosyć nawet dla takiego kelb kebir Lecz Sudańczycy zakłopotali się jego przybyciem i dwaj wielbłądnicy odwoławszy na bok Chamisa poczęli z nim rozmawiać z niepokojem a nawet ze wzburzeniem Iblis przyniósł tu tego psa zawołał Gebhr i jakim sposobem trafił tu za dziećmi skoro do Gharak przyjechały koleją Zapewne śladem wielbłądów odpowiedział Chamis Źle się stało Każdy kto zobaczy go przy nas zapamięta naszą karawanę i wskaże którędy przechodziła Trzeba się go pozbyć koniecznie Ale jak spytał Chamis Jest strzelba weź ją i strzel mu w łeb Jest strzelba ale ja nie umiem z niej strzelać Chyba że wy umiecie?.. Chamis od biedy byłby może potrafił Staś bowiem kilkakrotnie otwierał przy nim swoją broń i zamykał lecz żal mu było psa którego był polubił opiekując się nim jeszcze przed przyjazdem dzieci do Medinet Wiedział natomiast doskonale że obaj Sudańczycy nie mają żadnego pojęcia jak obchodzić się z bronią najnowszego systemu i że nie dadzą sobie z nią rady Jeśli wy nie umiecie rzekł z chytrym uśmiechem to psa mógłby zabić tylko ten mały nouzrani (chrześcijanin) ale ta strzelba może wystrzelić kilka razy z rzędu więc nie radzę dawać mu jej do ręki Niech Bóg broni odpowiedział Idrys Powystrzelałby nas jak przepiórki Mamy noże zauważył Gebhr Spróbuj ale pamiętaj że masz i gardło które pies rozerwie nim go zakłujesz Co więc robić A Chamis ruszył ramionami Dlaczego wy chcecie tego psa zabić Choćbyście go potem przysypali piaskiem hieny go wygrzebią pogoń znajdzie jego kości i będzie wiedziała że nie przeprawiliśmy się przez Nil lecz uciekaliśmy z tej strony Niech leci za nami Ilekroć Beduini pojadą po wodę a my się skryjemy w jakim wąwozie możecie być pewni że pies zostanie przy dzieciach Allach Lepiej że teraz przyleciał bo inaczej byłby prowadził pogoń naszym śladem aż do Berberu Karmić go nie potrzebujecie gdyż jeśli mu resztek po nas nie starczy to o hienę albo szakala nie będzie mu trudno Zostawcie go w spokoju mówię wam i nie traćmy czasu na gadanie Może masz duszność rzekł Idrys Jeśli mam słuszność to mu dam i wody aby sam nie latał do Nilu i nie pokazywał się w wioskach W ten sposób został rozstrzygnięty los Saby który wypocząwszy nieco i pożywiwszy się należycie wychłeptał w mgnieniu oka miskę wody i puścił się z nowymi siłami za karawaną Wjechali teraz na wysoką płaszczyznę na której wiatr pomarszczył piasek i z której widać było na obie strony ogromną przestrzeń pustyni Niebo przybrało barwę muszli perłowej Lekkie chmurki zgromadzone na wschodzie mieniły się jak opale po czym nagle zabarwiły się złotem Strzelił jeden promień potem drugi i słońce jak zwykle w krajach południowych w których nie ma prawie zmierzchu i świtu nie wzeszło ale wybuchnęło zza obłoków jak siup ognia i zalało jasnym światłem widnokrąg Poweselało niebo poweselała ziemia i niezmierne obszary piaszczyste odkryły się oczom ludzkim Musimy pędzić rzekł Idrys bo stąd widać nas z daleka Jakoż wypoczęte i napojone wielbłądy pędziły z szybkością gazeli Saba pozostał za nimi ale nie było obawy by się zabłąkał i nie zjawił na pierwszym popasie Dromader na którym jechał Idrys ze Stasiem biegł tuż obok wierzchowca Nel tak że dzieci mogły rozmawiać swobodnie Siedzenie które wymościli Sudańczycy okazało się wyborne i dziewczynka wyglądała w nim rzeczywiście jak ptaszek w gniazdku Nie mogła spaść nawet śpiąc i jazda męczyła ją daleko mniej niż w nocy Jasne światło dzienne dodało obojgu dzieciom otuchy W serce Stasia wstąpiła nadzieja że skoro Saba ich doścignął to i pogoń potrafi uczynić to samo Tą nadzieją podzielił się natychmiast z Nel która uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy od chwili porwania A kiedy nas dogonią spytała po francusku by Idrys nie mógł ich zrozumieć Nie wiem Może dziś jeszcze może jutro może za dwa lub trzy dni Ale nie będziemy jechali z powrotem na wielbłądach Nie Dojedziemy tylko do Nilu a Nilem do El Wrasta To dobrze oj dobrze Biedna Nel która tak lubiła poprzednio tę jazdę miała jej teraz widocznie dosyć Nilem.. do El Wrasta i do tatusia poczęła powtarzać sennym głosem I ponieważ na poprzednim postoju nie wyspała się należycie więc usnęła znowu głębokim snem takim jakim po wielkim zmęczeniu śpi się nad ranem Tymczasem Beduini pędzili wielbłądy bez wytchnienia i Staś zauważył że kierują się w głąb pustyni Więc chcąc zachwiać w Idrysie pewność że zdołają ujść przed pogonią a zarazem pokazać mu że sam liczy na nią niezawodnie rzekł Odjeżdżacie od Nilu i od Bahr Jussef ale nic wam to nie pomoże bo przecie nie będą was szukali nad brzegiem gdzie wsie leżą jedna przy drugiej ale w głębi A Idrys zapytał Skąd wiesz że odjeżdżamy od Nilu skoro brzegów nie możesz stąd dostrzec Bo słońce które jest po wschodniej stronie nieba grzeje nas w plecy to znaczy że skręciliśmy na zachód Mądry z ciebie chłopiec rzekł z uznaniem Idrys Po chwili zaś dodał Ale ani pogoń nas nie doścignie ani ty nie uciekniesz Nie odrzekł ja nie ucieknę.. chyba z nią I ukazał na śpiącą Nel Do południa pędzili prawie bez wytchnienia ale gdy słońce wzbiło się wysoko na niebo i poczęło przypiekać wielbłądy które z natury mało się pocą oblały się jednak potem i bieg ich stał się znacznie wolniejszy Karawanę otoczyły znowu skały i osypiska Wąwozy które w czasie deszczów zmieniają się w łożyska strumieni czy tzw khory zdarzały się coraz częściej Beduini zatrzymali się na koniec w jednym z nich całkiem ukrytym wśród skał Lecz zaledwie zsiedli z wielbłądów podnieśli krzyk i rzucili się naprzód schylając się co chwila i ciskając przed siebie kamieniami Stasiowi który jeszcze nie zsunął się z siodła przedstawił się dziwny widok Oto spośród suchych krzaków porastających dno khoru wysunął się duży wąż i wijąc się z szybkością błyskawicy między okruchami skał umykał do jakiejś znanej sobie kryjówki Beduini ścigali go zaciekle a na pomoc im poskoczył Gebhr z nożem w ręku Ale z powodu nierówności gruntu zarówno trudno trafić było w węża kamieniem jak przygwoździć go nożem wkrótce też wrócili wszyscy trzej z widocznym w twarzach przestrachem I zabrzmiały zwykłe u Arabów okrzyki Allach Bismillach Maszallach Następnie obaj Sudańczycy poczęli spoglądać jakimś dziwnym zarazem badawczym i pytającym wzrokiem na Stasia który nie rozumiał wcale o co chodzi Tymczasem Nel zsiadła także z wielbłąda i jakkolwiek mniej była zmęczona niż w nocy Staś rozciągnął dla niej wojłok w cieniu na równym miejscu i kazał się jej położyć by mogła jak mówił rozprostować nóżki Arabowie zabrali się do południowego posiłku który jednak składał się tylko z sucharów i daktyli oraz z syku wody Wielbłądów nie pojono albowiem piły w nocy Twarze Idrysa Gebhra i Beduinów były wciąż frasobliwe i postój odbywał się w milczeniu Na koniec Idrys odwołał Stasia na bok i począł wypytywać go z twarzą zarazem tajemniczą i niespokojną Widziaieś węża Widziałem Nie tyś go zaklął by się nam ukazał Nie Spotka nas jakieś nieszczęście gdyż ci głupcy nie zdołali węża zabić Spotka was szubienica Milcz Czy twój ojciec nie jest czarownikiem Jest odpowiedział bez wahania Staś zrozumiawszy w jednej chwili że ci dzicy i przesądni ludzie uważają ukazanie się płaza za złą wróżbę i za zapowiedź że ucieczka im się nie uda To więc twój ojciec nam go zesłał odpowiedział Idrys ale powinien zrozumieć że za jego czary możemy się pomścić na tobie Nic mi nie zrobicie gdyż przypłaciliby za moją krzywdę synowie Fatmy I to już zrozumiałeś Ale pamiętaj że gdyby nie ja byłbyś spłynął krwią pod korbaczem Gebhra ty i mała bint także Wstawię się też tylko za tobą a Gebhr pójdzie na powróz Na to Idrys popatrzył na niego przez chwilę jakby ze zdziwieniem i rzeki Życie nasze nie jest jeszcze w twoich rękach a ty przemawiasz już do nas jak nasz pan.. Po chwili zaś dodał Dziwny z ciebie uled (chłopiec) i takiego jeszcze nie widziałem Byłem dotychczas dobry dla was lecz ty się miarkuj i nie gróź Bóg karze zdradę odpowiedział Staś Było jednak rzeczą widoczną że pewność z jaką mówił chłopak w połączeniu ze złą wróżbą pod postacią węża który zdołał umknąć zaniepokoiła w wysokim stopniu Idrysa Siadłszy już na wielbłąda powtórzył kilkakrotnie Tak ja byłem dla was dobry jakby na wszelki wypadek chciał wrazić to Stasiowi w pamięć a następnie zaczął przesuwać ziarnka różańca wyrobione ze skorupy orzecha dum i modlić się Koło godziny drugiej po południu upał mimo iż pora była zimowa uczynił się niezwykły Na niebie nie było żadnej chmurki ale krańce widnokręgu poszarzaly Nad karawaną unosiło się kilka sępów których rozpostarte szeroko skrzydła rzucały ruchome czarne cienie na płowe piaski W rozpalonym powietrzu czuć było jakby swąd Wielbłądy nie przestając pędzić poczęły dziwnie chrząkać Jeden z Beduinów zbliżył się do Idrysa Zanosi się na coś niedobrego rzekł Co myślisz zapytał Sudańczyk Złe duchy zbudziły wiatr śpiący na zachodzie pustyni a ów wstał z piasków i bieży ku nam Idrys podniósł się nieco na siodle popatrzył w dal i odpowiedział Tak jest Idzie z zachodu i południa ale on nie bywa tak wściekły jak khmasin.4 Trzy lata temu zasypał jednak koło Abu Hamel całą karawanę a odwiał ją dopiero zeszłej zimy Ualla Może mieć dosyć siły by pozatykać nozdrza wielbłądów i wysuszyć wodę w workach Trzeba pędzić by zawadził nas jednym tylko skrzydłem Lecimy mu w oczy i nie potrafimy go ominąć Im prędzej przyjdzie tym prędzej przewieje To rzekłszy Idrys uderzył wielbłąda korbaczem a za jego przykładem poszli inni Przez jakiś czas słychać było tylko tępe razy grubych batów podobne do klaskania w dłonie i okrzyki yalla!.. Na południowym zachodzie białawy przedtem widnokrąg pociemniał Upał trwał ciągle i słońce paliło głowy jeźdźców Sępy wzbiły się widocznie bardzo wysoko albowiem cienie od ich skrzydeł malały coraz bardziej a w końcu znikły zupełnie Uczyniło się duszno Arabowie krzyczeli na wielbłądy póki nie wyschły im gardła po czym umilkli i nastała cisza śmiertelna przerywana stękaniem zwierząt Małe dwa liski piaskowe5 o ogromnych uszach przemknęły się koło karawany uciekając w stronę przeciwną Ten sam Beduin który poprzednio rozmawiał z Idrysem ozwał się znowu jakimś dziwnym jakby nie swoim głosem To nie będzie zwykły wiatr Ściągają nas złe czary Wszystkiemu winien wąż Wiem odpowiedział Idrys Patrz powietrze drży Tego nie bywa w zimie Jakoż rozpalone powietrze poczęło drgać a wskutek złudzenia oczu jeźdźcom wydało się że drgają i piaski Beduin zdjął z głowy przepoconą myckę i rzekł Serce pustyni bije trwogą A wtem drugi Beduin jadący na czele jako przewodnik wielbłądów odwrócił się i jął wołać Idzie już idzie I rzeczywiście wiatr nadchodził W oddali pojawiła się jakby ciemna chmura która czyniła się w oczach wyższą i zbliżała się do karawany Poruszyły się też naokół najbliższe fale powietrza i nagle podmuchy poczęły skręcać piasek Tu i ówdzie tworzyły się lejki jakby ktoś wiercił kijem powierzchnię pustyni Miejscami wstawały chybkie wiry podobne do kolumienek cienkich u spodu a rozwianych jak pióropusze w górze Ale wszystko to trwało przez jedno mgnienie oka Chmura którą pierwszy ujrzał przewodnik wielbłądów nadleciała z niepojętą szybkością W ludzi i zwierzęta uderzyło jakby skrzydło olbrzymiego ptaka W jednej chwili oczy i usta jeźdźców napełniły się kurzawą Tumany pyłu zakryły niebo zakryły słońce i na świecie uczynił się mrok Ludzie poczęli tracić się z oczu a najbliższe nawet wielbłądy majaczyły jak we mgle Nie szum bo na pustyni nie ma drzew ale huk wichru głuszył nawoływania przewodnika i ryk zwierząt W powietrzu czuć było taką woń jaką wydaje czad węgli Wielbłądy stanęły i odwróciwszy się od wiatru powyciągały długie szyje w dół tak że nozdrza ich dotykały prawie piasku Sudańczycy nie chcieli jednak pozwolić na postój gdyż karawany które się wstrzymują w czasie huraganu bywają często zasypywane Najlepiej wtedy jest pędzić razem z wichrem ale Idrys i Gebhr nie mogli i tego uczynić albowiem w ten sposób wracaliby do Fajumu skąd spodziewali się pogoni Więc gdy pierwsze uderzenie przeszło pognali znów wielbłądy Nastała chwilowa cisza lecz rudy mrok rozpraszał się bardzo powoli albowiem słońce nie mogło przebić się przez tumany zawieszone w powietrzu Grubsze i cięższe drobinki piasku poczęły jednak opadać Napełniły one wszystkie szpary i załamania w siodłach i zatrzymywały się w fałdach odzieży Ludzie i zwierzęta za każdym oddechem wciągali pył który drażnił ich płuca i skrzypiał w zębach Przy tym wicher mógł się zerwać na nowo i przesłonić całkiem świat Stasiowi przyszło na myśl że gdyby w chwili takich ciemności znalazł się na jednym wielbłądzie z Nel to mógłby go zawrócić i uciekać z wiatrem na północ Kto wie czyby dostrzeżono ich wśród mroku i zamętu żywiołów a jeśliby zdołali dotrzeć do pierwszej lepszej wioski nad Bahr Jussef przy Nilu byliby ocaleni Idrys i Gebhr nie ośmieliliby się nawet ich ścigać albowiem wpadliby natychmiast w ręce miejscowych zabtiów Staś zważywszy to wszystko trącił w ramię Idrysa i rzekł Daj mi gurdę z wodą Idrys nie odmówił gdyż jakkolwiek rano skręcili znacznie w głąb pustyni i byli dość daleko od rzeki mieli wody dość a wielbłądy napiły się obficie w czasie nocnego postoju Prócz tego jako człowiek obeznany z pustynią wiedział że po huraganie przychodzi zwykle deszcz i wyschnięte khory zmienia chwilowo na strumienie Stasiowi chciało się rzeczywiście pić więc pociągnął dobrze wody po czym nie oddając gurdy trącił znowu w ramię Idrysa Zatrzymaj karawanę Dlaczego zapytał Sudańczyk Dlatego że chcę przesiąść się na wielbłąda małej bint i dać jej wody Dinah ma większą gurdę od mojej Ale jest łakoma i pewnie ją wypiła Musiało się też nasypać dużo piasku do siodła które uczyniliście podobnym do kosza Dinah nie da sobie z tym rady Wiatr zerwie się za chwilę i znów wszystko zasypie Tym bardziej mała bint będzie potrzebowała pomocy Idrys uderzył batem wielbłąda i przez chwilę jechali w milczeniu Czemu nie odpowiadasz zapytał Staś Bo się namyślam czy lepiej przywiązać cię do siodła czy związać ci ręce z tylu Oszalałeś Nie Ale odgadłem coś chciał uczynić Pogoń i tak nas doścignie więc nie potrzebuję tego czynić Pustynia jest w ręku Boga Umilkli znowu Grubszy piasek opadł zupełnie pozostał w powietrzu tylko subtelny czerwony pył i coś w rodzaju śreżogi przez którą słońce przeświecało jak miedziana blacha Ale widać już było dalej Przed karawaną ciągnęła się teraz płaska równina na której krańcu bystre oczy Arabów dostrzegły znów chmurę Była ona wyższa od poprzedniej a prócz tego wystrzelały z niej jakby słupy jakby olbrzymie rozszerzone u góry kominy Na ten widok zadrżały serca Arabów i Beduinów albowiem rozpoznali wielkie wiry piaszczyste Idrys podniósł ręce i zbliżywszy dłonie do uszu począł bić pokłony nadlatującemu wichrowi Jego wiara w jedynego Boga nie przeszkadzała mu widocznie czcić i bać się innych albowiem Staś usłyszał wyraźnie jak mówił Panie my dzieci twoje a więc nie pożresz nas A pan właśnie nadleciał i targnął wielbłądami z siłą tak straszliwą że omal nie poupadały na ziemię Zwierzęta zbiły się teraz w ciasną gromadę z głowami zwróconymi w środek ku sobie Poruszyły się całe masy piasku Karawanę ogarnął mrok głębszy niż poprzednio a w tym mroku przelatywały obok jeźdźców jakieś jeszcze ciemniejsze niewyraźne przedmioty jakby olbrzymie ptaki lub rozpędzone wraz z huraganem wielbłądy Lęk ogarnął Arabów którym zdawało się że to są duchy zaginionych pod piaskami zwierząt i ludzi Wśród huku i wycia wichru słychać było dziwne glosy podobne do szlochania to do śmiechu to do wołania o pomoc Lecz to były złudy Karawanie groziło stokroć straszniejsze rzeczywiste niebezpieczeństwo Sudańczycy wiedzieli dobrze że jeśli który z wielkich wirów tworzących się ustawicznie w łonie huraganu pochwyci ich w swe skręty to postrąca jeźdźców i porozprasza wielbłądy a jeśli załamie się i zwali na nich wówczas w mgnieniu oka usypie nad nimi olbrzymią piaszczystą mogiłę w której będą czekali póki następny huragan nie odwieje ich kościotrupów Stasiowi kręciło się w głowie tchu brakło w piersiach i oślepiał go piasek Ale zdawało mu się chwilami że słyszy płacz i wołanie Nel więc myślał tylko o niej Korzystając z tego że wielbłądy stały w zbitej kupie i że Idrys nie może na niego uważać postanowił przeleźć po cichu na wielbłąda dziewczynki już nie dlatego by uciekać ale by jej dać pomoc i dodać odwagi Zaledwie jednak wziął nogi pod siebie i wyciągnął ręce chcąc schwycić za krawędź Nelinego siodła szarpnęła nim olbrzymia pięść Idrysa Sudańczyk porwał go jak piórko położył przed sobą i począł go krępować palmowym powrozem a po związaniu mu rąk przewiesił go przez siodło Staś ścisnął zęby i opierał się jak mógł ale na próżno Mając wyschłe gardło i zasypane usta nie mógł i nie chciał przekonywać Idrysa że pragnął przyjść tylko z pomocą dziewczynce nie zaś uciekać Po chwili jednak czując że się dusi począł wołać zdławionym głosem Ratujcie małą bint!.. ratujcie małą bint Lecz Arabowie woleli myśleć o własnym życiu Wieja uczyniła się tak straszna że ani nie mogli usiedzieć na wielbłądach ani wielbłądy ustać na miejscu Dwaj Beduini oraz Chamis i Gebhr zeskoczyli na ziemię aby trzymać zwierzęta za postronki przywiązane do kantarów pod ich szczęką dolną Idrys zepchnąwszy Stasia w tył siodła uczynił to samo Zwierzęta rozstawiały jak najszerzej nogi by oprzeć się wściekłej wichurze ale brakło im sił i karawana smagana żwirem który zacinał jakby setkami biczów i piaskiem który kłuł jak szpilkami poczęła to powolniej to pośpieszniej kręcić się i cofać pod naporem Chwilami wicher wyrywał doły pod jej nogami to znów piasek i żwir obijając się o boki wielbłądów tworzyły w mgnieniu oka kopce sięgające do ich kolan i wyżej W ten sposób płynęła godzina za godziną Niebezpieczeństwo stawało się coraz straszliwsze Idrys zrozumiał wreszcie że jedynym zbawieniem będzie siąść na wielbłądy i lecieć z wichrem Ale byłoby to wracać w stronę Fajumu gdzie czekały na nich sądy egipskie i szubienica Ha trudno pomyślał Idrys Huragan wstrzymał także i pogoń a gdy ustanie puścimy się znów na południe I począł krzyczeć by siadano na wielbłądy A wtem zaszło coś co zmieniło całkiem położenie Oto nagle mroczne prawie czarne chmury piasku prześwieciły się sinawym światłem Ciemność potem uczyniła się jeszcze głębsza ale jednocześnie wstał śpiący na wysokościach i zbudzony przez wicher grzmot i począł przewalać się między Pustynią Arabską i Libijską potężny groźny rzekłbyś gniewny Zdawało się że z niebios staczają się góry i skały Ogłuszający łoskot wzmagał się rósł wstrząsał światem jął obiegać cały widnokrąg miejscami wybuchał z siłą tak straszliwą jakby spękane sklepienie niebieskie waliło się na ziemię potem znów toczył się z głuchym ciągłym turkotem znów wybuchał znów łamał się oślepiał błyskawicą raził gromami zniżał się podwyższał huczał i trwał.6 Wiatr ucichł jakby przerażony a gdy po długim czasie gdzieś w niezmiernej oddali wrzeciądze niebios zatrzasnęły się za grzmotem nastała martwa cisza Lecz po chwili w tej ciszy rozległ się głos przewodnika Bóg jest nad wichrem i burzą Jesteśmy ocaleni Ruszyli Ale otaczała ich noc tak nieprzebita że choć wielbłądy biegły blisko ludzie nie mogli się widzieć i musieli co chwila odzywać się głośno by się wzajemnie nie pogubić Od czasu do czasu jaskrawe błyskawice sine lub czerwone rozświecały piaszczystą przestrzeń lecz po nich zapadała ciemność tak gęsta że prawie namacalna Mimo otuchy którą wlał w serca Sudańczyków głos przewodnika niepokój nie opuścił ich jeszcze właśnie dlatego że posuwali się na oślep nie wiedząc naprawdę w którą stronę dążą czy nie kręcą się w kółko lub nie wracają na północ Zwierzęta potykały się co chwila i nie mogły biec prędko a przy tym dyszały jakoś dziwnie i tak rozgłośnie że jeźdźcom wydawało się iż to cała pustynia dyszy z trwogi Spadły na koniec pierwsze wielkie krople dżdżu który prawie zawsze następuje po huraganie a jednocześnie głos przewodnika ozwał się wśród ciemności Khor!.. Byli nad wąwozem Wielbłądy zatrzymały się na brzegu po czym zaczęły ostrożnie zstępować ku dołowi Rozdział 9 Khor był szeroki zasypany na dole kamieniami między którymi rosły karłowate cierniste krzaki Południową jego ścianę stanowiły wysokie skały pełne załamań i rozpadlin Arabowie rozeznali to wszystko przy świetle cichych ale coraz częstszych błyskawic Wkrótce też odkryli w skalistej ścianie rodzaj płytkiej jaskini a raczej obszerny wnęk w którym ludzie łatwo mogli się pomieścić i w razie wielkiej ulewy znaleźć przed nią schronienie Wielbłądy pomieściły się też wygodnie na lekkim wzniesieniu tuż przed wnękiem Beduini i dwaj Sudańczycy pozdejmowali z nich ciężary i siodła by mogły dobrze wypocząć a Chamis syn Chadigiego zajął się tymczasem ścinaniem krzaków cierniowych na ognisko Duże pojedyncze krople deszczu spadały ciągle ale ulewa rozpoczęła się dopiero wówczas gdy już ludzie rozłożyli się na nocleg Z początku były to jakby sznurki wody potem powrozy a w końcu zdawało się że całe rzeki zlatują z niewidzialnych chmur na ziemię Takie to właśnie dżdże które zdarzają się raz na kilka lat wzdymają nawet w zimie wodę w kanałach i w Nilu a w Adenie napełniają olbrzymie cysterny bez których miasto nie mogłoby wcale istnieć Staś nigdy w życiu nie widział nic podobnego Na dnie khoru począł szumieć potok wnijście do wnęku zasłaniały jakby firanki wody naokół słychać było tylko plusk i bełkotanie Wielbłądy stały na wzniesieniu i ulewa mogła co najwyżej sprawić im kąpiel jednakże Arabowie wyglądali co chwila czy nie grozi zwierzętom niebezpieczeństwo Ludziom natomiast miło było siedzieć w zabezpieczonej od deszczu jaskini przy jasnym ogniu z chrustu który nie zdążył zamoknąć Na twarzach malowała się radość Idrys który zaraz po przybyciu rozwiązał Stasiowi ręce aby mógł jeść zwrócił się teraz do niego i rzekł uśmiechając się wzgardliwie Mahdi większy jest od wszystkich białych czarowników On to potłumił huragan i zesłał deszcz Staś nie odpowiedział nic albowiem zajął się Nel która ledwie żyła Naprzód powytrząsał piasek z jej włosów następnie poleciwszy starej Dinah rozpakować rzeczy które w przekonaniu że dzieci jadą do ojców zabrała z Fajumu wziął ręcznik namoczył go w wodzie przetarł nim oczy i twarz dziewczynki Dinah nie mogła tego czynić gdyż widząc i to źle na jedno tylko oko zaniewidziała prawie zupełnie podczas huraganu i przemywanie rozpalonych powiek nie przyniosło jej na razie ulgi Nel poddawała się biernie wszelkim zabiegom Stasia patrzyła tylko na niego tak jak zmęczony ptaszek i dopiero gdy zdjął jej trzewiczki by powysypywać z nich piasek a następnie usłał jej wojłok zarzuciła mu rączki na szyję A w jego sercu wezbrała wielka litość Uczuł się opiekunem starszym bratem i jedynym w tej chwili obrońcą Nel i poczuł zarazem że tę małą siostrzyczkę kocha ogromnie daleko więcej niż kiedykolwiek przedtem Kochał ją przecie i w Port Saidzie ale uważał za berbecia więc na przykład nie przychodziło mu nawet do głowy by na dobranoc całować ją w rękę Gdyby mu ktoś poddał taką myśl uważałby że kawaler który skończył lat trzynaście nie może bez ujmy dla swej godności i wieku czegoś podobnego uczynić Ale obecnie wspólna niedola wzbudziła w nim uśpioną tkliwość więc ucałował nie jedną ale obie rączki dziewczynki Położywszy się myślał o niej w dalszym ciągu i postanowił dokonać dla wyrwania jej z niewoli jakiegoś nadzwyczajnego czynu Gotów był na wszystko nawet na rany i śmierć tylko z tym utajonym w duszy małym zastrzeżeniem żeby rany nie bolały zanadto a śmierć żeby już tam nie była koniecznie i naprawdę śmiercią gdyż w takim razie nie mógłby widzieć szczęścia oswobodzonej Nel Następnie jął zastanawiać się nad najbardziej bohaterskimi sposobami ratunku ale myśli poczęły mu się mącić Przez chwilę wydało mu się że zasypują je całe chmury piasku potem że wszystkie wielbłądy pakują mu się do głowy i usnął Arabowie po obrządzeniu wielbłądów zmordowani walką z huraganem posnęli też kamiennym snem Ogniska przygasły we wnęku zapanował mrok Wkrótce rozległo się chrapanie ludzi a z zewnątrz dochodził plusk ulewy i szum wody rozbijającej się o kamienie na dnie khoru W ten sposób upływała noc Lecz przed świtem zbudziło Stasia z twardego snu uczucie zimna Pokazało się że woda zebrana w załamach na wierzchu skały przedostając się z wolna i kropla po kropli przez jakąś szparę w sklepieniu jaskini zaczęła wreszcie sączyć mu się na głowę Chłopak siadł na wojłoku i przez jakiś czas zmagał się ze snem nie mogąc zmiarkować gdzie jest i co się z nim dzieje Po chwili jednak wróciła mu przytomność Aha pomyślał Wczoraj był huragan a my jesteśmy porwani i to jest jaskinia do której schroniliśmy się przed deszczem I jął rozglądać się dokoła Naprzód spostrzegł ze zdziwieniem że deszcz przeszedł i że w jaskini nie jest wcale ciemno gdyż rozświeca ją księżyc bliski już zachodu więc tkwiący nisko na nieboskłonie Przy bladych jego promieniach widać było całe wnętrze szerokiego lecz płytkiego wnęku Staś ujrzał wyraźnie leżących obok siebie Arabów a pod drugą ścianą jaskini białą sukienkę Nel śpiącej przy Dinah I znów wielka tkliwość opanowała mu serce Śpi Nel.. śpi mówił sobie a ja nie śpię.. i muszę ją ratować Po czym spojrzawszy na Arabów dodał w duszy Ach chciałbym tych wszystkich łotrów... Nagle drgnął Oto wzrok jego padł na skórzane pudło w którym był sztucer ofiarowany mu na gwiazdkę i na puszkę z ładunkami leżącą między nim a Chamisem tak blisko że dość było wyciągnąć rękę Serce poczęło mu bić jak młotem Gdyby mógł dorwać się do strzelby i ładunków stałby się po prostu panem położenia Dość było w takim razie wysunąć się cicho z wnęku ukryć się o jakie kilkadziesiąt kroków między złamami kamieni i stamtąd pilnować wyjścia Sudańczycy i Beduini myślał gdy zbudzą się i spostrzegą że mnie nie ma wypadną razem z jaskini ale wówczas dwoma strzałami powalę dwóch pierwszych a zanim drudzy nadbiegną strzelba znów będzie nabita Zostanie Chamis ale z tym łatwo dam sobie rady Tu wyobraził sobie cztery trupy leżące we krwi i jednakże strach i zgroza chwyciły go za pierś Zamordować czterech ludzi Wprawdzie są to łotry ale w każdym razie to rzecz przerażająca Przypomniał sobie jak raz w Port Saidzie zobaczył robotnika fellacha zabitego przez korbę parowej pogłębiarki i jakie straszne wrażenie zrobił na nim ten drgający w czerwonej kałuży szczątek ludzki I wzdrygnął się na samo wspomnienie A teraz trzeba by czterech!.. I grzech i okropność!.. Nie nie tego nigdy nie potrafi uczynić Począł się bić z myślami Dla siebie by tego nie zrobił tak Ale tu chodzi o Nel chodzi o jej obronę o ocalenie i o jej życie bo przecież ona tego wszystkiego nie wytrzyma i umrze z pewnością albo w drodze albo wśród dzikich i rozbestwionych lord derwiszów Co znaczy krew takich nędzników wobec życia Nel i czy w podobnym położeniu wolno się wahać Dla Nel Dla Nel Lecz nagle przez głowę Stasia przeleciała jak wicher myśl od której włosy zjeżyły mu się na giowie Co będzie jeśli który z tych zbójów przyłoży Nel nóż do piersi i zapowie że ją zamorduje jeśli on Staś nie podda się i nie zwróci im strzelby Wówczas co Wówczas odpowiedział sobie chłopak poddam się natychmiast I w poczuciu swej niemocy rzucił się znów bezwładnie na wojłok Księżyc zaglądał już tylko z ukosa przez otwór jaskini i zrobiło się w niej ciemniej Arabowie chrapali ciągle Staś przeleżał czas jakiś po czym nowa myśl poczęła mu świtać w głowie A gdyby wysunąwszy się z bronią i ukrywszy wśród skal nie zabijał ludzi ale powystrzelał wielbłądy Szkoda i żal niewinnych zwierząt to prawda cóż jednak robić Ludzie zabijają przecie zwierzęta nie tylko dla ocalenia życia lecz na rosół i pieczeń Otóż pewną jest rzeczą że gdyby zdołał zabić cztery a tym bardziej pięć wielbłądów to dalsza podróż byłaby niemożliwa Nikt z karawany nie śmiałby się udać do nadbrzeżnych wiosek dla zakupna nowych wielbłądów A w takim razie Staś obiecałby w imieniu ojców ludziom bezkarność a nawet nagrody pieniężne i.. nie pozostałoby im nic innego jak wracać Tak Jeśli jednak nie dadzą mu czasu do zrobienia tych obietnic i zabiją go w pierwszej chwili złości Dać czas i wysłuchać go muszą albowiem mając w ręku strzelbę potrafi utrzymać ich w przyzwoitej odległości póki wszystkiego nie wypowie Gdy to uczyni zrozumieją że jedynym dla nich ratunkiem jest poddać się Wówczas stanie na czele karawany i poprowadzi ją wprost do Bahr Jussef i do Nilu Wprawdzie są obecnie od nich dość daleko może o dzień lub dwa drogi gdyż Arabowie skręcili przez ostrożność znacznie w głąb pustyni Ale to nic nie szkodzi zostanie przecie kilka wielbłądów a na jednym z nich pojedzie Nel Staś począł się przypatrywać uważnie Arabom Spali wszyscy mocno jak śpią ludzie niezmiernie strudzeni ale ponieważ noc miała się ku końcowi mogli się wkrótce przebudzić Trzeba było działać zaraz Zabranie puszki z ładunkarni nie przedstawiało trudności gdyż leżała tuż obok Trudniejsza była sprawa ze strzelbą którą Chamis położył przy drugim swym boku Staś miał nadzieję że mu się uda ją wykraść ale postanowił wydobyć ją z pudełka i włożyć osadę z lufami dopiero gdy będzie o kilkadziesiąt kroków od jaskini gdyż obawiał się by szczęk żelaza o żelazo nie pobudził śpiących Chwila nadeszła Chłopak wygiął się jak pałąk nad Chamisem i chwyciwszy za ucho pudła podniósł je i począł przenosić na swoją stronę Serce i tętna biły mu ciężko w oczach ciemniało oddech stał się szybki ale on ścisnął zęby i starał się opanować wzruszenie Jednakże gdy rzemyki opasujące pudło zaskrzypiały z lekka krople zimnego potu wystąpiły mu na czoło Ta sekunda wydała mu się wiekiem Lecz Chamis ani drgnął Pudło opisało nad nim łuk i stanęło cicho obok puszki z nabojami Staś odetchnął Połowa roboty była wykonana Teraz należało wysunąć się bez szelestu z jaskini ubiec kilkadziesiąt kroków następnie schować się w załamach otworzyć pudło złożyć strzelbę nabić ją i wsypać sobie kilkanaście ładunków do kieszeni Karawana byłaby wówczas istotnie na jego łasce Czarna sylwetka Stasia zarysowała się na jaśniejszym tle otworu jaskini Jeszcze sekunda a będzie już na zewnątrz Jeszcze minuta a ukryje się w załamach skalnych A wtedy choćby który ze zbójów się zbudził nim pomiarkuje co się stało nim rozbudzi innych będzie za późno Chłopak z obawy by nie zrzucić jakiego kamienia których dużo leżało na progu wnęki wysunął jedną nogę i począł szukać stopą pewnego gruntu I już wychylił z otworu głowę już miał wysunąć się cały gdy nagle stało się coś takiego od czego krew ścięła mu się lodem w żyłach Oto wśród głębokiej ciszy rozgrzmiało jak grom radosne szczekanie Saby napełniło cały wąwóz i zbudziło śpiące w nim echa Arabowie porwali się ze snu jak jeden człowiek i pierwszym przedmiotem który uderzył ich oczy był widok Stasia z pudłem w jednej i puszką z nabojami w drugiej ręce ..................................................................................................................................................... Ach Sabo coś ty uczynił!.. Rozdział 10 Wszyscy w jednej chwili rzucili się z okropnym krzykiem na Stasia w mgnieniu oka wydarli mu strzelbę naboje i przewróciwszy go na ziemię skrępowali mu ręce i nogi postronkami bijąc go przy tym i kopiąc póki wreszcie nie odpędził ich Idrys w obawie o życie chłopca Następnie poczęli rozmawiać urywanymi słowami jak ludzie nad którymi zawisło straszliwe niebezpieczeństwo i których ocalił tylko wypadek To szatan wcielony zawołał Idrys z twarzą pobladłą ze strachu i wzruszenia Byłby nas powystrzelał jak dzikie gęsi na karm dodał Gebhr Ach gdyby nie ten pies Bóg go zesłał A chcieliście go zabić rzekł Chamis Nikt go odtąd nie dotknie Będzie miał zawsze kości i wodę Allach Allach powtarzał nie mogąc się uspokoić Idrys śmierć była nad nami Uf I poczęli spoglądać na leżącego Stasia z nienawiścią ale i z pewnym zdumieniem że jeden mały chłopak mógłby stać się przyczyną ich klęski i zguby Na proroka ozwał się jeden z Beduinów trzeba przecie zapobiec temu by ten syn Iblisa nie poskręcał nam karków Węża wieziemy Mahdiemu Co myślicie z nim teraz uczynić Trzeba mu obciąć prawą pięść zwołał Gebhr Beduini nie odpowiedzieli nic lecz Idrys nie chciał się na to zgodzić Przyszło mu na myśl że gdyby pogoń ich schwytała kara za okaleczenie chłopca spadłaby na nich tym straszniejsza Wreszcie któż mógł zaręczyć czy Staś nie umrze po operacji A w takim razie na zamianę za Fatmę i jej dzieci pozostałaby tylko Nel Więc gdy Gebhr wydobył nóż chcąc spełnić swą groźbę Idrys schwycił go za przegub ręki i zatrzymał Nie rzekł Wstyd byłby dla pięciu wojowników Mahdiego bać się tak jednego chrześcijańskiego szczeniaka by aż obcinać mu pięści Będziemy wiązali go na noc a za to co chciał teraz uczynić otrzyma dziesięć uderzeń korbaczem Gebhr gotów był natychmiast do wykonania wyroku ale Idrys odepchnął go znów i rozkazał bić jednemu z Beduinów szepnąwszy mu do ucha żeby nie czynił tego zbyt mocno Ponieważ Chamis może ze względu na swą dawną służbę u inżynierów a może z jakiej innej przyczyny nie chciał się do niczego mieszać drugi Beduin przewrócił Stasia grzbietem do góry i egzekucja miała się już rozpocząć gdy wtem zaszła niespodziana przeszkoda Oto w otworze wnęku ukazała się Nel wraz z Sabą Zajęta swoim ulubieńcem który wpadłszy do jaskini rzucił się zaraz do jej nóżek słyszała ona wprawdzie krzyki Arabów ale że w Egipcie zarówno Arabowie jak i Beduini wrzeszczą przy każdej sposobności tak jakby się mieli wzajem mordować więc nie zwracała na to uwagi Dopiero zawoławszy Stasia i nie otrzymując od niego odpowiedzi wyszła zobaczyć czy nie siedzi już na wielbłądzie i z przerażeniem ujrzała przy pierwszych blaskach poranku Stasia leżącego na ziemi a nad nim Beduina z korbaczem w ręku Na ten widok poczęła krzyczeć wniebogłosy i tupać nóżkami a gdy Beduin nie zważając na to wymierzył pierwsze uderzenie rzuciła się naprzód i przykryła sobą chłopca Beduin zawahał się gdyż nie miał rozkazu bić dziewczynki a tymczasem rozległ się jej pełen rozpaczy i przerażenia głos Saba Saba A Saba zrozumiał o co chodzi i w jednym skoku znalazł się przy dzieciach Sierść zjeżyła mu się na karku i grzbiecie oczy zapłonęły czerwono w piersiach i w potężnej gardzieli zahuczał jakby grzmot A następnie wargi pomarszczonej paszczy podniosły się z wolna w górę i zęby oraz długie na cal białe kły ukazały się aż do krwawych dziąseł Olbrzymi brytan począł teraz zwracać głowę w prawo i w lewo jakby chciał pokazać dobrze Sudańczykom i Beduinom swój straszliwy garnitur powiedzieć im Patrzcie oto czym będę bronił dzieci Oni zaś cofnęli się pośpiesznie albowiem naprzód wiedzieli że Saba uratował im życie a po wtóre było rzeczą jasną że kto by zbliżył się w tej chwili do Nel temu rozwścieczony mastyf utopiłby natychmiast kły w gardle Więc stali bezradni spoglądając na się niepewnym wzrokiem i jakby pytając jeden drugiego co obecnie należy czynić Wahanie się ich trwało tak długo że Nel miała dość czasu by zawołać starą Dinah i kazać jej porozcinać więzy Stasia Wtedy chłopiec wstał i trzymając dłoń na głowie Saby zwrócił się do napastników Nie chciałem pozabijać was tylko wielbłądy rzekł przez zaciśnięte zęby Lecz i ta wiadomość przeraziła tak Arabów że byliby się niezawodnie rzucili znów na Stasia gdyby nie płonące oczy i nie zjeżona jeszcze sierść Saby Gebhr chciał nawet skoczyć ku niemu ale jedno głuche warknięcie przykuło go na miejscu Nastała chwila milczenia po czym zabrzmiał donośny głos Idrysa W drogę W drogę Rozdział 11 Minął dzień noc i jeszcze dzień a oni pędzili wciąż na południe zatrzymując się tylko na czas krótki w khorach by nie zmordować zbyt wielbłądów napoić je nakarmić a zarazem rozdzielić żywność i wodę między sobą Z obawy pogoni wykręcili jeszcze bardziej na zachód o wodę bowiem nie potrzebowali się przez pewien czas troszczyć Ulewa trwała wprawdzie nie więcej nad siedem godzin ale była tak niezmierna jakby nad pustynią nastąpiło oberwanie się chmur więc zarówno Idrys i Gebhr jak i Beduini wiedzieli że na dnie khorów i w tych miejscach gdzie skały tworzą naturalne wgłębienia i ocembrzyny znajdzie się przez parę dni tyle wody że nie tylko starczy dla nich i dla wielbłądów ale nawet na zrobienie zapasów Po wielkim dżdżu nastała jak zwykle bywa wspaniała pogoda Niebo było bez chmurki powietrze tak przezroczyste że wzrok sięgał na niezmierną odległość W nocy niebo nabite gwiazdami skrzyło się i migotało jakby tysiącami diamentów Od piasków pustyni szedł rzeźwy chłód Garby wielbłądów stały się już mniejsze ale zwierzęta karmione dobrze były wciąż wedle arabskiego wyrażenia harde to jest nie podupadły na siłach i biegły tak ochoczo że karawana posuwała się naprzód niewiele wolniej niż pierwszego dnia po wyruszeniu z Gharak el Sultani Staś ze zdziwieniem zauważył że w niektórych khorach w rozpadlinach skalnych zabezpieczonych od deszczu Beduini znajdują zapasy durrp i daktyli Domyślił się z tego że przed porwaniem ich zostały poczynione pewne przygotowania i że wszystko było z góry ułożone między Fatmą Idrysem i Gebhrem z jednej a Beduinami z drugiej strony Łatwo było również odgadnąć że dwaj ci ludzie byli to stronnicy i wyznawcy Mahdiego którzy chcieli do niego się przedostać i dlatego łatwo dali się wciągnąć Sudańczykom do spisku W okolicach Fajumu i koło Gharak el Sultani sporo było Beduinów którzy wraz z dziećmi i wielbłądami koczowali na pustyni i przychodzili do Medinet lub do stacji kolejowych dla zarobku Tych dwóch Staś nie widywał jednak nigdy poprzednio i oni również nie musieli bywać w Medinet skoro jak się pokazało nie znali Saby Chłopcu przychodziło na myśl czyby nie spróbować ich przekupić ale przypomniawszy sobie ich pełne zapału okrzyki ilekroć wspominano przy nich imię Mahdiego uznał to za rzecz niemożliwą Nie poddał się wszelako biernie wypadkom albowiem w tej chłopięcej duszy tkwiła zadziwiająca istotnie energia którą podnieciły jeszcze dotychczasowe niepowodzenia Wszystko com przedsięwziął mówił sobie skończyło się na tym że mnie obito Ale choćby mnie mieli co dzień smagać korbaczem a nawet zabić nie przestanę myśleć o tym by wyrwać Nel i siebie z rąk tych łotrów Jeżeli pogoń ich schwyci to tym lepiej ja jednak będę tak postępował jakbym się jej wcale nie spodziewał I na wspomnienie o tym co go spotkało na myśl o tych zdradliwych i okrutnych ludziach którzy po wyrwaniu mu strzelby okładali go pięściami i kopali burzyło się w nim serce i rosła zawziętość Czuł się nie tylko zwyciężonym lecz i upokorzonym przez nich w swej dumie białego człowieka Przede wszystkim jednak czuł krzywdę Nel i to poczucie wraz z goryczą która zapiekła się w nim po ostatnim niepowodzeniu zmieniało się w nieubłaganą nienawiść do obu Sudańczyków Słyszał wprawdzie nieraz od ojca że nienawiść zaślepia i że poddają jej się tylko takie dusze które nie umieją zdobyć się na coś lepszego na razie jednak nie mógł jej w sobie pokonać i nie umiał jej ukryć Nie umiał zaś tak dalece że Idrys zauważył ją i począł się niepokoić zrozumiał bowiem że w razie jeśli pogoń ich schwyta nie może już liczyć na wstawiennictwo chłopca Idrys gotów był zawsze do czynów najzuchwalszych ale jako człowiek nie pozbawiony rozumu sądził że należy wszystko przewidzieć i w razie nieszczęścia zostawić sobie jakąś otwartą furtkę ocalenia Z tego powodu chciał się po ostatnim zajściu jako tako ze Stasiem pojednać i w tym celu na pierwszym przystanku rozpoczął z nim następującą rozmowę Po tym coś zamierzał uczynić rzekł musiałem cię ukarać gdyż inaczej tamci byliby cię zabili ale zakazałem Beduinom bić cię zbyt mocno A gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi tak po chwili mówił dalej Słuchaj sam powiedziałeś że biali dotrzymują zawsze przysięgi więc jeśli mi przysięgniesz na twego Boga i na głowę małej bint że nie uczynisz nic przeciw nam to nie każę cię na noc wiązać Staś nie odrzekł i na to ani słowa i tylko z błysku jego oczu Idrys poznał że przemawia na próżno Jednakże mimo namów Gebhra i Beduinów nie kazał go na noc wiązać a gdy Gebhr nie przestawał nalegać odrzekł mu z gniewem Zamiast pójść spać będziesz dziś stał na straży Postanawiam też odtąd że jeden z nas będzie zawsze czuwał podczas snu innych I rzeczywiście zmiany straży zaprowadzone zostały od owego dnia na stałe Utrudniało to i niweczyło w wysokim stopniu wszelkie zamysły Stasia na którego każdy wartownik zwracał baczną uwagę Lecz natomiast zostawiono dzieciom większą swobodę tak że mogły zbliżać się do siebie i rozmawiać bez przeszkód Zaraz też na pierwszym przystanku Staś siadł koło Nel pilno mu bowiem było podziękować jej za pomoc Ale choć czuł dla niej wielką wdzięczność nie umiał wyrażać się górnolotnie ani czule więc począł tylko potrząsać obie jej rączki Nel rzekł Jesteś bardzo dobra i dziękuję ci a prócz tego otwarcie powiadam że postąpiłaś jak osoba co najmniej trzynastoletnia W ustach Stasia podobne słowa były najwyższą pochwałą więc serce małej kobietki zapłonęło radością i dumą Wydało jej się w tej chwili że nie masz dla niej nic niepodobnego Niech ja tylko całkiem dorosnę to oni obaczą odrzekła spoglądając wojowniczo w stronę Sudańczyków Ale ponieważ nie rozumiała jeszcze o co chodziło i dlaczego Arabowie rzucili się wszyscy na Stasia więc chłopak począł opowiadać jak postanowił wykraść strzelbę pozabijać wielbłądy i zmusić wszystkich do powrotu nad rzekę Gdyby mi było się to udało mówił bylibyśmy już wolni Ale oni przebudzili się pytała z bijącym sercem dziewczynka Przebudzili się Zrobił to Saba który przyleciał i począł tak szczekać że zbudziłby umarłego Wówczas oburzenie jej zwróciło się przeciw Sabie Brzydki Saba Brzydki Za to jak teraz przyleci nie przemówię do niego ani słowa i powiem mu że jest szkaradny Na to Staś choć nie było mu w ogóle do śmiechu uśmiechnął się jednak i zapytał Jakże będziesz mogła nie przemówić do niego ani słowa i jednocześnie powiedzieć mu że jest szkaradny Brewki Nel podniosły się do góry i na twarzy odbiło się zakłopotanie po czym odrzekła Pozna to z mojej miny Chyba Ale on nie jest winien bo nie mógł wiedzieć co się dzieje Pamiętaj także że potem przyszedł nam na ratunek Wspomnienie to złagodziło trochę gniew Nel nie chciała jednak udzielić od razu winowajcy przebaczenia To dobrze rzekła ale kto jest prawdziwym dżentelmenem ten nie powinien szczekać na powitanie Staś uśmiechnął się znowu Prawdziwy dżentelmen nie szczeka i na pożegnanie chyba że jest psem a Saba jest nim Lecz po chwili smutek zamglił oczy chłopca westchnął raz drugi po czym wstał z kamienia na którym siedzieli i rzekł Najgorsze to że nie mogłem ciebie uwolnić A Nel wspięła się na paluszki i zarzuciła mu ręce na szyję Chciała go pocieszyć chciała z bliska z noskiem przy jego twarzy wyszeptać podziękowanie ale ponieważ nie umiała znaleźć słów odpowiednich więc ścisnęła go tylko jeszcze mocniej za szyję i pocałowała w ucho Tymczasem Saba który spóźniał się zawsze nie tylko dlatego że nie mógł zdążyć za wielbłądami ile dlatego że polował po drodze na szakale lub obszczekiwał sępy siedzące na zrębach skał nadleciał z nie mniejszym niż zwykle hałasem Dzieci na jego widok zapomniały o wszystkim i mimo ciężkiego ich położenia zwykłe pieszczoty i zabawa rozpoczęły się na dobre póki nie przerwali ich Arabowie Chamis dał psu jeść i wody po czym siedli wszyscy na wielbłądy i ruszyli w największym pędzie na południe Rozdział 12 Był to najdłuższy etap jechali bowiem z małą tylko przerwą przez godzin osiemnaście Tylko prawdziwie wierzchowe wielbłądy i mające dobry zapas wody w żołądkach mogą taką drogę wytrzymać Idrys nie oszczędzał ich albowiem bał się rzeczywiście pogoni Rozumiał że musiała już od dawna wyruszyć a przypuszczał że obaj inżynierowie znajdują się na jej czele i że czasu nie tracą Niebezpieczeństwo groziło od strony rzeki albowiem było rzeczą pewną że zaraz po porwaniu dzieci zostały wysłane rozkazy telegraficzne do wszystkich osad pobrzeżnych ażeby szeikowie czynili wyprawy w głąb pustyni na obie strony Nilu i zatrzymywali wszystkich jadących na południe Chamis zapewniał że rząd i inżynierowie musieli wyznaczyć wielkie nagrody za ich schwytanie i że wskutek tego pustynia roi się zapewne od poszukujących Jedyną na to radą byłoby skręcić jak najdalej na zachód ale na zachodzie leżała wielka oaza Kharge do której depesze mogły dojść także a prócz tego gdyby odjechali za daleko od rzeki po kilku dniach zabrakłoby im wody i czekałaby ich śmierć z pragnienia A chodziło także o żywność Beduini w ciągu dwóch tygodni poprzedzających porwanie dzieci przygotowywali wprawdzie w znanych sobie kryjówkach zapasy durr sucharów i daktylów ale tylko na odległość czterech dni drogi od Medinet Idrys ze strachem myślał że gdy zbraknie pożywienia trzeba będzie koniecznie wysłać ludzi po zakupno zapasów do wiosek nadbrzeżnych a wtedy ludzie ci wobec rozbudzonej czujności i przyobiecanych za schwytanie zbiegów nagród łatwo mogą wpaść w ręce miejscowych szeików i wydać całą karawanę Położenie było istotnie trudne niemal rozpaczliwe i Idrys widział z każdym dniem jaśniej na jakie szalone porwał się przedsięwzięcie Byle minąć Assuan byle minąć Assuan! mówił sobie z trwogą i rozpaczą w duszy Nie dowierzał on Chamisowi który twierdził że wojownicy Mahdiego dochodzą już do Assuanu albowiem Staś temu zaprzeczył Idrys zaś pomiarkował od dawna że biały uled wie więcej od nich wszystkich Ale przypuszczał że za pierwszą kataraktą gdzie lud jest dzikszy mniej podległy wpływom Anglików i egipskiego rządu znajdzie się więcej utajonych wyznawców proroka którzy w danym razie dadzą im pomoc dostarczą żywności i wielbłądów Lecz i do Assuanu było jeszcze jak wyliczali Beduini około pięciu dni drogi coraz bardziej pustynnej a każdy postój zmniejszał w oczach zapasy dla zwierząt i ludzi Na szczęście mogli przynaglać wielbłądy i pędzić w największym pośpiechu albowiem upały nie wyczerpywały ich sił W dzień podczas godzin południowych słońce przypiekało wprawdzie mocno ale powietrze było wciąż rzeźwe a noce tak chłodne że Staś przesiadał się za zgodą Idrysa na wielbłąda Nel chcąc czuwać nad jej zdrowiem i bronić ją od zaziębienia Lecz jego obawy były płonne gdyż Dinah której stan oczu a raczej oka poprawił się znacznie pilnowała z wielką troskliwością swej panienki Chłopca zdziwiło to nawet że zdrowie małej nie poniosło dotychczas szwanku i że tę drogę z coraz mniejszymi odpoczynkami znosiła równie dobrze jak on sam Zmartwienie obawa i łzy które przelewała z tęsknoty za tatusiem nie zaszkodziły jej zbyt widocznie Może wychudła trochę i jasna twarzyczka sczerniała jej od wiatru ale w następnych dniach podróży odczuwała daleko mniej zmęczenia niż z początku Prawda że Idrys oddał jej najlżej niosącego wielbłąda i urządził siodło znakomicie tak że mogła w nim sypiać leżąc głównie jednak świeże powietrze pustyni którym dzień i noc oddychała dodawało jej sił do znoszenia trudów i niewywczasów Staś nie tylko czuwał nad nią ale umyślnie otaczał ją jakby czcią której mimo ogromnego przywiązania do małej siostrzyczki wcale dla niej nie odczuwał Zauważył jednak że to udziela się Arabom i że ci mimo woli utwierdzają się w przekonaniu iż wiozą coś niesłychanie cennego jakąś wyjątkowo ważną brankę z którą trzeba postępować jak najostrożniej Idrys przyzwyczaił się do tego jeszcze w Medinet toteż wszyscy obchodzili się z nią dobrze Nie żałowano jej wody ani daktylów Okrutny Gebhr nie śmiałby już teraz podnieść na nią ręki Może przyczyniała się do tego nadzwyczajna uroda dziewczynki i to że było w niej coś jakby z kwiatu i jakby z ptaszka a urokowi temu nie umiały oprzeć się nawet dzikie i nierozwinięte dusze Arabów Nieraz też gdy na postojach stawała przy ognisku nanieconym z róż jerychońskich lub cierni różowa od płomienia i srebrna od księżyca zarówno Sudańczycy jak Beduini nie mogli od niej oczu oderwać cmokając wedle swego zwyczaju z podziwu i pomrukując Allach Maszallach lub Bżsmillach Drugiego dnia w południe po owym długim etapie Staś i Nel którzy jechali tym razem na jednym wielbłądzie mieli chwilę radosnego wzruszenia Zaraz po wschodzie słońca unosiła się nad pustynią jasna i przezrocza mgła która jednak wnet opadła Potem gdy słońce wzbiło się wyżej upał uczynił się większy niż w dniach poprzednich W chwilach gdy wielbłądy przystawały nie było czuć najmniejszego powiewu tak że zarówno powietrze jak i piaski zdawały się spać w cieple świetle i ciszy Karawana wjechała właśnie na wielką jednostajną równinę nie poprzerywaną khorami gdy nagle oczom dzieci przedstawił się cudny widok Kępy smukłych palm i drzew pieprzowych plantacje mandarynek białe domy mały meczet ze strzelistym minaretem a niżej mury otaczające ogrody wszystko to pojawiło się z taką wyrazistością i w odległości tak niewielkiej iż można było mniemać że po upływie pół godziny karawana znajdzie się wśród drzew oazy Co to zawołał Staś Nel Nel patrz Nel podniosła się i na razie zamilkła ze zdumienia ale po chwili poczęła krzyczeć z radości Medinet do tatusia do tatusia A Staś aż pobladł ze wzruszenia Doprawdy.. Może to Kharge.. Ale nie to chyba Medinet.. Poznaję minaret i widzę nawet wiatraki na studniach Jakoż istotnie w oddali błyszczały wysoko wzniesione wiatraki studni amerykańskich podobne do wielkich białych gwiazd Na zielonym tle drzew widać je było tak dokładnie że bystry wzrok Stasia mógł odróżnić pomalowane na czerwono brzegi skrzydeł To Medinet!.. Staś wiedział przecie i z książek i z opowiadań że na pustyni istnieją majaki zwane fatamorgana i że nieraz podróżnym zdarza się widzieć oazy miasta kępy drzew i jeziora które są niczym innym jak złudą grą światła i odbiciem rzeczywistych dalekich przedmiotów Ale tym razem zjawisko było tak wyraźne tak niemal dotykalne że jednak nie mógł wątpić iż widzi prawdziwe Medinet Oto wieżyczka na domu mudira oto urządzony pod samym szczytem minaretu kolisty ganek z którego muezin woła do modlitwy oto znajome grupy drzew i zwłaszcza te wiatraki Nie to musi być rzeczywistość Chłopcu przyszło na myśl że może Sudańczycy zastanowiwszy się nad położeniem przyszli do przekonania że nie uciekną i nic mu nie mówiąc nawrócili do Fajumu Ale spokój ich nasunął mu pierwsze wątpliwości Gdyby to istotnie było Fajum czyżby patrzyli na nie tak obojętnie Widzieli przecie zjawisko i pokazywali je sobie palcami ale w ich twarzach nie było znać najmniejszej niepewności lub wzruszenia Staś spojrzał jeszcze raz i może ta obojętność Arabów sprawiła że obraz wydał mu się bledszy Pomyślał także że gdyby naprawdę wracali to karawana skupiłaby się i ludzie choćby tylko z obawy jechaliby wszyscy razem A tymczasem Beduinów którzy z rozkazu Idrysa od kilku dni wysuwali się znacznie naprzód wcale nie było widać a Chamis jadący w tylnej straży wydawał się z oddali nie większy od lecącego przy ziemi sępa Fatamorgana rzeki sobie Staś Tymczasem Idrys zbliżył się ku niemu i zawołał Hej popędzaj wielbłąda widzisz Medinet Mówił widocznie żartobliwie i w głosie jego było tyle przekory że w duszy chłopca zniknął ostatni cień nadziei by miał przed sobą prawdziwy Medinet I z żalem w sercu zwrócił się do Nel chcąc rozprószyć i jej złudzenie gdy niespodzianie zaszedł wypadek który zwrócił uwagę wszystkich w inną stronę Naprzód pojawił się Beduin pędząc co sił ku nim i machając z daleka długą arabską strzelbą której poprzednio nikt w karawanie nie posiadał Dopadłszy do Idrysa zamienił z nim kilka pośpiesznych słów po czym karawana skręciła żywo w głąb pustyni Lecz po upływie pewnego czasu ukazał się drugi Beduin wiodący za sobą na powrozie tłustą wielbłądzicę z siodłem na garbie i ze skórzanymi workami zwieszonymi po bokach Zaczęła się znów krótka rozmowa z której Staś nie mógł jednak nic pochwycić Karawana w wielkim pędzie dążyła wciąż na zachód i zatrzymała się dopiero wówczas gdy trafiono na wąski khor pełen porozrzucanych w dzikim nieładzie skał rozpadlin i pieczar Jedna z nich była tak obszerna że Sudańczycy ukryli w niej ludzi i wielbłądy Staś jakkolwiek domyślał się mniej więcej co zaszło położył się obok Idrysa i udał śpiącego w nadziei że Arabowie którzy zamienili dotychczas zaledwie kilka słów o zdarzeniu zaczną o nim teraz rozmawiać Jakoż nadzieja nie zawiodła go albowiem zaraz po zasypaniu wielbłądom obroków Beduini i Sudańczycy wraz z Chamisem zasiedli do narady Możemy odtąd jechać tylko nocą a w dzień musimy się przytajać ozwał się jednooki Beduin Khorów będzie teraz dużo i w każdym znajdzie się bezpieczna kryjówka Czy jesteście pewni że to był strażnik zapytał Idrys Allach Rozmawialiśmy z nim Szczęście że był tylko jeden Stał zakryty skałą tak że nie mogliśmy go widzieć ale usłyszeliśmy z dala głos wielbłąda Wtedy zwolniliśmy biegu i podjechaliśmy tak cicho że zobaczył nas dopiero gdyśmy byli o kilka kroków Przestraszył się bardzo i chciał zmierzyć ku nam ze strzelby Gdyby był wystrzelił choćby żadnego z nas nie zabił mogli usłyszeć strzał inni strażnicy więc co tchu powiadam mu Stój Ścigamy ludzi którzy porwali dwoje białych dzieci i wkrótce nadbiegnie tu cała pogoń Chłopiec był młody i głupi więc uwierzył kazał nam tylko przysiąc na Koran że tak jest Zsiedliśmy z wielbłądów i przysięgli.. Mahdi nas rozgrzeszy.. I pobłogosławi rzeki Idrys Mów coście następnie uczynili Oto ciągnąc Beduin gdyśmy mu przysięgli powiadam chłopcu tak Ale któż nam zaręczy czy ty sam nie należysz do zbójców którzy uciekają z białymi dziećmi i zali to nie oni zostawili cię tu byś wstrzymał pogoń I kazałem mu także przysiąc a on się na to zgodził i tym bardziej nam uwierzył Zaczęliśmy go wypytywać czy przyszły jakie rozkazy po miedzianym drucie od szeików i czy na pustyni pościg jest urządzony Powiedział że tak że obiecano im wielkie nagrody i że wszystkie khory są strzeżone na dwa dni drogi od rzeki a po rzece przepływają ciągle wielkie babury (parowce) z Anglikami z wojskiem.. Nie pomogą babury ani wojsko przeciw sile Allacha i proroka.. Niech się stanie jak mówisz A ty powiedz jak skończyliście z chłopcem Jednooki Beduin wskazał swego towarzysza Abu Anga rzeki zapytał go jeszcze czy w pobliżu nie ma drugiego strażnika a gdy odpowiedział że nie wówczas pchnął go nożem pod szyję tak nagle że ów nie wydał żadnego głosu Wrzuciliśmy go w głęboką szczelinę i przykryliśmy kamieniami i cierniem W wiosce będą myśleli że uciekł do Mahdiego bo mówił nam że to się trafia Niech Bóg błogosławi tych którzy uciekają jak pobłogosławił was odpowiedział Idrys Tak pobłogosławił odparł Abu Anga albowiem wiemy teraz że musimy trzymać się o trzy dni drogi od rzeki a oprócz tego zdobyliśmy strzelbę której nam brakło i dojną wielbłądzicę Gurdy dodał jednooki są napełnione wodą i w biesagach jest sporo prosa tylko prochu znaleźliśmy mało Chamis wiezie kilkaset ładunków do tej strzelby białego chłopca z której nie umiemy strzelać Proch zawsze jest jednaki i przyda się do naszej To rzekłszy Idrys zamyślił się jednak i ciężka troska odbiła się na jego ciemnej twarzy zrozumiał bowiem że gdy raz trup padł za nimi to gdyby obecnie wpadli w ręce egipskiego rządu już i wstawiennictwo Stasia nie ochroniłoby ich od sądu i kary Staś słuchał z bijącym sercem i natężoną uwagą Były w tej rozmowie rzeczy pocieszające a mianowicie to że pościg był urządzony nagrody obiecane i że szeikowie plemion pobrzeżnych odebrali rozkazy zatrzymywania karawan jadących na południe Ucieszyła chłopca i wiadomość o parowcach płynących w górę rzeki napełnionych wojskiem angielskim Derwisze Mahdiego mogli się mierzyć z armią egipską i nawet zwyciężać ją ale z Anglikami była całkiem inna sprawa i Staś ani na chwilę nie wątpił że pierwsza bitwa skończy się doszczętną zagładą dzikich tłumów Więc z pociechą w duszy mówił sobie tak Choćby nas dowieźli do Mahdiego to może się zdarzyć że nim nas dowiozą nie będzie już ani Mahdiego ani jego derwiszów Lecz tę pociechę zatruła mu myśl że w takim razie czekają ich jeszcze całe tygodnie drogi która w końcu musi jednak wyczerpać siły Nel i przez cały ten czas czeka ich towarzystwo łotrów i morderców Na wspomnienie tego młodego Araba którego Beduini zarżnęli jak barana ogarniał Stasia lęk i żal Postanowił nie mówić o tym Nel by nie przestraszać jej i nie powiększać smutku który odczuwała po zniknięciu złudnego obrazu oazy Fajum i miasta Medinet Widział przed przybyciem do wąwozu że mimo woli łzy cisnęły się jej do oczu przeto gdy dowiedział się z opowiadania Beduinów wszystkiego czego chciał udał że się rozbudził i podszedł ku niej A ona siedziała w kącie przy Dinah i jedząc daktyle skrapiała je trochę łzami Ale ujrzawszy Stasia przypomniała sobie że niedawno uznał jej postępowanie za godne osoby co najmniej trzynastoletniej więc nie chcąc pokazać się znów dzieckiem ścisnęła z całej siły ząbkami pestkę daktyla aby pohamować łkanie Nel rzekł chłopak Medinet to było złudzenie ale wiem na pewno że nas ścigają więc nie martw się i nie płacz Na to dziewczynka podniosła ku niemu załzawione źrenice i odpowiedziała przerywanym głosem Nie Stasiu.. Ja nie chcę płakać.. tylko mi się tak.. oczy pocą.. Ale w tej chwili bródka poczęła się jej trząść spod stulonych rzęs wybiegły wielkie łzy i rozszlochała się na dobre Że jednak wstyd jej było tych łez i oczekiwała za nie bury od Stasia więc ze wstydu a trochę i ze strachu pochowała główkę na jego piersiach mocząc mu obficie ubranie Lecz on jął ją zaraz pocieszać Nel nie bądź fontanną Widziałaś że oni odebrali jakiemuś Arabowi strzelbę i wielbłądzicę A wiesz co to znaczy To znaczy że na pustyni pełno jest straży Raz się tym niegodziwcom udało przyłapać strażnika a drugi raz ich samych złapią Po Nilu krąży też mnóstwo statków.. A jakże Wrócimy Nel wrócimy i do tego parowcem Nie bój się!.. I byłby ją dłużej w ten sposób pocieszał gdyby uwagi jego nie zwrócił dziwny dźwięk dochodzący z zewnątrz od wydm piaszczystych których ostatni huragan nawiał na dno wąwozu Było to coś podobnego do cienkiego metalicznego głosu trzcinowej piszczałki Staś przerwał rozmowę i począł nasłuchiwać Po chwili takie cieniutkie i żałosne głosy ozwały się z wielu stron naraz Chłopcu przebłysła myśl że to może straże arabskie otaczają wąwóz i nawołują się za pomocą gwizdawek Serce poczęło mu bić Spojrzał raz i drugi na Sudańczyków w nadziei że w twarzach ich ujrzy trwogę ale nie Idrys Gebhr i dwaj Beduini gryźli spokojnie suchary tylko Chamis zdawał się być trochę zdziwiony A głosy trwały ciągle Po pewnym czasie Idrys wstał i wyjrzał z pieczary po czym wracając zatrzymał się koło dzieci i rzekł Piaski zaczynają śpiewać Staś był tak rozciekawiony że zapomniał w tej chwili iż postanowił nie rozmawiać wcale z Idrysem i zapytał Piaski Co to znaczy Tak bywa a znaczy to że długo nie będzie deszczu Ale upał nam nie dokuczy gdyż aż do Assuanu będziemy jechali tylko nocą I więcej nie można się było od niego dowiedzieć Staś i Nel wsłuchiwali się długo w te osobliwe dźwięki które trwały dopóty dopóki słońce nie zniżyło się ku zachodowi Po czym zapadła noc i karawana ruszyła w dalszą drogę Rozdział 13 We dnie chronili się w ukrytych i trudno dostępnych miejscach wśród skał i rozpadlin a nocami pędzili bez wytchnienia póki nie minęli pierwszej katarakty Aż na koniec gdy Beduini z położenia i postaci khorów rozpoznali że Assuan został już za nimi wielki ciężar spadł z piersi Idrysa Ponieważ cierpieli już na brak wody zbliżyli się więc na pół dnia drogi od rzeki Tam następnej nocy Idrys ukrywszy karawanę wysłał z Beduinami wszystkie wielbłądy do Nilu aby napoiły się dobrze i na czas dłuższy Pas urodzajny wzdłuż rzeki Nilu był już za Assuanem węższy W niektórych miejscach pustynia dochodziła do rzeki Wsie leżały w znacznej od siebie odległości Beduini zatem wrócili szczęśliwie przez nikogo nie widziani ze znacznymi zapasami wody Należało tylko myśleć o żywności gdyż zwierzęta karmione skąpo od tygodnia wychudły bardzo Szyje ich wydłużyły się garby opadły a nogi stały się słabe Durry i zapasów dla ludzi mogło z wielką biedą wystarczyć jeszcze na dwa dni Idrys myślał jednakże że po dwóch dniach można będzie jeżeli nie we dnie to w nocy zbliżyć się do pastwisk nadrzecznych a może i zakupić sucharów i daktylów w jakiej wiosce Sabie nie dawano już wcale jeść ani pić i tylko dzieci chowały dla niego resztki pożywienia ale on sobie jakoś radził i na postoje przylatywał często z zakrwawioną paszczą i ze śladami ukąszeń na szyi i piersiach Czy łupem tych walk stawały się szakale czy hieny czy może lisy piaskowe lub gazele tego nie wiedział nikt dość że nie było na nim znać wielkiego głodu Czasem też czarne wargi jego bywały wilgotne jakby pił Beduini domyślali się że musiał wykopywać głębokie jamy na dnie wąwozów i w ten sposób dokopywać się do wody którą węchem pod ziemią wyczuwał Tak rozkopują nieraz dna rozpadlin zbłąkani podróżni i jeśli często nie znajdą wody to prawie zawsze dostają się do wilgotnych piasków i wysysając je oszukują w ten sposób męczarnie pragnienia I w Sabie zaszły jednak znaczne zmiany Piersi i kark miał zawsze potężne ale boki mu zapadły przez co wydawał się jeszcze wyższy W jego oczach o zaczerwienionych białkach było teraz coś dzikiego i groźnego Do Nel i do Stasia był przywiązany jak i poprzednio i pozwalał robić z sobą co im się podobało Chamisowi kiwał jeszcze niekiedy ogonem ale na Beduinów i Sudańczyków warczał albo kłapał swymi strasznymi kłami które uderzały wówczas o siebie jak stalowe bretnale Idrys i Gebhr poczęli się go po prostu bać i mimo usługi jaką im oddał znienawidzili go do tego stopnia że byliby go prawdopodobnie zabili z owej zdobycznej strzelby gdyby nie chęć przywiezienia Smainowi osobliwego zwierzęcia i gdyby nie to że minęli już Assuan Minęli Assuan Staś myślał o tym ciągle i w duszę poczęła mu z wolna wkradać się wątpliwość czy pościg ich dogoni Wiedział wprawdzie że nie tylko właściwy Egipt który kończy się za Wadi Halfa to jest za drugą kataraktą ale i cała Nubia jest dotychczas w ręku rządu egipskiego ale rozumiał że za Assuanem a zwłaszcza za Wadi Halfa pogoń będzie trudniejsza a rozkazy rządu niedbale wykonywane Miał tylko jeszcze nadzieję że ojciec wraz z panem Rawlisonem po urządzeniu pogoni z Fajumu sami udali się do Wadi Halfa parowcem i tam uzyskawszy od rządu żołnierzy na wielbłądach będą starali się przeciąć drogę karawanie z południa Chłopak wyrozumował sobie że na ich miejscu byłby tak właśnie zrobił i dlatego uważał przypuszczenie swe za bardzo prawdopodobne Nie zaniechał jednak myśli o ratunku na własną rękę Sudańczycy chcieli mieć proch do zdobycznej strzelby i w tym celu postanowili porozkręcać kilkanaście ładunków sztucerowych więc powiedział im że on sam tylko potrafi to zrobić i że gdy który z nich weźmie się do tego nieumiejętnie wówczas ładunek wybuchnie mu w palcach i pourywa ręce Idrys bojąc się w ogóle rzeczy nieznanych i wynalazków angielskich postanowił wreszcie powierzyć chłopcu tę czynność Staś wziął się do tego chętnie naprzód w nadziei że silny angielski proch rozsadzi przy pierwszym strzale starą arabską strzelbę a po wtóre że będzie mógł ukryć trochę ładunków Jakoż poszło mu to łatwiej niż myślał Niby to pilnowano go przy robocie ale Arabowie poczęli zaraz gadać między sobą i wkrótce zajęli się więcej rozmową niż dozorem Ostatecznie ta ich gadatliwość i wrodzone niedbalstwo pozwoliło Stasiowi ukryć w zanadrzu siedem ładunków Teraz należało się tylko dobrać do sztucera Chłopiec sądził że za Wadi Halfa to jest drugą kataraktą nie będzie to rzeczą zbyt trudną gdyż przewidywał że czujność Arabów zmniejszać się będzie w miarę jak będą bliżej celu Myśl że będzie musiał pozabijać Sudańczyków i Beduinów a nawet i Chamisa przejmowała go zawsze dreszczem ale po morderstwie którego dopuścili się Beduini nie miał już żadnych skrupułów Mówił sobie że przecież chodzi o obronę o wolność i życie Nel i że wobec tego może nie liczyć się z życiem przeciwników zwłaszcza jeśli się nie poddadzą i jeśli przyjdzie do walki Ale chodziło o sztucer Staś umyślił dostać go w ręce podstępem i gdyby się zdarzyła sposobność nie czekać aż do Wadi Halfa ale dokonać dzieła jak najprędzej Jakoż nie czekał Przeszły już dwa dni jak minęli Assuan i Idrys musiał wreszcie o świcie trzeciego dnia wyprawić Beduinów po żywność której zabrakło zupełnie Wobec zmniejszonej liczby przeciwników Staś powiedział sobie Teraz albo nigdy i natychmiast zwrócił się do Sudańczyka z następującym pytaniem Idrysie czy wiesz że kraj który zaczyna się niedaleko za Wadi Halfa to już Nubia Wiem Miałem piętnaście lat a Gebhr osiem gdy ojciec przywiózł nas z Sudanu do Fajumu i pamiętam że przejechaliśmy wówczas na wielbłądach całą Nubię Ale kraj ten należy jeszcze do Turków (Egipcjan) Tak Mahdi jest dopiero pod Chartumem i widzisz jak głupio gadał Chamis gdy mówił wam że wojska derwiszów dochodzą już do Assuanu Ja jednak zapytam się o co innego Oto czytałem w książkach że w Nubii dużo jest dzikich zwierząt i dużo rozbójników którzy nikomu nie służą i napadają zarówno Egipcjan jak i wiernych Mahdiego Czymże będziecie się bronili jeśli napadną was dzikie zwierzęta albo rozbójnicy Staś przesadzał umyślnie mówiąc o dzikich zwierzętach natomiast rozboje w Nubii od czasu wojny zdarzały się dość często zwłaszcza w południowej graniczącej z Sudanem części kraju Idrys zastanowił się przez chwilę nad pytaniem które zaskoczyło go niespodzianie gdyż dotychczas nie pomyślał o tym nowym niebezpieczeństwie i odrzekł Mamy noże i strzelbę Taka strzelba jest na nic Wiem Twoja jest lepsza ale nie umiemy z niej strzelać a tobie nie damy jej w ręce Nawet nie nabitej Tak jest albowiem może być zaczarowana Staś ruszył ramionami Idrysie gdyby to mówił Gebhr to bym się nie dziwił ale o tobie myślałem że masz więcej rozumu Z nie nabitej strzelby nie wystrzeli i sam wasz Mahdi Milcz przerwał surowo Idrys Mahdi potrafi wystrzelić nawet z palca To strzelajże tak i ty Sudańczyk popatrzył bystro w oczy chłopca Dlaczego chcesz żeby ci dać strzelbę Chcę cię nauczyć z niej strzelać Co ci na tym zależy Bardzo wiele bo jeśli napadną nas rozbójnicy to mogą wszystkich pozabijać Ale jeśli się boisz i strzelby i mnie to mniejsza o to Idrys zamilkł Bał się istotnie ale nie chciał się do tego przyznać Zależało mu jednak na tym bardzo by zapoznać się z bronią angielską albowiem posiadanie jej i umiejętność użycia podniosłyby jego znaczenie w obozie mahdystów nie mówiąc o tym że w razie jakiego napadu łatwiej by było mu się obronić Więc po krótkim namyśle rzekł Dobrze Niech Chamis poda strzelbę a ty ją wyjmij Chamis spełnił obojętnie rozkaz któremu Gebhr nie mógł się sprzeciwić albowiem zajęty był opodal przy wielbłądach Staś wyjął trochę drżącymi rękoma osadę następnie lufy i podał je Idrysowi Widzisz że są puste rzekł Idrys wziął lufy i spojrzał przez nie w górę Tak jest nie ma w nich nic Teraz uważaj mówił Staś tak się strzelba składa (i to mówiąc złożył lufy z osadą) a tak się otwiera Widzisz Rozkładam ją znów a teraz złóż ją ty . Sudańczyk który przypatrywał się z wielką uwagą ruchom Stasia począł próbować Nie od razu poszło mu łatwo ale ponieważ Arabowie odznaczają się w ogóle wielką zręcznością więc po chwili strzelba została złożona Otwórz komenderował Staś Idrys otworzył sztucer łatwo Zamknij Poszło jeszcze łatwiej Teraz mi daj dwie puste gilzy Nauczę cię jak się zakłada ładunki Arabowie zachowali wykręcone gilzy ponieważ miały dla nich wartość mosiądzu więc Idrys podał dwie z nich Stasiowi i nauka rozpoczęta się na nowo Sudańczyk w pierwszej chwili przestraszył się trochę trzasku tkwiących w gilzach kapiszonów ale ostatecznie przekonał się że zarówno z pustych luf jak z pustych ładunków nikt nie zdoła wystrzelić Zaufanie jego do Stasia wróciło przy tym i dlatego że chłopiec oddawał mu co chwila broń do ręki Tak rzeki Staś umiesz już składać sztucer umiesz otwierać zamykać i trzymać przy twarzy oraz pociągać za cyngiel Ale trzeba się jeszcze nauczyć mierzyć To jest rzecz najtrudniejsza Weź pustą gurdę od wody i postaw ją o sto kroków.. oto na tych tam kamieniach a potem wróć tu do mnie pokażę ci jak się mierzy Idrys wziął gurdę i bez najmniejszego wahania poszedł umieścić ją na wskazanych kamieniach Ale zanim zrobił pierwsze sto kroków Staś wysunął puste gilzy a wsunął na ich miejsce pełne ładunki Nie tylko serce ale i tętna w skroniach poczęły mu bić z taką siłą że myślał że mu rozsadzą głowę Chwila stanowcza nadeszła chwila wolności dla Nel i dla niego chwila zwycięstwa zarazem straszna i pożądana Oto życie Idrysa jest w jego ręku Jedno pociągnięcie za cyngiel i ów zdrajca który porwał Nel padnie trupem Ale Staś który miał w żyłach polską i francuską krew uczuł nagle że za nic w świecie nie zdoła strzelić do człowieka odwróconego plecami Niech się przynajmniej zawróci i niech spojrzy śmierci w oczy A potem co Potem przyleci Gebhr i nim przebieży dziesięć kroków również chwyci zębami za kurzawę Pozostanie Chamis Ale Chamis straci głowę a choćby jej nie stracił będzie czas wsunąć nowe ładunki do luf Gdy nadjadą Beduini zastaną trzy trupy i sami znajdą to na co zasłużyli Potem dość będzie skierować wielbłądy ku rzece Wszystkie te myśli i obrazy przelatywały jak wichry przez głowę Stasia Czuł że to co za parę minut ma się stać jest zarazem straszne i konieczne W piersiach skłębiła mu się duma zwycięzcy z poczuciem okropnego wstrętu do zwycięstwa Była chwila że się zawahał ale wspomniał na te męki które znosili biali jeńcy na ojca na pana Rawlisona na Nel na Gebhra który uderzył dziewczynkę korbaczem i nienawiść wybuchnęła w nim z nową siłą Trzeba Trzeba! mówił sobie przez zaciśnięte zęby i nieubłagane postanowienie odbiło się na jego twarzy która stała się jakby wykuta z kamienia Tymczasem Idrys umieścił skórzaną gurdę na odległym o sto kroków kamieniu i zawrócił Staś widział jego uśmiechniętą twarz i całą wysoką postać na równej piaszczystej płaszczyźnie Po raz ostatni przebłysła mu myśl że oto ten żywy człowiek padnie za chwilę na ziemię i palcami będzie rwał piasek w ostatnich konwulsjach konania Ale wahania chłopca skończyły się i gdy Idrys uszedł pięćdziesiąt kroków począł z wolna podnosić broń do oka Lecz zanim dotknął palcem cyngla zza osypisk odległych o kilkaset kroków dał się słyszeć gromki okrzyk i w tej samej minucie około dwudziestu jeźdźców na koniach i wielbłądach wyroiło się na płaszczyznę Idrys skamieniał na ich widok Staś zdumiał nie mniej ale natychmiast zdumienie jego ustąpiło szalonej radości Oto wreszcie oczekiwana pogoń Tak to nie może być nic innego W wiosce schwytano widocznie Beduinów i ci wskazali gdzie ukrywa się reszta karawany Zrozumiał to tak samo i Idrys który ochłonąwszy przybiegł do Stasia z twarzą popielatą z przerażenia i klęknąwszy u jego nóg począł powtarzać zdyszanym głosem Panie ja byłem dla was dobry byłem dla małej bint dobry pamiętaj o tym!.. Staś wysunął mechanicznie ładunki z luf i patrzył Jeźdźcy pędzili ile tchu w koniach i wielbłądach krzycząc z radości i wyrzucając w górę długie arabskie strzelby które łapali w biegu z nadzwyczajną zręcznością W jasnym przezroczystym powietrzu widać ich było doskonale W środku na czele lecieli dwaj Beduini machając jak opętańcy rękoma i burnusami Po kilku minutach cała banda dopadła do karawany Niektórzy z jeźdźców zeskakiwali z koni i wielbłądów niektórzy zostali na siodłach wrzeszcząc ciągle wniebogłosy Wśród tych krzyków można było odróżnić tylko dwa wyrazy Chartum Gordon Gordon Chartum!.. Na koniec jeden z Beduinów ten którego towarzysz zwał Abu Angą przypadł do Idrysa skurczonego u nóg Stasia i począł wołać Chartum wzięte Gordon zabity Mahdi zwycięzca Idrys wyprostował się ale jeszcze uszom nie wierzy A ci ludzie zapytał drżącymi wargami Ci ludzie mieli nas schwytać a teraz idą wraz z nami do proroka Stasiowi pociemniało w oczach.. Rozdział 14 I rzeczywiście zgasła ostatnia nadzieja ucieczki w czasie podróży Staś wiedział już teraz że ani jego pomysły na nic się nie przydadzą ani pogoń ich nie doścignie i że jeśli wytrzymają trudy drogi to dojadą do Mahdiego i zostaną wydani w ręce Smaina Jedynym pokrzepieniem była mu teraz tylko myśl że zostali porwani dlatego by Smain oddał ich za swe dzieci Ale kiedy się to stanie i co ich przedtem może spotkać Jak straszliwa czeka ich niedola wśród spitej krwią dzikiej hordy Czy Nel wytrzyma te wszystkie trudy i niewygody na to nikt nie mógł odpowiedzieć Wiadomo było natomiast że Mahdi i jego derwisze nienawidzą chrześcijan i w ogóle Europejczyków więc w duszy chłopca zrodziła się obawa czy wpływ Smaina będzie dostateczny by osłonił ich oboje przed zniewagami przed znęcaniem się przed okrucieństwem i wściekłością wyznawców Mahdiego którzy mordowali nawet i wiernych rządowi mahometan Po raz pierwszy od chwili porwania ogarnęła Stasia głęboka rozpacz a jednocześnie i jakieś przesądne przypuszczenie że prześladuje ich zły los Przecie sam pomysł porwania ich z Fajumu i zawiezienia ich do Chartumu był po prostu szaleństwem którego mogli dopuścić się tylko tak dzicy i głupi ludzie jak Idrys i Gebhr nie rozumiejący że muszą przebyć tysiące kilometrów krajem podległym rządowi egipskiemu a właściwie Anglikom Na dobrą sprawę powinni być schwytani na drugi dzień a jednak wszystko składało się tak że oto są już niedaleko drugiej katarakty i że nie doścignęły ich żadne poprzednie pogonie a ostatnia która mogła ich zatrzymać połączyła się z nimi i będzie im odtąd pomocą Do rozpaczy Stasia do jego bojaźni o los małej Nel dołączyło się jeszcze uczucie upokorzenia że jednak nic nie potrafi poradzić i co więcej nie zdoła już nic wymyślić albowiem choćby mu oddano teraz strzelbę i ładunki nie może przecież powystrzeliwać wszystkich Arabów składających karawanę I gryzł się tymi myślami tym bardziej że zbawienie było już tak bliskie Gdyby Chartum nie był upadł lub upadł o kilka dni później ci sami ludzie którzy przeszli teraz na stronę Mahdiego byliby ich schwytali i oddali w ręce rządu Staś siedząc na wielbłądzie za Idrysem i słuchając ich rozmów przekonał się że byłoby tak niezawodnie Zaraz bowiem po wyruszeniu w dalszą drogę naczelnik pogoni zaczął opowiadać Idrysowi co ich skłonił do zdrady chedywa Wiedzieli poprzednio że wielka armia już nie egipska ale angielska wyruszyła na południe przeciw derwiszom pod wodzą jeneraia Wolseleya Widzieli mnóstwo statków które wiozły groźnych żołnierzy angielskich z Assuanu do Wadi Halfa skąd budowano dla nich kolej do Abu Hammed Przez długi czas wszyscy szeikowie pobrzeżni i ci którzy pozostali wierni rządowi i ci którzy w głębi duszy sprzyjali Mahdiemu byli pewni że zguba derwiszów i ich proroka jest nieuchronna albowiem Anglików nigdy nikt nie zwyciężył Akbar Allach przerwał wznosząc do góry ręce Idrys a jednakże zostali zwyciężeni Nie odpowiedział naczelnik pogoni Mahdi wysłał przeciw nim plemiona Dżallno Barbara i Dadżim razem blisko trzydzieści tysięcy najlepszych swych wojowników którymi dowodził Musa syn Helu pod Abu Klea przyszło do strasznej bitwy w której Bóg dał zwycięstwo niewiernym Tak jest Musa syn Helu poległ a z jego żołnierzy garść tylko wróciła do Mahdiego Dusze innych są w raju a ciała leżą w piaskach czekając dnia zmartwychwstania Wieść o tym prędko rozeszła się nad Nilem Wtedy myśleliśmy że Anglicy pójdą dalej na południe i oswobodzą Chartum Ludzie powtarzali Koniec koniec! A tymczasem Bóg zrządził inaczej Jak co się stało pytał gorączkowo Idrys Co się stało mówił z rozjaśnioną twarzą naczelnik Oto tymczasem Mahdi zdobył Chartum a Gordonowi ucięto w czasie szturmu głowę A że Anglikom tylko o Gordona chodziło więc dowiedziawszy się o jego śmierci wrócili z powrotem na północ Allach widzieliśmy znów statki z ogromnymi żołnierzami płynące w dół rzeki ale nie rozumieliśmy co to znaczy Anglicy dobre tylko nowiny rozgłaszają natychmiast a złe tają Niektórzy z naszych mówili że Mahdi już zginął Ale wreszcie prawda wyszła na jaw Kraj ten należy jeszcze do rządu W Wadi Halfa i dalej aż do trzeciej a może i do czwartej katarakty znajdują się jeszcze żołnierze chedywa wszelako teraz po odwrocie Anglików my wierzymy już że Mahdi podbije nie tylko Nubię i Egipt nie tylko Mekkę i Medinę ale i cały świat Dlatego zamiast was schwytać i wydać w ręce rządu idziemy razem z wami do proroka Więc przyszły rozkazy by nas schwytać Do wszystkich wiosek do wszystkich szeików do załóg wojskowych Gdzie miedziany drut po którym przelatują rozkazy z Kairu nie dochodzi tam przyjeżdżali zabtiowie (żandarmi) z oznajmieniem że kto was schwyta dostanie tysiąc funtów nagrody Maszallach.. to wielkie bogactwo!.. wielkie!.. Idrys spojrzał podejrzliwie na mówiącego Ale wy wolicie błogosławieństwo Mahdiego Tak jest A przy tym zdobył on tak ogromne łupy i tyle pieniędzy w Chartumie że funty egipskie mierzy workami od obroków i rozdaje je między swych wiernych.. Jednakże jeśli żołnierze egipscy są jeszcze w Wadi Halfa i dalej to mogą nas schwytać po drodze Nie Trzeba się tylko śpieszyć póki się nie opamiętają Oni teraz po odwrocie Anglików potracili całkiem głowy zarówno wierni rządowi szeikowie jak żołnierze i zabtiowie Wszyscy myślą że Mahdi lada chwila nadejdzie toteż ci z nas którzy mu w duchu sprzyjali uciekają teraz śmiało do niego i nikt ich nie ściga albowiem w tych pierwszych chwilach nikt nie wydaje rozkazów i nikt nie wie kogo słuchać Tak odpowiedział Idrys ale prawdę rzekłeś że trzeba się śpieszyć póki się nie opamiętają gdyż do Chartumu jeszcze daleko.. Stasiowi który wysłuchał dokładnie całej tej rozmowy zabłysnął znów na chwilę nikły promyk nadziei Jeśli żołnierze egipscy zajmują dotychczas rozmaite miejscowości pobrzeżne w Nubii to wobec tego że Anglicy zabrali wszystkie statki muszą ustępować przed hordami Mahdiego lądem A w takim razie może się zdarzyć że karawana wpadnie na którykolwiek z cofających się oddziałów i zostanie otoczona Staś wyliczył również że nim wieść o zdobyciu Chartumu rozeszła się pomiędzy plemionami arabskimi mieszkającymi na północ od Wadi Halfa upłynęło niezawodnie sporo czasu tym bardziej że rząd egipski i Anglicy ją taili przypuszczał zatem że i rozprzężenie które musiało zapanować w pierwszej chwili wśród Egipcjan już przeszło Niedoświadczonemu chłopcu nie przyszło to jednak na myśl że w każdym razie upadek Chartumu i śmierć Gordona każą ludziom zapomnieć o wszystkim innym i że szeikowie wierni rządowi jako też miejscowe władze egipskie będą teraz miały co innego do roboty niż myśleć o ratowaniu dwojga białych dzieci I rzeczywiście Arabowie którzy przyłączyli się do karawany niezbyt obawiali się pogoni Jechali wprawdzie z wielkim pośpiechem i nie żałowali wielbłądów ale trzymali się blisko Nilu i często nocami skręcali do rzeki by napoić zwierzęta i nabrać wody w skórzane worki Czasem ośmielali się zajeżdżać nawet w dzień do wiosek Dla bezpieczeństwa wysyłali zawsze naprzód na zwiady kilku ludzi którzy pod pozorem zakupów żywności dowiadywali się co słychać w okolicy czy nie ma w pobliżu wojsk Egipskich i czy mieszkańcy nie należą do wiernych Turkom Jeśli trafili na ludność sprzyjającą tajemnie Mahdiemu wówczas cała karawana zjeżdżała do wsi i często zdarzało się że opuszczała ją zwiększona o kilku lub nawet kilkunastu młodych Arabów którzy chcieli także uciekać do Mahdiego Idrys dowiedział się też że prawie wszystkie oddziały egipskie stoją od strony Pustyni Nubijskiej zatem po prawej wschodniej stronie Nilu Żeby uniknąć spotkania się z nimi należało tylko trzymać się lewego brzegu i omijać znaczniejsze miasteczka i osady Przysparzało to wprawdzie dużo drogi albowiem rzeka począwszy od Wadi Halfa tworzy olbrzymi łuk który schodzi daleko ku południowi a potem skręca znów na północny wschód aż do Abu Hammed gdzie przybiera już zupełnie południowy kierunek ale za to ten lewy brzeg zwłaszcza od oazy Selima prawie wcale nie był strzeżony droga zaś upływała Sudańczykom wesoło wśród zwiększonej kompanii przy obfitości wody i zapasów Minąwszy trzecią kataraktę przestali się nawet śpieszyć jechali tylko nocami ukrywając się we dnie wśród piaszczystych wzgórz i wąwozów którymi cała pustynia była poprzecinana Rozciągało się teraz nad nimi niebo bez jednej chmurki szare na krańcach widnokręgu w środku wydęte jakby olbrzymia kopuła ciche i spokojne Z każdym dniem jednak upał w miarę jak posuwali się na południe czynił się coraz straszliwszy i nawet w wąwozach w głębokim cieniu żar dokuczał ludziom i zwierzętom Noce natomiast były bardzo chłodne roziskrzone od migotliwych gwiazd tworzących jakby mniejsze i większe stadka Staś spostrzegł że to już nie są te same konstelacje które świeciły nocami nad Port Saidem Marzył on o tym nieraz żeby kiedy w życiu zobaczyć Południowy Krzyż i wreszcie ujrzał go za El Orde Ale obecnie blask jego zwiastował mu tylko nieszczęście Świeciło im także od kilku dni co noc blade rozpierzchłe i smutne światło zodiakalne które po zgaśnięciu zórz wieczornych do późnej godziny rozsrebrzało zachodnią stronę nieba Rozdział 15 We dwa tygodnie po wyruszeniu z okolic Wadi Halfa karawana weszła w kraj zdobyty przez Mahdiego Przebyli w skok pagórkowatą pustynię Gezire i w pobliżu Chendi gdzie przedtem Anglicy znieśli doszczętnie Musę uled Belu wjechali w okolice wcale już do pustyni niepodobne Piasków ani osypisk nie było tu widać Jak okiem sięgnąć rozciągał się step porośnięty w części zieloną trawą w części dżunglą wśród której rosły kępami kolczaste akacje wydające znaną gumę sudańską a tu i ówdzie pojedyncze olbrzymie drzewa nabaku,7 tak rozłożyste że pod ich konarami stu ludzi mogło znaleźć przed słońcem schronienie Od czasu do czasu karawana mijała wysokie podobne do słupów kopce termitów czyli termitiery którymi cała podzwrotnikowa Afryka jest zasiana Zieloność pastwisk i akacyj mile nęciła oczy po jednostajnej jałowej barwie piasków pustyni W miejscach gdzie step był łąką pasły się stada wielbłądów strzeżone przez zbrojnych wojowników Mahdiego Na widok karawany zrywali się oni jak ptaki drapieżne biegli ku niej otaczali ją ze wszystkich stron i potrząsając dzidami oraz wrzeszcząc wniebogłosy wypytywali się ludzi skąd są dlaczego ciągną z północy i dokąd dążą Czasami przybierali postawę tak groźną że Idrys musiał z największym pośpiechem odpowiadać na pytania aby uniknąć napaści Staś który wyobrażał sobie że mieszkańcy Sudanu różnią się od wszystkich Arabów zamieszkujących Egipt tym tylko że wierzą w Mahdiego i nie chcą uznać władzy chedywa spostrzegł że omylił się zupełnie Ci którzy zatrzymywali teraz co chwila karawanę mieli po większej części skórę ciemniejszą nawet niż Idrys i Gebhr a w porównaniu z dwoma Beduinami prawie czarną Krew murzyńska przeważała w nich nad arabską Twarze ich i piersi były tatuowane a nakłucia przedstawiały albo rozmaite rysunki albo napisy z Koranu Niektórzy byli prawie nadzy inni nosili dżiuby czyli opończe z białej tkaniny bawełnianej naszywanej w różnobarwne Tatki Wielu miało gałązki z korala lub kawałki kości słoniowej przeciągnięte przez nozdrza wargi i uszy Przywódcy okrywali głowy białymi krymkami z takiejże tkaniny jak i opończe prości wojownicy nosili głowy odkryte lecz nie golone tak jak Arabowie w Egipcie ale przeciwnie porośnięte ogromnymi kręconymi kudłami spalonymi często na kolor czerwony od wapna którym namazywali czupryny dla ochrony przed robactwem Broń ich stanowiły przeważnie dzidy straszne w ich ręku ale nie brakło im także i karabinów Remingtona które zdobyli w zwycięskich walkach z armią egipską i po upadku Chartumu Widok ich był w ogóle przerażający a zachowanie się względem karawany wrogie albowiem posądzali że składa się ona z kupców egipskich którym w pierwszej chwili po zwycięstwie Mahdi zabronił wstępu do Sudanu Zwykle otoczywszy karawanę sięgali wśród wrzasku i gróźb dzidami ku piersiom ludzi lub mierzyli do nich z karabinów na co Idrys odpowiadał krzykiem że on i jego brat należą do pokolenia Dangalów tego samego do którego należy Mahdi i że wiozą prorokowi białe dzieci jako niewolników To jedno wstrzymywało dzicz od gwałtów W Stasiu gdy wreszcie zetknął się z tą okropną rzeczywistością zamierała dusza na myśl co czeka ich oboje w dniach następnych a i Idrys który żył poprzednio długie lata w kraju ucywilizowanym nie wyobrażał sobie nic podobnego Rad też był gdy pewnego wieczora ogarnął ich zbrojny oddział emira Nur el Tadhila i poprowadził do Chartumu Nur el Tadhil zanim uciekł do Mahdiego był przedtem oficerem egipskim w pułku murzyńskim chedywa nie był więc tak dziki jak inni mahdyści i Idrys mógł się z nim łatwiej porozumieć Ale i tu czekał go zawód Wyobrażał on sobie że przybycie jego z białymi dziećmi do obozu Mahdiego wzbudzi podziw choćby tylko ze względu na szalone trudy i niebezpieczeństwo drogi Spodziewał się że mahdyści przyjmą go z zapałem z otwartymi ramionami i że go odprowadzą w tryumfie do proroka a ów obsypie go złotem i pochwałami jako człowieka który nie wahał się narazić głowy by oddać usługę jego krewnej Fatmie Tymczasem mahdyści przykładali dzidy do piersi uczestników karawany a Nur el Tadhil słuchał dość obojętnie opowiadań o podróży w końcu zapytany czy zna Smaina męża Fatmy rzekł Nie w Omdurmanie i w Chartumie znajduje się przeszło sto tysięcy wojowników więc łatwo się nie spotkać i nie wszyscy oficerowie się znają Państwo proroka jest ogromne a przeto wielu emirów rządzi odległymi miastami w Sennarze w Kordofanie i Darfurze i około Faszody Być może że tego Smaina o którego pytasz nie ma obecnie przy boku proroka Idrysa dotknął pewien lekceważący ton z jakim Nur mówił o tym Smainie więc odpowiedział z odcieniem niecierpliwości Smain żonaty jest z siostrą cioteczną Mahdiego a zatem dzieci Smaina są krewnymi proroka Nur el Tadhil wzruszył ramionami Mahdi ma wielu krewnych i nie może o wszystkich pamiętać Czas jakiś jechali w milczeniu po czym Idrys znów zapytał Jak prędko dojedziemy do Chartumu Przed północą odpowiedział Tadhil spoglądając na gwiazdy które poczęły ukazywać się na wschodniej stronie nieba Czy o tak późnej godzinie będę mógł dostać żywności i obroków Od ostatniego wypoczynku w południe nie jedliśmy nic.. Dziś przenocuję i pożywię was w domu swoim ale jutro w Omdurmanie sam musisz się starać o jadło i z góry cię uprzedzam że nie przyjdzie ci to łatwo Dlaczego Bo jest wojna Ludzie od kilku lat nie obsiewali pól i żywili się tylko mięsem więc gdy wreszcie zbrakło i bydła przyszedł głód Głód jest w całym Sudanie i worek durry kosztuje dziś więcej niż niewolnik Allach akbar zawołał ze zdziwieniem Idrys Widziałem jednak na stepie stada wielbłądów i bydła Te należą do proroka do szlachetnych8 i do kalifów . Tak.. Dangalowie z których pokolenia wyszedł Mahdi i Baggarowie których naczelnikiem jest główny kalif Abdullahi mają jeszcze dość liczne stada ale innym pokoleniom coraz trudniej żyć na świecie Tu Nur el Tadhil poklepał się po żołądku i rzekł W służbie proroka mam wyższy stopień więcej pieniędzy i wyższą władzę ale brzuch miałem większy w służbie chedywa.. Lecz zmiarkowawszy że może za dużo powiedział po chwili dodał Ale to wszystko przeminie gdy prawdziwa wiara zwycięży Idrys słuchając tych słów mimo woli pomyślał że jednak w Fajumie w służbie u Anglików nigdy głodu nie zaznał i o zarobki było mu łatwo więc zasępił się mocno Po czym jął dalej pytać Jutro przeprowadzisz nas do Omdurmanu Tak jest Chartum z rozkazu proroka ma być opuszczone i mało kto tam już mieszka Burzą teraz co większe domy i cegłę wywożą wraz z innymi łupami do Omdurmanu Prorok nie chce mieszkać w mieście splamionym przez niewiernych Uderzę mu jutro czołem a on każe zaopatrzyć mnie w żywność i obroki Ha jeśli naprawdę należysz do Dangalów to może będziesz dopuszczony przed jego oblicze Ale wiedz o tym że domu jego strzeże dzień i noc stu ludzi zaopatrzonych w korbacze i ci nie żałują razów tym którzy by chcieli wejść bez pozwolenia do Mahdiego Inaczej tłumy nie dałyby świętemu mężowi ani chwili wypoczynku.. Allach widziałem nawet i Dangalów z krwawymi pręgami na plecach Idrysa z każdą chwilą ogarniało większe rozczarowanie Więc wierni zapytał nie widują proroka Wierni widują go co dzień na placu modlitwy gdy klęcząc na owczej skórze wznosi ręce do Boga lub gdy naucza tłumy i utrwala je w prawdziwej wierze Ale dostać się do niego i mówić z nim jest trudno i kto dostąpi tego szczęścia wszyscy zazdroszczą mu albowiem spływa na niego łaska boża która gładzi poprzednie jego grzechy Zapadła głęboka noc a z nią razem przyszedł i dojmujący chłód W szeregach rozległo się parskanie koni a przeskok od dziennego upału do zimna był tak mocny że skóry rumaków poczęły dymić i oddział jechał jak we mgle Staś pochylił się zza Idrysa ku Nel i zapytał Nie zimno ci Nie odpowiedziała dziewczynka ale.. już nas nikt nie obroni.. I łzy stłumiły dalsze jej słowa Staś nie znalazł tym razem dla niej żadnej pociechy bo i sam był przekonany że nie masz dla nich ratunku Oto wjechali w krainę nędzy głodu zwierzęcych okrucieństw i krwi Byli jak dwa listki marne wśród burzy która niosła śmierć i zniszczenie nie tylko pojedynczym głowom ludzkim ale całym grodom i całym plemionom Jakaż ręka mogła wyrwać z niej i ocalić dwoje małych bezbronnych dzieci Księżyc wytoczył się wysoko na niebo i zmienił jakby w srebrne pióra gałązki mimozy i akacyj W gęstych dżunglach rozlegał się tu i ówdzie przeraźliwy a zarazem jakby radosny śmiech hien które w tej krwawej krainie znajdowały aż nadto ludzkich trupów Kiedy niekiedy oddział wiodący karawanę spotykał się z innymi patrolami i zamieniał z nimi umówione hasło Przybyli wreszcie do wzgórz nadbrzeżnych i długim wąwozem dotarli do Nilu Ludzie konie i wielbłądy weszli na szerokie i płaskie dahabije i wkrótce ciężkie wiosła jęły miarowym ruchem rozbijać i łamać gładką toń rzeki usianą diamentami gwiazd Po upływie pół godziny w południowej stronie w którą płynęły pod wodę dahabije zabłysły światła które w miarę jak statki zbliżały się ku nim zmieniały się w snopy czerwonego blasku leżące na wodzie Nur el Tadhil trącił Idrysa w ramię po czym wyciągnąwszy przed siebie rękę rzekł Chartum Rozdział 16 Stanęli na krańcu miasta w domu który poprzednio był własnością bogatego kupca włoskiego a po zamordowaniu jego w czasie szturmu do miasta dostał się przy podziale łupów Tadhilowi Żony emira zajęły się w dość ludzki sposób ledwie żywą ze zmęczenia Nel i chociaż w całym Chartumie dawał się uczuć brak żywności znalazły dla małej dżanem9 trochę suszonych daktylów i trochę ryżu z miodem po czym zaprowadziły ją na piętro i ułożyły do snu Staś który nocował między wielbłądami i końmi na dworze musiał poprzestać na jednym sucharze natomiast nie brakło mu wody albowiem fontanna w ogrodzie nie została dziwnym trafem zrujnowana Pomimo ogromnego znużenia długo nie mógł zasnąć naprzód z powodu skorpionów włażących ustawicznie na wojłok na którym leżał a po wtóre z powodu śmiertelnego niepokoju że rozłączą go z Nel i że nie będzie mógł nad nią osobiście czuwać Niepokój ten podzielał widocznie i Saba który wietrzył naokół a niekiedy wył za co gniewali się żołnierze Staś uspokajał go jak umiał w obawie by nie czyniono mu krzywdy Na szczęście olbrzymi brytan wzbudził taki podziw samego emira i wszystkich derwiszów że żaden nie podniósł nań ręki Idrys nie spał także Od wczorajszego dnia czuł się niezdrów a przy tym po rozmowie z Nur el Tadhilem stracił dużo złudzeń i na przyszłość patrzył jakby przez grubą zasłonę Rad był że przeprawią się jutro do Omdurmanu oddzielonego tylko szerokością Białego Nilu miał nadzieję że odnajdzie tam Smaina ale co dalej W czasie drogi wszystko przedstawiało mu się jakoś wyraźniej i daleko wspanialej Wierzył on szczerze w proroka i serce ciągnęło go tym bardziej ku niemu że pochodzili obaj z jednego pokolenia Ale był przy tym jak każdy prawie Arab chciwy i ambitny Marzył iż obsypią go złotem i uczynią co najmniej emirem marzył o wyprawach wojennych przeciw Turkom o zdobytych miastach i łupach Tymczasem teraz po tym co słyszał od Tadhila począł się obawiać czy wszystkie jego czyny nie znikną tak wobec daleko większych zdarzeń jak kropla deszczu ginie w morzu Może myślał z goryczą nikt nie zwróci uwagi na to czegom dokonał a Smain nie będzie nawet rad żem mu przywiózł te dzieci I gryzł się tą myślą Jutrzejszy dzień miał rozproszyć lub potwierdzić jego obawy więc czekał go niecierpliwie O szóstej rano wzeszło słońce i rozpoczął się ruch wśród derwiszów Wkrótce pojawił się Tadhil i kazał im gotować się do drogi Zapowiedział przy tym że pójdą do przeprawy piechotą przy jego koniu Ku wielkiej radości Stasia Dinah sprowadziła z górnego piętra Nel po czym ruszyli wałem wzdłuż całego miasta aż do miejsca w którym stały łodzie przewozowe Tadhil jechał naprzód konno Staś prowadził za rękę Nel za nim szli Idrys Gebhr i Chamis ze starą Dinah i z Sabą oraz trzydziestu żołnierzy emira Reszta karawany pozostała w Chartumie Staś rozglądając się wokół nie mógł zrozumieć jakim sposobem upadło miasto tak silnie obwarowane i leżące w widłach utworzonych przez Biały i Niebieski Nil a zatem z trzech stron otoczone wodą a dostępne tylko od południa Później dopiero dowiedział się od niewolników chrześcijan że rzeka wówczas opadła i odsłoniła szerokie łachy piaszczyste które ułatwiły przystęp do wałów Załoga straciwszy nadzieję odsieczy i wycieńczona głodem nie mogła odeprzeć szturmu rozwścieczonej dziczy i miasto zostało zdobyte po czym nastąpiła rzeź mieszkańców Ślady walki lubo od szturmu upłynął już miesiąc widać było wszędzie wzdłuż wału wewnątrz sterczały gruzy zburzonych domów na które zwrócił się pierwszy impet zdobywców a w fosie zewnętrznej pełno było trupów których nikt nie myślał grzebać Zanim doszli do przeprawy Staś naliczył ich przeszło czterysta Nie zarażały one jednak powietrza gdyż słońce sudańskie wysuszyło je na mumie wszystkie miały barwę szarego pergaminu tak jednostajną że ciał Europejczyków Egipcjan i Murzynów nie można było odróżnić Wśród trupów roiły się małe szare jaszczurki które przed nadchodzącymi ludźmi chowały się szybko pod te szczątki ludzkie często do ich ust lub miedzy wyschnięte żebra Staś prowadził Nel tak by jej zasłonić ten okropny widok i kazał jej patrzyć w drugą stronę ku miastu Ale i od strony miasta działy się rzeczy które napełniały oczy i duszę dziewczynki przerażeniem Widok angielskich dzieci wziętych w niewolę i Saby prowadzonego na smyczy przez Chamisa ściągał tłumy które w miarę jak pochód posuwał się do przeprawy powiększały się z każdą chwilą Ciżba uczyniła się po pewnym czasie tak wielka że trzeba było się zatrzymać Zewsząd ozwały się groźne okrzyki Straszne tatuowane twarze pochylały się nad Stasiem i nad Nel Niektórzy z dzikich wybuchali na ich widok śmiechem i uderzali się z radości dłońmi po biodrach inni złorzeczyli im niektórzy ryczeli jak dzikie zwierzęta wyszczerzając białe zęby i przewracając oczyma w końcu poczęto im grozić i sięgać ku nim nożami Nel na wpół przytomna w strachu tuliła się do Stasia on zaś osłaniał ją jak umiał w przekonaniu że nadchodzi ostatnia dla nich obojga godzina Na szczęście ów napór rozbestwionej ciżby sprzykrzył się w końcu i Tadhilowi Kilkunastu żołnierzy otoczyło z jego rozkazu dzieci pozostali zaś poczęli smagać bez miłosierdzia korbaczami wyjące gromady Zbiegowisko rozproszyło się na przedzie natomiast tłumy poczęły zbierać się za oddziałem i wśród dzikich wrzasków przeprowadziły go aż do łodzi Dzieci odetchnęły w czasie przewozu Staś pocieszał Nel że gdy derwisze oswoją się z ich widokiem wówczas przestaną im grozić i zapewniał że Smain będzie ich oboje a zwłaszcza ją ochraniał i bronił albowiem gdyby stało im się co złego to nie miałby kogo oddać za swoje potomstwo Była to prawda ale dziewczynkę tak przeraziły poprzednie napaście że chwyciwszy rękę Stasia nie chciała ani na chwilę jej puścić powtarzając ciągle jakby w gorączce Boję się Boję się! On życzył sobie istotnie z całej duszy by jak najprędzej dostali się w ręce Smaina który znał ich od dawna i który w Port Saidzie okazywał im wielką przyjaźń albo przynajmniej ją udawał W każdym razie nie był to człowiek tak dziki jak inni Sudańczycy Dangalowie i niewola w jego domu mogła być znośniejsza.. Chodziło tylko o to czy go znajdą w Omdurmanie O tym samym rozmawiał i Idrys z Nur el Tadhilem gdyż ów przypomniał sobie wreszcie że przed rokiem bawiąc z polecenia kalifa Abdullahi daleko od Chartumu w Kordofanie słyszał o jakimś Smainie który uczył derwiszów strzelać z armat zdobytych na Egipcjanach a potem stał się wielkim łowcą niewolników Nur wskazał Idrysowi następny sposób odnalezienia emira Gdy usłyszysz po południu glos umbai10 bądź wraz z dziećmi na placu modlitwy na który prorok udaje się codziennie by budować wiernych przykładem pobożności i utwierdzać ich w wierze Tam prócz świętej osoby Mahdiego zobaczysz wszystkich szlachetnych a także trzech kalifów oraz paszów i emirów między emirami odnajdziesz Smaina A co mam czynić i gdzie się podziać aż do czasu południowej modlitwy Zostaniesz między mymi żołnierzami A ty Nur el Tadhilu opuścisz nas Ja udam się po rozkazy do kalifa Abdullahiego Czy to największy z kalifów Przybywam z daleka i jakkolwiek imiona wodzów obijały się o moje uszy jednakże ty dopiero możesz mnie pouczyć o nich dokładniej Abdullahi mój wódz to miecz Mahdiego Niech Allach uczyni go synem zwycięstwa Przez czas jakiś łodzie płynęły w milczeniu Słychać było tylko chrobot wioseł o brzegi łodzi a niekiedy plusk wody uderzonej ogonem krokodyla Dużo tych strasznych płazów napłynęło z południa aż pod Chartum gdzie znalazły obfite pożywienie albowiem rzeka roiła się od trupów nie tylko ludzi pomordowanych po zdobyciu miasta ale i zmarłych z chorób grasujących wśród mahdystów a szczególniej wśród ich niewolników Rozkazy kalifów zabraniały wprawdzie psuć wody ale nie baczono na nie i ciała których nie zdołały pożreć krokodyle płynęły z wodą twarzami na dół do szóstej katarakty i nawet dalej aż na Berber Ale Idrys myślał teraz o czym innym i po chwili znów rzekł Dzisiejszego rana nie dostaliśmy nic do zjedzenia Zali wytrzymamy do godziny modlitw o głodzie i kto nas później pożywi Nie jesteś niewolnikiem odpowiedział Tadhil i możesz pójść na rynek gdzie kupcy rozkładają swoje zapasy Tam dostaniesz suszonego mięsa i czasem dochnu (prosa) ale za grube pieniądze gdyż jak ci to mówiłem głód panuje w Omdurmanie A tymczasem źli ludzie porwą lub zabiją mi dzieci Żołnierze je obronią a jeśli dasz któremu pieniędzy to ci chętnie sam pójdzie po żywność Idrysowi który miał większą ochotę brać pieniądze niż je komukolwiek dawać nie bardzo podobała się ta rada ale nim zdobył się na odpowiedź łodzie przybiły do brzegu Omdurman inaczej przedstawił się dzieciom niż Chartum Tam były murowane domy piętrowe była mudiria to jest pałac gubernatora w którym zginął bohaterski Gordon był kościół szpital budynki misyjne arsenał wielkie koszary dla wojska i pełno większych i mniejszych ogrodów ze wspaniałą podzwrotnikową roślinnością Omdurman zaś wyglądał raczej na wielkie obozowisko dzikich Fort który wznosił się w północnej stronie osady został z rozkazu Gordona zburzony Zresztą jak okiem sięgnąć miasto składało się z okrągłych stożkowatych chat skleconych ze słomy dochnu Wąskie cierniowe płotki oddzielały te budy od siebie i od ulicy Gdzieniegdzie widać było także namioty widocznie zdobyte na Egipcjanach Indziej kilka palmowych mat pod rozpiętym na bambusach kawałkiem brudnego płótna stanowiło całe mieszkanie Ludność chroniła się pod dachy tylko w czasie deszczu lub wyjątkowych upałów poza tym przesiadywała paliła ognie gotowała strawę żyła i umierała na dworze Toteż na ulicach było tak rojno że miejscami oddział z trudnością przeciskał się przez tłumy Omdurman był przedtem nędzną wioską obecnie jednak licząc z niewolnikami skłębiło się w nim przeszło dwieście tysięcy ludzi Nawet Mahdi i jego kalifowie zaniepokoili się tym zbiegowiskiem któremu zagrażał głód i choroby Wysyłano też ciągle nowe wyprawy w stronę północną na podbój okolic i miast wiernych jeszcze rządowi egipskiemu Na widok białych dzieci rozlegały się i tu także nieprzyjazne okrzyki ale motłoch nie groził im przynajmniej śmiercią Może nie śmiał tego uczynić tuż pod bokiem Mahdiego a może bardziej przywykł do widoku jeńców których wszystkich przeniesiono zaraz po zdobyciu Chartumu do Omdurmanu Staś i Nel widzieli jednak piekło na ziemi Widzieli Europejczyków i Egipcjan bitych do krwi korbaczami głodnych spragnionych zgiętych pod ciężarami które kazano im przenosić lub pod wiadrami z wodą Widzieli kobiety i dzieci europejskie niegdyś wychowane w dostatku obecnie żebrzące o garść durra lub skrawek suchego mięsa okryte łachmanami wychudłe podobne do mar o sczerniałych z nędzy twarzach i obłąkanym wzroku w którym zastygło przerażenie i rozpacz Widzieli jak dzicz wybuchała na ich widok śmiechem jak popychała je i biła Na wszystkich ulicach i uliczkach nie brakło widoków od których oczy odwracały się ze zgrozą i wstrętem W Omdurmanie srożyła się w okropny sposób dyzenteria i tyfus a przede wszystkim ospa Chorzy okryci wrzodami leżeli u wejścia do chat zarażając powietrze Jeńcy dźwigali poobwijane w płótno trupy świeżo zmarłych by je pochować w piasku za miastem gdzie prawdziwym ich pogrzebem zajmowały się hieny Nad miastem unosiło się stado sępów od których skrzydeł padały na rozświecony piasek żałobne cienie Staś widząc to wszystko pomyślał że najlepiej i dla niego i dla Nel byłoby jak najprędzej umrzeć Jednakże i w tym morzu nędzy i złości ludzkiej rozkwitało tam czasem miłosierdzie jak blady kwiatek rozkwita na zgniłym bagnie W Omdurmanie była garść Greków i Koptów których Mahdi oszczędził albowiem ich potrzebował Ci nie tylko chodzili wolno ale zajmowali się handlem i rozmaitymi sprawami a niektórzy tacy zwłaszcza co udawali że zmienili wiarę byli nawet urzędnikami proroka i to dawało im wśród dzikich derwiszów znaczną powagę Jeden z takich Greków zatrzymał oddział i począł wypytywać dzieci skąd się tu wzięły Dowiedziawszy się ze zdziwieniem że dopiero co przybyły a zostały porwane aż z Fajumu obiecał wspomnieć o nich Mahdiemu i dowiadywać się o nie w przyszłości Tymczasem pokiwał litośnie głową nad Nel i dał obojgu po sporej garści suszonych dzikich fig i po talarze srebrnym z wyobrażeniem Marii Teresy Po czym przykazał żołnierzom by nie ważyli się krzywdzić dziewczynki i odszedł powtarzając po angielsku Poor little bird! (biedny mały ptaszek) Rozdział 17 Przez kręte uliczki doszli na koniec do rynku położonego w środku miasta Po drodze widzieli wielu ludzi z obciętą jedną ręką lub jedną nogą Byli to przestępcy którzy zataili łupy albo złodzieje Kary wymierzane przez kalifów i emirów za nieposłuch lub przekroczenie praw ogłaszanych przez proroka były straszne i nawet za lekkie przewinienia jak na przykład za palenie tytoniu bito do krwi i do nieprzytomności korbaczami Ale sami kalifowie stosowali się do przepisów tylko pozornie w domach zaś pozwalali sobie na wszystko tak że kary spadały tylko na biednych ludzi którym zagrabiono za jednym zachodem całe mienie Nie pozostawało im potem nic innego jak żebrać a ponieważ w ogóle w Omdurmanie brakło zapasów więc przymierali głodem Pełno też żebraków roiło się koło straganów z żywnością Pierwszym jednak przedmiotem jaki zwrócił uwagę dzieci była głowa ludzka zatknięta na wysokim bambusie wkopanym w środku rynku Twarz tej głowy była wyschnięta i prawie czarna natomiast włosy na czaszce i brodzie białe jak mleko Jeden z żołnierzy objaśnił Idrysa że to jest głowa Gordona Stasia gdy to usłyszał ogarnął niezgłębiony żal oburzenie i paląca chęć zemsty a zarazem przestrach zmroził mu krew w żyłach Tak więc skończył ów bohater ów rycerz bez skazy i bojaźni człowiek przy tym sprawiedliwy i dobry kochany nawet w Sudanie I Anglicy nie przyszli mu na czas z pomocą a potem cofnęli się pozostawiając jego zwłoki bez chrześcijańskiego pogrzebu na pohańbienie Staś stracił w tej chwili wiarę w Anglików Dotychczas mniemał naiwnie że Anglia za najmniejszą krzywdę wyrządzoną jednemu z jej obywateli gotowa jest zawsze do wojny z całym światem Na dnie duszy taiła mu się nadzieja że i w obronie córki Rawlisona ruszą po nieudanej pogoni groźne zastępy angielskie choćby do Chartumu i dalej Teraz przekonał się że Chartum i cały kraj jest w ręku Mahdiego i że rząd egipski również jak Anglia myślą raczej o tym jakby obronić Egipt przed dalszymi zaborami nie zaś o wydobyciu z niewoli jeńców europejskich Zrozumiał że oboje z Nel wpadli w przepaść z której nie masz wyjścia i te myśli w połączeniu z okropnościami jakie widział na ulicach Omdurmanu przybiły go ostatecznie Zwykłą mu energię zastąpiło na chwilę zupełnie bierne poddanie się losowi i bojaźń przyszłości Tymczasem począł prawie bezmyślnie rozglądać się po rynku i po straganach przy których Idrys targował się o żywność Przekupnie głównie zaś kobiety sudańskie i Murzynki sprzedawały tu dżiuby to jest białe płócienne chałaty ponaszywane w różnokolorowe płatki gumę akacjową wydrążone tykwy paciorki szklane siarkę i wszelkiego rodzaju maty Straganów z żywnością było mało i naokół wszystkich cisnęły się tłumy Mahdyści kupowali po wygórowanych cenach przeważnie suszone paski mięsa z bydła domowego tudzież z bawołów antylop i żyraf Daktyli fig manioku i durry brakło zupełnie Sprzedawano tylko gdzieniegdzie wodę z miodem dzikich pszczół i ziarna dochnu rozmoczone w odwarze z owoców tamaryndy Idrys wpadł w rozpacz pokazało się bowiem że wobec cen targowych wyda wkrótce wszystkie otrzymane od Fatmy Smainowej pieniądze na życie a potem będzie musiał chyba żebrać Nadzieję miał teraz tylko w Smainie i rzecz szczególna że i Staś liczył obecnie jedynie na pomoc Smaina Po upływie godziny wrócił Nur el Tadhil od kalifa Abdullahiego Widocznie spotkała go tam jakaś niemiła przygoda gdyż wrócił w złym humorze Toteż gdy Idrys zapytał go czy nie dowiedział się czego o Smainie odrzekł opryskliwie Głupcze czy myślisz że kalif i ja nie mamy nie lepszego do roboty jak szukać dla ciebie Smaina Więc co teraz ze mną zrobisz Rób sobie co chcesz Przenocowałem cię w domu moim i udzieliłem ci kilku dobrych rad a teraz nie chcę o tobie nic wiedzieć To dobrze ale gdzie ja się na noc podzieję Wszystko mi jedno I tak mówiąc zabrał żołnierzy i poszedł Idrys zaledwie go uprosił żeby mu odesłał na rynek wielbłądy i resztę karawany wraz z tymi Arabami którzy przyłączyli się do niej między Assuanem a Wadi Halfa Ludzie ci nadeszli dopiero w południe i następnie pokazało się że wszyscy razem wzięci nie wiedzą co mają począć Dwaj Beduini jęli się kłócić z Idrysem i Gebhrem twierdząc że ci obiecywali im zgoła inne przyjęcie i że ich oszukali Po długich sporach i naradach postanowili wreszcie zbudować na krańcu miasta szałasy z gałęzi i trzciny dochnu by zapewnić sobie na noc schronienie a resztę zdać na wolę opatrzności i czekać Po zbudowaniu szałasów która to czynność nie zabiera wcale Sudańczykom i Murzynom dłuższego czasu udali się wszyscy prócz Chamisa który miał sporządzić wieczerzę na miejsce modłów publicznych Łatwo im było trafić gdyż dążyły tam tłumy z całego Omdurmanu Plac był obszerny okolony płotem cierniowym a w części glinianym parkanem który poczęto niedawno lepić W środku wznosiło się drewniane podwyższenie Prorok wstępował na nie wówczas gdy chciał nauczać lud Przed podwyższeniem rozesłano na ziemi skóry owcze dla Mahdiego dla kalifów i znakomitych szeików Po bokach pozatykane były chorągwie emirów które łopotały na wietrze mieniąc się i grając wszelkimi barwami jak wielkie kwiaty Cztery strony placu otaczały zbite szeregi derwiszów Naokół widać było sterczący nieprzeliczony las dzid w które byli uzbrojeni wszyscy niemal wojownicy Było to prawdziwe szczęście dla Idrysa i Gebhra oraz innych uczestników karawany że poczytani za orszak jednego z emirów mogli przedostać się do pierwszych rzędów zgromadzonego tłumu Przybycie Mahdiego oznajmiły najprzód piękne i uroczyste dźwięki umbai lecz gdy ukazał się na placu rozległy się przeraźliwe głosy piszczałek huk bębnów grzechot kamieni potrząsanych w pustych tykwach i świstanie na słoniowych przednich zębach co wszystko razem uczyniło piekielny hałas Tłumy ogarnął nieopisany zapał Jedni rzucali się na kolana inni wrzeszczeli co sił O zesłany od Boga o zwycięski o litościwy o łaskawy! Trwało to dopóty dopóki Mahdi nie wstąpił na kazalnicę Wówczas zapadła cisza śmiertelna on zaś podniósł ręce przyłożył wielkie palce do uszu i przez jakiś czas modlił się Dzieci nie stały daleko i mogły mu się dobrze przypatrzyć Był to człowiek w średnim wieku dziwnie otyły jakby rozpuchnięty i prawie czarny Staś który miał wzrok nadzwyczaj bystry dostrzegł że twarz jego była tatuowana W jednym uchu nosił dużą obrączkę z kości słoniowej Przybrany był w białą dżiubę i białą krymkę na głowie a nogi miał bose gdyż wstępując na podwyższenie zrzucił czerwone ciżmy i zostawił je przy skórach owczych na których miał się następnie modlić W ubiorze jego nie było najmniejszego zbytku Tylko chwilami wiatr przynosił od niego mocny zapach sandałowy,11 który wierni chciwie wciągali w nozdrza przewracając przy tym z rozkoszy oczyma W ogóle Staś wyobrażał sobie inaczej strasznego proroka grabieżcę i mordercę tylu tysięcy ludzi i patrząc teraz na tę tłustą twarz z łagodnym wejrzeniem z załzawionymi oczyma i z uśmiechem jakby do ust przyrosłym nie mógł po prostu wyjść ze zdziwienia Myślał że taki człowiek powinien nosić na ramionach głowę hieny lub krokodyla a widział natomiast przed sobą pyzatą dynię podobną do rysunków przedstawiających księżyc w pełni Lecz prorok rozpoczął naukę Głęboki i dźwięczny głos jego słychać było doskonale na całym placu tak że każde słowo dochodziło do uszu wiernych Mówił naprzód o karach jakie Bóg wymierza tym którzy nie słuchają przepisów Mahdiego lecz zatajają łupy upijają się merisą kradną oszczędzają w bitwach nieprzyjaciół i palą tytuń Z powodu tych zbrodni Allach zsyła na grzeszników głód i tę chorobę która zmienia twarz w plaster miodu.12 Doczesne życie jest jak dziurawy bukłak na wodę Bogactwo i rozkosze wsiąkają w piasek który zasypuje zmarłych Jedynie wiara jest jako krowa dająca słodkie mleko Ale raj otworzy się tylko dla zwycięzców Kto zwycięża nieprzyjaciół zdobywa sobie zbawienie Kto umiera za wiarę zmartwychwstaje na wieczność Szczęśliwi stokroć szczęśliwi ci którzy już polegli!.. Chcemy umrzeć za wiarę odpowiedziały jednym gromkim okrzykiem tłumy I na chwilę wszczął się znów piekielny hałas Ozwały się głosy umbai i bębnów Wojownicy uderzali mieczami o miecze i dzidami o dzidy Zapał wojenny szerzył się jak płomień Niektórzy wołali Wiara jest zwycięska! inni Przez śmierć do raju! Staś zrozumiał teraz dlaczego tym dzikim zastępom nie mogły się oprzeć wojska egipskie Gdy uciszyło się nieco prorok znów zabrał głos Opowiadał o widzeniach jakie miewa i o posłannictwie jakie od Boga otrzymał Oto Allach kazał mu oczyścić wiarę i rozszerzyć po całym świecie Kto go nie uzna za Mahdiego odkupiciela ten skazany jest na zatracenie Koniec świata już bliski ale przedtem obowiązkiem wiernych jest podbić Egipt Mekkę i wszystkie te krainy w których za morzami żyją poganie Taka jest wola boża i nic nie zdoła jej zmienić Dużo jeszcze krwi popłynie wielu wojowników nie wróci do żon i dzieci pod swe namioty ale szczęścia tych którzy legną żaden język ludzki nie zdoła wysłowić Po czym wyciągnął ręce ku zgromadzonym i tak skończył Więc oto ja odkupiciel i sługa Boży błogosławię wojnę świętą i was wojownicy Błogosławię wasze trudy rany śmierć błogosławię zwycięstwo i płaczę z wami jak ojciec który was umiłował.. I rozpłakał się Ryk i wrzawa rozległy się gdy zstępował z kazalnicy Płacz stał się powszechny Na dole dwaj kalifowie Abdullahi i Ali uled Helu wzięli proroka pod ręce i wprowadzili na owcze skóry na których klęknął Przez tę krótką chwilę Idrys wypytywał gorączkowo Stasia czy wśród emirów nie ma Smaina Nie odrzekł chłopiec który na próżno szukał oczyma znajomej twarzy Nie widzę go nigdzie Może poległ przy zdobyciu Chartumu Modlitwy trwały długo Mahdi rzucał podczas nich rękoma i nogami jak pajac lub wznosił w zachwycie oczy powtarzając Oto on oto on! i słońce poczęło już chylić się ku zachodowi gdy podniósł się i poszedł ku domowi Dzieci mogły się teraz przekonać jaką czcią otaczają derwisze swego proroka albowiem całe gromady ludzi rzuciły się w jego ślady i rozdrapywały ziemię w tych miejscach których dotknęły jego stopy Dochodziło przy tym do kłótni i bitew a wierzono że ziemia taka zabezpiecza zdrowych i uzdrawia chorych Plac modlitwy opróżniał się z wolna Idrys sam nie wiedział co z sobą zrobić i już chciał wraz z dziećmi i z całą czeredą wrócić na noc do szałasów i Chamisa gdy niespodzianie stanął przed nimi ten sam Grek który rano dał po talarze i po garści daktyli Stasiowi i Nel Mówiłem o was z Mahdim rzekł po arabsku i prorok chce was widzieć Dzięki Allachowi i tobie panie zawołał Idrys Zali przy boku Mahdiego odnajdziemy i Smaina Smain jest w Faszodzie odpowiedział Grek Po czym zwrócił się w języku angielskim do Stasia Być może że prorok weźmie was w opiekę gdyż starałem się go na to namówić Powiedziałem mu że sława jego miłosierdzia rozejdzie się wówczas wśród wszystkich białych narodów Tu dzieją się straszne rzeczy i bez jego opieki zginiecie niezawodnie z głodu z niewygód z chorób lub z ręki szaleńców Ale musicie sobie go zjednać a to zależy od ciebie Co mam czynić panie zapytał Staś Naprzód gdy staniesz przed nim rzuć się na kolana a jeśli poda ci rękę to ją ze czcią ucałuj i błagaj go by was oboje wziął pod swoje skrzydła Tu Grek przerwał i zapytał Czy nikt z tych ludzi nie rozumie po angielsku Nie Chamis został w szałasie Idrys i Gebhr rozumieją tylko kilka pojedynczych słów a inni i tego nie To dobrze Więc słuchaj dalej albowiem trzeba wszystko przewidzieć Otóż Mahdi zapyta cię prawdopodobnie czy gotów jesteś przyjąć jego wiarę Odpowiedz na to natychmiast że tak i że na jego widok od pierwszego rzutu oka spłynęło na ciebie nieznane światło łaski Zapamiętaj sobie Nieznane światło łaski!... To mu pochlebi i zaliczy cię może do mulazemów to jest do swych sług osobistych Będziecie mieli wówczas dostatek i wszelkie wygody które uchronią was od chorób.. Gdybyś postąpił inaczej naraziłbyś siebie to małe biedactwo a nawet i mnie który chce waszego dobra Rozumiesz Staś zacisnął zęby i nie odrzekł nic tylko twarz mu skrzepła i oczy zaświeciły ponuro co widząc Grek tak mówił dalej Ja wiem mój chłopcze że to jest rzecz przykra ale nie ma innej rady Ci którzy ocaleli po rzezi w Chartumie wszyscy przyjęli naukę Mahdiego Nie zgodziło się na to kilku katolików misjonarzy i kilka zakonnic lecz to jest co innego Koran zabrania mordować kapłanów więc choć los ich jest straszny nie grozi im przynajmniej śmierć Natomiast dla świeckich ludzi nie było innego ratunku Powtarzam ci że wszyscy przyjęli mahometanizm Niemcy Włosi Koptowie Anglicy Grecy.. ja sam.. I tu jakkolwiek Staś upewniał go że nikt w gromadzie nie rozumie po angielsku zniżył jednakże głos Nie potrzebuję ci przy tym mówić że to nie jest żadne zaparcie się wiary żadna zdrada żadne odstępstwo W duszy każdy pozostał tym czym był i Bóg to widzi.. Przed przemocą trzeba się ugiąć choćby pozornie.. Obowiązkiem człowieka jest bronić życia i byłoby szaleństwem a nawet grzechem narażać je dla czego Dla pozorów dla kilku słów których jednocześnie możesz się w duszy zaprzeć A ty pamiętaj że masz w ręku życie nie tylko swoje ale i życie swojej małej towarzyszki którym nie wolno ci rozporządzać Oczywiście!.. Mogę ci zaręczyć że jeśli Bóg wybawi cię kiedy z tych rąk to ani sam sobie nie będziesz miał nic do zarzucenia ani nikt nie będzie ci robił zarzutów tak samo jak i nam wszystkim Grek mówiąc w ten sposób oszukiwał może własne sumienie ale oszukało go także i milczenie Stasia w końcu bowiem poczytał je za przestrach Postanowił więc dodać chłopcu otuchy Oto domy Mahdiego rzekł Woli on mieszkać w tych drewnianych budach w Omdurmanie niż w Chartumie chociaż tam mógłby zająć pałac Gordona No śmiało Nie trać głowy Na pytania odpowiadaj rezolutnie Oni cenią tu odwagę Nie myśl też że Mahdi ryknie zaraz na ciebie jak lew Nie On uśmiecha się zawsze nawet wtedy kiedy nie zamyśla nic dobrego I to rzekłszy począł wołać na gromady stojące przed domem by rozstąpiły się przed gośćmi proroka Rozdział 18 Gdy weszli do izby Mahdi leżał na miękkim tapczanie otoczony przez żony z których dwie wachlowały go wielkimi strusimi piórami inne dwie drapały mu lekko podeszwy u nóg Prócz żon byli obecni tylko kalif Abdullahi i kalif Szeryf gdyż trzeci Ali uled Helu wyprawiał w tym czasie wojska na północ a mianowicie do Berberu i Abu Hammed które już przedtem zostały zdobyte przez derwiszów Na widok wchodzących prorok odsunął żony i siadł na tapczanie Idrys Gebhr i dwaj Beduini padli na twarze a potem uklękli ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma Grek skinął na Stasia by uczynił to samo ale chłopiec udając że tego nie widzi skłonił się tylko i pozostał wyprostowany Twarz mu zbladła ale oczy świeciły mocno i z całej jego postawy i podniesionej hardo do góry głowy z zaciśniętych ust łatwo było poznać że coś przeważyło się w nim że niepewność i obawa przeszły że powziął jakieś nieugięte postanowienie od którego za nic nie odstąpi Grek zrozumiał to widocznie gdyż wielki niepokój odbił się w jego rysach Mahdi objął oboje dzieci przelotnym spojrzeniem rozjaśnił swą tłustą twarz zwykłym uśmiechem po czym zwrócił się naprzód do Idrysa i Gebhra Przybyliście z dalekiej północy rzekł Idrys uderzył czołem o ziemię Tak jest o Mahdi Należymy do pokolenia Dangalów przeto porzuciliśmy nasze domy w Fajumie aby klęknąć u twoich błogosławionych stóp Widziałem was w pustyni Straszna to droga ale posłałem anioła który was strzegł i ochraniał od śmierci z ręki niewiernych Wyście go nie widzieli ale on czuwał nad wami Dzięki ci odkupicielu I przywieźliście Smainowi te dzieci aby je zamienił na własne które Turcy uwięzili wraz z Fatmą w Port Saidzie Tobie chcieliśmy służyć Kto mnie służy służy własnemu zbawieniu więc otworzyliście sobie drogę do raju Fatma jest moją krewną.. Ale zaprawdę mówię wam że gdy podbiję cały Egipt wówczas krewna moja i jej potomstwo odzyskają i tak wolność A więc uczyń z tymi dziećmi co chcesz błogosławiony!.. Mahdi przymknął powieki potem je otworzył uśmiechnął się dobrotliwie i skinął na Stasia Zbliż się tu chłopcze Staś postąpił kilka kroków energicznym jakby żołnierskim chodem skłonił się po raz drugi potem wyprężył się jak struna i patrząc wprost w oczy Mahdiego czekał Czy radzi jesteście że przyjechaliście do mnie zapytał Mahdi Nie proroku Zostaliśmy porwani mimo naszej woli od naszych ojców Prosta ta odpowiedź uczyniła pewne wrażenie i na przywykłym do pochlebstw władcy i na obecnych Kalif Abdullahi zmarszczył brwi Grek przygryzł wąsy i począł wyłamywać sobie palce Mahdi jednakże nie przestał się uśmiechać Ale rzekł jesteście za to u źródła prawdy Czy chcesz napić się z tego źródła Nastała chwila milczenia więc Mahdi sądząc że chłopiec nie zrozumiał pytania powtórzył je wyraźniej Czy chcesz przyjąć moją naukę Na to Staś ręką którą trzymał przy piersiach zrobił nieznacznie znak krzyża świętego jakby z tonącego okrętu miał skoczyć w odmęt wodny Proroku rzekł twojej nauki nie znam więc gdybym ją przyjął uczyniłbym to tylko ze strachu jak tchórz i człowiek podły A czyż zależy ci na tym by wiarę twoją wyznawali tchórze i ludzie podli I tak mówiąc patrzył wciąż wprost w oczy Mahdiego Uczyniła się taka cisza że słychać było brzęczenie much Lecz stała się zarazem rzecz nadzwyczajna Oto Mahdi zmieszał się i na razie nie umiał znaleźć odpowiedzi Uśmiech zniknął mu z twarzy na której odbiło się zakłopotanie i niechęć Wyciągnąwszy rękę wziął tykwę napełnioną wodą z miodem i począł pić ale widocznie dlatego tylko by zyskać na czasie i pokryć zmieszanie A dzielny chłopak nieodrodny potomek obrońców chrześcijaństwa prawa krew zwycięzców spod Chocimia i Wiednia stał z podniesioną głową czekając wyroku Na wychudłych opalonych przez pustynny wicher policzkach wykwitły mu jasne rumieńce oczy rozbłysły a ciałem wstrząsnął dreszcz zapału Oto mówił sobie wszyscy inni przyjęli jego naukę a jam nie zaparł się wiary ni duszy I lęk przed tym co mogło i miało nastąpić przytaił mu się w tej chwili w sercu a natomiast zalała je radość i duma A tymczasem Mahdi postawił tykwę i zapytał Więc odrzucasz moją naukę Jestem chrześcijaninem jak mój ojciec.. ....................................................................................................................... Kto zamyka uszy na głos boży rzekł z wolna zmienionym głosem Mahdi jest tylko drzewem na opał Na to znany ze srogości i okrucieństwa kalif Abdullahi zabłysnął swymi białymi zębami jak dziki zwierz i ozwał się Zuchwała jest mowa tego chłopca przeto ukarz go panie lub pozwól abym ukarał go ja Stało się! pomyślał Staś Lecz Mahdi pragnął zawsze by sława jego miłosierdzia rozchodziła się nie tylko między derwiszami ale i w całym świecie pomyślał więc że wyrok zbyt surowy zwłaszcza na małego jeszcze chłopca mógłby zaszkodzić tej sławie Przez chwilę przesuwał paciorki różańca i myślał a następnie rzekł Nie Te dzieci porwano dla Smaina więc choć ja w żadne układy z niewiernymi wchodzić nie będę trzeba odesłać je Smainowi Taka jest wola moja Stanie się wedle niej odpowiedział kalif Lecz Mahdi wskazał mu Idrysa Gebhra i Beduinów Tych ludzi nagródź ode mnie o Abdullahi albowiem wielką i niebezpieczną odbyli podróż aby służyć Bogu i mnie Po czym skinął na znak że posłuchanie skończone a zarazem rozkazał Grekowi by wyszedł także Ów gdy znalazł się znowu w ciemnościach na placu modlitw schwycił za ramię Stasia i począł nim potrząsać z gniewem i rozpaczą Przeklęty zgubiłeś to dziecko niewinne mówił wskazując na Nel zgubiłeś siebie a może i mnie Nie moglem inaczej odpowiedział Staś Nie mogłeś Wiedz że skazani jesteście na drugą podróż stokroć gorszą od pierwszej I to jest śmierć rozumiesz W Faszodzie febra zabije was w ciągu tygodnia Mahdi wie dlaczego wysyła was do Smaina W Omdurmanie pomarlibyśmy także Nieprawda Nie pomarlibyście w domu Mahdiego w dostatku i wygodach A on gotów był wziąć was pod swoje skrzydła Wiem że był gotów Odpłaciłeś się także dobrze i mnie za to żem się za was wstawiał Ale róbcie teraz co chcecie Abdullahi wysyła pocztę wielbłądzią za tydzień do Faszody a przez ten tydzień róbcie co chcecie Nie zobaczycie mnie więcej!.. I to powiedziawszy odszedł ale po chwili znów wrócił Był wielomówny jak wszyscy Grecy i potrzebował się wygadać Chciał wylać żółć która się w nim zebrała na głowę Stasia Nie był okrutny i nie miał złego serca pragnął jednakże by chłopiec zrozumiał jeszcze dokładniej okropną odpowiedzialność jaką wziął na siebie nie posłuchawszy jego rad i przestróg Kto by ci zabronił zostać w duszy chrześcijaninem mówił Myślisz że ja nim nie jestem Ale nie jestem głupcem Tyś zaś wolał się popisać ze swym fałszywym bohaterstwem Oddawałem dotąd wielkie usługi białym jeńcom a teraz nie będę mógł ich oddawać bo Mahdi zagniewał się i na mnie Wszyscy poginą A twoja mała towarzyszka niedoli na pewno Zabiłeś ją W Faszodzie dorośli nawet Europejczycy giną z febry jak muchy a cóż dopiero takie dziecko A jeśli każą wam iść piechotą przy koniach i wielbłądach to ona padnie pierwszego dnia To tyś tego narobił Cieszże się teraz.. ty chrześcijaninie I oddalił się a oni skręcili z placu modlitwy przez ciemne uliczki ku szałasom Szli długo gdyż miasto było rozciągnięte na ogromnej przestrzeni Nel zbiedzona przez trudy głód bojaźń i okropne wrażenia całego dnia poczęła ustawać Idrys i Gebhr napędzali ją by szła prędzej Lecz po pewnym czasie nogi omdlały zupełnie pod nią Wtedy Staś wziął ją bez namysłu na ręce i niósł Po drodze chciał do niej mówić chciał ślę usprawiedliwić przed nią że nie mógł inaczej postąpić ale myśli zdrętwiały i jakby obumarły mu w głowie tak że powtarzał tylko w kółko Nel Nel Nel! i tulił ją do siebie nie mogąc nic więcej powiedzieć Po kilkudziesięciu krokach Nel usnęła mu z wyczerpania na ręku więc szedł w milczeniu wśród ciszy uśpionych uliczek przerywanej tylko rozmową Idrysa i Gebhra A ich serca przepełniała radość co było rzeczą pomyślną dla Stasia inaczej bowiem może by znowu chcieli ukarać go za zuchwałe odpowiedzi Mahdiemu Byli jednak tak zajęci tym co ich spotkało że nie mogli myśleć o czym innym Czułem się chory mówił Idrys ale widok proroka uzdrowił mnie Jest on jak palma na pustyni i jako zimna woda w dzień upalny a słowa jego są jako dojrzałe daktyle odpowiedział Gebhr Kłamał Nur el Tadhil mówiąc że on nie dopuści nas przed swe oblicze Dopuścił pobłogosławił i kazał nas obdarzyć Abdullahiemu Który obdarzy nas hojnie albowiem wola Mahdiego jest święta Bismillach Niechaj tak będzie jak mówisz ozwał się jeden z Beduinów A Gebhr począł marzyć o całych stadach wielbłądów bydła rogatego koni i o workach pełnych piastrów Z tych marzeń rozbudził go Idrys który wskazawszy na Stasia niosącego uśpioną Nel zapytał A co uczynimy z tym szerszeniem i z tą muchą Ha Smain powinien wynagrodzić nas za nich osobno Skoro prorok mówi że na żadne układy z niewiernymi nie pozwoli to Smainowi nic już na nich nie zależy W takim razie żałuję że nie dostali się w ręce kalifa który byłby nauczył tego szczeniaka co to jest szczekać przeciw prawdzie i bożemu wybrańcowi Mahdi jest miłosierny odpowiedział Idrys Po czym zastanowił się przez chwilę i rzekł Jednakże Smain mając oboje w ręku będzie pewien że ani Turcy ani Anglicy nie zabiją jego dzieci i Fatmy Więc może nas wynagrodzi Tak Niech ich poczta Abdullahiego zabierze sobie do Faszody Nam spadnie ciężar z głowy A gdy Smain tu powróci upomnimy się u niego o zapłatę Mówisz zatem że pozostaniemy w Omdurmanie Allach Nie dość ci drogi z Fajumu do Chartumu Przyszedł czas na odpoczynek Szałasy były już niedaleko Staś jednak zwolnił kroku bo i jego siły poczęły się wyczerpywać Nel jakkolwiek lekka ciążyła mu coraz bardziej Sudańczycy którym pilno było do snu krzyczeli na niego by pośpieszał a następnie popędzali go bijąc kułakami po głowie Gebhr ukłuł go nawet boleśnie nożem w łopatkę Chłopak znosił to wszystko w milczeniu ochraniając przede wszystkim swą małą siostrzyczkę i dopiero gdy jeden z Beduinów pchnął go tak że o mało nie upadł rzekł im przez zaciśnięte zęby Mamy żywi dojechać do Faszody I słowa te powstrzymały Arabów albowiem bali się przestąpić rozkazu Mahdiego Jeszcze skuteczniej powstrzymało ich jednak to że Idrys dostał nagle zawrotu głowy tak silnego że musiał wesprzeć się na ramieniu Gebhra Po chwili zawrót przeszedł ale Sudańczyk przestraszył się i rzekł Allach coś ze mną niedobrze Czy nie chwyta mnie jaka choroba Widziałeś Mahdiego więc nie zachorujesz odpowiedział Gebhr Doszli wreszcie do szałasów Staś goniąc resztkami sił oddał uśpioną Nel w ręce starej Dinah która lubo także niezdrowa wymościła jednak dla swej panienki dość wygodne posłanie Sudańczycy i Beduini połknąwszy po kilka pasków surowego mięsa rzucili się jak kloce na wojłoki Stasiowi nie dano nic do jedzenia tylko stara Dinah wsunęła mu w rękę garść rozmoczonej durry której pewną ilość wykradła wielbłądom Ale jemu nie było ani do snu ani do jedzenia Brzemię bowiem które zaciążyło na jego ramionach było istotnie zbyt ciężkie Czuł oto że odrzuciwszy łaskę Mahdiego za którą trzeba było zapłacić zaparciem się wiary i duszy postąpił jak był powinien czuł że ojciec byłby z jego postępku dumny i uszczęśliwiony a jednocześnie myślał że zgubił Nel towarzyszkę niedoli małą ukochaną siostrzyczkę za którą byłby chętnie oddał ostatnią kroplę krwi Więc gdy wszyscy posnęli porwał go ogromny płacz i leżąc na kawałku wojłoku płakał długo jak dziecko którym ostatecznie był jeszcze Rozdział 19 Odwiedziny u Mahdiego i rozmowa z nim widocznie nie uzdrowiły Idrysa gdyż w nocy jeszcze zachorzał ciężko rano był już nieprzytomny Chamis Gebhr i dwaj Beduini zostali wezwani do kalifa który trzymał ich kilka godzin i wychwalał ich odwagę Ale wrócili w najgorszych humorach i ze złością w duszy spodziewali się bowiem Bóg wie jakich nagród a tymczasem Abdullahi dał na każdego po funcie egipskim i po koniu Beduini rozpoczęli kłótnię z Gebhrem w której o mało nie przyszło do bitki w końcu oświadczyli że pojadą wraz z pocztą wielbłądzią do Faszody by upomnieć się u Smaina o zapłatę Przyłączył się do nich Chamis który spodziewał się że protekcja Smaina więcej mu przyniesie korzyści niż pobyt w Omdurmanie Dla dzieci rozpoczął się tydzień głodu i nędzy gdyż Gebhr ani myślał ich żywić Na szczęście Staś posiadał dwa talary z Marią Teresą które dostał od Greka poszedł więc na miasto kupić daktylów i ryżu Sudańczycy nie sprzeciwiali się wcale tej wycieczce wiedząc że z Omdurmanu nie można już uciec i że w żadnym razie nie opuściłby małej bint Nie obyło się jednak bez przygód albowiem widok chłopca w europejskim ubraniu kupującego na rynku żywność ściągnął znowu gromady półdzikich derwiszów które przyjmowały go śmiechem i wyciem Na szczęście wielu widziało że wczoraj był u Mahdiego i ci wstrzymywali tych którzy chcieli się na niego porwać Tylko dzieci rzucały nań piaskiem i kamieniami ale on na to wcale nie zważał Na rynku ceny były wygórowane Daktylów nie mógł Staś dostać zupełnie a znaczną część ryżu odebrał mu dla chorego brata Gebhr Chłopiec opierał się temu z całej siły wskutek czego skończyło się na szarpaninie i bitwie z których oczywiście słabszy wyszedł z mnóstwem sińców i guzów Okazało się przy tym i okrucieństwo Chamisa Okazywał on przywiązanie tylko do Saby i karmił go surowym mięsem Natomiast na nędzę dzieci które znał przecie od dawna i które zawsze były dla niego dobre patrzył z największą obojętnością a gdy Staś zwrócił się do niego z prośbą by przynajmniej Nel udzielał trochę pokarmu odpowiedział śmiejąc się Idź żebrać I doszło na koniec do tego że Staś w następnych kilku dniach chcąc ratować Nel od głodowej śmierci żebrał Nie zawsze było to bezskuteczne Czasem jakiś dawny żołnierz lub oficer egipskiego chedywa dał mu parę piastrów lub kilka fig suszonych i obiecał wspomóc go jeszcze nazajutrz Raz trafił na misjonarza i siostrę miłosierdzia którzy wysłuchawszy jego historii zapłakali nad losem obojga dzieci i lubo sami wycieńczeni głodem podzielili się z nim wszystkim co mieli Obiecali mu też odwiedzić ich w szałasach i nazajutrz przyszli rzeczywiście w nadziei że może uda się im zabrać dzieci aż do czasu wyruszenia pocztą do siebie Ale Gebhr z Chamisem przepędzili ich korbaczami Nazajutrz Staś spotkał ich jednak znowu i dostał od nich miarkę ryżu oraz dwa proszki chininy które misjonarz polecił mu zachować jak najstaranniej w przewidywaniu że w Faszodzie niechybnie czeka ich oboje febra Pojedziecie teraz mówił wzdłuż rozlewisk Białego Nilu czyli wśród tak zwanych suddów Rzeka nie mogąc płynąć swobodnie przez zatory utworzone z roślin i z liści które prąd wody znosi i osadza w płytszych miejscach tworzy tam obszerne i zaraźliwe błota wśród których febra nie oszczędza nawet Murzynów Strzeżcie się szczególniej noclegów bez ognia na gołej ziemi My byśmy już chcieli umrzeć odpowiedział prawie z jękiem Staś Na to misjonarz podniósł swą wynędzniałą twarz i przez chwilę modlił się po czym przeżegnał chłopca i rzekł Ufaj w Bogu Nie wyparłeś się Go więc miłosierdzie Jego i opieka będzie nad tobą Staś próbował nie tylko żebrać ale i pracować Widząc pewnego dnia gromady ludzi pracujące na placu modlitwy przyłączył się do nich i jął nosić glinę na parkan którym plac miał być otoczony Śmiano się z niego i potrącano go ale pod wieczór stary szeik pilnujący robót dał mu dwanaście daktylów Staś rad był z tej zapłaty niezmiernie daktyle bowiem stanowiły obok ryżu jedyny zdrowy pokarm dla Nel a było o nie coraz trudniej w Omdurmanie Przyniósł je więc z dumą małej siostrzyczce której oddawał wszystko co mógł dostać sam żywiąc się od tygodnia prawie wyłącznie durrą wykradaną wielbłądom Nel ucieszyła się bardzo na widok ulubionych owoców ale chciała żeby się z nią podzielił Więc wspiąwszy się na paluszki położyła mu ręce na ramionach i zadarłszy główkę poczęła patrzeć mu w oczy i prosić Staś zjedz połowę zjedz A on na to odrzekł Jadłem już jadłem O taki jestem syty Uśmiechnął się ale zaraz począł przygryzać wargi by się nie rozpłakać gdyż był po prostu głodny Obiecywał sobie że nazajutrz pójdzie znów na zarobek Tymczasem stało się inaczej Rano przyszedł mulazem od Abdullahiego z oznajmieniem że poczta wielbłądzia wychodzi na noc do Faszody i z rozkazem kalifa by Idrys Gebhr Chamis i dwaj Beduini gotowali się wraz z dziećmi do drogi Gebhra zdumiał i oburzył ten rozkaz więc oświadczył że nie pojedzie gdyż brat jego chory i nie ma go kto pilnować a gdyby nawet był zdrów to i tak obaj postanowili pozostać w Omdurmanie Lecz mulazem odpowiedział Mahdi ma jedną tylko wolę a Abdullahi jego kalif a mój pan nie zmienia nigdy rozkazów Brata twego będzie pilnował niewolnik ty zaś pojedziesz do Faszody Więc pójdę i oznajmię mu że nie pojadę Do kalifa wchodzą tylko ci których on sam chce widzieć A jeśli gwałtem wedrzesz się do niego bez pozwolenia wyprowadzą cię na szubienicę Allach akbar to powiedz mi wyraźnie że jestem niewolnikiem Milcz i słuchaj rozkazów odpowiedział mulazem Sudańczyk widział w Omdurmanie szubienice łamiące się pod ciężarem wisielców które co dzień z wyroków srogiego Abdullahiego ubierano w nowe ciała i zląkł się To co mu powiedział mulazem że Mahdi ma tylko jedną wolę a Abdullahi raz tylko rozkazuje powtarzali wszyscy derwisze Nie było więc rady i trzeba było jechać Nie zobaczę już więcej Idrysa! myślał Gebhr I w jego tygrysim sercu taiło się jednak jakieś przywiązanie do starszego brata gdyż na myśl że musi go opuścić w chorobie ogarnęła go rozpacz Próżno Chamis i Beduini przekładali mu że może w Faszodzie będzie lepiej niż w Omdurmanie i że Smain prawdopodobnie wynagrodzi ich hojniej niż to uczynił kalif Żadne słowa nie mogły złagodzić żalu i złości Gebhra która to złość odbiła się przeważnie na Stasiu Był to dla chłopca prawdziwie męczeński dzień Nie pozwolono mu pójść na rynek więc nie mógł nic zarobić ani uprosić a musiał pracować jak niewolnik przy jukach które przygotowywano do podróży co przychodziło mu tym trudniej że z głodu i zmęczenia osłabł bardzo Był już pewien że w drodze umrze jeśli nie pod korbaczem Gebhra to z wycieńczenia Na szczęście Grek który miał dobre serce przyszedł przed wieczorem odwiedzić dzieci i pożegnać a zarazem opatrzyć je na drogę Przyniósł im także kilka proszków chininy a oprócz tego trochę paciorków szklanych i trochę żywności Przede wszystkim jednak dowiedziawszy się o chorobie Idrysa zwrócił się do Gebhra oraz Chamisa i Beduinów Wiedzcie rzekł im że przychodzę tu z rozkazu Mahdiego A gdy słysząc to uderzyli czołem tak mówił dalej Macie w drodze żywić dzieci i obchodzić się z nimi dobrze Mają one zdać sprawę z waszego postępowania Smainowi Smain zaś napisze o tym do proroka Jeśli przyjdzie tu na was jakakolwiek skarga następna poczta przywiezie wam wyrok śmierci Nowy pokłon był jedyną odpowiedzią na te słowa przy czym Gebhr i Chamis mieli miny psów którym nałożono kaganiec Grek zaś kazał im pójść precz po czym tak odezwał się po angielsku do dzieci Zmyśliłem to wszystko gdyż Mahdi nie wydał co do was żadnych nowych rozkazów Ale ponieważ powiedział że macie jechać do Faszody więc trzeba żebyście mogli do niej żywi dojechać Liczę też i na to że żaden z tych ludzi nie zobaczy już przed wyjazdem ani Mahdiego ani kalifa Po czym do Stasia Miałem do ciebie chłopcze urazę i mam ją jeszcze Czy wiesz że omal mnie nie zgubiłeś Mahdi obraził się i na mnie i żeby uzyskać jego przebaczenie musiałem znaczną część majątku oddać Abdullahiemu a i to jeszcze nie wiem czy uratowałem się na długo W każdym razie nie będę mógł pomagać jeńcom tak jak pomagałem dotychczas Ale mi was żal a zwłaszcza (i tu ukazał na Nel) jej.. Mam córkę w tym samym wieku.. którą kocham więcej niż własne życie.. Dla niej uczyniłem wszystko to com uczynił.. Chrystus będzie mnie za to sądził.. Nosi ona dotychczas pod suknią na piersiach srebrny krzyżyk.. Na imię jej tak jak tobie moja mała Gdyby nie ona wolałbym i ja umrzeć niż żyć w tym piekle I wzruszył się Przez chwilę zamilkł na koniec potarł ręką czoło i począł mówić o czym innym Mahdi wysyła was do Faszody w tej myśli że tam pomrzecie W ten sposób zemści się na was za twój chłopcze opór który go dotknął głęboko a nie straci sławy miłosiernego Taki on zawsze.. Ale kto wie komu pierwej śmierć przeznaczona Abdullahi poddał mu myśl żeby tym psom którzy was porwali kazał jechać z wami Marnie ich wynagrodził a teraz boi się żeby się to nie rozgłosiło Obaj z prorokiem wolą przy tym by ci ludzie nie opowiadali że w Egipcie są jeszcze wojska armaty pieniądze i Anglicy.. Ciężka to będzie droga i daleka Pojedziecie krajem pustym i niezdrowym więc pilnujcie jak oka w głowie tych proszków które wam dałem Przykaż panie jeszcze raz Gebhrowi by nie ważył się głodzić i bić Nel rzekł Staś Nie bójcie się Poleciłem was staremu szeikowi który wiezie pocztę To mój dawny znajomy Dałem mu zegarek i tym zjednałem dla was jego opiekę Tak mówiąc począł się żegnać Wziąwszy Nel na ręce przycisnął ją do piersi i powtórzył Niech Bóg błogosławi cię moje dziecko!.. Tymczasem słońce zaszło i uczyniła się noc gwiaździsta W ciemności ozwało się parskanie koni i stękanie obładowanych wielbłądów Rozdział 20 Stary szeik Hatim dotrzymał wiernie obietnicy danej Grekowi i opiekował się dziećmi starannie Droga w górę Białego Nilu była ciężka Jechali przez Ketainę Ed Ducim i Kanę po czym minęli Abbę lesistą wyspę nilową na której przed wojną mieszkał w wypróchniałym drzewie Mahdi jako derwisz pustelnik Karawana często musiała okrążać obszerne porośnięte papirusem rozlewiska czyli tak zwane suddy od których powiew przynosił zatrutą woń rozkładających się liści naniesionych prądem wody Angielscy inżynierowie poprzecinali byli w swoim czasie te zapory13 i statki parowe mogły wówczas chodzić z Chartamu do Faszody i dalej Obecnie jednak rzeka zatkała się znowu i nie mogąc płynąć swobodnie rozlewała na obie strony Okolica po prawym i lewym brzegu pokryta była wysoką dżunglą wśród której wznosiły się kopce termitów i pojedyncze olbrzymie drzewa gdzieniegdzie lasy dochodziły aż do rzeki Na suchszych miejscach rosły gaje akacji Przez pierwsze tygodnie spotykali osady i miasteczka arabskie złożone z domów o dziwnych baniastych dachach uwitych ze słomy dochnu lecz za Abbą od osady Goz Abu Guma wjechali w kraj czarnych Był on jednak zupełnie pusty gdyż derwisze wygarnęli prawie do szczętu miejscową murzyńską ludność i sprzedawali ją na targach Chartumu Omdurmanu Dary Faszeru El Obeidu i innych miast sudańskich darfurskich i kordofańskich Tych mieszkańców którzy zdołali się ukryć przed niewolą w gąszczach w lasach wyniszczył głód i ospa która rozpanoszyła się z niebywałą siłą wzdłuż Białego i Niebieskiego Nilu Sami derwisze mówili że wymierały na nią całe narody Dawne plantacje sorga manioku i bananów pokryła dżungla Tylko zwierz dziki nie ścigany przez nikogo rozmnożył się obficie Nieraz pod zorzą wieczorną dzieci widziały z dala gromady słoni podobne do ruchomych skał dążące powolnym krokiem do znanych sobie wodopojów Na widok ich Hatim dawny handlarz kością słoniową cmokał wzdychał i tak w zaufaniu mówił do Stasia Maszallach ile tu bogactwa Ale teraz nie warto polować bo Mahdi zabronił kupcom egipskim przyjeżdżać do Chartumu i nie ma komu sprzedawać kłów chyba emirom na umbaje Prócz słoni spotykano także i żyrafy które ujrzawszy karawanę uciekały pośpiesznie ciężkim kłusem kiwając długimi szyjami jakby były kulawe Za Goz Abu Guma pojawimy się coraz częściej bawoły i całe stada antylop Ludzie z karawany gdy im brakło świeżego mięsa polowali na nie wszelako prawie zawsze bezskutecznie albowiem czujne i chybkie zwierzęta nie dawały się podejść ani otoczyć Żywności w ogóle było skąpo gdyż z powodu wyludnienia kraju nie można było dostać ani prosa ani bananów ani ryb których w dawnych czasach dostarczali karawanom Murzyni z pokoleń Szylluk i Dinka wymieniając je chętnie za paciorki szklane i drut mosiężny Hatim nie dał jednak dzieciom mrzeć głodem a co więcej trzymał krótko Gebhra i gdy ów raz na noclegu uderzył Stasia przy zdejmowaniu siodeł z wielbłądów kazał go rozciągnąć na ziemi i wyliczyć mu po trzydzieści razów w każdą piętę bambusem Okrutny Sudańczyk przez dwa dni mógł chodzić tylko na palcach i przeklinał chwilę w której opuścił Fajum i mścił się na młodym darowanym sobie niewolniku imieniem Kali Staś z początku prawie rad był że opuścili zapowietrzony Omdurman i że widzi kraje o których marzył zawsze Jego silny organizm wytrzymywał dotychczas doskonale trudy podróży a obfitsze pożywienie wróciło mu energię Nieraz znów w czasie drogi i na postojach szeptał do ucha siostrzyczce że uciec można i znad Białego Nilu i że wcale nie zaniechał tego zamiaru Lecz niepokoiło go jej zdrowie Po trzech tygodniach od dnia wyjazdu z Omdurmanu Nel nie zapadła wprawdzie jeszcze na febrę ale twarz jej schudła i zamiast opalić się stawała się coraz przezroczystsza a jej małe rączki wyglądały jakby ulepione z wosku Nie brakło jej starań ani nawet takich wygód jakie Staś i Dinah mogli jej przy pomocy Hatima zapewnić ale brakło zdrowego powietrza pustyni Wilgotny i upalny klimat w połączeniu z trudami drogi podkopywał coraz bardziej siły wątłego dziecka Staś począwszy od Goz Abu Guma dawał jej codziennie po pół proszka chininy i martwił się okropnie na myśl że nie starczy mu na długo tego lekarstwa którego nigdzie nie będzie można później dostać Ale na to nie było rady należało bowiem przede wszystkim zapobiegać febrze Chwilami brała go rozpacz Łudził się tylko nadzieją że Smain jeśli zechce wymienić ich oboje na własne dzieci to musi wyszukać dla nich jakiejś zdrowszej niż Faszoda okolicy Lecz nieszczęście zdawało się ciągle ścigać swe ofiary Na dzień przed przybyciem do Faszody Dinah która jeszcze w Omdurmanie czuła się słabą zemdlała nagle przy rozwiązywaniu tobołka z rzeczami Nel zabranymi z Fajumu i spadła z wielbłąda Staś i Chamis docucili się jej z największą trudnością Nie odzyskała jednak przytomności a raczej odzyskała ją dopiero wieczorem po to tylko by pożegnać ze łzami swą ukochaną panienkę i umrzeć Gebhr chciał koniecznie obciąć jej po śmierci uszy aby pokazać je Smainowi na dowód że skończyła w drodze i zażądać osobnej i za jej porwanie zapłaty Tak czyniono zmarłym w czasie podróży niewolnikom Ale Hatim na prośbę Stasia i Nel nie zgodził się na to więc pochowano ją uczciwie a mogiłę jej zabezpieczono przed hienami za pomocą kamieni i cierni Dzieci uczuły się jeszcze samotniejsze straciły w niej bowiem jedyną bliską i przywiązaną duszę Był to szczególnie okrutny cios dla Nel toteż Staś na próżno starał się ją utulić przez całą noc i dzień następny Nadszedł szósty dzień podróży Nazajutrz w południe karawana dotarła do Faszody ale znalazła tylko zgliszcza Mahdyści biwakowali pod gołym niebem lub w skleconych naprędce szałasach z trawy i gałęzi Trzy dni temu osada zgorzała była całkowicie Pozostały jedynie osmalone dymem ściany glinianych okrągłych chat i stojąca tuż nad wodą wielka drewniana szopa która za czasów egipskich służyła jako skład kości słoniowej a w której mieszkał obecnie wódz derwiszów emir Seki Tamala Był to znakomity między mahdystami człowiek skryty nieprzyjaciel kalifa Abdullahiego ale natomiast osobisty przyjaciel Hatima Ten przyjął gościnnie u siebie starego szeika wraz z dziećmi zaraz jednak na wstępie opowiedział im niepomyślną nowinę Oto Smaina nie zastaną w Faszodzie Przed dwoma dniami udał się na wschód i południe od Nilu na wyprawę po niewolników i nie wiadomo kiedy wróci gdyż najbliższe okolice były już wyludnione tak że ludzkiego towaru należało szukać bardzo daleko Blisko od Faszody leżała wprawdzie Abisynia z którą derwisze byli również w wojnie Ale Smain mając tylko trzystu ludzi nie mógł odważyć się na przekroczenie jej granic strzeżonych obecnie pilnie przez wojowniczych mieszkańców i przez żołnierzy króla Jana Wobec tego Seki Tamala i Hatim poczęli zastanawiać się co robić z dziećmi Narada toczyła się głównie przy wieczerzy na którą emir zaprosił także Stasia i Nel Ja mówił do Hatima muszę wkrótce wyruszyć ze wszystkimi ludźmi na daleką wyprawę na południe przeciw Eminowi paszy,14 który siedzi w Lado mając tam parowce i wojsko Taki rozkaz przywiozłeś mi Hatimie.. Ty musisz wracać do Omdurmanu więc w Faszodzie nie zostanie jedna żywa dusza Mieszkać tu nie ma gdzie jeść nie ma co i panują choroby Wiem wprawdzie że biali nie chorują na ospę ale febra zabije te dzieci w ciągu miesiąca Kazano mi je przywieźć do Faszody odpowiedział Hatim więc je przywiozłem i mógłbym się o nie więcej nie troszczyć Ale polecił mi je przyjaciel mój Grek Kaliopuli dlatego nie chciałbym by pomarły A to się stanie z pewnością Co zatem robić Zamiast pozostawiać je w pustej Faszodzie odeślij je do Smaina wraz z tymi ludźmi którzy przywieźli je do Omdurmanu Smain poszedł ku górom do suchego i wysokiego kraju gdzie febra nie zabija tak ludzi jak nad rzeką Jakże odnajdą Smaina Śladem ognia Będzie on palił dżunglę raz dlatego by napędzać zwierzynę do skalistych wąwozów w których łatwo ją otoczyć i wybić a po wtóre by wypłaszać z gąszczów pogan którzy się w nich pokryli przed pościgiem.. Smaina nietrudno znaleźć.. Czy go jednak dogonią Będzie on czasem spędzał i po tygodniu w jednej okolicy ponieważ musi wędzić mięso Choćby wyjechali za dwa i trzy dni dogonią go z pewnością Ale dlaczego mają go gonić On przecież wróci i tak do Faszody Nie Jeśli połów niewolników uda mu się poprowadzi ich do miast na targi.. Co robić Pamiętaj że gdy obaj odjedziemy z Faszody dzieci choćby ich nie zabiła febra umrą z głodu Na proroka To prawda I rzeczywiście nie było innej rady jak wysłać dzieci na nową tułaczkę Hatim który okazał się zupełnie dobrym człowiekiem troszczył się tylko o to czy Gebhr którego okrucieństwo poznał w czasie drogi nie będzie znęcał się nad nimi Ale groźny Seki Tamala wzbudzający strach nawet we własnych żołnierzach kazał przywołać Sudańczyka i zapowiedział mu że ma odwieźć dzieci żywe i zdrowe do Smaina a zarazem obchodzić się z nimi dobrze gdyż inaczej zostanie powieszony Dobry Hatim uprosił jeszcze emira by darował małej Nel niewolnicę która by jej służyła i opiekowała się nią w drodze i w obozie Smaina Nel ucieszyła się bardzo tym podarkiem zwłaszcza gdy okazało się że niewolnica jest młodą dziewczyną z pokolenia Dinka o miłych rysach i słodkim wyrazie twarzy Staś wiedział że Faszoda to śmierć więc nie prosił bynajmniej Hatima by nie wyprawiano ich w nową trzecią z kolei podróż W duszy myślał też że jadąc na wschód i południe zbliżyć się muszą bardzo do południowych granic abisyńskich i że będzie można uciec Miał nadzieję że na suchych wyżynach Nel uchroni się może od febry i z tych wszystkich przyczyn chętnie i gorliwie zajął się przygotowaniami do drogi Gebhr Chamis i dwaj Beduini nie byli także przeciwni wyprawie licząc i na to że przy boku Smaina uda im się upolować sporą ilość niewolników a potem sprzedać ich korzystnie na targach Wiedzieli że handlarze niewolników dochodzą czasem do wielkich majątków w każdym razie woleli jechać niż pozostawać na miejscu pod ręką Hatima i Seki Tamali Przygotowania zabrały jednak sporo czasu zwłaszcza że dzieci musiały wypocząć Wielbłądy nie mogły już być użyte do tej podróży więc Arabowie a z nimi Staś i Nel mieli jechać konno Kali zaś niewolnik Gebhra i Mea tak nazwana z porady Stasia służąca Nel iść piechotą przy koniach Hatim wystarał się też o osła który niósi namiot przeznaczony dla dziewczynki i żywność dla dzieci na trzy dni Więcej nie mógl jej udzielić Seki Tamala Dla Nel urządzono coś w rodzaju kobiecego siodła z wojłoku mat palmowych i bambusów Trzy dni spędziły dzieci dla odpoczynku w Faszodzie lecz niezmierna ilość komarów nad rzeką czyniła tu pobyt wprost nieznośnym W dzień pojawiały się roje wielkich niebieskich much nie gryzących wprawdzie ale tak uprzykrzonych że właziły w uszy obsiadały oczy i wpadały nawet w usta Staś słyszał jeszcze w Port Saidzie że komary i muchy roznoszą febrę i zarazki zapalenia oczu w końcu więc sam prosił Seki Tamalę by ich jak najprędzej wyprawił zwłaszcza że zbliżała się wiosenna pora dżdżysta Rozdział 21 Stasiu dlaczego my jedziemy i jedziemy a Smaina jak nie ma tak nie ma Nie wiem Zapewne idzie szybko naprzód żeby jak najprędzej dojść do okolic w których będzie mógł nałapać Murzynów Czy chciałabyś żebyśmy się już połączyli z jego oddziałem Dziewczynka skinęła swoją płową główką na znak że bardzo jej o to chodzi Co ci na tym zależy zapytał Staś Bo może Gebhr nie będzie śmiał przy Smainie tak okropnie bić tego biednego Kali Smain pewno nie lepszy Oni wszyscy nie mają miłosierdzia dla swoich niewolników Tak I dwie łezki stoczyły się po jej wychudłych policzkach Było to dziewiątego dnia podróży Gebhr który teraz był wodzem karawany odnajdował z początku łatwo ślady pochodu Smaina Wskazywały jego drogę szlaki wypalonej dżungli i obozowiska pełne ogryzionych kości i rozmaitych szczątków Ale po upływie pięciu dni trafiono na niezmierną przestrzeń spalonego stepu na którym wiatr rozniósł pożar na wszystkie strony Ślady stały się mętne i zawile gdyż widocznie Smain rozdzielił swój oddział na kilkanaście mniejszych by ułatwić im otaczanie zwierzyny i zdobywanie żywności Gebhr nie wiedział w jakim kierunku iść i często zdarzało się że karawana po długim kołowaniu wracała na to samo miejsce z którego wyszła Potem trafili na lasy a po przebyciu ich weszli w kraj skalisty gdzie grunt pokrywały płaskie guzy lub drobne kamienie rozrzucone na wielkich rozległościach tak gęsto że dzieciom przypominały się bruki miejskie Roślinności było tam skąpo Tylko gdzieniegdzie w rozpadlinach skał rosły euforbie starce mimozy a rzadziej jeszcze wysmukłe jasnozielone drzewa które Kali nazywał w języku ki swahili m'ti i których liśćmi karmiono konie W okolicy brakło całkiem rzeczułek i strumieni na szczęście poczęły już od czasu do czasu padać deszcze więc znajdowano wodę we wgłębieniach i wydrążeniach skał Zwierzynę wypłoszyły oddziały Smaina i karawana byłaby marła głodem gdyby nie mnóstwo pentarek które co chwila zrywały się spod nóg koni a pod wieczór obsiadały drzewa tak gęsto że dość było strzelić w odpowiednim kierunku ażeby kilka spadło na ziemię Nie były przy tym wcale płochliwe i pozwalały się zajść blisko a podrywały się tak ciężko i opieszale że Saba biegnący przed karawaną chwytał je i dusił prawie każdego dnia Chamis zabijał ich po kilkanaście dziennie ze starej kapiszonowej strzelby którą był wyszachrował od jednego z podwładnych Hatimowi derwiszów podczas drogi z Omdurmanu do Faszody Śrutu jednak nie posiadał już więcej jak na dwadzieścia nabojów i niepokoił się myślą co będzie gdy cały zapas się wyczerpie Wprawdzie pomimo przepłoszenia zwierzyny pojawiały się niekiedy wśród skał stadka arieli pięknych antylop pospolitych w całej środkowej Afryce ale do arieli trzeba było strzelać ze sztucera oni zaś nie umieli użyć strzelby Stasia a Gebhr nie chciał mu jej dać do ręki Sudańczyk również począł się niepokoić długą drogą Przychodziło mu chwilami do głowy by wracać do Faszody w razie bowiem gdyby się rozminęli ze Smainem mogli się zabłąkać w dzikich okolicach w których nie mówiąc już o głodzie groziły im napady dzikich zwierząt i dzikszych jeszcze Murzynów dyszących zemstą za łowy które na nich wyprawiano Ale ponieważ nie wiedział że Seki Tamala wybiera się przeciw Eminowi gdyż rozmowa o tym odbywała się nie przy nim więc brał go strach na myśl że przyjdzie mu stanąć przed obliczem potężnego emira który kazał mu odwieźć dzieci do Smaina i dał mu do niego list zapowiedziawszy przy tym że jeśli nie wywiąże się należycie z obowiązku pójdzie na powróz Wszystko to razem wzięte przepełniało mu duszę goryczą i złością Nie śmiał już jednak mścić się za swe zawody na Stasiu i Nel natomiast plecy biednego Kalego broczyły co dzień krwią pod korbaczem Młody niewolnik zbliżał się do srogiego pana zawsze z drżeniem i trwogą Ale na próżno obejmował jego nogi i całował ręce na próżno padał przed nim na twarz Kamiennego serca nie wzruszała ni pokora ni jęki i korbacz rozdzierał z lada powodu a czasem i bez powodu ciało nieszczęśliwego chłopca Na noc wkładano mu nogi w drewnianą deskę z otworami by nie uciekł W dzień szedł na powrozie przy koniu Gebhra co nadzwyczaj bawiło Chamisa Nel oblewała łzami niedolę Kalego Staś burzył się w sercu i kilkakrotnie ujmował się za nim zapalczywie ale gdy spostrzegł że to podnieca jeszcze Gebhra zaciskał tylko zęby i milczał Lecz Kali zrozumiał że tych dwoje ujmuje się za nim i pokochał ich swym zbolałym biednym sercem głęboko Od dwu dni jechali skalistym wąwozem o wysokich stromych skałach Z naniesionych i porozrzucanych bezładnie kamieni łatwo było poznać że w czasie pory dżdżystej wąwóz napełniał się wodą ale obecnie dno jego było zupełnie suche Pod ścianami rosło po obu stronach trochę trawy dużo cierni a nawet gdzieniegdzie i drzewa Gebhr zapuścił się w tę kamienną gardziel dlatego że szła ustawicznie w górę sądził więc że doprowadzi go do jakiej wyżyny z której łatwiej mu będzie dostrzec w dzień dymy a w nocy ogniska obozu Smaina Miejscami wąwóz stawał się tak ciasny że tylko dwa konie mogły iść w pobok miejscami rozszerzał się w małe okrągłe doliny otoczone jakby wysokimi kamiennymi murami na których siedziały wielkie pawiany igrając z sobą szczekając i pokazując karawanie zęby Była godzina piąta po południu Słońce zniżyło się już ku zachodowi Gebhr myślał o noclegu chciał tylko dotrzeć do jakiejś dolinki w której można by urządzić zeribę to jest otoczyć karawanę wraz z końmi płotem z kolczastych mimoz i akacji chroniących od napadu dzikich zwierząt Saba biegł naprzód poszczekując na małpy które na jego widok rzucały się niespokojnie i raz w raz znikał w zakrętach wąwozu Echo powtarzało rozgłośnie jego szczekanie Nagle jednak umilkł a po chwili przybiegł pędem do koni ze zjeżoną sierścią na grzbiecie i wtulonym pod siebie ogonem Beduini i Gebhr zrozumieli że musiało go coś przestraszyć ale spojrzawszy po sobie i chcąc przekonać się co by to być mogło ruszyli dalej Lecz przejechawszy macy zakręt zdarli konie i stanęli w jednej chwili jak wryci na widok który uderzył ich oczy Oto na niewielkiej skale leżącej w samym środku dość szerokiego w tym miejscu wąwozu leżał lew Dzieliło ich od niego najwyżej sto kroków Potężny zwierz ujrzawszy jeźdźców i konie podniósł się na przednie łapy i począł na nich patrzeć Nisko stojące już słońce oświecało jego ogromną głowę kudłate piersi i w tym czerwonym blasku podobny był do jednego z takich sfinksów jakie zdobią wejścia do starożytnych świątyń egipskich Konie jęły przysiadać na zadach kręcić się i cofać Zdumieni i przerażeni jeźdźcy nie wiedzieli co począć więc z ust do ust przelatywały tylko trwożne i bezradne słowa Allach Bismillach Allach akbar! A król puszczy patrzał na nich z góry nieruchomy jakby odlany z brązu Gebhr i Chamis słyszeli od kupców przybywających z kością słoniową i gumą z Sudanu do Egiptu że lwy kładą się czasem na drodze karawan które wobec tego muszą po prostu zbaczać Lecz tu nie było gdzie zboczyć Wypadało chyba zawrócić i uciekać Tak ale w takim razie było rzeczą niemal pewną że straszny zwierz rzuci się za nimi w pogoń Znów zatem zabrzmiały gorączkowe pytania Co robić Co robić Allach może ustąpi Nie ustąpi I znowu zapadła cisza Słychać było tylko chrapanie koni i przyspieszony oddech piersi ludzkich Spuść Kalego z powroza ozwał się nagle do Gebhra Chamis a my uciekajmy na koniach wówczas lew jego pierwszego dogoni i jego tylko zabije Uczyń tak powtórzyli Beduini Lecz Gebhr odgadł że w takim razie Kali wdrapie się w mgnieniu oka na ścianę skalną a lew pogna za końmi przeto do głowy wpadł mu inny okropny pomysi Oto zarżnie chłopca i rzuci go przed siebie a wtedy zwierz skoczywszy za nimi ujrzy na ziemi krwawe ciało i zatrzyma się by je pożreć Więc przyciągnął Kalego powrozem do siodła i już podniósł nóż gdy w tej samej sekundzie Staś chwycił go za szeroki rękaw dżiuby Co robisz łotrze Gebhr począł się szarpać i gdyby chłopiec chwycił był go za rękę wyrwałby się natychmiast ale z rękawem nie poszło tak łatwo więc szarpiąc się począł jednocześnie charczeć stłumionym ze wściekłości głosem Psie jeśli jego nie starczy zakłuję i was Allach zakłuję zakłuję A Staś pobladł śmiertelnie albowiem błyskawicą przebiegła mu myśl że lew goniąc przede wszystkim za końmi może istotnie pominąć w pędzie trupa Kalego a w takim razie Gebhr z największą pewnością zarżnie kolejno ich oboje Więc ciągnąc ze zdwojoną siłą za rękaw krzyknął Daj mi strzelbę!.. zabiję lwa Beduinów zdumiały te słowa ale Chamis który widział jeszcze w Port Saidzie jak Staś strzela począł natychmiast wołać Daj mu strzelbę On zabije lwa Gebhr przypomniał sobie od razu strzały na jeziorze Karoun i wobec straszliwego niebezpieczeństwa prędko zaniechał oporu Z wielkim nawet pośpiechem podał chłopcu sztucer a Chamis otworzył co duchu pudło z nabojami z którego Staś zaczerpnął pełną garścią Potem zeskoczył z konia wsunął ładunki w lufy i ruszył naprzód Przez pierwszych kilka kroków był jakby odurzony i widział tylko siebie i Nel z szyjami poderżniętymi nożem Gebhra Ale wnet bliższe i straszniejsze niebezpieczeństwo kazało mu zapomnieć o wszystkim innym Miał przed sobą lwa Na widok zwierza pociemniało mu w oczach Poczuł zimno w policzkach i w nosie poczuł że nogi ma jak ołowiane i że mu brak tchu Po prostu bał się W Port Saidzie czytywał nawet i w czasie lekcyj o polowaniach na lwy ale co innego było oglądać obrazki w książkach a co innego stanąć oko w oko z potworem który teraz oto patrzył na niego jakby ze zdziwieniem marszcząc swe szerokie podobne do tarczy czoło Arabowie przytaili dech w piersiach albowiem nigdy w życiu nie widzieli nic podobnego Z jednej strony mały chłopiec który wśród wysokich skał wydawał się jeszcze mniejszy z drugiej potężny zwierz złoty w promieniach słońca wspaniały groźny pan z wielką głową jak mówią Sudańczycy Staś przemógł całą siłą woli bezwładność nóg i posunął się dalej Jeszcze przez chwilę wydało mu się że serce podchodzi mu aż do gardła i trwało to dopóty dopóki nie podniósł strzelby do twarzy Wówczas trzeba było myśleć o czym innym Czy zbliżyć się więcej czy już strzelać Gdzie mierzyć Im mniejsza odległość tym strzał pewniejszy.. a zatem dalej dalej kroków czterdzieści jeszcze za dużo.. trzydzieści dwadzieścia Już powiew przynosi ostry zwierzęcy swąd.. Chłopiec stanął Kula między oczy albo po mnie pomyślał W imię Ojca i Syna!... A lew podniósł się przeciągnął grzbiet i zniżył głowę Wargi poczęły mu się odchylać brwi nasunęły się na oczy Ta drobna jakaś istotka ośmieliła się podejść zbyt blisko więc gotował się do skoku przysiadając z drganiem ud na tylnych łapach.. Lecz Staś przez jedno mgnienie oka dostrzegł że muszka sztucera przypada na czole zwierza i pociągnął za cyngiel Huknął strzał Lew wspiął się tak że przez chwilę wyprostował się na całą wysokość po czym runął na wznak czterema łapami do góry I w ostatniej konwulsji stoczył się ze skały na ziemię Staś trzymał go jeszcze przez kilka minut pod strzałem lecz widząc że drgawki ustają i że płowe cielsko wyprężyło się bezwładnie otworzył strzelbę i założył nowy ładunek Ściany skaliste rozbrzmiewały jeszcze gromkim echem Gebhr Chamis i Beduini nie mogli zrazu dojrzeć co się stało gdyż poprzedniej nocy padał deszcz i z powodu wilgoci powietrza dym zasłonił wszystko w ciasnym wąwozie Dopiero gdy dym opadł poczęli krzyczeć z radości i chcieli skoczyć ku chłopcu ale na próżno gdyż żadna siła nie mogła zmusić koni do kroku naprzód A Staś zawrócił objął wzrokiem czterech Arabów i wpił oczy w Gebhra Ach dość rzekł zaciskając zęby Przebrałeś miarę Nie zamordujesz ani Nel ani nikogo więcej I nagle uczuł że nos i policzki bledną mu znowu ale było to inne zimno płynące nie ze strachu lecz ze strasznego i nieubłaganego postanowienia od którego serce w piersiach czyni się na razie żelazne Tak To przecie łotry katy mordercy a Nel w ich ręku!.. Nie zamordujesz jej powtórzył Zbliżył się ku nim znów stanął i nagle z błyskawiczną szybkością podniósł strzelbę do twarzy Dwa strzały jeden za drugim targnęły echem wąwozu Gebhr runął na ziemię jak wór piasku a Chamis pochylił się w kulbace i uderzył krwawym czołem o kark koński Dwaj Beduini wydali okropny okrzyk przerażenia i zeskoczywszy z koni rzucili się ku Stasiowi Zakręt był za nimi niedaleko i gdyby byli uciekali za siebie czego Staś życzył sobie w duszy byliby mogli uchronić się przed śmiercią Ale zaślepionym trwogą i wściekłością wydało się że dopadną chłopca wpierw nim zdoła zmienić naboje i zadźgają go nożami Głupcy Ledwie przebiegli kilkanaście kroków szczęknęła znów złowroga strzelba wąwóz odegrzmiał echem nowych strzałów i obaj padli twarzami na ziemię rzucając się i tłukąc jak wyjęte z wody ryby Jeden gorzej w pośpiechu strzelony podniósł się jeszcze i wsparł na rękach ale w tej chwili Saba zatopił mu kły w karku Nastała śmiertelna cisza Przerwały ją dopiero jęki Kalego który rzucił się na kolana i wyciągnąwszy przed się ręce krzyczał w łamanym języku ki swahili Bwana kubwa (Panie wielki!) zabić lwa zabić złych ludzi ale nie zabijać Kalego Staś jednak nie zważał na jego wołanie Czas jakiś stał jak błędny po czym spostrzegłszy zbielałą twarzyczkę Nel i jej na wpół przytomne rozszerzone z przerażenia oczy skoczył ku niej Nel nie bój się!.. Nel jesteśmy wolni!.. ....................................................................................................................... Jakoż byli istotnie wolni ale i zabłąkani w dzikiej bezludnej puszczy w czeluściach czarnego lądu Rozdział 22 Zanim Staś i młody Murzyn poodciągali na boki wąwozu zabitych Arabów i ciężkie cielsko lwa słońce zniżyło się jeszcze i wkrótce miała zapaść noc Ale niepodobna było nocować w sąsiedztwie trupów więc chociaż Kali ukazując na zabitego zwierza głaskał się po piersiach i powtarzał mlaskając językiem Msuri nyama (dobre dobre mięso) Staś nie dał mu się zająć nyamą a natomiast kazał mu łapać konie które pouciekały po strzałach Czarny chłopak wywiązał się z tego nadzwyczaj zręcznie zamiast bowiem gonić je wąwozem w którym to razie byłyby uciekały coraz dalej wydrapał się na górę i skracając sobie drogę przez wymijanie zakrętów zabiegł spłoszonym rumakom drogę od przodu W ten sposób schwytał z łatwością dwa a dwa inne napędził na Stasia Tylko koni Gebhra i Chamisa nie można już było odszukać ale i tak pozostały cztery nie licząc objuczonego namiotem i rzeczami kłapoucha który wobec tragicznych wypadków okazał prawdziwie filozoficzny spokój Znaleziono go za zakrętem szczypiącego dokładnie ale bez pośpiechu trawę rosnącą na dnie wąwozu Mierzyny sudańskie przyzwyczajone są w ogóle do widoku dzikich zwierząt ale boją się lwów było więc sporo trudności z przeprowadzeniem ich obok skały przy której czerniała kałuża krwi Konie chrapały rozdymając nozdrza i wyciągając szyje ku zakrwawionym kamieniom wszelako gdy osioł postrzygłszy tylko nieco uszyma przeszedł spokojnie przeszły i one Noc była tuż ujechali jednak około kilometra i zatrzymali się dopiero w miejscu w którym wąwóz rozszerzał się znów w małą amfiteatralną dolinkę porośniętą gęsto cierniem i krzewami kolczastej mimozy Panie rzekł miody Murzyn Kali napalić ogień duży ogień I wziąwszy sudański szeroki miecz który zdjął był z trupa Gebhra począł ścinać nim ciernie a nawet i większe drzewka Po napaleniu ognia ścinał jeszcze póki nie nagromadził tak wielkiego zapasu że mogło wystarczyć go na całą noc Po czym obaj ze Stasiem ustawili namiocik dla Nel pod wysoką prostopadłą ścianą doliny a następnie otoczyli go półkolistym szerokim i wysokim kolczastym płotem czyli tak zwaną zeribę Staś wiedział z opisów afrykańskich wędrówek że podróżnicy ubezpieczają się w ten sposób przed napadami dzikich zwierząt Konie jednak nie mogły się za płotem pomieścić więc chłopcy rozkulbaczywszy je i zdjąwszy z nich naczynia blaszane i worki popętali je tylko by nie oddaliły się zanadto w poszukiwaniu trawy lub wody Mea znalazła zresztą wodę w pobliżu we wgłębieniu skalnym tworzącym jakby mały basen pod przeciwległymi skałami Było jej sporo tak że starczyło i dla koni i na ugotowanie pentarek zastrzelonych rano przez Chamisa W jukach które wraz z namiotem dźwigał osioł znalazło się też około trzech garncy durry i kilka garści soli oraz wiązka suszonych korzeni manioku Starczyło więc na obfitą wieczerzę Korzystali z niej jednak przeważnie tylko Kali i Mea Młody Murzyn którego Gebhr głodził w okropny sposób zjadł taką ilość pokarmu jaka mogła nasycić dwóch ludzi Ale też był za to całym sercem wdzięczny swoim nowym państwu i natychmiast po wieczerzy padł na twarz przed Stasiem i Nel na znak że pragnie do końca życia zostać ich niewolnikiem a następnie złożył równie pokorną czołobitność strzelbie Stasia rozumiejąc widocznie że bezpieczniej jest zjednać sobie łaskę tak groźnego narzędzia Po czym oświadczył że podczas snu pana wielkiego i bibi będzie czuwał na przemian z Meą by ogień nie zgasł i siadł przy nim w kucki mrucząc z cicha coś w rodzaju piosenki w której powtarzały się co chwila wyrazy Simba kufa Bimba kufa! co znaczy w języku ki swahili lew zabity Ale panu wielkiemu ani małej bibi nie było do snu Nel na wielkie prośby Stasia przełknęła zaledwie parę kawałków pentarki i kilka ziarnek rozgotowanej durry Mówiła że nie chce się jej ani jeść ani spać tylko pić Stasia chwyciła obawa czy nie dostaw gorączki ale przekonał się że ręce ma chłodne a nawet aż nadto zimne Namówił ją jednak aby weszła pod namiot gdzie przygotował dla niej posianie obszukawszy wpierw starannie czy w trawie nie ma skorpionów Sam siadł na kamieniu ze sztucerem w ręku by bronić jej od napadu dzikich zwierząt w razie gdyby ogień okazał się niedostateczną obroną Ogarnęło go niezmierne zmęczenie i wyczerpanie W duszy powtarzał sobie Zabiłem Gebhra i Chamisa zabiłem Beduinów zabiłem lwa i jesteśmy wolni Ale było to tak jakby te słowa szeptał mu kto inny i jakby on sam nie rozumiał dobrze co to znaczy Miał tylko poczucie że są wolni ale że stało się zarazem coś okropnego co napełniało go niepokojem i przygniatało mu piersi jak ciężki kamień Wreszcie myśli poczęły mu drętwieć Długi czas patrzył na wielkie ćmy krążące nad płomieniem a w końcu jął kiwać się i drzemać Kali drzemał także ale budził się co chwila i dorzucał gałęzi do ognia Noc uczyniła się głęboka i co rzadko zdarza się pod zwrotnikami bardzo cicha Słychać tylko było trzask płonących cierni i syczenie płomienia który rozświecał zatoczone półkolem wiszary skalne Księżyc nie rozjaśniał głębin wąwozu ale w górze migotały roje nieznanych gwiazd Powietrze stało się tak chłodne że Staś zbudził się otrząsnął senne odrętwienie i począł troszczyć się o to czy chłód nie dokuczy malej Nel Lecz uspokoił się przypomniawszy sobie że zostawił jej pod namiotem na wojłokach pled który Dinah zabrała jeszcze z Fajumu Przyszło mu też na myśl że jadąc od samego Nilu ciągle lubo nieznacznie pod górę musieli przez tyle dni zajechać już dość wysoko a zatem do krajów w których febra nie grozi już tak jak w niskim łożysku rzeki Dojmujący chłód nocny zdawał się potwierdzać to przypuszczenie I myśl ta dodała mu otuchy Podszedł na chwilę pod namiot by posłuchać czy Nel śpi spokojnie po czym wrócił siadł bliżej ognia i znów począł drzemać a nawet zasnął głęboko Nagle zbudziło go warczenie Saby który poprzednio ułożył się do snu tuż przy jego nogach Kali ocknął się także i obaj poczęli spoglądać niespokojnie na brytana który wyciągnięty jak struna nastawił uszy i łopocąc nozdrzami wietrzył w stronę z której przybyli wpatrując się zarazem w ciemność Sierść zjeżyła mu się na karku i grzbiecie a piersi wzdymały się od powietrza które warcząc wciągał w płuca Młody niewolnik dorzucił co prędzej suchych gałęzi na ogień Panie szeptał wziąć strzelbę wziąć strzelbę Staś wziął strzelbę i wysunął się przed ogień by widzieć lepiej mroczną głąb wąwozu Warczenie Saby zmieniło się w urywane poszczekiwanie Przez długą chwilę nie było nic słychać po czym jednakże do uszu Kalego i Stasia doleciał z odległości głuchy tętent jakby jakieś wielkie zwierzęta biegły szybko w stronę ognia Tętent ów odbijał się wśród ciszy echem o skalne ściany i stawał się coraz głośniejszy Staś zrozumiał że zbliża się śmiertelne niebezpieczeństwo Ale co to być mogło Może bawoły może jaka para nosorożców która szuka wyjścia z wąwozu W takim razie jeśli huk strzału nie spłoszy ich i nie zawróci nic nie uratuje karawany albowiem zwierzęta te nie mniej złośliwe i napastnicze od drapieżnych nie boją się ognia i roztratują wszystko po drodze.. Gdyby to był jednak jaki oddział Smaina który natknąwszy się na trupy w wąwozie ściga morderców Staś sam nie wiedział co byłoby lepsze prędka śmierć czy nowa niewola Przebiegło mu przy tym przez głowę że jeżeli sam Smain znajdzie się w oddziale to ich może oszczędzi ale jeśli go nie ma to derwisze albo zamordują ich natychmiast albo co gorzej umęczą ich przed śmiercią w okrutny sposób Ach pomyślał daj Boże żeby to były zwierzęta nie ludzie! Tymczasem tętent rósł i zmienił się w grzmot kopyt aż na koniec z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy rozdęte chrapy i rozwiane od biegu grzywy Konie zawołał Kali Jakoż były to konie Gebhra i Chamisa Przybiegły oba w dzikim pędzie gnane widocznie trwogą lecz wpadłszy w krąg światła i ujrzawszy swych popętanych towarzyszów wspięły się na zadnich nogach po czym parskając zaryły się kopytami w ziemię i pozostały przez chwilę nieruchome Lecz Staś nie odjął strzelby od twarzy Był pewien że za końmi wychyli się lada chwila kudłata głowa lwa lub płaska czaszka pantery Ale czekał na próżno Konie uspokajały się z wolna a co więcej Saba przestał po niejakim czasie wietrzyć natomiast okręciwszy się kilkakrotnie na miejscu jak czynią zwykle psy położył się zwinął w kółko i zamknął oczy Widocznie jeśli jaki zwierz drapieżny ścigał konie to poczuwszy dym lub zobaczywszy odblask ognia na skałach cofnął się z daleka Musiało jednak coś mocno je nastraszyć rzekł do Kalego Staś skoro nie bały się przebiec obok trupów ludzi i lwa Panie odrzekł chłopak Kali domyślać się co się stało Dużo dużo hien i szakali wejść do wąwozu i iść do trupów Konie przed nimi uciekać ale hieny ich nie gonić bo one jeść Gebhra i tamtych innych.. Być może ale ty teraz idź rozsiodłaj konie zabierz naczynia i worki i przynieś tu A nie bój się bo strzelba cię obroni Kali się nie bać odpowiedział chłopak I rozsunąwszy nieco cierni przy samej skale wysunął się za zeribę a tymczasem wyszła z namiotu Nel Saba podniósł się natychmiast i trącając ją nosem upominał się o zwykłe pieszczoty Ale ona wyciągnąwszy zrazu rękę cofnęła ją natychmiast jakby ze wstrętem Stasiu co się stało spytała Nic Przybiegły tamte konie Czy to ich tętent cię rozbudził Obudziłam się już przedtem i chciałam nawet wyjść z namiotu ale.. Ale co Myślałam że się może rozgniewasz Ja na ciebie A Nel podniosła oczy i poczęła na niego spoglądać jakimś szczególnym wzrokiem takim jakim nie patrzyła nigdy przedtem Po twarzy Stasia przemknęło wielkie zdziwienie albowiem w jej słowach i spojrzeniu wyczytał wyraźnie obawę Ona się mnie boi! pomyślał I w pierwszej chwili odczuł jakby przebłysk zadowolenia Pochlebiła mu myśl że po tym czego dokonał nawet Nel uważa go nie tylko za człowieka zupełnie dorosłego ale za groźnego wojownika rozsiewającego wokół trwogę Ale trwało to krótko albowiem niedola rozwinęła w nim umysł i dar spostrzegawczy pomiarkował przeto że w zaniepokojonych oczach dziewczynki widać obok trwogi jakby odrazę do tego co się stało do tej przelanej krwi i do tej okropności której była dziś świadkiem przypomniał sobie jak przed chwilą cofnęła rękę nie chcąc pogłaskać Saby który dodusił jednego z Beduinów Tak Staś sam czuł przecie na piersiach zmorę Inna rzecz była czytać w Port Saidzie o traperach amerykańskich zabijających na Dalekim Zachodzie tuzinami czerwonoskórych Indian a inna dokonać tego osobiście i widzieć żywych przed chwilą ludzi chrapiących w drgawkach wśród kałuż krwi Tak Nel ma niezawodnie w sercu pełno lęku ale zarówno i odrazy która w niej pozostanie na zawsze Będzie się mnie bała pomyślał Staś ale w głębi serca mimo woli nie przestanie mieć mi tego za złe i to będzie moja zapłata za to wszystko com dla niej zrobił Na tę myśl wielka gorycz wezbrała mu w piersiach albowiem zdawał sobie doskonale sprawę że gdyby nie Nel to już dawno albo zostałby zabity albo byłby uciekł Dla niej więc przecierpiał to wszystko co przecierpiał a te męki i głody na to tylko się przydały że oto teraz stoi przed nim spłoszona jakby nie ta sama mała siostrzyczka i wznosi ku niemu oczy nie z dawną ufnością ale ze zdziwionym lękiem Staś uczuł się nagle bardzo nieszczęśliwy Po raz pierwszy w życiu zrozumiał co to jest rozżalenie Łzy napływały mu mimo woli do oczu i gdyby nie to że groźnemu wojownikowi żadną miarą nie wypadało się rozpłakać byłby to może uczynił Pohamował się jednak i zwróciwszy się do dziewczynki zapytał Czy ty się boisz Nel?.. A ona odpowiedziała cicho Jakoś.. tak straszno Na to Staś kazał Kalemu przynieść wojłoki spod siodeł i nakrywszy jednym z nich kamień na którym poprzednio drzemał drugi rozesłał na ziemi i rzekł Siądź tu przy mnie koło ognia.. Prawda jaka noc chłodna Jeśli sen cię zmorzy to oprzesz o mnie głowę i zaśniesz Nel zaś powtórzyła Jakoś tak straszno!.. Staś owinął ją starannie pledem i przez czas jakiś siedzieli w milczeniu wsparci o siebie i oświeceni różowym blaskiem który pełgał po skałach i iskrzył się migotliwie na blaszkach miki którymi upstrzone były kamienne złomy Za zeribą słychać było parskanie koni i chrzęst trawy w ich zębach Słuchaj Nel ozwał się Staś ja musiałem to zrobić.. Gebhr zagroził że nas zakłuje jeśli lew nie poprzestanie na Kalim i będzie ich dalej gonił Słyszałaś?:. Pomyśl że zagroził tym nie tylko mnie ale i tobie I byłby to zrobił Ja powiem ci szczerze że gdyby nie ta groźba to jednak choć myślałem już o tym dawniej nie byłbym do nich strzelał Myślę że nie mógłbym.. Ale on przebrał miarę Widziałaś jak okropnie znęcał się przedtem nad Kalim A Chamis jakże on nikczemnie nas zaprzedał Przy tym czy wiesz co by się stało gdyby oni nie byli znaleźli Smaina Oto Gebhr zacząłby się znęcać tak samo nad nami.. nad tobą Okropność pomyśleć że biłby cię korbaczem i byłby nas oboje zamęczył a po naszej śmierci wróciłby sobie do Faszody i powiedział żeśmy pomarli z febry.. Ja Nel nie z żadnego okrucieństwa tak zrobiłem ale musiałem myśleć o tym jakby cię uratować.. O ciebie tylko mi chodziło.. I w głosie jego odbiło się wyraźnie to rozżalenie które przepełniało mu serce Nel zrozumiała to widocznie gdyż przytuliła się do niego mocniej on zaś opanowawszy chwilowe wzruszenie tak mówił dalej Ja się przecie nie zmienię i będę cię strzegł i pilnował jak poprzednio Póki oni żyli nie było żadnej nadziei ratunku Teraz możemy uciec do Abisynii Abisyńczycy są czarni i dzicy ale chrześcijanie i nieprzyjaciele derwiszów Byleś była zdrowa to nam się to uda bo do Abisynii nie jest bardzo daleko A choćby nam się nawet nie udało choćbyśmy wpadli w ręce Smaina to nie myśl że on się będzie na nas mścił On nigdy w życiu nie widział ani Gebhra ani Beduinów znał tylko Chamisa ale co mu tam Chamis Możemy przy tym nie mówić wcale Smainowi że Chamis z nami był Jeśli nam się uda przedostać do Abisynii to będziemy ocaleni a jeśli nie to i w takim razie nie będzie ci gorzej tylko lepiej bo takich okrutników jak tamci nie ma chyba więcej na świecie.. Nie bój się ty mnie Nel!.. I chcąc wzbudzić jej zaufanie a zarazem dodać otuchy począł ją głaskać po płowej główce Dziewczynka słuchała podnosząc nieśmiało na niego oczy Widoczne było że chce coś powiedzieć ale się ociąga i waha i obawia Na koniec schyliła głowę tak że włosy zakryły całkiem jej twarz i zapytała jeszcze ciszej niż poprzednio i trochę drżącym głosem Stasiu.. Co kochanie A oni tu nie przyjdą?.. Kto zapytał ze zdziwieniem Staś Tamci.. zabici Co ty mówisz Nel?.. Boję się boję się!.. I pobladłe usta poczęły się jej trząść Zapadło milczenie Staś nie wierzył by zabici mogli zmartwychwstać ale ponieważ była noc i ciała ich leżały niedaleko więc uczyniło mu się jakoś dziwnie nieswojo dreszcz przebiegi mu po plecach Co ty mówisz Nel powtórzył To Dinah nauczyła cię bać się duchów.. Umarli nie.. I nie skończył bo w tej chwili stało się coś przerażającego Oto wśród ciszy nocnej w głębiach wąwozu w tej stronie gdzie leżały trupy rozległ się nagle jakiś nieludzki okropny śmiech w którym drgała rozpacz i radość i okrucieństwo i ból i łkanie i szyderstwo rozdzierający i spazmatyczny śmiech obłąkanych lub potępieńców Nel krzyknęła i z całych sił objęła Stasia ramionami A jemu wszystkie włosy stanęły dębem Saba zerwał się i począł warczeć Lecz siedzący opodal Kali podniósł spokojnie głowę i rzeki prawie wesoło To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa Rozdział 23 Wielkie wypadki poprzedniego dnia i wrażenia nocne tak wymęczyły Stasia i Nel że gdy wreszcie zmorzył ich sen zasnęli oboje kamiennym snem i dziewczynka dopiero koło południa ukazała się przed namiotem Staś zerwał się nieco wcześniej z wojłoku rozciągniętego blisko ogniska i w oczekiwaniu na towarzyszkę kazał Kalemu zająć się śniadaniem które ze względu na późną godzinę miało być zarazem obiadem Jasne światło dnia rozpędziło nocne strachy oboje zbudzili się nie tylko wypoczęci ale i pokrzepieni na duchu Nel wyglądała lepiej i czuła się silniejsza że zaś oboje chcieli odjechać jak najdalej od miejsca w którym leżeli postrzelani Sudańczycy więc zaraz po posiłku siedli na koń i ruszyli przed siebie O tej porze dnia wszyscy podróżnicy po Afryce zatrzymują się na południowy wypoczynek i nawet karawany złożone z Murzynów chronią się pod cień wielkich drzew są to bowiem tak zwane białe godziny godziny upału i milczenia podczas których słońce praży niemiłosiernie i spoglądając z wysoka zdaje się szukać kogo by zabić Wszelki zwierz zaszywa się wówczas w największe gąszcze ustaje śpiew ptaków ustaje brzęczenie owadów i cała natura zapada w ciszę przytaja się jakby chcąc uchronić się przed okiem złego bóstwa Lecz oni jechali wąwozem w którym jedna ze ścian rzucała głęboki cień więc mogli posuwać się naprzód nie narażając się na spiekę Staś nie chciał opuszczać wąwozu naprzód dlatego że na górze mogli być dostrzeżeni z dala przez oddziały Smaina a po wtóre że łatwiej w nim było znaleźć w rozpadlinach skalnych wodę która w miejscach odkrytych wsiąkała w ziemię lub zmieniała się pod wpływem promieni słonecznych w parę Droga ciągle lubo nieznacznie szła w górę Na ścianach skalnych widać było miejscami żółte złogi siarki Woda w szczelinach przejęta była także jej zapachem co obojgu dzieciom przypominało w niemiły sposób Omdurman i mahdystów którzy namaszczali głowy tłuszczem ugniecionym z proszkiem siarczanym W innych natomiast miejscach czuć było koty piżmowe a tam gdzie z wysokich wiszarów spadały aż na dół wąwozu przepyszne kaskady lianów rozchodziła się upajająca woń wanilii Mali wędrowcy chętnie zatrzymywali się w cieniu tych kotar haftowanych kwieciem purpurowym i lila które wraz z liśćmi dostarczało pokarmu dla koni Zwierząt nie było widać tylko gdzieniegdzie na zrębach skał siedziały w kucki małpy podobne na tle nieba do takich fantastycznych bożyszcz pogańskich jakie w Indiach zdobią krawędzie świątyń Wielkie grzywiaste samce pokazywały Sabie zęby lub wyciągały w trąbkę paszcze na znak zdumienia i gniewu podskakując jednocześnie mrugając oczyma i drapiąc się po bokach Ale Saba przyzwyczajony już do ich ciągłego widoku niewiele zwracał na te groźby uwagi Jechali raźnie Radość z odzyskanej wolności spędziła z piersi Stasia tę zmorę która dławiła go w nocy Głowę miał obecnie zajętą tylko myślą co dalej czynić jak wyprowadzić Nel i siebie z okolic w których groziła im ponowna niewola u derwiszów jak radzić sobie podczas długiej podróży przez puszczę by nie umrzeć z głodu i pragnienia i na koniec dokąd iść Wiedział jeszcze od Hatima że z Faszody w prostej linii do granicy abisyńskiej nie ma więcej niż pięć dni drogi i wyrachował że wyniesie to około stu mil angielskich Owóż od wyjazdu ich z Faszody upłynęło blisko dwa tygodnie jasną więc było rzeczą że nie szli tą najkrótszą drogą lecz w poszukiwaniu Smaina musieli skręcić znacznie na południe Przypomniał sobie że w szóstym dniu podróży przebyli rzekę która nie była Nilem a potem zanim kraj zaczął się wznosić przejeżdżali koło jakichś dużych błot W szkole w Port Saidzie uczono bardzo dokładnie geografii Afryki i Stasiowi została w pamięci nazwa Ballor oznaczająca rozlewisko mało znanej rzeki Sobbat wpadającej do Nilu Nie był wprawdzie pewny czy pominęli te właśnie rozlewiska ale przypuszczał że tak było Przyszło mu do głowy że Smain chcąc nałapać niewolników nie mógł ich szukać wprost na wschód od Faszody gdyż kraj był tam już całkowicie wyludniony przez derwiszów i ospę lecz musiał iść ku południowi w okolice dotychczas przez wyprawy nie nawiedzane Staś wywnioskował z tego że idą śladami Smaina i ta myśl przestraszyła go w pierwszej chwili Począł więc zastanawiać się czy nie należy porzucić wąwozu który skręcał coraz wyraźniej na południe i iść wprost na wschód Lecz po chwili rozwagi zaniechał tego zamiaru Owszem ciągnąć w trop za bandą Smaina na odległość dwóch lub trzech dni wydało mu się najbezpieczniej gdyż było zupełnie nieprawdopodobne by Smain wracał z towarem ludzkim tą samą kołującą drogą zamiast skierować się wprost do Nilu Staś zrozumiał też że do Abisynii można się było przedostać tylko od strony południowej w której kraj ten styka się z dziką puszczą nie zaś od granicy wschodniej pilnie strzeżonej przez derwiszów I wskutek tych myśli postanowił zapuścić się jak najdalej w stronę południową Można tam było wprawdzie natknąć się na Murzynów bądź zbiegłych znad brzegów Białego Nilu bądź miejscowych Ale z dwojga złego Staś wolał mieć do czynienia z czarnymi niż z mahdystami Liczył przy tym i na to że na wypadek spotkania zbiegów lub osad miejscowych Kali i Mea mogą mu być pomocni Na młodą Murzynkę dość było spojrzeć aby odgadnąć że należy do plemienia Dinka lub Szylluk miała bowiem niezmiernie długie i cienkie nogi jakimi odznaczają się oba te szczepy zamieszkujące pobrzeża Nilu i brodzące na podobieństwo żurawi lub bocianów po jego rozlewiskach Kali natomiast lubo pod ręką Gebhra stał się podobny do kościotrupa miał zupełnie inną postać Był krępy i mocno zbudowany ramiona miał silne a stopy w porównaniu ze stopami Mei stosunkowo małe Ponieważ nie mówił prawie wcale po arabsku a źle językiem ki swahili którym można rozmówić się prawie w całej Afryce i którego Staś wyuczył się jako tako od Zanzibarytów pracujących przy kanale widoczne więc było że pochodził z jakichś odległych stron Staś postanowił wybadać go z jakich Kali jak się zowie twój naród zapytał Wa hima odpowiedział młody Murzyn Czy to jest duży naród Wielki który wojuje ze złymi Samburu i zabiera im bydło A gdzie leży twoja wieś Daleko daleko!.. Kali nie wie gdzie Czy w takim kraju jak ten Nie Tam jest wielka woda i góry Jak nazywacie tę wodę Nazywamy ją Ciemna Woda Staś pomyślał że chłopiec może pochodzić z okolic Albert Nianza które były dotychczas w rękach Emina paszy więc chcąc to sprawdzić pytał dalej Czy nie mieszka tam biały naczelnik który ma czarne dymiące łodzie i wojsko Nie Starzy ludzie mówić u nas że widzieli białych ludzi (tu Kali rozstawił palce) raz dwa trzy!.. Tak Było trzech w długich białych sukniach Szukali kłów.. Kali ich nie widział bo nie był jeszcze na świecie ale ojciec Kalego przyjmować ich i dać im dużo kłów Czym jest twój ojciec Królem Wa hima Stasiowi pochlebiło to trochę że ma za sługę królewicza Czy chciałbyś zobaczyć ojca Kali chcieć zobaczyć matkę A co byś uczynił gdybyśmy spotkali Wa hima i co by oni uczynili Wa hima paść na twarz przed Kalim Więc zaprowadź nas do nich to wówczas ty zostaniesz z nimi i będziesz panował po ojcu a my pójdziemy dalej aż do morza Kali do nich nie trafić i nie zostać bo Kali kocha pana wielkiego i córkę księżyca Staś zwrócił się wesoło do towarzyszki i rzekł Nel zostałaś córką księżyca Lecz spojrzawszy na nią posmutniał nagle przyszło mu bowiem na myśl że zbiedzona dziewczynka wygląda ze swoją bladą i przezroczystą twarzyczką istotnie więcej na księżycową niż na ziemską istotę Młody Murzyn zamilkł na chwilę po czym powtórzył Kali kochać bwana kubwa bo bwana kubwa nie zabić Kalego tylko Gebhra a Kalemu dać dużo jeść I począł gładzić się po piersiach powtarzając z widoczną rozkoszą Mnóstwo mięsa mnóstwo mięsa Staś chciał jeszcze dowiedzieć się jakim sposobem chłopiec dostał się w niewolę do derwiszów ale pokazało się że od czasu gdy pewnej nocy złapano go przy dołach wykopanych na zebry przechodził przez tyle rąk iż z odpowiedzi jego nie można było wcale wywnioskować przez jakie kraje i którędy prowadzono go aż do Faszody Zastanowiło Stasia to tylko co mówił o Ciemnej Wodzie gdyby bowiem pochodził z okolic Albert Nianza Albert Edward Nianza albo Wiktoria Nianza przy którym leżały państwa Unioro i Uganda byłby niewątpliwie słyszał coś o Eminie paszy o jego wojskach i o parowcach które wzbudzały podziw i strach w Murzynach Tanganika była zbyt odległa pozostało zatem tylko przypuszczenie że naród Kalego ma swe siedziby gdzieś bliżej Z tego powodu spotkanie się z ludźmi Wa hima nie było całkiem niepodobne Po kilku godzinach jazdy słońce poczęło się zniżać Upał zmniejszył się znacznie Trafili na szeroką dolinę w której była woda i rosło kilkanaście dzikich fig,15 więc zatrzymali się by dać wytchnienie koniom i pokrzepić się zapasami Ponieważ ściany skaliste były w tym miejscu niższe Staś rozkazał Kalemu by wydostał się na górę i zobaczył czy w okolicy nie widać jakich dymów Kali spełnił rozkaz i w mgnieniu oka znalazł się na krawędzi skał Rozejrzawszy się dobrze na wszystkie strony zsunął się po grubej łodydze lianu i oświadczył że dymu nie ma ale jest nyama Łatwo się było domyślić że mówi nie o pentarkach lecz o grubszej jakiejś zwierzynie ukazawszy bowiem na strzelbę Stasia przyłożył następnie palce do głowy na znak że jest to zwierzyna rogata Staś wdrapał się z kolei na górę i wychyliwszy ostrożnie głowę ponad krawędź począł patrzeć przed siebie Nic nie zasłaniało mu widoku w dal gdyż dawna wysoka dżungla była spalona a nowa która puściła się już ze sczerniałej ziemi miała zaledwie kilka cali wysokości Jak okiem sięgnąć widać było rzadko rosnące wielkie drzewa z osmolonymi przez ogień pniami Pod cieniem jednego z nich pasło się stadko antylop gnu,16 podobnych z kształtów ciała do koni a z głów do bawołów Słońce przedzierając się przez liście baobabu rzucało drgające świetliste plamy na ich brunatne grzbiety Było ich dziewięć sztuk Odległość wynosiła nie więcej jak sto kroków ale wiatr wiał od zwierząt ku wąwozowi pasły się więc spokojnie nie podejrzewając niebezpieczeństwa Staś chcąc zaopatrzyć karawanę w mięso strzelił do najbliżej stojącej sztuki która runęła jak piorunem rażona na ziemię Reszta stada pierzchła a wraz z nią i wielki bawół którego nie dostrzegli poprzednio gdyż leżał ukryty za kamieniem Chłopiec nie z potrzeby ale przez żyłkę myśliwską upatrzywszy chwilę w której zwierz zwrócił się nieco bokiem posłał i za nim kulę Bawół zachwiał się silnie po strzale pociągnął zadem ale pobiegł dalej i nim Staś zdążył zmienić naboje znikł w nierównościach gruntu Zanim dym się rozwiał Kali siedział już na antylopie i rozcinał jej brzuch nożem Gebhra Staś podszedł ku niemu chcąc się bliżej zwierzęciu przypatrzyć i wielkie było jego zdziwienie gdy po chwili młody Murzyn podał mu zakrwawionymi rękoma dymiącą jeszcze wątrobę antylopy Dlaczego mi to dajesz zapytał Msuri msuri Bwana kubwa jeść zaraz Zjedzże sam odpowiedział Staś oburzony propozycją Kali nie dał sobie tego dwa razy powtarzać lecz natychmiast począł rwać zębami wątrobę i łykać z chciwością surowe kawały a widząc że Staś patrzy na niego z obrzydzeniem nie przestawał między jednym a drugim sykiem powtarzać Msuri msuri! Zjadł w ten sposób przeszło pół wątroby po czym zabrał się do oprawiania antylopy Czynił to nadzwyczaj szybko i umiejętnie tak że niebawem skóra była zdjęta i udziec oddzielony od grzbietu Wówczas Staś zdziwiony nieco że Saba nie znalazł się przy tej robocie gwizdnął na niego by zaprosić go na walną ucztę z przednich części zwierzęcia Lecz Saba nie pojawił się wcale natomiast schylony nad antylopą Kali podniósł głowę i rzekł Wielki pies polecieć za bawołem Widziałeś zapytał Staś Kali widzieć To rzekłszy założył na głowę polędwicę antylopy a dwa udźce na ramiona i ruszył do wąwozu Staś gwizdnął jeszcze kilka razy i czekał ale widząc że czyni to na próżno poszedł za nim W wąwozie Mea zajęta już była ścinaniem cierni na zeribę Nel zaś skubiąc swymi małymi paluszkami ostatnią pentarkę zapytała Czy to na Sabę gwizdałeś on poleciał za wami Poleciał za bawołem którego postrzeliłem i jestem bardzo niespokojny odpowiedział Staś To są zwierzęta ogromnie zawzięte a tak silne że lew nawet boi się na nie napadać Z Sabą może być źle jeśli rozpocznie walkę z takim przeciwnikiem Usłyszawszy to Nel zaniepokoiła się bardzo i oświadczyła że nie pójdzie spać póki Saba nie wróci Staś widząc jej zmartwienie zły był na siebie że nie zataił przed nią niebezpieczeństwa i począł ją pocieszać Poszedłbym za nimi ze strzelbą mówił ale muszą już być bardzo daleko a wkrótce zapadnie noc i ślady staną się niewidzialne Bawół jest mocno strzelony i mam nadzieję że padnie W każdym razie osłabi go utrata krwi i jeśli nawet rzuci się na Sabę to Saba potrafi uciec.. Tak Wróci może dopiero w nocy ale wróci na pewno I mówiąc to sam nie bardzo wierzył we własne słowa pamiętał bowiem co czytywał o niesłychanej mściwości afrykańskiego bawołu który nawet ciężko ranny obiega kołem i zasadza się przy ścieżce którą idzie myśliwy a potem atakuje niespodzianie porywa go na rogi i wyrzuca w górę Z Sabą mogło się wydarzyć coś podobnego nie mówiąc o innych niebezpieczeństwach które groziły mu w powrotnej drodze w nocy Jakoż niebawem noc zapadła Kali i Mea urządzili zeribę rozpalili ogień i zajęli się wieczerzą Saba nie wracał Nel strapiona była coraz więcej i w końcu zaczęła płakać Staś zmusił ją nieledwie żeby się położyła obiecując że będzie czekał na Sabę a jak tylko się rozwidni pójdzie sam go szukać i przyprowadzi Nel poszła wprawdzie pod namiot ale co chwila wychylała główkę spod jego skrzydeł pytając czy pies nie wrócił Sen zmorzył ją dopiero po północy gdy Mea wyszła by zastąpić Kalego który czuwał nad ogniem Czemu córka księżyca płakać zapytał Stasia młody Murzyn gdy obaj pokładli się do snu na czaprakach Kali tego nie chce Żal jej Saby którego bawół pewno zabił A może nie zabił odrzekł czarny chłopak Po czym umilkł i Staś zasnął głęboko Było jednak jeszcze ciemno gdy się obudził albowiem począł mu dokuczać chłód Ogień przygasł Mea która miała go pilnować zdrzemnęła się i od pewnego czasu przestała dorzucać chrustu na węgle Wojłok na którym spał Kali był pusty Staś sam dorzucił paliwa po czym trącił Murzynkę i spytał Gdzie jest Kali Chwilę patrzyła na niego nieprzytomnie po czym roztrzeźwiwszy się należycie rzekła Kali wziął miecz Gebhra i poszedł za zeribę Myślałam że chce naciąć więcej chrustu ale on wcale nie wrócił Dawno wyszedł Dawno Staś czekał przez pewien czas ale gdy Murzyna nie było długo widać mimo woli zadał sobie pytanie Uciekł I serce ścisnęło mu się przykrym uczuciem jakie budzi zawsze niewdzięczność ludzka Przecie on ujmował się za tym Kalim i bronił go wówczas gdy Gebhr znęcał się nad nim po całych dniach a następnie ocalił mu życie Nel była zawsze dla niego dobra i płakała nad jego niedolą a oboje obchodzili się z nim jak najlepiej On zaś uciekł Sam przecie mówił że nie wie w której stronie leżą osady Wa hima i że nie zdołałby do nich trafić a jednak uciekł Stasiowi znów przypomniały się podróże afrykańskie czytane w Port Saidzie i opowiadania podróżników o głupocie Murzynów którzy porzucają ładunki i uciekają nawet wówczas gdy ucieczka grozi im niechybną śmiercią Oczywiście że i Kali mając za całą broń tylko sudański miecz Gebhra musi umrzeć z głodu lub o ile nie wpadnie w ponowną niewolę u derwiszów stać się łupem dzikich zwierząt Ach Niewdzięcznik i głupiec Staś począł następnie rozmyślać i nad tym o ile podróż bez Kalego będzie trudniejsza dla nich i kłopotliwsza a praca cięższa Poić konie i pętać na noc rozpinać namiot budować zeribę pilnować w czasie drogi by nie poginęły zapasy i juki z rzeczami obdzierać i dzielić zabitą zwierzynę wszystko to w braku młodego Murzyna miało teraz spaść na niego a on przyznawał w duchu że o niektórych czynnościach na przykład o obdzieraniu ze skóry zwierzyny nie ma najmniejszego pojęcia Ha trudno rzekł sobie trzeba!... Tymczasem słońce wysunęło się zza widnokręgu i jak zawsze bywa pod zwrotnikami dzień zrobił się w jednej chwili Nieco później woda do mycia którą Mea przygotowała na noc dla panienki poczęła chlupać pod namiotem co znaczyło że Nel wstała i ubiera się Jakoż wkrótce ukazała się ubrana już ale z grzebieniem w ręku i z nastroszoną jeszcze czuprynką A Saba zapytała Nie ma go dotąd Usta dziewczynki poczęły zaraz drgać Może jeszcze wróci rzekł Staś Pamiętasz że na pustyni nie bywało go czasem po dwa dni a potem zawsze nas doganiał Mówiłeś że pójdziesz go poszukać?.. Nie mogę Dlaczego Stasiu Bo nie mogę zostawić cię tylko z Meą w wąwozie A Kali Kalego nie ma I zamilkł nie wiedząc sam czy ma jej powiedzieć całą prawdę ale ponieważ rzecz nie mogła się ukryć więc pomyślał że lepiej jest wyjawić ją od razu Kali zabrał miecz Gebhra rzekł i w nocy poszedł nie wiadomo dokąd Kto wie czy nie uciekł Murzyni często tak robią nawet na własną zgubę Żal mi go.. Ale może jeszcze zrozumie że głupstwo zrobił i.. Dalsze słowa przerwało mu radosne szczekanie Saby które napełniło cały wąwóz Nel rzuciła grzebień na ziemię i chciała biec na spotkanie wstrzymały ją jednak ciernie zeriby Staś począł je co prędzej rozrzucać zanim wszelako otworzył przejście naprzód zjawił się Saba a za nim Kali tak świecący i mokry od rosy jakby po największym deszczu Radość ogromna ogarnęła oboje dzieci i gdy Kali nie mogąc złapać tchu ze zmęczenia znalazł się za płotem zeriby Nel zarzuciła mu swoje białe rączki na czarną szyję i uściskała go z całej siły A on rzekł Kali nie chce widzieć bibi płakać więc Kali znaleźć psa Dobry Kali odpowiedział Staś klepiąc go po ramieniu A nie bałeś się spotkać po nocy lwa albo pantery Kali bać się ale Kali pójść odpowiedział chłopak Słowa te zjednały mu jeszcze bardziej serca dzieci Staś na prośby Nel wydobył z jednego toboła sznurek szklanych paciorków w które przy wyjeździe z Omdurmanu zaopatrzył ich Grek Kaliopuli i przyozdobił nim wspaniale szyję Kalego ów zaś uszczęśliwiony z podarku spojrzał zaraz z wielką dumą na Meę i rzekł Mea nie mieć paciorków a Kali mieć bo Kali jest wielki świat W ten sposób zostało nagrodzone poświęcenie czarnego chłopca Saba natomiast otrzymał ostrą burę z której po raz wtóry od czasu służby u Nel dowiedział się że jest zupełnie brzydki i że jeśli jeszcze raz zrobi coś podobnego to będzie prowadzony na sznurku jak małe szczenię On słuchał tego kiwając w dość dwuznaczny sposób ogonem Nel jednak twierdziła iż widać mu było z oczu że się wstydzi i że z pewnością się zaczerwienił czego nie można było zobaczyć tylko dlatego że ma paszczę pokrytą sierścią Potem nastąpiło śniadanie złożone z wybornych dzikich fig i z combra gnu a podczas śniadania Kali opowiadał swe przygody Staś zaś tłumaczył je nie rozumiejącej języka ki swahili Nel na angielski Bawół jak się pokazało uciekł daleko Kalemu trudno było znaleźć ślad ponieważ noc była bezksiężycowa Na szczęście dwa dni przedtem padał deszcz i ziemia nie była zbyt twarda skutkiem czego racice ciężkiego zwierzęcia wybijały w niej zagłębienia Kali szukał ich za pomocą palców u nóg i szedł długo Bawół padł wreszcie i musiał paść nieżywy gdyż nie było żadnych śladów walki między nim a Sabą Gdy Kali ich znalazł Saba zżarł już był większą część przedniej łopatki bawołu ale choć więcej już jeść nie mógł nie pozwalał jednak zbliżyć się do mięsa dwom hienom i kilkunastu szakalom które stały naokół czekając aż silniejszy drapieżnik ukończy ucztę i odejdzie Chłopiec skarżył się że pies warczał także i na niego ale on wówczas zagroził mu gniewem pana wielkiego i bibi po czym wziął go za obrożę i odciągnął od bawołu a puścił dopiero w wąwozie Na tym skończyło opowiadanie nocnych przygód Kalego po czym wszyscy w dobrych humorach siedli na konie i pojechali dalej Jedna tylko długonoga Mea lubo cicha i pokorna spoglądała z zazdrością na naszyjnik młodego Murzyna i na obrożę Saby i myślała ze smutkiem w duszy Oni obaj są wielki świat a ja mam tylko mosiężną obrączkę na jednej nodze Rozdział 24 Przez następne trzy dni jechali wciąż wąwozem i zawsze w górę Dni były przeważnie upalne noce na przemian chłodne albo parne Zbliżała się pora dżdżysta Zza widnokręgu wysuwały się tu i ówdzie chmury białe jak mleko ale głębokie i zawalne Stronami widać było już smugi dżdżu i dalekie tęcze Nad ranem trzeciego dnia jedna z takich chmur pękła nad ich głowami jak beczka z której zleciała obręcz i pokropiła ich ciepłym i obfitym ale na szczęście krótkotrwałym deszczem Potem pogoda uczyniła się jednak piękna i mogli jechać dalej Pentarki ukazywały się znów w takiej ilości że Staś strzelał do nich nie zsiadając z konia i zabił w ten sposób pięć sztuk co licząc nawet z Sabą aż nadto starczyło na jednorazowy posiłek Podróż w odświeżonym powietrzu nie była wcale uciążliwa a obfitość zwierzyny i wody usuwała obawę głodu i pragnienia W ogóle szło im łatwiej niż się spodziewali toteż Stasia nie opuszczał dobry humor i jadąc obok dziewczynki gwarzył z nią wesoło a chwilami i żartował Wiesz co Nel mówił gdy na chwilę zatrzymali konie pod wielkim drzewem chlebowym z którego Kali z Meą obcinali podobne do ogromnych melonów owoce czasem mi się zdaje że ja jestem błędny rycerz A co to jest błędny rycerz zapytała Nel zwracając ku niemu swą śliczną główkę Dawno dawno temu w średnich wiekach byli tacy rycerze którzy jeździli po świecie i szukali przygód Walczyli z olbrzymami i smokami i wiesz każdy miał swoją damę którą opiekował się i której bronił To ja jestem taka dama Staś zastanowił się przez chwilę po czym odrzekł Nie tyś na to za mała Tamte wszystkie były dorosłe I ani przez głowę mu nie przeszło że może żaden błędny rycerz nie uczynił tyle dla swej damy ile on dla tej małej siostrzyczki po prostu wydawało mu się że to co uczynił rozumiało się samo przez się Lecz Nel uczuła się pokrzywdzona jego słowami więc wysunąwszy z nadąsaną minką usta rzekła A mówiłeś raz w pustyni że postąpiłam jak osoba trzynastoletnia Aha No to raz Ale masz lat osiem To za dziesięć będę miała osiemnaście Wielka rzecz A ja dwudziesty czwarty W takim wieku człowiek nie myśli już o żadnych damach bo ma co innego do roboty Rozumie się A co będziesz robił Będę inżynierem albo marynarzem albo jeśli w Polsce będzie wojna to pojadę się bić jak mój ojciec Ona zaś spytała niespokojnie Ale wrócisz do Port Saidu Pierwej musimy tam powrócić oboje Do tatusia odpowiedziała dziewczynka I oczy jej zamgliły się smutkiem i tęsknotą Na szczęście nadleciało w tej chwili stadko prześlicznych papug szarych z różowymi głowami i z różową podszewką pod spodem skrzydeł Dzieci zapomniały natychmiast o poprzedniej rozmowie i poczęły śledzić oczyma ich lot Stadko zakręciło nad grupą euforbii i spadło na rosnący opodal sykomor wśród którego gałęzi rozległy się zaraz głosy podobne do gadatliwej narady lub kłótni To są papugi które najłatwiej uczą się mówić rzekł Staś Gdy zatrzymamy się gdzie na dłużej postaram się złapać taką dla ciebie O Stasiu Dziękuję odpowiedziała z radością Nel Będzie się nazywała Daisy.. Tymczasem Mea i Kali naobcinawszy owoców z chlebowca obładowali nimi konie i mała karawana ruszyła dalej Po południu zaczęło się jednak znów chmurzyć i chwilami przelatywały krótkie dżdże napełniając wodą wszystkie załamy i wgłębienia gruntu Kali przepowiadał wielką ulewę więc Stasiowi przyszło do głowy że wąwóz który zacieśniał się znów coraz bardziej nie będzie dość bezpiecznym na noc schronieniem albowiem zmienić się może w potok Z tego powodu postanowił nocować na górze a postanowienie to ucieszyło i Nel zwłaszcza gdy wysłany na zwiady Kali powrócił i oświadczył że niedaleko znajduje się lasek złożony z rozmaitych drzew a w nim dużo małych małpek nie tak brzydkich i złych jak pawiany które spotykali dotychczas Trafiwszy zatem na miejsce w którym ściany skalne były niskie i rozchylały się łagodnie wyprowadzili konie i zanim się ściemniło roztasowali się na nocleg Namiot Nel stanął w miejscu wysokim i suchym pod wielkim kopcem termitów który zamykał całkiem przystęp z jednej strony i ułatwiał przez to robotę zeriby Blisko wznosiło się potężne drzewo o szeroko rozpostartych konarach te zaś okryte gęstym liściem mogły dać dobrą ochronę od deszczu Przed zeribą rosły pojedyncze kępy drzew a dalej zbity i powiązany pnączami las ponad którym wystrzelały wysoko korony jakichś dziwacznych palm podobne jakby do olbrzymich wachlarzy albo do rozwiniętych pawich ogonów.17 Staś dowiedział się od Kalego że przed drugą porą dżdżystą a więc w jesieni niebezpiecznie jest nocować pod tymi palmami albowiem dojrzałe wówczas ogromne ich owoce obrywają się niespodzianie i spadają ze znacznej wysokości z taką siłą że mogą zabić człowieka a nawet i konia Obecnie jednak owoce były dopiero w zawiązku i z dala zanim słońce zaszło widać było pod koronami śmigające małe małpeczki które w wesołych skokach uganiały się wzajem za sobą Staś wraz z Kalim przygotowali wielki zapas drzewa tak aby starczyło go na całą noc a ponieważ chwilami zrywały się silne podmuchy gorącego wiatru więc wzmocnili zeribę kołkami które młody Murzyn pozaostrzał mieczem Gebhra i pozatykał w ziemię Ostrożność ta nie była wcale zbyteczna gdyż silny wicher mógł porozrzucać kolczaste gałęzie z których wzniesiona była zeriba i ułatwić napad drapieżnikom Jednakże zaraz po zachodzie słońca wiatr ustał natomiast powietrze stało się parne i ciężkie W przerwach między chmurami przeświecały z początku tu i ówdzie gwiazdy ale następnie noc zapadła zupełnie czarna tak że na krok nie było nic widać Mali wędrowcy zgromadzili się przy ogniu nasłuchując wrzasków i skrzeczenia małp które w pobliskim lesie czyniły prawdziwy jarmark Wtórowało im skomlenie szakali i rozmaite inne nieznane głosy w których znać było niepokój i strach przed tym co pod osłoną ciemności grozi w puszczy każdej żywej istocie Nagle zrobiło się cicho jak makiem siał albowiem w mrocznych głębinach rozległo się stękanie lwa Konie które pasły się opodal wśród młodej dżungli poczęły zbliżać się do światła podskakując na spętanych przednich nogach waleczny zaś zwykle Saba zjeżył sierść i z wciśniętym ogonem tulił się do ludzi szukając widocznie ich opieki Stękanie rozległo się znowu rzekłbyś spod ziemi głębokie ciężkie wysilone jakby zwierz z trudnością wydobywał je ze swych potężnych płuc Szło nisko nad ziemią na przemian wzmagało się i cichło przechodząc chwilami w głuche ogromnie posępne jęki Kali dorzuć do ognia ozwał się Staś Murzyn dorzucił tak skwapliwie na ognisko naręcze gałęzi że naprzód buchnęły całe snopy iskier po czyn dopiero strzelił w górę wysoki płomień Stasiu lew nas nie napadnie?.. prawda szepnęła Nel pociągając chłopca za rękaw Nie Nie napadnie Patrz jaka zeriba wysoka.. I mówiąc tak wierzył istotnie że niebezpieczeństwo im nie grozi ale lękał się o konie które coraz bliżej cisnęły się do płotu i mogły go stratować Tymczasem stękanie przeszło w przeciągły grzmiący ryk od którego truchleje wszelkie żywe stworzenie a ludziom nawet nie znającym trwogi drgają tak nerwy jak drgają szyby od dalekich strzałów armatnich Staś rzucił przelotne spojrzenie na Nel i widząc jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy rzekł Nie bój się nie płacz A ona odpowiedziała tak samo jak niegdyś w pustyni Ja nie chcę płakać.. tylko mi się.. oczy pocą Oj Ostatni wykrzyk wyrwał jej się z ust dlatego że w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk jeszcze potężniejszy od pierwszego bo bliższy Konie poczęły wprost pchać się na zeribę i gdyby nie długie i twarde jak stal kolce akacjowych gałęzi byłyby ją przełamały Saba warczał i zarazem drżał jak liść Kali zaś jął powtarzać przerywanym głosem Panie dwa dwa!.. dwa!.. A lwy poczuwszy się wzajem nie ustawały teraz ryczeć i straszliwy koncert trwał w ciemnościach ciągle albowiem gdy jeden zwierz milknął poczynał drugi Staś nie mógł wkrótce rozpoznać skąd dochodzą ich głosy gdyż echo powtarzało je w wąwozie skała odsyłała je skale szły górą i dniem napełniały las dżunglę nasycały całą ciemność grzmotem i trwogą Jedna tylko rzecz zdawała się chłopcu pewna a mianowicie że zbliżały się coraz bardziej Kali zmiarkował również że lwy obiegają obozowisko zataczając coraz mniejsze kręgi i że powstrzymywane od napadu tylko blaskiem płomienia wypowiadają rykiem swe niezadowolenie i obawę Widocznie jednak i on sądził że niebezpieczeństwo grozi jedynie koniom gdyż rozstawiwszy palce rzekł Lwy zabić jeden zabić dwa nie wszystkie nie wszystkie!.. Dorzuć do ognia powtórzył Staś Buchnął znów żywszy płomień ryki ustały nagle Ale Kali podniósł głowę i patrząc w górę począł nasłuchiwać Co tam zapytał Staś Deszcz odrzekł Murzyn Staś nastawił z kolei uszu Konary drzewa osłaniały namiot i całą zeribę więc na ziemię nie spadła jeszcze żadna kropla ale w górze słychać było szelest liści Ponieważ parnego powietrza nie poruszał najmniejszy powiew łatwo się było domyślić że to deszcz poczyna szemrać w gęstwinie Szelest wzmagał się z każdą chwilą i po niejakim czasie dzieci ujrzały krople spływające z liści podobne przy blasku ognia do wielkich różowych pereł Jak przepowiedział Kali rozpoczynała się ulewa Szelest zmienił się w szum Spadało coraz więcej kropel a wreszcie przez gęstwę poczęły przenikać całe sznurki wody Ognisko pociemniało Próżno Kali dorzucał całe naręcza Z wierzchu mokre gałęzie dymiły tylko a od spodu syczały węgle i płomień co się wzmógł to przygasał Gdy ulewa zaleje ogień będzie nas broniła jeszcze zeriba rzekł Staś dla uspokojenia Nel Po czym wprowadził dziewczynkę pod namiot i otulił ją pledem ale sam wyszedł co prędzej gdyż krótkie urywane ryki ozwały się na nowo Tym razem rozległy się one bliżej i brzmiała w nich jakby radość Ulewa potężniała z każdą chwilą Deszcz dudnił po twardych liściach nabaku i pluskał Gdyby ognisko nie było pod osłoną konarów byłoby zgasło od razu ale i tak unosił się nad nim przeważnie dym wśród którego przebłyskiwały wąskie błękitne płomyki Kali dał za wygraną i nie dokładał więcej suszu Natomiast zarzuciwszy naokoło drzewa powróz wspinał się za pomocą niego coraz wyżej po pniu Co robisz zawołał Staś Kali włazić na drzewa Po co krzyknął chłopiec oburzony samolubstwem Murzyna Jasna przeraźliwa błyskawica rozdarła ciemność a odpowiedź Kalego zgłuszył nagły grzmot który wstrząsnął niebem i puszczą Jednocześnie zerwał się wicher targnął konarami drzewa rozmiótł w mgnieniu oka ognisko porwał rozżarzone jeszcze pod popiołem węgle i wraz ze snopami iskier poniósł je w dżunglę Nieprzebita ciemność ogarnęła chwilowo obozowisko Straszna podzwrotnikowa burza rozszalała się na ziemi i niebie Grzmot następował po grzmocie błyskawica po błyskawicy Krwawe zygzaki piorunów rozdzierały czarne jak kir niebo Na pobliskich skałach pojawiła się dziwna błękitna kula która przez czas jakiś toczyła się wzdłuż wąwozu a następnie buchnęła oślepiającym światłem i pękła z hukiem tak okropnym iż zdawało się że skały rozsypią się w proch od wstrząśnienia Potem znów nastała ciemność Staś zląkł się o Nel i poszedł omackiem do namiotu Namiot osłonięty kopcem termitów i olbrzymim pniem stał jeszcze ale pierwsze silniejsze uderzenie wichru mogło potargać sznury i ponieść go Bóg wie dokąd A wicher to opadał to zrywał się ze wściekłą siłą niosąc fale dżdżu i całe chmary liści i gałęzi nałamanych w pobliskim lesie Stasia ogarnęła rozpacz Nie wiedział czy zostawić Nel w namiocie czy ją z niego wyprowadzić W pierwszym razie mogła zaplątać się w sznury i zostać porwana wraz ze zwojami płótna w drugim groziło jej przemoczenie i także porwanie gdyż i Staś lubo bez porównania silniejszy z największym trudem utrzymywał się na nogach Sprawę rozstrzygnął wicher który w chwilę później porwał dach namiotu Płócienne ściany nie dawały już żadnego schronienia Nie pozostawało nic innego jak czekać na przejście burzy w ciemnościach wśród których krążyły dwa lwy Staś przypuszczał że może i one schroniły się w pobliskim lesie przed nawałnicą ale był zupełnie pewien że po jej przejściu wrócą Grozę położenia zwiększało i to że wiatr rozmiótł do szczętu zeribę Wszystko groziło zgubą Strzelba Stasia nie mogła przydać się na nic Jego energia również Wobec burzy piorunów huraganu dżdżu ciemności i wobec lwów które przytaiły się może o kilka kroków czuł się bezbronny i bezradny Szarpane wichrem płócienne ściany oblewały ich ze wszystkich stron wodą więc otoczywszy ramieniem Nel wyprowadził ją z namiotu po czym oboje przytulili się do pnia nabaku czekając śmierci lub bożego zmiłowania A wtem między jednym a drugim uderzeniem wiatru doszedł ich głos Kalego zaledwie dosłyszalny wśród pluskania dżdżu Panie wielki na drzewo na drzewo I jednocześnie koniec spuszczonego z góry mokrego sznura dotknął ramienia chłopca Przywiązać bibi a Kali ją wciągnąć wołał dalej Murzyn Staś nie wahał się ani chwili Otuliwszy Nel wojłokiem by powróz nie wpił się w jej ciało obwiązał ją nim w pasie następnie podniósł na wyciągniętych ramionach w górę i zawołał Ciągnij Pierwsze konary drzewa wyrastały dość nisko więc powietrzna podróż Nel trwała krótko Kali chwycił ją niebawem swymi silnymi rękoma i umieścił między pniem a olbrzymim konarem gdzie było dość miejsca nawet i na pół tuzina takich drobnych istotek Żaden wiatr nie mógł jej stamtąd wydmuchnąć a prócz tego chociaż po całym drzewie spływała woda jednakże gruby na kilkanaście stóp pień chronił ją przynajmniej od nowych fal deszczu niesionych przez wicher ukośnie Zabezpieczywszy małą bibi Murzyn spuścił znów powróz dla Stasia lecz ów jak kapitan który z tonącego okrętu ustępuje ostatni kazał włazić przed sobą Mei Kali nie potrzebował jej wcale ciągnąć gdyż w jednej chwili wdrapała się po powrozie z taką wprawą i zręcznością jakby była rodzoną siostrą szympansa Stasiowi poszło znacznie trudniej lecz i on dość był na to dobrym gimnastykiem by przezwyciężyć ciężar własnego ciała oraz strzelby i kilkunastu naboi którymi napełnił kieszenie W ten sposób wszyscy czworo znaleźli się na drzewie Staś tak przyzwyczaił się myśleć w każdym położeniu o Nel że i teraz zajął się przede wszystkim sprawdzeniem czy jej nie grozi upadek czy ma dosyć miejsca i czy może wygodnie się położyć Uspokojony pod tym względem począł łamać głowę jakby zabezpieczyć ją od deszczu Ale na to nie było rady Zbudować jakiś daszek nad jej głową byłoby łatwo w dzień ale teraz otaczała ich taka ciemność że nie widzieli się wzajem wcale Gdybyż przynajmniej ta burza przeszła i gdyby udało się rozpalić ogień można by osuszyć ubranie Nel Staś z rozpaczą myślał że przemoczona do ostatniej nitki dziewczynka dostanie niezawodnie nazajutrz pierwszego ataku febry Bał się że nad ranem po burzy zrobi się chłodno jak bywało poprzednich nocy Dotychczas jednak uderzenia wiatru były raczej gorące i deszcz jak ugrzany Dziwiła tylko Stasia jego uporczywość gdyż wiedział że burze podzwrotnikowe im bardziej szaleją tym trwają krócej Po długim dopiero czasie ucichły grzmoty i uderzenia wiatru osłabły ale deszcz padał ciągle mniej wprawdzie ulewny niż poprzednio ale ciężki i tak gęsty że liście nabaku nie dawały żadnej przed nim ochrony Z dołu dochodził szum wody jakby cała dżungla zmieniła się w jedno jezioro Staś pomyślał że w wąwozie czekałaby ich śmierć niechybna Ogromnym żalem przejmowała go też myśl co się stanie z Sabą i nie śmiał mówić o nim z Nel Miał wszelako trochę nadziei że zmyślny pies znajdzie bezpieczny przytułek wśród skał sterczących nad wąwozem Nie było jednak możności przyjść mu z jakąkolwiek pomocą Siedzieli więc jedno przy drugim wśród rozłożystych konarów moknąc i czekając dnia Po upływie jeszcze kilku godzin powietrze poczęło się ochładzać i deszcz na koniec ustał Woda spłynęła też już widocznie po pochyłości na niższe miejsca gdyż nie było słychać plusku ni szumu Staś zauważył poprzednich dni że Kali umie rozniecić ogień nawet z mokrych gałęzi przyszło mu więc do głowy by kazać Murzynowi zejść i spróbować czy mu się to nie uda i tym razem Lecz w chwili w której zwrócił się do niego stało się coś takiego co wszystkim czworgu zmroziło krew w żyłach Oto głęboką ciszę nocną rozdarł nagle kwik koński straszny przeraźliwy pełen bólu trwogi i śmiertelnego przerażenia Zakotłowało się coś w ciemności rozległ się krótki charkot następnie głuche jęki chrapanie drugi kwik koński jeszcze przeraźliwszy po czym wszystko umilkło Lwy panie wielki lwy zabijać konie szeptał Kali Było coś tak okropnego w tym nocnym napadzie w tej przemocy potworów i w tym nagłym morderstwie bezbronnych zwierząt że Staś struchlał na chwilę i zapomniał o strzelbie Na co zresztą przydałoby się strzelać wśród takiej ćmy Chyba na to by ci nocni mordercy jeśli światło i huk ich przestraszy porzucili zabite już konie a pognali za tymi które rozproszyły się i odleciały od obozowiska tak daleko jak na spętanych nogach mogły odlecieć Stasia przeszły ciarki na myśl co by się stało gdyby byli pozostali na dole Przytulona do niego Nel dygotała tak jakby już chwycił ją pierwszy atak febry ale drzewo zabezpieczało ich przynajmniej od napadu Kali ocalił im po prostu życie Była to jednak straszna noc najstraszniejsza w całej podróży Siedzieli jak zmokłe ptaki na gałęzi nadsłuchując co się dzieje na dole A tam przez jakiś czas trwało głębokie milczenie lecz niebawem ozwały się pomruki odgłos jakby chłeptania cmokanie oddzieranych kawałów mięsa oraz chrapliwy oddech i postękiwanie potworów Woń surowizny i krwi doszła aż do drzewa gdyż lwy ucztowały nie więcej jak o dwadzieścia kroków od zeriby I ucztowały tak długo że Stasia porwała w końcu złość Chwycił strzelbę i wypalił w kierunku odgłosów Ale odpowiedział mu tylko urywany gniewliwy ryk po czym rozległ się trzask gruchotanych w potężnych szczękach kości W głębi połyskiwały błękitno i czerwono oczy hien i szakali czekających na swoją kolej I tak upływały długie godziny nocy Rozdział 25 Słońce wzeszło nareszcie i rozświeciło dżunglę kępy drzew i las Lwy znikły zanim pierwszy promień zabłysnął na widnokręgu Staś kazał Kalemu rozniecić ogień a Mei wydobyć rzeczy Nel ze skórzanego worka w którym były upakowane wysuszyć je i przebrać dziewczynkę jak najprędzej Sam wziąwszy strzelbę poszedł zwiedzić obozowisko a zarazem przypatrzyć się spustoszeniu jakiego narobiła burza i dwaj nocni mordercy Zaraz za zeribą z której zostały tylko kołki leżał pierwszy koń zżarty prawie do połowy o sto kroków drugi ledwie napoczęty a zaraz za nim trzeci z wyszarpanym brzuchem i ze zgruchotanym łbem Wszystkie straszny przedstawiały widok oczy bowiem miały otwarte pełne zakrzepłego przerażenia i wyszczerzone zęby Ziemia była stratowana w zagłębieniach całe kałuże krwi Stasia porwała taka złość że w tej chwili prawie życzył sobie żeby zza jakiejś kępy wychyliła się kudłata głowa ociężałego po nocnej uczcie rozbójnika i żeby mógł wpakować w nią kulę Ale musiał odłożyć zemstę na czas późniejszy obecnie bowiem miał co innego do roboty Należało odnaleźć i połapać pozostałe konie Chłopiec przypuszczał że musiały schronić się w lesie również jak i Saba którego trupa nigdzie nie było widać Nadzieja że wierny towarzysz niedoli nie padł ofiarą drapieżników uradowała tak Stasia że nabrał lepszej otuchy a jego radość powiększyło jeszcze odnalezienie osła Pokazało się że mądry długouch nie chciał nawet utrudzać się zbyt daleką ucieczką Zaszył się po prostu na zewnątrz zeriby w kąt utworzony przez kopiec termitów i drzewo i tam mając zabezpieczoną głowę i boki czekał co się stanie dalej gotów w danym razie odeprzeć napad za pomocą bohaterskiego wierzgania Ale lwy najwidoczniej nie dostrzegły go wcale więc gdy słońce wzeszło i niebezpieczeństwo minęło uważał za stosowne położyć się i odpocząć po dramatycznych wrażeniach nocnych Staś krążąc koło obozowiska odnalazł wreszcie na rozmiękłej ziemi wyciski kopyt końskich Ślady szły w stronę lasu a potem skręcały ku wąwozowi Była to okoliczność pomyślna albowiem połapanie koni w wąwozie nie przedstawiało wielkich trudności O kilkanaście kroków dalej znalazło się w trawie pęto które jeden z koni zerwał w ucieczce Ten musiał odbiec tak daleko że na razie można go było uważać za straconego Natomiast dwa inne dostrzegł Staś za niską skałą nie w samym parowie lecz na jego brzegu Jeden z nich tarzał się drugi szczypał młodą jasnozieloną trawę Oba wyglądały niesłychanie zmęczone jakby po długiej drodze Ale światło dzienne wygnało trwogę z ich serc gdyż powitały Stasia krótkim przyjaznym rżeniem Koń który się tarzał zerwał się na nogi przy czym chłopiec zauważył że i ten wyswobodził się także z pęt na szczęście jednak wolał widocznie zostać przy towarzyszu niż uciekać gdzie go oczy poniosą Staś zostawił oba pod skałą i poszedł nad brzeg wąwozu by przekonać się czy dalsza nim podróż jest możliwa Jakoż obaczył że z powodu wielkiego spadku woda już spłynęła i że dno jest prawie suche Po chwili uwagę jego zwrócił jakiś białawy przedmiot zaplątany w pnącze zwieszające się z przeciwległej ściany skalnej Pokazało się że był to dach namiotu który uderzenie wichru przyniosło aż tutaj i wbiło w gęstwinę tak że woda nie mogła go porwać Namiot zapewniał bądź co bądź małej Nel lepsze schronienie niż sklecony naprędce z gałęzi szałas więc odnalezienie tej zguby uradowało Stasia mocno Ale radość jego zwiększyła się jeszcze gdy z niszy skalnej ukrytej nieco wyżej pod lianami wyskoczył Saba trzymający w zębach jakieś zwierzę którego głowa i ogon zwieszały się po obu stronach jego paszczy Potężny pies wydrapał się w mgnieniu oka na górę i złożył u nóg Stasia pręgowaną hienę z pogruchotanym grzbietem i odgryzioną nogą po czym jął machać ogonem i poszczekiwać radośnie jakby chciał mówić Stchórzyłem wyznaję przed lwami ale co prawda to i wy siedzieliście na drzewie jak pentarki Patrz jednak żem nie zmarnował nocy I tak był dumny z siebie że Staś zaledwie zdołał go skłonić by zostawił na miejscu cuchnące zwierzę i nie zanosił go w podarunku Nel Gdy powrócili obaj w obozie palił się już suty ogień a w naczyniach wrzała woda w której gotowały się ziarna durry dwie pentarki i wędzone paski polędwicy z gnu Nel była już przebrana w suchą odzież ale wyglądała tak mizernie i blado że Staś zląkł się o nią i wziąwszy ją za rękę by się przekonać czy nie ma gorączki zapytał Nel co tobie jest Nic Stasiu tylko mi się bardzo chce spać Wierzę Po takiej nocy Ręce chwała Bogu masz zimne Ach co to była za noc Oczywiście że ci się chce spać I mnie także Ale czy nie czujesz się chora Boli mnie trochę głowa Staś położył jej dłoń na czole Główka była zimna tak jak i ręce to jednak dowodziło właśnie ogromnego wyczerpania i osłabienia więc chłopiec westchnął i rzekł Zjesz coś ciepłego a potem zaraz położysz się spać i będziesz spała aż do wieczora Dziś pogoda przynajmniej piękna i nie będzie tak jak wczoraj A Nel spojrzała na niego ze strachem Ale my tu nie będziemy nocowali Tu nie bo tu leżą zagryzione konie wybierzemy jakie inne drzewo lub też pojedziemy do wąwozu i tam urządzimy taką zeribę jakiej świat nie widział Będziesz tak spała spokojnie jak w Port Saidzie Lecz ona złożyła rączki i poczęła go prosić ze łzami żeby jechali dalej gdyż w tym strasznym miejscu nie będzie mogła oka zmrużyć i zachoruje z pewnością I tak go błagała tak powtarzała patrząc mu w oczy Co Stasiu dobrze? że zgodził się na wszystko Więc pojedziemy wąwozem rzekł bo tam jest cień Przyrzeknij mi tylko że jeśli ci zbraknie sił albo będzie ci słabo to mi powiesz Nie zbraknie nie zbraknie Przywiążesz mnie do siodła i usnę w drodze doskonale Nie Siądę na tego samego konia i będę cię trzymał Kali i Mea pojadą na drugim a osioł poniesie namiot Dobrze dobrze Zaraz po śniadaniu musisz się trochę przespać Nie możemy i tak wyruszyć przed południem ponieważ jest dużo do roboty Trzeba połapać konie złożyć namiot urządzić inaczej juki Część rzeczy zostawimy bo teraz mamy wszystkiego dwa konie Zejdzie nam na tym parę godzin a ty tymczasem prześpisz się i wzmocnisz Dziś będzie upał ale pod drzewem cienia nie zbraknie A ty i Mea i Kali Mnie tak przykro że ja jedna będę spała a wy się musicie męczyć.. Owszem znajdzie się i dla nas czas O mnie się nie troszcz Ja w Port Saidzie w czasie egzaminów nie sypiałem często po całych nocach o czym nawet i mój ojciec nie wiedział.. Koledzy nie sypiali także Ale co mężczyzna to nie taka mała mucha jak ty Nie masz pojęcia jak dziś wyglądasz.. Zupełnie jak szklana Zostały tylko oczy i czupryna a twarzy wcale nie ma Mówił to żartobliwie ale w duszy się bał gdyż przy mocnym świetle dziennym Nel miała twarz po prostu chorą i po raz pierwszy zrozumiał jasno że jeśli tak dalej pójdzie to biedne dziecko nie tylko może ale musi umrzeć I na tę myśl zadygotały pod nim nogi albowiem poczuł nagle że w razie jej śmierci on także nie miałby ani po co żyć ani po co wracać do Port Saidu Bo cóż bym miał wtedy do roboty? pomyślał Na chwilę odwrócił się by Nel nie dostrzegła w jego oczach żalu i lęku a następnie poszedł do złożonych pod drzewem rzeczy odrzucił wojłok którym była okryta szkatułka z nabojami otworzył ją i począł czegoś szukać Chował tam w małej szklanej flaszce ostatni proszek chininy i strzegł go jak oka w głowie na czarną godzinę to jest na wypadek gdyby Nel dostała febry Ale teraz był prawie pewien że po takiej nocy pierwszy atak przyjdzie niezawodnie więc postanowił mu zapobiec Czynił to z ciężkim sercem myśląc o tym co będzie później i gdyby nie to że mężczyźnie i naczelnikowi karawany nie wypadało płakać byłby się nad tym ostatnim proszkiem rozpłakał Więc chcąc pokryć wzruszenie przybrał wielce surową minę i wróciwszy do dziewczynki rzekł Nel weź przed jedzeniem resztę chininy Ona zaś spytała A jeśli ty dostaniesz febry To się będę trząsł Weź mówię ci Wzięła bez dalszego oporu albowiem od czasu jak pozabijał Sudańczyków bała się go trochę mimo wszelkich starań jakimi ją otaczał i dobroci jaką jej okazywał Zasiedli potem do śniadania i po zmęczeniu nocnym gorący rosół z pentarki smakował im wybornie Nel zasnęła zaraz po posiłku i spała przez kilka godzin Staś Kali i Mea urządzili przez ten czas karawanę przynieśli z wąwozu wierzch namiotu posiodłali konie objuczyli i osła i zakopali pod korzeniami nabaku te rzeczy których nie mogli zabrać Sen morzył ich przy tej robocie okropnie ale Staś z obawy by nie zaspać pozwolił sobie i im na kolejną tylko drzemkę Była może godzina druga gdy wyruszyli w dalszą drogę Staś trzymał przed sobą Nel Kali jechał z Meą na drugim koniu Nie zjechali jednak od razu do parowu ale posuwali się między jego brzegiem a lasem Młoda dżungla podrosła przez tę jedną dżdżystą noc bardzo znacznie grunt jednak pod nią był czarny i nosił ślady ognia Łatwo było odgadnąć że albo przechodził tędy ze swoim oddziałem Smain albo że pożar przygnany z daleka wichrem leciał suchą dżunglą i wreszcie trafiwszy na wilgotny las przesunął się niezbyt szerokim szlakiem między nim a wąwozem i poszedł dalej Stasiowi chciało się sprawdzić czy na tym szlaku nie znajdą się jakie ślady obozowisk Smaina albo wyciski kopyt i z przyjemnością przekonał się że nic podobnego nie było widać Kali który się na takich rzeczach znał dobrze twierdził stanowczo że ogień musiał być przyniesiony przez wiatr i że od tego czasu upłynęło już dni kilkanaście To dowodzi zauważył Staś że Smain ze swoimi mahdystami jest już Bóg wie gdzie i że w żadnym razie nie wpadniemy w jego ręce Po czym oboje z Nel zaczęli przypatrywać się ciekawie roślinności ponieważ dotychczas nigdy nie przejeżdżali tak blisko podzwrotnikowego lasu Jechali teraz samym jego brzegiem aby mieć nad głową cień Ziemia tu była wilgotna i miękka zarośnięta ciemnozielonawą trawą mchami i paprocią Gdzieniegdzie leżały stare spróchniałe pnie pokryte jakby kobiercem prześlicznymi storczykami o pstrych podobnych do motyli kwiatach z również pstrym dzbankiem w środku korony.18 Gdzie dochodziło słońce tam ziemia złociła się od innych dziwnych storczyków drobnych i żółtych w których dwa płatki kwiatu wznosząc się po bokach płatka trzeciego czyniły podobieństwo do głowy zwierzątka o dużych ostro zakończonych uszach.19 W niektórych miejscach las podszyty był krzakami dzikiego jaśminu,20 upiętymi w girlandy z cienkich pnączów kwitnących różowo Płytkie parowy i wgłębienia porastały paprocie zbite w jeden nieprzenikniony gąszcz to niskie i rozłożyste to wysokie z pniami poobwijanymi jakby kądzielą sięgające aż do pierwszych konarów drzew i rozpostarte pod nimi w delikatną zieloną koronkę W głębi nie było jednolitych drzew daktylowce rafie palmy wachlarzowe sykomory chlebowce euforbie olbrzymie odmiany senecjonów akacji drzewa o uliścieniu ciemnym i lśniącym i jasnym lub czerwonym jak krew rosły obok siebie pień przy pniu splątane gałęziami z których strzelały kwiaty żółte i purpurowe podobne do świeczników W niektórych ostępach nie było wcale widać drzew gdyż od ziemi aż do wierzchołków pokrywały je pnącze przerzucając się z pnia na pień tworząc jakby wielkie litery W i M zwieszając się na kształt festonów firanek i całych kotar Liany kauczukowe21 dusiły wprost w tysiącznych wężowych skrętach drzewa i zmieniały je w piramidy zasypane białym kwieciem jak śniegiem Naokół większych lianów obwijały się mniejsze i gmatwanina stawała się tak niesłychana że przetwarzała się niemal w ścianę przez którą ani człowiek ani zwierz nie zdołałby się przedrzeć Miejscami tylko gdzie przedzierały się słonie których sile nic nie potrafi się oprzeć były powybijane w gąszczu jakby głębokie i kręte korytarze Śpiewu ptaków który tak umila lasy europejskie nie było wcale słychać natomiast wśród wierzchołków drzew rozlegały się najdziwaczniejsze wołania podobne to do odgłosu jaki wydaje piła to do bicia w kotły to do klekotania bocianów to do skrzypienia starych drzwi to do klaskania w ręce do miauczenia kotów lub nawet do głośnej podnieconej rozmowy ludzkiej Kiedy niekiedy wzbijało się ponad drzewa stadko papug szarych zielonych białych lub gromadka jaskrawo upierzonych tukanów o cichym falistym locie Na śnieżnym tle kauczukowych pnączy migały niekiedy jak leśne duchy małe małpki żałobniczki,22 czarne zupełnie z wyjątkiem białego ogona białych pasów po bokach i takichże faworytów otaczających twarz barwy węgla Dzieci patrzyły z podziwem na ten dziewiczy las na który może jeszcze nigdy nie spojrzały oczy białego człowieka Saba dawał co chwila nurka w gąszcze skąd dochodziło jego wesołe szczekanie Małą Nel pokrzepiła chinina śniadanie i wypoczynek Twarzyczka jej ożywiła się i nabrała lekkich kolorów oczki patrzyły weselej Co chwila wypytywała Stasia o nazwy rozmaitych drzew i ptaków o on odpowiadał jak umiał Na koniec oświadczyła że chce zejść z konia i nazbierać dużo kwiatów Lecz chłopak uśmiechnął się i odrzekł Zaraz by cię tam zjadły siafu Co to siafu czy to co gorszego od lwa I gorszego i nie gorszego To są mrówki kąsające ogromnie Pełno ich na gałęziach z których spadają ludziom na plecy jak deszcz ognisty Ale chodzą i po ziemi Spróbuj tylko zsiąść z konia i pójść trochę w las a zaraz zaczniesz podskakiwać i piszczeć jak małpka Nawet od lwa łatwiej się obronić Czasem idą w ogromnych szeregach i wtedy wszystko im ustępuje z drogi Ale ty dałbyś sobie z nimi radę Ja Rozumie się A jak Za pomocą ognia albo ukropu Ty to sobie zawsze potrafisz poradzić rzekła z głębokim przekonaniem Stasiowi pochlebiły wielce te słowa więc odpowiedział zarozumiale ale zarazem i wesoło Byleś była tylko zdrowa to resztę możesz zdać na mnie Mnie już nawet i głowa nie boli Chwała Bogu chwała Bogu Tak rozmawiając minęli las który jednym tylko bokiem dochodził do parowu Słońce stało jeszcze wysoko na niebie i dopiekało potężnie gdyż pogoda uczyniła się wspaniała i na niebie nie było żadnej chmurki Konie oblały się potem a Nel poczęła bardzo narzekać na gorąco Z tego powodu Staś upatrzywszy odpowiednie miejsce skręcił do wąwozu w którym zachodnia ściana rzucała głęboki cień Było tam chłodniej i woda pozostała we wgłębieniach po wczorajszej ulewie była również stosunkowo chłodna Nad głowami małych podróżników przelatywały ciągle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych głowach niebieskich piersiach i żółtych skrzydłach więc chłopiec jął opowiadać Nel to co o ich obyczajach wiedział z książek Wiesz mówił są takie tukany które w porze lęgu wyszukują dziuplę w drzewie tam samica znosi jaja i siada na nich a samiec oblepia otwór gliną tak że tylko jej głowę widać i dopiero gdy pisklęta się wylęgną tłucze swoim wielkim dziobem glinę i wypuszcza samicę na wolność A co ona przez ten czas je Samiec ją karmi Lata ciągle naokoło i przynosi jej rozmaite jagody A czy jej pozwala spać pytała dalej sennym głosem Staś uśmiechnął się Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili to jej pozwala Jakoż w chłodnym wąwozie począł dziewczynkę morzyć nieprzeparty sen gdyż od rana do wczesnego popołudnia za mało jej było wypoczynku Staś miał szczerą chęć pójść za jej przykładem lecz nie mógł ponieważ musiał ją trzymać obawiając się by nie spadła a przy tym było mu ogromnie niewygodnie siedzieć po męsku na płaskim i szerokim siodle jakie Hatim wraz z Seki Tamalą urządzili dla małej jeszcze w Faszodzie Nie śmiał jednak poruszać się i prowadził konia jak najwolniej by jej nie rozbudzić Ona tymczasem przechyliwszy się w tył oparła mu główkę na ramieniu i rozespała się na dobre Ale oddychała tak równo i spokojnie że Staś przestał żałować ostatniego proszku chininy Czuł słuchając jej oddechu że niebezpieczeństwo febry zostało na razie usunięte i tak począł rozmyślać Wąwóz idzie ciągle w górę a teraz nawet dość stromo Jesteśmy coraz wyżej i kraj jest coraz suchszy Trzeba tylko będzie znaleźć jakie miejsce wyniosłe doskonale zasłonięte przy bystrej wodzie tam się rozgospodarzyć dać małej parę tygodni wypoczynku a może i przeczekać całą massikę.23 Niejedna nie wytrzymałaby i dziesiątej części tych trudów ale trzeba aby wypoczęła Po takiej nocy inna dostałaby natychmiast febry a ona jak to sobie śpi doskonale Chwała Bogu! I myśli te wprawiły go w doskonały humor toteż spoglądając z góry na główkę Nel opartą na jego piersiach mówił sobie wesoło ale zarazem nie bez pewnego zdziwienia Szczególna jednak rzecz jak ja tę małą muchę lubię Co prawda lubiłem ją zawsze ale teraz to coraz więcej! I nie wiedząc jak sobie tak osobliwy objaw wytłumaczyć wpadł na następujące przypuszczenie To pewnie dlatego żeśmy tyle razem przeszli i że ona jest na mojej opiece Tymczasem trzymał tę muchę z wielką ostrożnością prawą ręką za pasek żeby mu nie zleciała z siodła i nie potłukła sobie noska Posuwali się noga za nogą i w milczeniu tylko Kali podśpiewywał sobie pod nosem na chwałę Stasia Pan wielki zabić Gebhra zabić lwa i bawołu yah pan wielki zabić jeszcze dużo lwów yah Mnóstwo mięsa mnóstwo mięsa yah yah!.. Kali zapytał cicho Staś czy Wa hima polują na lwy Wa hima bać się lwów ale Wa hima kopać głębokie doły i jeśli lew w nocy wpadnie to Wa hima śmiać się Cóż wtedy robicie Wa hima rzucać dużo oszczepów aż lew jak jeż Wtedy go wyciągnąć z dołu i zjeść Lew dobry I wedle swego zwyczaju pogładził się po żołądku Stasiowi nie bardzo podobał się ten sposób polowania więc począł wypytywać jaka inna zwierzyna znajduje się w kraju Wa hima i rozmawiali dalej o antylopach strusiach żyrafach i nosorożcach dopóty dopóki do uszu ich nie doszedł szum wodospadu Co to zawołał Staś rzeka przed nami i wodospad Kali pokiwał głową na znak że widocznie tak jest I przez czas jakiś jechali bardziej sporym krokiem nasłuchując szumu który stawał się coraz wyraźniejszy Wodospad powtórzył zaciekawiony Staś Lecz zaledwie minęli jeden i drugi zakręt gdy nagle przeszkoda do nieprzebycia zatamowała im dalszą drogę Nel którą poprzednio uśpił ruch koński rozbudziła się zaraz Czy już stajemy na nocleg zapytała Nie ale patrz odpowiedział Staś skała zamyka wąwóz To cóż zrobimy Przecisnąć się obok niej niepodobna bo tu ciasno więc trzeba się będzie trochę wrócić wydostać się na górę i objechać przeszkodę ale do wieczora jeszcze ze dwie godziny a zatem mamy czas Niech też i konie trochę odetchną Słyszysz wodospad Słyszę Zatrzymamy się przy nim na nocleg Po czym zwrócił się do Kalego kazał mu wydrapać się na brzeg parowu i zobaczyć czy dalej dno wąwozu nie jest zawalone podobnymi przeszkodami sam zaś począł przypatrywać się uważnie skale i po chwili zawołał Ona oderwała się i runęła niedawno Widzisz Nel ten odłam Przypatrz się jaki świeży Nie ma na nim żadnych mchów ani roślin Rozumiem już rozumiem I ręką wskazał dziewczynce na rosnący nad brzegiem wąwozu baobab którego ogromny korzeń zwieszał się po ścianie wzdłuż odłamu To ten korzeń zapuścił się w szparę między ścianą i skałą i rozrastając się odłupał w końcu skałę To jest rzecz bardzo osobliwa bo przecie kamień twardszy jest od drzewa wiem jednak że w górach często tak bywa Byle co trąci potem taki głaz który się ledwie trzyma i głaz się odrywa Ale co go mogło trącić Trudno powiedzieć Może dawniejsza burza może wczorajsza W tej chwili Saba który poprzednio pozostał był za karawaną nadleciał stanął nagle jakby pociągnięty z tyłu za ogon zawietrzył następnie wcisnął się w wąskie przejście między ścianą a oderwaną skałą ale natychmiast począł się cofać ze zjeżoną sierścią Staś zsiadł z konia by zobaczyć co mogło psa przestraszyć Stasiu nie chodź tam prosiła Nel tam może być lew Chłopiec zaś który był trochę junak samochwał i który od wczorajszej nocy miał nadzwyczajną urazę do lwów odrzekł Wielka rzecz lew w dzień Zanim jednak zbliżył się do przejścia rozległ się z góry głos Kalego Bwana kubwa Bwana kubwa Co takiego zapytał Staś Murzyn zsunął się w mgnieniu oka po łodydze pnącza Z twarzy łatwo mu było wyczytać że przynosi jakąś ważną nowinę Słoń Słoń Tak odpowiedział młody Murzyn machając rękoma Tam grzmiąca woda a tu skała Słoń nie móc wyjść Pan wielki zabić słonia a Kali go jeść och jeść jeść I na tę myśl opanowała go taka radość że jął skakać uderzać dłońmi po kolanach i śmiać się jak szalony przewracając przy tym oczy i połyskując białymi zębami Staś nie zrozumiał zrazu dlaczego Kali mówi że słoń nie może wyjść z wąwozu więc chcąc zobaczyć co się stało siadł na koń i powierzywszy Nel Mei by w danym razie mieć wolne do strzału ręce kazał Kalemu siąść za sobą po czym zawrócili wszyscy i poczęli szukać miejsca przez które by mogli wydostać się na górę Po drodze Staś wypytywał się jakim sposobem słoń mógł znaleźć się tam gdzie był i z odpowiedzi Kalego wymiarkował mniej więcej co zaszło Oto słoń uciekał widocznie wąwozem podczas pożaru dżungli przed ogniem po drodze otarł się silnie o nadwerężoną skałę a ta zwaliła się i przecięła mu odwrót Potem dobiegłszy do końca parowu znalazł się nad brzegiem przepaści w którą spadała rzeka i w ten sposób został zamknięty Po pewnym czasie młodzi podróżnicy znaleźli wyjście ale dość strome tak że trzeba było zsiąść z koni i prowadzić je za sobą Ponieważ wedle zapewnień Murzyna do rzeki było bardzo blisko więc ruszyli dalej piechotą Doszli na koniec na wysoki cypel ograniczony z jednej strony rzeką z drugiej parowem i spojrzawszy w dół ujrzeli na dnie kotliny słonia Olbrzymi zwierz leżał na brzuchu i ku wielkiemu zdziwieniu Stasia nie zerwał się na ich widok tylko gdy Saba począł dopadać do brzegu wądołu i szczekać zajadle poruszył na chwilę ogromnymi uszami i podniósł trąbę ale opuścił ją natychmiast Dzieci trzymając się za ręce długo patrzyły na niego w milczeniu które przerwał dopiero Kali On umierać z głodu zawołał Rzeczywiście słoń wychudzony był do tego stopnia że jego grzbiet tworzył wzdłuż ciała jakby sterczący grzebień boki miał zapadłe pod skórą mimo jej grubości rysowały się wyraźnie żebra i łatwo było odgadnąć że nie wstaje dlatego że nie ma już sił Wąwóz dość przy ujściu szeroki zmieniał się w zamkniętą z obu boków pionowymi skałami kotlinkę na której dnie rosło kilka drzew Otóż drzewa te były połamane kora na nich obdarta na gałęziach ani listka Pnącze zwieszające się ze skał były również pozdzierane i objedzone a trawa w kotlinie wyskubana do ostatniego źdźbła Staś rozpatrzywszy się dokładnie w położeniu jął dzielić się swymi spostrzeżeniami z Nel ale pod wrażeniem nieuniknionej śmierci olbrzymiego zwierzęcia mówił cicho jakby się bał by nie zamącić mu ostatnich chwil życia Tak on rzeczywiście umiera z głodu Siedzi już prawie ze dwa tygodnie to jest od czasu gdy pożar spalił starą dżunglę Zjadł wszystko co było do zjedzenia a teraz męczy się tylko tym bardziej że tu na górze rosną chlebowce i akacje o wielkich strąkach a on je widzi i nie może się do nich dostać I przez chwilę patrzyli znów w milczeniu a słoń także zwracał na nich raz w raz swe małe gasnące oczka i coś w rodzaju gulgotania wydobywało mu się z gardła Doprawdy ozwał się chłopiec lepiej będzie skrócić mu tę mękę To rzekłszy podniósł strzelbę do twarzy lecz Nel chwyciła go za kurtkę i opierając się na obu nóżkach poczęła odciągać go z całej siły znad brzegu parowu Stasiu nie rób tego Stasiu dajmy mu jeść on taki biedny Ja nie chcę żebyś ty go zabijał nie chcę nie chcę I tupiąc nóżkami nie przestawała go ciągnąć a on spojrzał na nią z wielkim zdumieniem lecz widząc jej oczy pełne łez rzekł Ależ Nel!.. Nie chcę nie dam go zabić Ja dostanę febry jeśli go zabijesz!.. Dla Stasia dość było tej groźby by się wyrzec zabójczych zamiarów i względem tego słonia którego mieli przed sobą i względem wszystkich innych na świecie Przez chwilę milczał jeszcze nie wiedząc co małej odpowiedzieć po czym rzekł No dobrze dobrze!.. Mówię ci że dobrze Nel puść mnie A Nel uściskała go zaraz i przez jej zapłakane oczy przebłysnął uśmiech Teraz chodziło jej tylko o to by jak najprędzej dać słoniowi jeść Kali i Mea zdziwili się bardzo gdy dowiedzieli się że bwana kubwa nie tylko go nie zabije ale że mają natychmiast narwać dla niego tyle melonów z drzewa chlebowego tyle strąków akacji i tyle wszelkiego rodzaju zielska liści i traw ile tylko zdołają Obosieczny sudański miecz Gebhra przydał się Kalemu do tych czynności bardzo i gdyby nie on robota nie poszłaby łatwo Nel jednak nie chciała czekać na jej ukończenie i gdy tylko pierwszy melon spadł z drzewa porwała go w obie ręce i niosąc go do wąwozu powtarzała prędko jakby z obawą by jej nie chciał kto inny wyręczyć Ja ja ja Lecz Staś nie myślał bynajmniej pozbawiać jej tej rozkoszy z obawy tylko by ze zbytku zapału nie zleciała razem z melonem chwycił ją za pasek i zawołał Ciskaj Ogromny owoc potoczył się po stromej pochyłości i padł przy nogach słonia ów zaś wyciągnął w mgnieniu oka trąbę pochwycił go potem ją zgiął jakby chciał włożyć sobie melon pod szyję i tyle go dzieci widziały Zjadł zawołała uszczęśliwiona Nel Spodziewam się odpowiedział śmiejąc się Staś A słoń wyciągnął ku nim trąbę jakby chciał prosić o więcej i odezwał się potężnym głosem Hrrumf Chce jeszcze Spodziewam się powtórzył Staś Drugi melon poszedł w ślad za pierwszym i zniknął w jednej chwili tak samo potem trzeci czwarty dziesiąty następnie zaczęły zlatywać strąki akacji i cale wiązki traw i wielkich liści Nel nie pozwoliła się nikomu zastąpić i gdy jej małe ręce zmęczyły się robotą spychała nóżkami coraz nowe zapasy słoń zaś jadł i podnosząc kiedy niekiedy trąbę wygłaszał swoje grzmiące hrrumf na znak że chce jeszcze więcej i jak utrzymywała Nel na znak że dziękuje Lecz Kali i Mea zmęczyli się na koniec robotą którą spełniali bardzo gorliwie ale tylko w tej myśli że bwana kubwa pragnie naprzód odpaść słonia a potem dopiero go zabić Wreszcie jednak bwana kubwa kazał im przestać gdyż słońce zniżyło się już mocno i czas był rozpocząć budowę zeriby Na szczęście nie była to rzecz trudna albowiem dwa boki trójkątnego cypla były zupełnie niedostępne tak że należało tylko zagrodzić trzeci Akacyj z okrutnymi kolcami nie brakło także Nel nie odstępowała ani na krok od wąwozu i siedząc w kucki nad jego brzegiem oznajmiała z dala Stasiowi co słoń robi i raz w raz rozlegał się jej cienki głosik Szuka koło siebie trąbą Albo Rusza uszami Ogromne ma uszy A wreszcie Stasiu Stasiu wstaje Oj Staś zbliżył się szybko i chwycił Nel za rękę Słoń wstał rzeczywiście i teraz dopiero dzieci mogły przypatrzyć się jego ogromowi Widziały one poprzednio kilka razy wielkie słonie które przez Kanał Sueski przewożono na okrętach z Indii do Europy ale żaden z nich nie mógł się porównać z tym kolosem który istotnie wyglądał jak wielka szyfrowej barwy skała chodząca na czterech nogach Różnił się także od tamtych niezmiernymi kłami które dochodziły do pięciu lub więcej stóp długości i jak to zauważyła już Nel bajecznymi wprost uszami Przednie jego nogi były bardzo wysokie ale stosunkowo cienkie czego przyczyną był zapewne post wielodniowy Oto liliput zawołał Staś Gdyby wspiął się i wyciągnął dobrze trąbę mógłby cię złapać za nóżkę Ale kolos nie myślał ani się wspinać ani łapać nikogo za nóżkę Chwiejnym krokiem zbliżył się do wylotu wąwozu popatrzył przez chwilę w przepaść na której dnie kotłowała się woda potem zwrócił się do ściany leżącej bliżej wodospadu skierował ku niemu trąbę i zanurzywszy ją jak mógł najdokładniej począł pić Jego szczęście rzekł Staś że mógł dostać trąbą do wody Inaczej byłby zdechł Słoń pił tak długo że w końcu niepokój ogarnął dziewczynkę Stasiu czy on sobie nie zaszkodzi zapytała Nie wiem odpowiedział śmiejąc się ale skoro wzięłaś go w opiekę to go teraz przestrzeż Więc Nel przechyliła się nad krawędzią i nuż wołać Dosyć kochany słoniu dosyć A kochany słoń jakby zrozumiał o co chodzi przestał zaraz pić a natomiast począł tylko oblewać się wodą naprzód oblał sobie nogi potem grzbiet a następnie oba boki Ale tymczasem ściemniło się więc Staś odprowadził dziewczynkę do zeriby gdzie czekała już na nich wieczerza Oboje byli w doskonałych humorach Nel dlatego że uratowała słoniowi życie a Staś dlatego że widział jej błyszczące jak dwie gwiazdki oczy i rozradowaną twarzyczkę która wyglądała czerstwiej i zdrowiej niż kiedykolwiek od czasu wyjazdu z Chartumu Do zadowolenia chłopca przyczyniało się i to że obiecywał sobie spokojną i doskonałą noc Niedostępny z dwóch stron cypel zabezpieczał ich zupełnie od napaści a z trzeciej strony Kali z Meą wznieśli tak wysoką ścianę z kolczastych gałęzi akacji i passiflory,24 że nie mogło być mowy o tym by jakiekolwiek drapieżne zwierzę zdołało się przez taką zaporę przedostać Pogoda przy tym uczyniła się piękna i niebo zaraz po zachodzie słońca obsypało się gwiazdami Chłodnawym z powodu bliskości wodospadu powietrzem przesyconym zapachem dżungli i świeżo połamanych gałęzi przyjemnie było oddychać Nie dostanie ta mucha febry! myślał z radością Staś Następnie zaczęli rozmawiać o słoniu gdyż Nel nie była zdolna rozmawiać o czym innym i nie przestawała się unosić nad jego wzrostem trąbą i kłami które rzeczywiście miał olbrzymie W końcu zapytała Stasiu prawda jaki on rozumny Jak Salomon odpowiedział Staś Ale z czego to wnosisz Bo jak go poprosiłam żeby więcej nie pił zaraz mnie usłuchał Jeśli przedtem nie brał lekcyj języka angielskiego a jednak go rozumie to istotnie cudowne Nel pomiarkowała że Staś stroi sobie z niej żarty więc fuknęła na niego jak kotka po czym rzekła Mów sobie co chcesz a ja jestem pewna że on jest bardzo rozumny i że się zaraz oswoi Czy zaraz nie wiem ale oswoić się może Słonie afrykańskie są wprawdzie dziksze od azjatyckich jednakże myślę że na przykład Hannibal posługiwał się afrykańskimi A kto to był Hannibal Staś spojrzał na nią z wyrozumiałością ale i z politowaniem Oczywiście rzekł w twoim wieku nawet takich rzeczy się nie wie Hannibal był to wielki wódz kartagiński który używał słoni do wojny z Rzymianami a ponieważ Kartagina leżała w Afryce więc musiał używać afrykańskich.. Dalszą rozmowę przerwał im rozgłośny ryk słonia który najadłszy się i napiwszy począł sobie trąbić nie wiadomo czy z radości czy z tęsknoty za zupełną wolnością Saba zerwał się i jął szczekać a Staś rzekł Masz tobie Teraz zwołuje towarzyszów Ładnie będziemy wyglądali jeśli nadciągnie tu całe stado On powie innym żeśmy byli dla niego dobrzy odrzekła pośpiesznie Nel Lecz Staś który nie zaniepokoił się naprawdę albowiem liczył że gdyby nawet stado nadbiegło to spłoszy je blask ognia uśmiechnął się przekornie i rzekł Dobrze dobrze A jeśli się słonie pokażą to ty nie będziesz ze strachu płakała o nie tylko będą ci się oczy pociły jak już było dwa razy I począł ją przedrzeźniać Ja nie płaczę tylko mi się oczy pocą.. Nel jednak widząc jego wesołą minę domyśliła się że żadne niebezpieczeństwo im nie grozi Jak go oswoimy rzekła to nie będą mi się oczy pociły choćby dziesięć lwów ryczało Dlaczego Bo on nas obroni Staś uciszył Sabę który nie przestawał słoniowi odpowiadać po czym zastanowił się nieco i tak mówił Nie pomyślałaś o jednej rzeczy Nel Przecież my tu na wieki nie zostaniemy ale pojedziemy dalej Nie mówię że zaraz.. Owszem miejsce jest dobre i zdrowe postanowiłem więc tu zostać.. może tydzień może dwa bo i tobie i nam wszystkim należy się wypoczynek No dobrze Póki tu zostaniemy będziemy słonia karmili chociaż to dla wszystkich robota ogromna Ale on jest przecie zamknięty i nie możemy wziąć go z sobą Więc co później Pójdziemy a on tu zostanie i znów się będzie męczył z głodu póki nie zdechnie Wtedy tym bardziej będzie go nam żal.. Nel zasmuciła się bardzo i czas jakiś siedziała w milczeniu nie wiedząc widocznie co odpowiedzieć na te słuszne uwagi lecz po chwili podniosła głowę i odrzuciwszy czuprynkę która jej spadła na oczy zwróciła pełny ufności wzrok na chłopca Wiem rzekła że jak ty zechcesz to go wyprowadzisz z wąwozu Ja A ona wyciągnąwszy paluszek dotknęła nim ręki Stasia i powtórzyła Ty Mała chytra kobietka rozumiała że jej zaufanie pochlebi chłopcu i że od tej chwili zacznie rozmyślać jak by uwolnić słonia Rozdział 26 Noc zeszła spokojnie i lubo na południowej stronie nieba nagromadziło się dużo chmur ranek uczynił się pogodny Z rozkazu Stasia Kali i Mea zajęli się zaraz po śniadaniu gromadzeniem melonów strąków akacjowych i świeżych liści oraz trawy i wszelkiego rodzaju żywności dla słonia którą składali następnie nad brzegiem wąwozu Ponieważ Nel chciała koniecznie karmić osobiście swego nowego przyjaciela więc Staś wyciął dla niej z młodego rosochatego figowca coś w rodzaju wideł aby jej łatwiej było spychać zapasy na dno wąwozu Słoń trąbił od rana upominając się widocznie o posiłek a gdy następnie ujrzał na krawędzi tę samą białą istotkę która nakarmiła go wczoraj powitał ją radosnym gulgotaniem i natychmiast wyciągnął ku niej trąbę Przy świetle poranku wydał się dzieciom jeszcze bardziej olbrzymi niż wczoraj Chudy był bardzo ale wyglądał już raźniej i zwracał ku Nel swe małe bystre oczy prawie wesoło Nel twierdziła nawet że przednie jego nogi pogrubimy przez jedną noc i poczęła spychać żywność z takim zapałem że Staś musiał ją powstrzymywać a w końcu gdy się zadyszała zanadto zastąpić w robocie Oboje bawili się wybornie a zwłaszcza bawiły ich grymasy słonia Jadł on z początku wszystko co mu pod nogi wpadło lecz wkrótce zaspokoiwszy pierwszy głód począł przebierać Trafiwszy na roślinę która mniej mu smakowała otrzepywał ją o przednie nogi po czym odrzucał ją trąbą w górę jakby chciał mówić Zjedzcie sami ten przysmak Wreszcie po zaspokojeniu głodu i pragnienia jął wachlować się swymi ogromnymi uszami z widocznym zadowoleniem Jestem pewna mówiła Nel że gdybyśmy do niego teraz zeszli nie zrobiłby nam nic złego I poczęła nań wołać Słoniu kochany słoniu prawda że nie zrobiłbyś nam nic złego A gdy słoń kiwnął w odpowiedzi trąbą zwróciła się do Stasia Widzisz powiada że tak Być może odrzekł Staś Są to zwierzęta bardzo inteligentne i ten zrozumiał już niezawodnie że oboje jesteśmy mu potrzebni Kto wie czy nie odczuwa też i trochę wdzięczności dla nas lepiej jednak jeszcze nie próbować a zwłaszcza niech nie próbuje Saba gdyż jego zabiłby z pewnością Ale z czasem może się i oni poprzyjaźnią Dalsze zachwyty nad słoniem przerwał im Kali który przewidując że będzie musiał co dzień pracować na wyżywienie olbrzyma zbliżył się do Stasia z zachęcającym uśmiechem i rzekł Pan wielki zabić słonia a Kali go jeść zamiast zbierać trawę i gałęzie Lecz pan wielki był już o sto mil od chęci zabicia słonia a że przy tym był z natury niezmiernie żywy odpowiedział na poczekaniu Jesteś osioł Na nieszczęście zapomniał jak jest osioł w języku ki swahili i powiedział po angielsku donkey Kali zaś nie rozumiejąc po angielsku poczytał widocznie ten wyraz za jakiś komplement czy jakąś pochwałę dla siebie gdyż w chwilę później dzieci usłyszały jak zwróciwszy się do Mei mówił chełpliwie Mea mieć czarną skórę i czarny mózg a Kali jest donkey Po czym dodał z dumą Sam pan wielki powiedział że Kali jest donkey Tymczasem Staś przykazawszy obojgu by pilnowali jak oka w głowie panienki i w razie jakiegokolwiek wypadku przywołali go natychmiast wziął strzelbę i poszedł do owej oderwanej skały która zamykała wąwóz Przybywszy na miejsce obejrzał ją uważnie zbadał wszystkie jej pęknięcia wsunął pręt w szparę którą znalazł w dolnej części głazu zmierzył starannie jej głębokość następnie wrócił wolnym krokiem do obozowiska i otworzywszy puszkę z nabojami począł je liczyć Zaledwie doliczył jednak do trzystu gdy z baobabu rosnącego o pięćdziesiąt kroków od namiotu rozległ się głos Mei Panie panie Staś zbliżył się do olbrzymiego drzewa którego pień wypróchniały przy ziemi wyglądał jak wieża i zapytał Czego chcesz Niedaleko widać dużo zebr a dalej pasą się antylopy Dobrze Wezmę strzelbę i pójdę bo trzeba będzie nawędzić mięsa Ale po coś ty wlazła na drzewo i co tam robisz Dziewczyna odpowiedziała na to swoim smutnym śpiewnym głosem Mea zobaczyła gniazdo szarych papug i chciała przynieść młodej panience ale gniazdo jest puste więc Mea nie dostanie paciorków na szyję Dostaniesz za to że kochasz panienkę Młoda Murzynka zlazła co prędzej po chropowatej korze i z oczyma błyszczącymi radością jęła powtarzać O tak tak Mea kocha ją bardzo i paciorki także Staś pogłaskał ją łaskawie po głowie po czym wziął strzelbę zamknął pudło z nabojami i udał się w stronę w której pasły się zebry Po upływie pół godziny odgłos strzału doszedł do obozowiska a po godzinie mały myśliwy wrócił z dobrą nowiną że zabił młodą zebrę i że okolica pełna jest zwierzyny widział bowiem z wyniosłości prócz zebr i liczne stada antylop arielów oraz gromadkę water bucków to jest kozłów wodnych pasących się w pobliżu rzeki Następnie kazał Kalemu wziąć konia i wyprawił go po zabitą sztukę sam zaś począł oglądać starannie olbrzymi pień baobabu obchodzić go naokoło i stukać kolbą w chropowatą korę Co robisz zapytała Nel On zaś odrzekł Patrz co za ogrom Piętnastu ludzi wziąwszy się za ręce nie objęłoby tego drzewa które pamięta może czasy faraonów Ale pień w dolnej części jest spróchniały i pusty Widzisz ten otwór przez który łatwo się dostać do środka Można by tam urządzić jakby wielką izbę w której wszyscy moglibyśmy zamieszkać Przyszło mi to do głowy gdym zobaczył Meę między gałęziami a potem podchodząc zebry ciągle już o tym myślałem Ale my mamy przecie uciekać do Abisynii Tak Trzeba jednak wypocząć i mówiłem ci wczoraj że postanowiłem zostać tu tydzień lub nawet dwa Ty nie chcesz opuszczać swego słonia a ja się boję dla ciebie pory dżdżystej która już się rozpoczęła i w czasie której febra jest pewna Dziś jest pogoda widzisz jednak że chmury gromadzą się coraz gęstsze i kto wie czy deszcz nie lunie jeszcze przed wieczorem Namiot nie osłania cię dostatecznie a w baobabie jeśli nie jest spróchniały aż do wierzchołka pnia możemy sobie żartować z największej ulewy Byłoby też w nim i bezpieczniej niż w namiocie gdyby się bowiem założyło cierniem każdego wieczoru i ten otwór i okienka które byśmy porobili dla światła to mogłoby sobie ryczeć naokół drzewa tyle lwów ile by chciało Pora dżdżysta wiosenna nie trwa dłużej niż miesiąc i coraz bardziej myślę że trzeba nam ją przeczekać A jeśli tak to lepiej tu niż gdzie indziej i lepiej w tym olbrzymim drzewie niż pod namiotem Nel zgadzała się zawsze na wszystko czego chciał Staś więc zgodziła się i teraz tym bardziej że myśl pozostania przy słoniu i zamieszkania w baobabie podobała jej się nadzwyczajnie Zaczęła też zaraz obmyślać jak sobie urządzą pokoje jak je umeblują i jak będą się wzajem zapraszali na five o'clocki i na obiady W końcu rozbawili się oboje i Nel chciała zaraz rozejrzeć się w nowym mieszkaniu ale Staś który z każdym dniem nabierał więcej doświadczenia i przezorności powstrzymał ją od zbyt nagłej gospodarki Zanim sami tam zamieszkamy rzekł trzeba wyprosić poprzednich mieszkańców jeśli się tam jacy znajdują To rzekłszy kazał Mei wrzucić kilka zapalonych i mocno dymiących bo świeżych gałęzi do wnętrza baobabu Jakaż pokazało się że dobrze uczynił gdyż olbrzymie drzewo było zamieszkane i to przez takich gospodarzy na których gościnność nie można było liczyć Rozdział 27 Otworów było w drzewie dwa jeden obszerny na pół metra od ziemi drugi mniejszy na wysokości mniej więcej pierwszego piętra w domach miejskich Zaledwie Mea wrzuciła do niższego zapalone dymiące gałęzie natychmiast z wyższego poczęły wylatywać wielkie nietoperze i oślepione blaskiem słońca latały piszcząc jak błędne wokół drzewa Lecz po chwili z dolnego wysunął się jak błyskawica prawdziwy gospodarz to jest olbrzymi boa który trawił widocznie w półśnie resztki ostatniej uczty i dopiero gdy dym zakręcił mu w nozdrzach zbudził się i pomyślał o ratunku Na widok żelaznego cielska które na kształt potwornej sprężyny wyskoczyło z dymiącej w drzewie czeluści Staś porwał na ręce Nel i począł z nią uciekać w stronę otwartej dżungli Ale płaz sam przerażony nie myślał ich ścigać natomiast wijąc się wśród trawy i rozłożonych pakunków umykał z niesłychaną szybkością w stronę wąwozu chcąc skryć się wśród skalnych załamów i rozpadlin Dzieci ochłonęły Staś postawił na ziemi Nel i skoczył po strzelbę a następnie za wężem w kierunku wąwozu a Nel pobiegła w jego ślady Lecz po kilkunastu krokach tak nadzwyczajny widok uderzył ich oczy że stanęli oboje jak wryci Oto wysoko nad wąwozem ukazało się na jedno mgnienie oka ciało węża i zakreśliwszy zygzak w powietrzu spadło znów na dół Po chwili ukazało się po raz drugi i znów spadło Dzieci dobiegłszy do krawędzi ujrzały ze zdumieniem że to nowy ich przyjaciel słoń zabawiał się w ten sposób z wężem i wyprawiwszy go naprzód w podwójną podróż napowietrzną obecnie rozdeptywał dokładnie jego głowę swą olbrzymią podobną do kłody nogą Skończywszy tę operację podniósł znów trąbą drgające jeszcze ciało jednakże tym razem nie rzucił go w górę ale wprost do wodospadu Po czym kiwając się w obie strony i wachlując się uszami jął spoglądać bystro na Nel a w końcu wyciągnął ku niej trąbę jakby dopominając się o nagrodę za swój zarazem bohaterski i wielce roztropny uczynek A Nel pobiegła natychmiast do namiotu i wróciwszy z podołkiem pełnym dzikich fig poczęła mu rzucać po kilka naraz on zaś wyszukiwał je w trawie starannie i wkładał jedną za drugą do paszczy Te które wpadały w głębsze szczeliny wydmuchiwał przy tym z taką siłą że razem z figami wylatywały w górę kamienie wielkości pięści ludzkiej Dzieci przyjmowały oklaskami i śmiechem te popisy Nel wracała kilkakrotnie po nowe zapasy nie przestając twierdzić za każdą figą że on jest już zupełnie oswojony i że mogłaby choćby w tej chwili zejść do niego Widzisz Stasiu oto będziemy mieli obrońcę!.. Bo on się nie boi nikogo w pustyni ani lwa ani węża ani krokodyla I jest bardzo dobry i kocha nas z pewnością Jeśli się oswoi rzekł Staś i jeśli będę mógł zostawiać cię pod jego opieką to rzeczywiście z całym spokojem będę chodził na polowanie bo lepszego obrońcy nie mógłbym ci w całej Afryce znaleźć Po chwili zaś dodał Tutejsze słonie są dziksze ale czytałem że na przykład azjatyckie mają dziwną słabość do dzieci Nigdy nie było w Indiach wypadku żeby słoń dziecko ukrzywdził i jeśli wpadnie we wściekłość co się czasem zdarza to kornacy miejscowi wysyłają dla uspokojenia go dzieci A widzisz a widzisz W każdym razie dobrześ postąpiła żeś nie dała mi go zabić Na to źrenice Nel zapłonęły z radości jak dwa zielonawe ogniki Wspiąwszy się na paluszki położyła Stasiowi na ramionach obie ręce i przechyliwszy w tył główkę pytała patrząc mu w oczy Postąpiłam jakbym miała ile lat powiedz jakbym miała ile A on odrzekł Najmniej siedemdziesiąt Ty sobie zawsze żartujesz Gniewaj się gniewaj a kto uwolni słonia Usłyszawszy to Nel poczęła się zaraz łasić jak mała kotka Ty i będę cię za to bardzo kochała i on także Ja myślę o tym rzeki Staś ale to będzie trudna robota i nie zrobię jej zaraz tylko dopiero wówczas gdy będziemy mieli wyruszyć w dalszą drogę Dlaczego Dlatego że gdybym go uwolnił nim się zupełnie oswoi i do nas przywiąże to by sobie zaraz poszedł O on ode mnie nie odejdzie Ty myślisz że on to już tak jak ja odparł z pewną niecierpliwością Staś Dalszą rozmowę powstrzymało przybycie Kalego który przyniósł zabitą zebrę i jej młode zagryzione przez Sabę Było to szczęście dla brytana że pobiegłszy za Kalim nie był przy rozprawie z pytonem byłby bowiem pogonił za nim i doścignąwszy go zginął w jego morderczych skrętach zanim Staś zdołałby mu przyjść na ratunek Za zagryzienie źrebięcia zebry dostał jednak za uszy od Nel czego nie wziął zresztą zbyt do serca gdyż nie schował nawet wywieszonego ozora z którym przyleciał z polowania Staś oznajmił tymczasem Kalemu że zamierza urządzić mieszkanie w drzewie i opowiedział mu co zaszło w czasie wykurzania pnia dymem oraz jak słoń poradził sobie z wężem Myśl zamieszkania w baobabie który mógł dać ochronę nie tylko przed deszczem ale i przed dzikimi zwierzętami podobała się Murzynowi bardzo natomiast postępek słonia nie zyskał wcale jego uznania Słoń jest głupi rzekł więc wrzucił niokę (węża) do grzmiącej wody ale Kali wie że nioka jest dobra więc jej za grzmiącą wodą poszuka i upiecze gdyż Kali jest mądry i donkey Donkey jesteś zgoda odpowiedział Staś ale przecie nie będziesz jadł węża Nioka dobra powtórzył Kali I ukazując na zabitą zebrę dodał Lepsza niż ta nyama Po czym obaj udali się do baobabu i zajęli urządzaniem mieszkania Kali wyszukał nad rzeką płaski kamień wielkości dużego sita i wstawiwszy go w pień nasypał nań rozżarzonych węgli a następnie dosypywał coraz nowych uważając tylko by próchno wewnątrz pnia nie zajęło się i nie wywołało pożaru całego drzewa Mówił że czyni to dlatego żeby nic nie ukąsić pana wielkiego i bibi Jakoż okazało się że nie była to ostrożność zbyteczna gdyż jak tylko czad wypełnił wnętrze drzewa i rozszedł się nawet na zewnątrz z rozpadlin kory poczęły wypełzać najrozmaitsze istoty chrząszcze czarnej i wiśniowej barwy wielkie jak śliwki włochate pająki liszki pokryte jakby kolcami na palec grube i wstrętne a zarazem jadowite skolopendry których ukąszenie może nawet śmierć wywołać A wobec tego co się działo na zewnętrznej stronie pnia łatwo się było domyślić ile podobnych stworzeń musiało wyginąć od węglowego czadu wewnątrz Te które z kory i z niższych gałęzi spadały w trawę Kali rozgniatał niemiłosiernie kamieniami spoglądając przy tym wciąż na górną i na dolną dziuplę jakby się obawiał że lada chwila wyjrzy z której z nich jeszcze coś nowego Czego tak patrzysz zapytał Staś czy myślisz że drugi wąż może się ukrywać w drzewie Nie Kali bać się Mzimu Cóż to jest Mzimu Zły duch Widziałeś kiedy w życiu Mzimu Nie ale Kali słyszał okropny hałas który Mzimu robi w chatach czarowników To jednak wasi czarownicy się go nie boją Czarownicy umieją go zakląć a potem chodzą po chatach i mówią że Mzimu się gniewa więc Murzyni znoszą im banany miód pombę,25 jaja i mięso aby przebłagać Mzimu Staś wzruszył ramionami Widać dobrze być u was czarownikiem Ale to może ten wąż był Mzimu Kali potrząsnął głową W takim razie nie słoń by zabić Mzimu ale Mzimu zabić słonia Mzimu jest śmierć.. Jakiś dziwny łoskot i szum wewnątrz drzewa przerwały mu nagle opowiadanie Z dolnej dziupli buchnęła dziwna ruda kurzawa po czym rozległ się powtórnie jeszcze silniejszy niż poprzednio łoskot Kali rzucił się w mgnieniu oka twarzą na ziemię i począł krzyczeć przeraźliwie Aka Mzimu Aka aka aka Staś w pierwszej chwili cofnął się także ale niebawem odzyskał zimną krew i gdy Nel z Meą nadbiegły począł im tłumaczyć co się stać mogło Prawdopodobnie mówił całe zwały próchna wewnątrz pnia rozszerzając się od gorąca runęły wreszcie na dół i zasypały węgle A on myśli że to Mzimu Niech jednak Mea chlustnie kilka razy wodą w otwór jeśli bowiem węgle z braku powietrza nie zgasły i próchno się od nich zatli to drzewo może spłonąć Po czym widząc że Kali wciąż leży i nie przestaje powtarzać z przerażeniem Aka aka! wziął tę strzelbę z której strzelał zwykle do pentarek wypalił w otwór i rzekł trącając chłopca kolbą Twój Mzimu zabity Nie bój się A Kali podniósł się ale pozostał na klęczkach O pan wielki wielki!.. Pan nie bać się nawet Mzimu Aka aka! zawołał przedrzeźniając Murzyna Staś I począł się śmiać Kali uspokoił się po pewnym czasie zupełnie i gdy zasiadł do przygotowanego przez Meę jedzenia pokazało się że chwilowy przestrach nie odebrał mu wcale apetytu albowiem prócz porcji wędzonego mięsa spożył jeszcze na surowo wątrobę źrebięcia zebry nie licząc dzikich fig których dostarczył w obfitości rosnący w pobliżu sykomor Następnie obaj ze Stasiem wrócili do drzewa przy którym dużo jeszcze było roboty Wyrzucanie próchna węgli poprażonych całych setek chrząszczy i wielkich stonóg oraz kilkunastu upieczonych nietoperzy zajęło im przeszło dwie godziny czasu Stasia dziwiło to nawet że nietoperze mogły mieszkać w bezpośrednim sąsiedztwie z wężem domyślił się jednak że olbrzymi pyton albo pogardzał tak drobną zwierzyną albo nie mogąc się we wnętrzu pnia koło niczego owinąć nie umiał się do nich dostać Żar węgli wywoławszy upadek pokładów próchna oczyścił to wnętrze znakomicie i widok jego napełnił teraz Stasia radością albowiem było ono tak obszerne jak duży pokój i mogło dać schronienie nie czworgu ale dziesięciu ludziom Dolny otwór stanowił drzwi górny okno dzięki któremu w olbrzymim pniu nie było ani ciemno ani duszno Staś umyślił podzielić całość za pomocą płócien namiotu na dwie izby z których jedną przeznaczał dla Nel i Mei drugą dla siebie Kalego i Saby Drzewo nie było spróchniałe aż do wierzchu pnia deszcz więc nie mógł przeciekać do środka i aby się zupełnie od niego zabezpieczyć dość było podnieść i podeprzeć nad obu otworami korę w taki sposób aby tworzyła dwa okapy Spód wnętrza postanowili wysypać wyprażonym przez słońce piaskiem znad rzeki i powierzchnię jego wymościć suchymi mchami Robota była istotnie ciężka a szczególnie dla Kalego musiał on bowiem obok tego wędzić mięso poić konie i myśleć o żywności dla słonia który trąbił o nią ustawicznie Ale młody Murzyn zabrał się do urządzenia nowej siedziby z wielką ochotą a nawet i z zapałem którego przyczynę wyłuszczył Stasiowi jeszcze tego samego dnia w następujący sposób Gdy pan wielki i bibi mówił biorąc się pod boki zamieszkają w drzewie Kali nie będzie potrzebował budować na noc wielkiej zeriby i będzie mógł próżnować co wieczór To lubisz próżnować zapytał Staś Kali jest mężczyzną więc Kali lubi próżnować gdyż pracować powinny tylko kobiety A widzisz jednak że ja pracuję dla bibi Ale za to gdy bibi dorośnie będzie musiała pracować na pana wielkiego a jeśli nie zechce to pan wielki pewno ją bić Lecz Staś na samą myśl o biciu bibi skoczył jak oparzony i krzyknął z gniewem Głupcze czy ty wiesz kto jest bibi Nie wiem odpowiedział z przestrachem czarny chłopak Bibi to jest.. to jest.. dobre.. Mzimu A Kali aż przysiadł I po skończonej robocie zbliżył się nieśmiało do Nel po czym padł przed nią na twarz i jął powtarzać wprawdzie nie przerażonym ale błagalnym głosem Aka aka aka!.. Zaś dobre Mzimu wytrzeszczyło na niego swoje śliczne koloru morskiej wody oczy nie rozumiejąc wcale co się stało i o co Kalemu chodzi Rozdział 28 Nowa siedziba którą Staś nazwał Krakowem została urządzona w przeciągu trzech dni Ale przedtem złożono w męskim pokoju główne pakunki i w chwilach wielkiej ulewy młoda czwórka znajdowała w olbrzymim pniu jeszcze przed wykończeniem mieszkania doskonałe schronienie Pora dżdżysta rozpoczęła się na dobre ale nie były to nasze długie jesienne deszcze w czasie których niebo zawleka się ciemnymi chmurami i nudna uciążliwa słota trwa przez całe tygodnie Tu kilkanaście razy na dzień wiatr przepędzał po niebie wzdęte obłoki które zlewały ziemię obficie po czym znów rozbłyskiwało słońce jasne jakby świeżo wykąpane i zalewało złotym światłem skały rzekę drzewa i całą dżunglę Trawy rosły prawie w oczach Drzewa pokrywały się obfitszym liściem i nim stary owoc opadł tworzyły się zawiązki na nowy Powietrze z powodu zawieszonych w nim igiełek wody uczyniło się tak przeźroczyste że nawet i odległe przedmioty stawały się zupełnie wyraźne i wzrok sięgał w niezmiernie daleką przestrzeń Na niebie rozwieszały się cudne siedmiobarwne tęcze a wodospad był prawie ciągle w nie ubrany Krótko trwające ranne i wieczorne zorze grały tysiącami tak świetnych blasków że nawet i w Pustyni Libijskiej dzieci nie widziały nic podobnego Najniższe bliskie ziemi obłoki barwiły się wiśniowo górne lepiej oświecone rozlewały się na kształt jezior z purpury i złota a drobne wełniste chmurki mieniły się jak rubiny ametysty i opale Nocami między jedną falą dżdżu a drugą księżyc zmieniał w brylanty krople rosy wiszące na liściach mimoz i akacyj a światło zodiakalne świeciło w odświeżonym powietrzu jaśniej niż w innych porach roku Z rozlewów które czyniła rzeka poniżej wodospadu dochodziło niespokojne rechotanie żab i melancholijne kumkanie ropuch a podobne do wielkich błędnych gwiazd latarniki przelatywały z brzegu na brzeg między kępami bambusów i arumów Lecz gdy chmury pokrywały chwilami gwiaździste niebo i deszcz poczynał padać czyniło się bardzo ciemno a we wnętrzu baobabu tak czarno jak w piwnicy Chcąc temu zaradzić Staś kazał natopić Mei tłuszczu z zabitych zwierząt i urządził z blaszanki lampę którą zawiesił pod górnym otworem zwanym przez dzieci oknem Światło bijące z tego okna widne z daleka wśród ciemności odpędzało dzikie zwierzęta ale natomiast przyciągało nietoperze a nawet i ptaki tak że w końcu Kali musiał urządzić w otworze rodzaj zasłony z cierni podobnej do tej którą zamykał na noc otwór dolny Jednakże w dzień w chwilach pogody dzieci opuszczały Kraków i krążyły po całym cyplu Staś wyprawiał się na antylopy ariele i na strusie których liczne stada pojawiły się w dole rzeki a Nel chodziła do swego słonia który z początku trąbił tylko o żywność a potem zaczął trąbić i wówczas gdy mu się nudziło bez małej przyjaciółki Witał też ją zawsze z wyraźną radością i nastawiał natychmiast swoje olbrzymie uszy jak tylko usłyszał z daleka jej głos lub kroki Pewnego razu gdy Staś poszedł na polowanie a Kali łowił ryby za wodospadem Nel postanowiła pójść do skały zamykającej wąwóz aby zobaczyć jak też Staś z nią sobie poradzi i czy już czego nie dokonał Zajęta obiadem Mea nie zauważyła jej odejścia dziewczynka zaś zbierając po drodze kwiatki osobliwej begonii,26 rosnącej obficie wśród zębów skalnych zbliżyła się do pochyłości którą wyjechali niegdyś z wąwozu i zeszedłszy na dół znalazła się przy skale Wielki głaz oderwany od rodzimej ściany zamykał gardziel wąwozu jak i poprzednio Nel jednak zauważyła że między nim a ścianą jest przejście tak szerokie że nawet dorosły człowiek z łatwością mógłby się nim przecisnąć Przez chwilę zawahała się po czym przeszła i znalazła się po drugiej stronie Ale był tam zakręt który trzeba było minąć by dojść do szerokiego ujścia zamkniętego wodospadem Nel poczęła rozmyślać Pójdę jeszcze tylko trochę dalej wyjrzę zza skały raz spojrzę na słonia który mnie wcale nie zobaczy i wrócę Tak rozmyślając posuwała się krok za krokiem coraz dalej aż wreszcie doszła do miejsca w którym wąwóz rozszerzał się nagle w małą dolinkę i zobaczyła słonia Stał odwrócony tyłem do niej z trąbą zanurzoną w wodospadzie i pił To ją ośmieliło więc przytuliwszy się do ściany skalnej postąpiła jeszcze kilka kroków i jeszcze kilka a wtem olbrzymi zwierz chcąc polać sobie boki odwrócił głowę zobaczył dziewczynkę i zobaczywszy ruszył natychmiast ku niej Nel zlękła się bardzo ale ponieważ nie było już czasu cofnąć się więc przycisnąwszy kolanko do kolanka dygnęła słoniowi jak umiała najładniej po czym wyciągnęła rączkę z begoniami i ozwała się trochę drżącym głosikiem Dzień dobry kochany słoniu Ja wiem że nie zrobisz mi nic złego więc przyszłam żeby ci powiedzieć dzień dobry . i mam tylko te kwiatki.. A kolos zbliżył się wyciągnął trąbę wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii lecz włożywszy ją do paszczy wypuścił zaraz na ziemię gdyż widocznie nie smakowały mu ani włochate liście ani kwiaty Nel ujrzała teraz nad sobą trąbę na kształt ogromnego czarnego węża który wyciągał się i przeginał dotknął jej jednej rączki i drugiej potem obu ramion i na koniec opadłszy w dół począł się chwiać łagodnie na obie strony Wiedziałam że mi nie zrobisz nic złego powtórzyła dziewczynka choć strach nie opuszczał jej jeszcze Słoń zaś cofnął w tył swoje bajeczne uszy zwijając i rozwijając na przemian trąbę i gulgocąc radośnie tak jak gulgotał zawsze gdy dziewczynka zbliżała się do krawędzi wąwozu I jak niegdyś Staś ze lwem tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie on ogrom podobny do domu lub skały i ona drobna kruszynka którą mógł zgnieść jednym ruchem nawet nie ze złości ale przez nieuwagę Lecz dobry i roztropny zwierz nie czynił żadnych ani gniewnych ani nieuważnych ruchów i widocznie rad był i uszczęśliwiony z przybycia małego gościa Nel ośmieliła się stopniowo a wreszcie wzniosła oczy w górę i patrząc tak jakby patrzyła na wysoki dach zapytała wysuwając nieśmiało rączkę Czy można cię pogłaskać po trąbie Słoń nie umiał wprawdzie po angielsku ale z ruchu jej ręki zmiarkował od razu o co idzie i podsunął pod jej dłoń koniec swego długiego na dwa metry nosa Nel jęła głaskać trąbę z początku jedną ręką i ostrożnie potem dwiema a wreszcie objęła ją obu ramionkami i przytuliła się do niej z całą dziecinną ufnością Słoń przestępował z nogi na nogę i wciąż gulgotał z radości Po chwili zaś obwinął trąbą drobne ciało dziewczynki i podniósłszy je w górę począł kołysać ją lekko w prawo i w lewo Jeszcze jeszcze wołała rozbawiona Nel I zabawa trwała dość długo a następnie ośmielona już zupełnie dziewczynka wymyśliła sobie inną Oto znalazłszy się na ziemi próbowała wspinać się po przedniej nodze słonia jak po drzewie albo chowając się pod niego pytała go czy ją znajdzie Ale przy tych figlach spostrzegła jedną rzecz a mianowicie że w przednich a zwłaszcza w tylnych nogach słonia tkwią liczne kolce od których potężne zwierzę nie umiało się uwolnić raz dlatego że do tylnych nóg nie mogło dosięgnąć swobodnie trąbą a po wtóre że obawiało się widocznie zranić się w palec którym trąba jest zakończona i bez którego straciłaby całą swą zręczność i sprawność Nel nie wiedziała o tym zupełnie że takie kolce w nogach są prawdziwą plagą dla słoni w Indiach a jeszcze bardziej w dżunglach afrykańskich składających się przeważnie z roślin kolczastych Ponieważ jednak zrobiło jej się żal poczciwego olbrzyma więc bez namysłu siadłszy w kucki przy jego nodze poczęła wyjmować delikatnie naprzód większe a potem mniejsze zadziory nie przestając przy tym szczebiotać i zapewniać słonia że nie pozostawi ani jednej On zrozumiał wybornie o co chodzi i zginając nogi w kolanie pokazywał tym sposobem że i w podeszwach między kopytami pokrywającymi palce tkwią także kolce które przyczyniają mu jeszcze większe dolegliwości Ale tymczasem nadszedł z polowania Staś i począł zaraz wypytywać Meę gdzie jest panienka Otrzymawszy odpowiedź że zapewne jest w drzewie już miał zajrzeć do wnętrza baobabu gdy wtem wydało mu się że słyszy jej głos w głębi wąwozu Nie wierząc własnym uszom skoczył natychmiast do krawędzi i spojrzawszy w dół zmartwiał Dziewczynka siedziała przy nodze kolosa a ów stał tak spokojnie że gdyby nie ruch trąby i uszu można by było pomyśleć iż jest wykuty z kamienia Nel krzyknął Staś A ona zajęta swoją robotą odpowiedziała mu wesoło Zaraz zaraz Na to chłopak który nie miał zwyczaju wahać się wobec niebezpieczeństwa podniósł jedną ręką w górę strzelbę drugą chwycił za obdartą z kory wyschłą łodygę lianu i objąwszy ją nogami w mgnieniu oka zsunął się na dno wąwozu Słoń poruszył niespokojnie uszami ale w tej chwili Nel wstała i objąwszy trąbę zawołała pośpiesznie Nie bój się słoniu to Staś Staś spostrzegł od razu że nie ma dla niej żadnego niebezpieczeństwa lecz nogi trzęsły się jeszcze pod nim serce biło mu gwałtownie i nim ochłonął z wrażenia począł mówić zdławionym pełnym żalu i gniewu głosem Nel Nel jak ty mogłaś to zrobić?!.. Ona zaś poczęła się tłumaczyć że nie zrobiła nic złego bo słoń jest dobry i zupełnie jest oswojony że chciała tylko raz na niego spojrzeć i wrócić się ale on ją zatrzymał i począł się z nią bawić że ją huśtał bardzo ostrożnie i że jeśli Staś chce to i jego pohuśta To mówiąc jedną rączką wzięła za koniec trąby i zbliżyła ją do Stasia drugą zaś ręką machnęła kilkakrotnie w prawo i w lewo mówiąc jednocześnie do słonia Pokołysz słoniu i Stasia Mądry zwierz znów odgadł z jej poruszeń czego od niego chce i Staś chwycony za pasek przy spodenkach w jednej chwili znalazł się w powietrzu Było przy tym takie jakieś dziwne i zabawne przeciwieństwo między jego rozgniewaną jeszcze miną a tym bujaniem się nad ziemią że małe Mzimu poczęło śmiać się do łez klaskać w ręce i krzyczeć tak jak poprzednio Jeszcze jeszcze A ponieważ niepodobna jest zachować należytej powagi i prawić morałów wówczas gdy człowiek wisi na końcu słoniowej trąby i mimowolnie wykonywa ruchy podobne do ruchów wahadła więc chłopiec począł się w końcu śmiać także Ale po pewnym czasie zmiarkowawszy że ruchy trąby stają się wolniejsze i że słoń zamierza postawić go na ziemi wpadł niespodziewanie na nowy pomysł mianowicie korzystając z chwili w której znalazł się w pobliżu olbrzymiego ucha chwycił za nie obu rękoma wdrapał się po nim w mgnieniu oka na głowę i siadł słoniowi na karku Aha zawołał z góry na Nel niech zrozumie że to on musi mnie słuchać I jął klepać go dłonią po głowie z miną władcy i pana Dobrze zawołała z dołu Nel ale jak teraz zleziesz To mały kłopot odpowiedział Staś I przewiesiwszy nogi przed czoło słonia objął nimi trąbę i zsunął się po niej jak po drzewie Ot jak zlezę!.. Po czym oboje zajęli się wyjmowaniem resztek kolców z nóg słonia który poddawał się temu z nadzwyczajną cierpliwością Tymczasem spadły pierwsze krople dżdżu więc Staś postanowił odprowadzić natychmiast Nel do Krakowa ale tu zaszła niespodziewana trudność Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać i za każdym razem gdy próbowała się oddalić zawracał ją trąbą i przyciągał ku sobie Położenie stawało się ciężkie i wesoła zabawa wobec uporu zwierzęcia mogła się źle zakończyć Chłopiec nie wiedział co począć gdyż deszcz padał coraz gęstszy i groziła ulewa Oboje cofali się wprawdzie nieco ku wyjściu ale bardzo nieznacznie i słoń posuwał się za nimi Na koniec Staś stanął między nim a Nel utkwił w jego oczach ostre spojrzenie jednocześnie zaś rzekł cichym głosem do Nel Nie uciekaj ale cofaj się ciągle aż do wąskiego przejścia A ty Stasiu zapytała dziewczynka Cofaj się powtórzył z naciskiem bo inaczej muszę zastrzelić słonia Dziewczynka pod wpływem tej groźby posłuchała rozkazu tym bardziej że mając już nieograniczoną ufność w słoniu była pewna że on w żadnym razie nie zrobi nic złego Stasiowi Chłopiec zaś stał o cztery kroki od olbrzyma nie spuszczając zeń oczu Upłynęło w ten sposób kilka minut Nastała chwila wprost groźna Uszy słonia poruszyły się kilkakrotnie małe oczki błysnęły jakoś dziwnie i trąba wzniosła się nagle do góry Staś uczuł że blednie Śmierć! pomyślał Ale kolos odwrócił się niespodziewanie ku krawędzi parowu na której widywał zwykle Nel i począł trąbić tak żałośnie jak nigdy przedtem A Staś poszedł spokojnie ku przejściu i za skałą znalazł Nel która nie chciała wracać bez niego do drzewa Chłopak miał niepohamowaną ochotę powiedzieć jej Patrz czegoś narobiła o małom przez ciebie nie zginął Ale nie było czasu na wymówki gdyż deszcz zmienił się w ulewę i trzeba było wracać jak najprędzej Nel przemokła do nitki choć Staś owinął ją we własne ubranie We wnętrzu drzewa kazał ją zaraz Murzynce przebrać sam zaś odwiązał naprzód w męskim pokoju Sabę którego poprzednio był przywiązał z obawy aby pobiegłszy w jego ślady nie płoszył mu zwierzyny następnie począł przepatrywać raz jeszcze wszelkie ubrania i pakunki w nadziei że może znajdzie jaką zapomnianą szczyptę chininy Ale nie znalazł nic Tylko na dnie słoika który dał mu misjonarz w Chartumie kryło się we wgłębieniach trochę białego proszku tak jednak mało że starczyć go mogło zaledwie na pobielenie końca palca Postanowił wszelako nalać do słoika ukropu i dać Nel do wypicia tę płukankę Po czym gdy ulewa przeszła i zaświeciło znów słońce wyszedł z drzewa aby popatrzyć na ryby które przyniósł Kali Murzyn złowił ich kilkanaście na wędki poczynione z cienkiego drutu Po większej części były małe ale znalazły się trzy na stopę długie srebrno nakrapiane i zadziwiająco lekkie Mea która wychowana nad brzegami Nilu Niebieskiego znała się na rybach mówiła że są one dobre do jedzenia i że pod wieczór wyskakują bardzo wysoko nad wodę Jakoż przy oprawianiu ich pokazało się że są tak lekkie dlatego iż wewnątrz mają ogromne powietrzne pęcherze Staś wziął jedną z takich baniek dochodzącą do wielkości dużego jabłka i poniósł pokazać ją Nel Patrz rzekł to siedzi w rybach Z kilkunastu takich pęcherzy można by zrobić szybę w naszym oknie I pokazał górny otwór w drzewie Lecz pomyślawszy potem przez chwilę dodał I jeszcze coś więcej Co takiego zapytała rozciekawiona Nel I latawce Takie jakie puszczałeś w Port Saidzie O dobrze zrób Zrobię Z pociętych cieniutkich bambusów zbiję ramki a tych błon użyję zamiast papieru To będzie nawet lepsze od papieru bo lżejsze i deszcz tego nie rozmoczy Taki latawiec pójdzie ogromnie w górę a przy silnym wietrze zaleci Bóg wie dokąd.. Tu nagle uderzył się w czoło Mam jedną myśl Jaką Zobaczysz Jak sobie to jeszcze lepiej wyobrażę to ci powiem Teraz ten słoń tak ryczy że nie można się nawet rozmówić.. Istotnie słoń z tęsknoty za Nel a może za obojgiem dzieci trąbił tak aż cały wąwóz się trząsł razem z pobliskimi drzewami Trzeba mu się pokazać rzekła Nel to się uspokoi I poszli do wąwozu Ale Staś całkiem zajęty swą myślą począł półgłosem mówić Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port Saidu uciekłszy z Faszody od derwiszów znajdują się.. I zatrzymawszy się zapytał Jak oznaczyć gdzie?.. Co Stasiu Nic nic Już wiem Znajdują się o miesiąc drogi na wschód od Białego Nilu i proszą o prędką pomoc... Gdy wiatr będzie dął na północ albo na wschód puszczę takich latawców dwadzieścia pięćdziesiąt sto a ty Nel pomożesz mi je kleić Latawce Tak i powiem ci tylko tyle że mogą nam one oddać większą przysługę niż dziesięć słoni Tymczasem doszli do krawędzi I dopieroż zaczęło się przestępywanie olbrzyma z nogi na nogę kiwanie się machanie uszami gulgotanie i znów żałosne trąbienie gdy Nel próbowała się choć na chwilę oddalić W końcu dziewczynka poczęła tłumaczyć kochanemu słoniowi że nie może ciągle przy nim przesiadywać bo przecie musi spać jeść pracować i gospodarzyć w Krakowie Ale on uspokoił się dopiero wówczas gdy zepchnęła mu widełkami przygotowaną przez Kalego żywność a i to wieczorem zaczął znów potrębywać Dzieci nazwały go tegoż wieczora King gdyż Nel zaręczała że zanim dostał się do wąwozu był niezawodnie królem wszystkich słoni w Afryce Rozdział 29 W ciągu kilku dni Nel spędzała wszystkie chwile w których deszcz nie padał u Kinga który już nie sprzeciwiał się jej odejściu zrozumiawszy że dziewczynka wraca po kilka razy dziennie Kali który w ogóle bał się słoni patrzył na to z nadzwyczajnym zdumieniem ale w końcu doszedł do przekonania że potężne dobre Mzimu oczarowało olbrzyma i począł go także odwiedzać King zachowywał się względem niego jak również względem Mei życzliwie ale tylko jedna Nel robiła z nim co chciała tak że po tygodniu ośmieliła się nawet przyprowadzić mu i Sabę Dla Stasia była to wielka ulga gdyż mógł z całym spokojem pozostawiać Nel pod opieką czyli jak się wyrażał pod trąbą słonia i chodzić bez żadnej obawy na polowanie a nawet czasem zabierać z sobą Kalego Był też teraz pewien że zacne zwierzę nie opuściłoby ich już w żadnym razie i począł się namyślać jak je z zamknięcia uwolnić A właściwie mówiąc sposób wynalazł on już dawno ale wymagający takiej ofiary że bił się z myślami czy go użyć a następnie odkładał to z dnia na dzień Ponieważ nie miał z kim o tym pomówić postanowił wtajemniczyć ostatecznie w swe zamiary Nel chociaż uważał ją za dziecko Skałę można wysadzić prochem rzekł ale na to trzeba będzie popsuć mnóstwo ładunków to jest powyciągać z nich kule wysypać proch i zrobić z niego jeden wielki nabój Taki nabój wcisnę w najgłębszą szparę jaka się w środku znajdzie następnie zatkam i podpalę Wówczas skała rozpadnie się na kilka lub kilkanaście części i Kinga można będzie wyprowadzić Ale jeśli będzie wielki huk to czy on się nie przelęknie To niech się przelęknie odpowiedział żywo Staś To mnie najmniej obchodzi Z tobą doprawdy nie warto poważnie mówić Jednakże mówił dalej a raczej myślał dalej głośno Ale jeżeli użyję za mało ładunków to skała się nie rozpadnie i zmarnuję je na próżno jeżeli w dostatecznej ilości to nam ich niewiele zostanie A gdyby ich zabrakło przed końcem drogi wówczas grozi nam po prostu śmierć Bo czymże będę polował czym cię bronił w razie jakiego napadu Wiesz przecie dobrze że gdyby nie ta strzelba i nie te na boje to zginęlibyśmy od dawna albo z rąk Gebhra albo z głodu I szczęście to prawdziwe że mamy konie bo sami nie moglibyśmy unieść ani rzeczy ani ładunków Na to Nel podniosła palec do góry i ozwała się z wielką pewnością Jak ja Kingowi powiem to King poniesie wszystko Jakież ładunki poniesie jeśli ich mało co zostanie Będzie nas za to bronił.. Ale nie będzie przecie strzelał ze swojej trąby do zwierzyny tak jak ja ze sztucera To możemy jeść figi i te duże dynie co rosną na drzewach a Kali nałapie zawsze ryb Póki zostaniemy nad rzeką Porę dżdżystą trzeba tu przeczekać gdyż te ciągłe ulewy napędziłyby ci z pewnością febry Pamiętaj jednak że potem ruszamy w dalszą drogę i możemy trafić na pustynię Taką jak Sahara zapytała z przestrachem Nel Nie taką jednak na której nie ma rzek ani drzew owocowych a rosną niskie akacje i mimozy Tam można żyć tylko z tego co się upoluje King znajdzie tam trawę a ja antylopy ale jeśli nie będę miał czym do nich strzelać to King ich nie nałapie I Staś miał rzeczywiście o co się troszczyć gdyż obecnie gdy słoń już się oswoił i poprzyjaźnił z nimi tak poczciwie niepodobna było go porzucić i skazać na śmierć głodową a uwolnić go to znaczyło pozbawić się większej części amunicji i narazić samych siebie na nieuchronną zgubę Więc Staś odkładał robotę z dnia na dzień powtarzając sobie co wieczór w duszy Może jutro wynajdę jaki inny sposób A tymczasem do tej troski przyłączyły się inne Naprzód Kalego straszliwie pokąsały w dole rzeki dzikie pszczoły do których doprowadził go znany w Afryce niewielki szarozielony ptak zwany pszczołowodem Czarnemu chłopakowi nie chciało się przez lenistwo podkurzyć ich dostatecznie wrócił więc z miodem ale skłuty i spuchnięty tak że w godzinę później stracił przytomność Dobre Mzimu wyciągało z niego aż do wieczora przy pomocy Mei żądła a potem okładało go ziemią którą Staś polewał wodą Jednakże nad ranem zdawało się że biedny Murzyn kona Na szczęście starania i silny jego organizm przemogły niebezpieczeństwo zdrowie jednak odzyskał dopiero po upływie dni dziesięciu Druga przygoda spotkała konie Staś który podczas choroby Kalego musiał je pętać i prowadzić do wody zauważył że poczęły straszliwie chudnąć Nie można było wytłumaczyć tego brakiem żywności ponieważ wskutek deszczów trawa wybujała wysoko i wybornej paszy było w bród A jednak konie wprost nikły Po kilku dniach sierść na nich poszerszeniała oczy im zgasły a z nozdrzy płynął gęsty śluz W końcu przestały jeść a natomiast piły chciwie jakby trawiła je gorączka Gdy Kali przyszedł do zdrowia były to już dwa kościotrupy Ale on tylko spojrzał na nie i od razu zrozumiał co się stało Tse tse rzekł zwracając się do Stasia One muszą umrzeć Staś zrozumiał także albowiem jeszcze w Port Saidzie słyszał wielokrotnie o musze afrykańskiej zwanej tse tse która jest tak straszliwą plagą niektórych okolic że tam gdzie ona mieszka stale Murzyni nie posiadają wcale bydła a tam gdzie wskutek pomyślnych chwilowych warunków rozmnoży się niespodziewanie bydło ginie Koń wół lub osioł ukłuty przez tse tse marnieje i zdycha w ciągu dni kilkunastu czasem w ciągu dni kilku Zwierzęta miejscowe rozumieją to niebezpieczeństwo jakie im od niej zagraża zdarza się bowiem że całe stada wołów gdy przy wodopoju usłyszą jej brzęczenie wpadają w szaloną trwogę i rozbiegają się na wszystkie strony Stasiowe konie były pokąsane konie te a wraz z nimi osła Kali nacierał teraz codziennie jakąś niesłychanie wonną podobną z zapachu do cebuli rośliną którą w dżunglach wyszukiwał Mówił iż woń jej odpędza tse tse ale pomimo tego zaradczego środka konie chudły Staś z trwogą myślał o tym co będzie jeżeli zwierzęta padną Jak zabrać wówczas rzeczy Nel wojłoki namiot ładunki i naczynia Było tego jednak tyle że chyba jeden King potrafiłby to wszystko udźwignąć Ale żeby uwolnić Kinga potrzeba było poświęcić przynajmniej dwie trzecie naboi Coraz większe troski zbierały się nad głową Stasia na podobieństwo tych chmur które nie przestawały poić dżungli dżdżem A na koniec przyszła największa klęska wobec której zmalały wszystkie inne febra Rozdział 30 Pewnego dnia przy wieczerzy Nel podniósłszy do ust kawałek wędzonego mięsa odsunęła go nagle jakby ze wstrętem i rzekła Nie mogę dziś jeść Staś który poprzednio dowiedział się od Kalego gdzie są pszczoły i podkurzał je teraz codziennie by rabować im miód był pewien że mała zjadła w ciągu dnia za duży miodu i dlatego nie zwrócił uwagi na jej brak chęci do jedzenia Lecz ona po chwili wstała i poczęła chodzić śpiesznie wedle ogniska zataczając coraz większe koła A nie oddalaj się zanadto wołał na nią chłopiec bo jeszcze cię co porwie W rzeczywistości nie obawiał się jednak niczego albowiem obecność słonia którą dzikie zwierzęta czuły i jego trąbienie które dochodziło do ich czujnych uszu trzymały je w przyzwoitej odległości Zapewniało to bezpieczeństwo zarówno ludziom jak i koniom albowiem najstraszniejsi nawet w dżungli drapieżcy jak lew pantera i lampart wolą nie mieć do czynienia ze słoniem i nie zbliżać się zanadto do jego kłów i trąby Jednakże gdy dziewczynka nie przestawała krążyć coraz pospieszniej Staś poszedł za nią i zapytał Hej mała ćmo czemu tak latasz koło ognia Pytał jeszcze wesoło ale już się zaniepokoił a niepokój jego wzrósł gdy Nel odpowiedziała Nie wiem Nie mogę usiedzieć na miejscu Co ci jest Tak mi jakoś nieswojo i tak dziwnie.. A wtem oparła mu nagle główkę na piersiach i jakby przyznając się do winy zawołała pokornym przetkanym łzami głosem Stasiu ja chyba jestem chora Nel! Po czym położył jej dłoń na czole które było suche i zarazem lodowate Więc porwał ją na ręce i poniósł ku ognisku Zimno ci pytał po drodze I zimno i gorąco ale bardziej zimno.. Jakoż ząbki jej uderzały jedne o drugie a ciałem wstrząsały ciągłe dreszcze Staś nie miał już najmniejszej wątpliwości że dostała febry Kazał natychmiast Mei zaprowadzić ją do drzewa rozebrać i położyć a następnie okrył ją czym mógł widział był bowiem w Chartumie i Faszodzie że ludzie chorzy na febrę okrywali się owczymi skórami aby się zapocić Postanowił przesiedzieć przy Nel całą noc i poić ją gorącą wodą z miodem Ale ona z początku nie chciała pić Przy świetle kaganka zawieszonego wewnątrz drzewa Staś dostrzegł jej błyszczące źrenice Po chwili zaczęła się skarżyć na gorąco a jednocześnie trzęsła się pod wojłokami i pod pledem Ręce jej i czoło były wciąż zimne ale gdyby Staś znał się choć cokolwiek na febrycznych przypadłościach byłby poznał z jej nadzwyczaj niespokojnych ruchów że musi mieć straszliwą gorączkę Ze strachem zauważył że gdy Mea wchodziła z gorącą wodą dziewczynka patrzyła na nią jakby z pewnym zdziwieniem a nawet obawą i zdawała się jej nie poznawać Z nim jednak rozmawiała przytomnie Mówiła mu że nie może leżeć i prosiła żeby pozwolił jej wstać i biegać to znów pytała czy się nie gniewa na nią za to że chora a gdy zapewniał ją że nie przyciskała rzęsami łzy które napływały jej do oczu i zaręczała że jutro będzie zupełnie zdrowa Tego wieczora a raczej nocy słoń był jakoś dziwnie niespokojny i ciągle ryczał co znów pobudziło Sabę do szczekania Staś zauważył że chorą to drażni więc wyszedł z drzewa by ich uspokoić Z Sabą poszło mu łatwo ale słoniowi trudniej było nakazać ciszę więc wziął kilka melonów by mu je rzucić i zatkać mu trąbę przynajmniej na jakiś czas Wracając spostrzegł przy świetle ognia Kalego który z kawałkiem wędzonego mięsa na ramieniu oddalał się w kierunku biegu rzeki Co ty tam robisz i dokąd idziesz zapytał Murzyna A czarny chłopak zatrzymał się i gdy Staś zbliżył się ku niemu rzekł z tajemniczą twarzą Kali iść pod inne drzewo położyć mięso złemu Mzimu Dlaczego Dlatego żeby zły Mzimu nie zabić dobrego Mzimu Staś chciał na to coś odpowiedzieć lecz nagle żal chwycił go za piersi więc zacisnął tylko zęby i odszedł w milczeniu Gdy wrócił do drzewa Nel miała oczy zamknięte ręce jej leżące na wojłoku drgały wprawdzie mocno ale zdawało się że usypia Staś siadł przy niej i w obawie by jej nie zbudzić siedział przez pewien czas bez ruchu Mea siedząca z drugiej strony poprawiała co chwila kawałki kości słoniowej sterczące jej w uszach by bronić się tym sposobem od drzemki Uczyniło się cicho tylko z dołu rzeki od strony rozlewu dochodziło rzechotanie żab i smętne kumkanie ropuch Nagle Nel siadła na posłaniu Stasiu Jestem tu Nel A ona dygocząc jak liść na wietrze poczęła szukać jego ręki i powtarzać śpiesznie raz po raz Boję się boję się daj mi rękę Nie bój się jestem przy tobie I chwycił jej dłoń która tym razem była rozpalona jak w ogniu nie wiedząc zaś sam co ma robić jął okrywać tę biedną wychudzoną rączkę pocałunkami Nie bój się Nel nie bój Po czym dał jej się napić wody z miodem która przez ten czas wystygła Nel tym razem piła chciwie i przytrzymywała mu rękę z naczyniem gdy próbował odejmować je od ust Chłodny napój zdawał się ją uspokajać Nastało milczenie Lecz po upływie pół godziny Nel znów siadła na posłaniu a w rozszerzonych jej oczach widać było okropną trwogę Stasiu Co ci jest kochanie Czemu pytała przerywanym głosem Gebhr i Chamis chodzą koło drzewa i zaglądają tu do mnie Stasiowi w jednej chwili wydało się że oblazły go tysiące mrówek Co ty mówisz rzekł Tu nikogo nie ma to Kali chodzi koło drzewa Lecz ona patrząc w ciemny otwór zawołała szczękając zębami I Beduini także Dlaczegoś ty ich pozabijał Staś otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie Ty wiesz dlaczego Nie patrz tam nie myśl '' o tym To było już dawno!.. Dziś dziś Nie Nel dawno!.. Jakoż i było dawno ale wróciło jak fala odbita od brzegu i napełniło znów przerażeniem myśli chorego dziecka Wszelkie słowa uspokojenia okazywały się daremne Oczy Nel rozszerzały się coraz bardziej Serce biło tak gwałtownie iż zdawało się że pęknie lada chwila Potem zaczęła się rzucać jak ryba wyjęta z wody i trwało to prawie do rana Dopiero nad samym ranem siły jej wyczerpały się zupełnie i główka opadła na postanie Słabo mi słabo powtórzyła Stasiu ja lecę gdzieś na dół Po czym zamknęła oczy Staś w pierwszej chwili przeraził się okropnie myślał bowiem że umarła Ale to był tylko koniec pierwszego paroksyzmu tej strasznej afrykańskiej febry zwanej zgubną której dwa ataki ludzie silni i zdrowi mogą przetrzymać trzeciego nie przetrzymał dotychczas nikt Podróżnicy opowiadali o tym często w Port Saidzie w domu pana Rawlisona a jeszcze częściej wracający do Europy misjonarze katoliccy których pan Tarkowski gościnnie u siebie przyjmował Drugi atak przychodzi po kilku lub kilkunastu dniach trzeci zaś jeśli nie przyszedł w ciągu dwóch tygodni to nie był śmiertelny gdyż liczył się jako znów pierwszy w drugim nawrocie choroby Staś wiedział że jedynym lekarstwem jakie mogło przerwać lub pooddalać od siebie ataki były duże dawki chininy ale nie miał już jej ani atomu Na razie jednak widząc że Nel oddycha uspokoił się nieco i począł się za nią modlić A tymczasem słońce wyskoczyło spoza skał wąwozu i uczynił się dzień Słoń upominał się już o śniadanie a od strony rozlewu który tworzyła rzeka ozwały się krzyki wodnego ptactwa Chcąc zabić parę pentarek na rosół dla Nel chłopiec wziął strzelbę śrutówkę i poszedł wzdłuż rzeki ku kępie wysokich krzewów na których ptaki te sadowiły się zwykle na noc Ale tak był niewyspany i myśli jego tak były zajęte chorobą dziewczynki że całe stado pentarek przeszło tuż koło niego truchcikiem jedna za drugą dążąc do wodopoju a on ich wcale nie spostrzegł Stało się tak jeszcze i dlatego że wciąż się modlił Myślał o zabiciu Gebhra Chamisa Beduinów i podnosząc oczy w górę mówił ze ściśniętym przez łzy gardłem Ja to dla Nel zrobiłem Panie Boże dla Nel bo nie mogłem jej inaczej uwolnić ale jeśli to grzech to mnie ukarz a ona niech wyzdrowieje!... Po drodze spotkał Kalego który poszedł zobaczyć czy zły Mzimu zjadł ofiarowane mu wczoraj mięso Młody Murzyn kochając małą bibi modlił się także za nią ale modlił się w całkiem odmienny sposób Mówił mianowicie złemu Mzimu że jeśli bibi wyzdrowieje to on mu co dzień przyniesie kawałek mięsa ale jeśli umrze to chociaż się go boi i choć wie że potem zginie tak mu przedtem skórę wyłupi że złe Mzimu na wieki go popamięta Nabrał wszelako dobrej otuchy gdyż złożone wczoraj mięso znikło Mógł wprawdzie porwać je jaki szakal ale mógł i Mzimu przybrać na się postać szakala Kali zawiadomił o tym pomyślnym wypadku Stasia ten jednak popatrzył na niego jakby go wcale nie rozumiał i poszedł dalej Minąwszy kępę krzaków w której pentarek nie znalazł zbliżył się do rzeki Brzegi jej zarośnięte były wysokimi drzewami z których zwieszały się na kształt długich pończoch gniazda remizów ślicznych żółtych ptaszków z czarnymi skrzydłami a także i gniazda os podobne do wielkich róż ale koloru szarej bibuły W jednym miejscu rzeka tworzyła szeroki na kilkadziesiąt kroków rozlew porośnięty w części papirusem Na tym rozlewie roiło się zawsze ptactwo wodne Były tam bociany takie same jak nasze europejskie i bociany o wielkim grubym dziobie zakończonym hakiem i czarne jak aksamit ptaki o nogach czerwonych jak krew i flamingi i ibisy i białe z różowymi skrzydłami warzęchy mające dzioby podobne do łyżek i żurawie z koronami na głowach i mnóstwo kulików pstrych i szarych jak myszy biegających szybko tam i na powrót niby drobne duchy leśne na długich cienkich jak słomki nóżkach Staś zabił dwie duże kaczki pięknej cynamonowej barwy i depcząc po nieżywych białych motylach których tysiące zaścielały brzeg rozejrzał się naprzód dobrze czy na mieliźnie nie ma krokodylów po czym przeszedł przez wodę i podniósł zdobycz Strzał rozproszył oczywiście ptactwo pozostały tylko dwa stojące o kilkanaście kroków dalej i zadumane nad wodą marabuty podobne do dwóch starców o łysych wciśniętych między ramiona głowach Te nie poruszyły się wcale Chłopiec popatrzył przez chwilę na ich olbrzymie worki mięsne zwieszające się na piersiach a następnie zauważywszy że osy zaczynają coraz gęściej krążyć koło niego powrócił do obozowiska Nel spała jeszcze więc i on oddawszy Mei kaczki rzucił się na wojłok i zasnął natychmiast kamiennym snem Zbudzili się dopiero po południu on wcześniej Nel później Dziewczynka czuła się nieco silniejsza a gdy gęsty i mocny rosół pokrzepił jeszcze jej siły wstała i wyszła z drzewa chcąc popatrzyć na Kinga i na słońce Ale teraz dopiero przy świetle dziennym można było dokładnie zobaczyć jakie ta jedna noc gorączki porobiła w niej spustoszenia Cerę miała żółtą i przeźroczystą usta poczerniałe oczy podkrążone i twarzyczkę jakby postarzałą Nawet źrenice jej wydawały się bledsze niż zwykle Pokazało się także iż wbrew zapewnieniom jakie dawała Stasiowi że czuje się dość mocna i mimo sporego kubka rosołu który zaraz po przebudzeniu się wypiła ledwie mogła dojść o własnych siłach do wąwozu Staś myślał z rozpaczą o drugim ataku i o tym że nie posiada ani lekarstw ani żadnych środków którymi mógłby mu zapobiec A tymczasem deszcz zlewał ziemię po kilkanaście razy na dzień powiększając wilgoć powietrza Rozdział 31 Poczęły się ciężkie i pełne lęku dni oczekiwania Drugi atak przyszedł dopiero po tygodniu i nie był tak silny jak pierwszy ale Nel uczuła się po nim jeszcze słabszą Wychudła i zmizerniała do tego stopnia że nie była to już dziewczynka ale cień dziewczynki Płomyk jej życia tlił się tak słabo że zdawało się iż dość jest dmuchnąć aby go zgasić Staś zrozumiał że śmierć nie potrzebuje czekać na trzeci atak by ją zabrać i oczekiwał jej lada dzień lada godzina Sam wychudł i sczerniał także albowiem nieszczęście przechodziło jego siły i jego rozum Więc patrząc na jej woskową twarzyczkę mówił sobie codziennie Na tomże strzegł jej jak oka w głowie żeby tu ją pochować w dżungli? I nie rozumiał wcale dlaczego tak ma być Chwilami znów wyrzucał sobie że jeszcze nie dość jej strzegł że nie był dla niej dość dobry a wówczas taki żal chwytał go za serce że chciało mu się gryźć własne palce Było niedoli po prostu za dużo A Nel spała teraz prawie ciągle i być może że to utrzymywało ją przy życiu Staś budził ją jednak kilka razy na dzień by ją posilić Wówczas ilekroć deszcz nie padał prosiła go aby wynosił ją na powietrze nie mogła już bowiem utrzymać się na własnych nogach Zdarzało się wszelako iż zasypiała nawet na jego ręku Wiedziała już że jest bardzo chora i że może lada dzień umrzeć W chwilach większego ożywienia rozmawiała o tym ze Stasiem a zawsze z płaczem gdyż bała się śmierci Już ja nie wrócę do tatusia mówiła pewnego razu ale ty powiedz tatusiowi że mi było bardzo żal i proś go żeby tu do mnie przyjechał.. Wrócisz odpowiedział Staś I nie mógł nic więcej powiedzieć gdyż chciało mu się wyć A Nel mówiła dalej ledwie dosłyszalnym sennym głosem I tatuś przyjedzie i ty kiedyś przyjedziesz.. prawda Na tę myśl uśmiech rozjaśnił jej wynędzniałą twarzyczkę po chwili jednak ozwała się znowu jeszcze ciszej Ale mi tak żal.. To rzekłszy oparła mu główkę na ramieniu i poczęła płakać on zaś przemógł własny ból przytulił ją do piersi i odpowiedział żywo Nel ja bez ciebie nie wrócę i.. i wcale nie wiem co bym bez ciebie robił na świecie Nastało milczenie podczas którego Nel usnęła znowu Staś odniósł ją do drzewa ale zaledwie wyszedł na zewnątrz gdy z wierzchotka cypla nadbiegł Kali i machając rękoma począł wołać z twarzą wzburzoną i przelękłą Panie wielki panie wielki Czego chcesz zapytał Staś A Murzyn wyciągnął rękę i ukazując na południe rzekł Dym Staś przysłonił oczy dłonią i wytężywszy wzrok we wskazanym kierunku ujrzał rzeczywiście przy czerwonawym blasku nisko już stojącego słońca smugi dymu wznoszącą się daleko wśród dżungli między wierzchołkami jeszcze dalszych dość wysokich dwóch wzgórz Kali drżał cały albowiem zbyt dobrze pamięta straszną niewolę u derwiszów był zaś pewien że to ich obozowisko Stasiowi też się wydało iż to nie może być nikt inny jak Smain i w pierwszej chwili zląkł się także okropnie Tego tylko brakło Obok śmiertelnej choroby Nel derwisze I znów niewola i znów powrót do Faszody albo i do Chartumu pod rękę Mahdiego lub pod bat Abdullahiego Jeśli ich schwytają Nel umrze pierwszego dnia on zaś zostanie niewolnikiem na resztę życia A gdyby nawet kiedyś uciekł co mu po życiu co mu po wolności bez Nel Jakżeby spojrzał w oczy ojcu albo panu Rawlisonowi gdyby derwisze porzucili ją po śmierci hienom on zaś nie potraciłby nawet powiedzieć gdzie jest jej grób Takie myśli przelatywały mu jak błyskawice przez głowę Nagle uczuł nieprzepartą chęć popatrzenia na Nel i skierował się ku drzewu Po drodze zapowiedział Kalemu by zgasił ogień i nie ważył się palić go w nocy po czym wszedł do wnętrza Nel nie spala i czuła się lepiej Zaraz też podzieliła się tą wiadomością ze Stasiem Saba leżał przy u niej i ogrzewał ją swym ogromnym ciałem a ona głaskała go lekko po głowie uśmiechając się gdy chwytał paszczą subtelne pyłki próchna kręcące się w smudze świetlnej którą tworzyły w drzewie ostatnie promienie zachodzącego słońca Była widocznie lepszej myśli gdyż po chwili zwróciła się z dość raźną minką do Stasia A może ja nie umrę Nie umrzesz z pewnością odpowiedział Staś Skoro po drugim ataku czujesz się silniejszą to trzeci wcale nie przyjdzie Ona zaś poczęła mrugać powiekami jakby się nad czymś namyślając i rzekła Gdybym miała taki gorzki proszek co mi tak dobrze zrobił po tej nocy z lwami pamiętasz to ani trochę nie myślałabym umierać ani tyle I pokazała na paluszku jak mało byłaby wówczas na śmierć gotowa Ach ozwał się Staś oddałbym nie wiem co za źdźbło chininy I pomyślał że gdyby jej miał dosyć to by poczęstował Nel choćby dwoma na raz proszkami a potem owinął ją pledem posadził przed sobą na koniu i ruszył natychmiast w stronę przeciwną tej w której było obozowisko derwiszów Tymczasem słońce zapadło i dżungla pogrążyła się nagle w ciemność Dziewczynka pogwarzyła jeszcze z pół godziny po czym usnęła a Staś rozmyślał dalej o derwiszach i o chininie Strapiona ale nadzwyczaj zaradna jego głowa poczęła pracować i tworzyć plany jedne śmielsze i zuchwalsze od drugich Naprzód począł się zastanawiać nad tym czy ten dym w południowej stronie pochodzi koniecznie z obozu Smaina Mogli to wprawdzie być derwisze ale mogli być i Arabowie znad brzegów oceanu którzy czynili wielkie wyprawy w głąb lądu po kość słoniową i po niewolników Ci nie mieli nic wspólnego z derwiszami którzy psuli im handel Mógł to być także obóz Abisyńczyków albo jaka podgórska wioska murzyńska do której łapacze ludzi jeszcze nie dotarli Czy nie należało się o tym przekonać Arabowie z Zanzibaru z okolic Bagamojo z Witu i z Mombassy a w ogóle z pobrzeży oceanu byli to ludzie którzy ustawicznie stykali się z białymi więc kto wie czy za wielką nagrodą nie podjęliby się odprowadzić ich obojga do którego z najbliższych portów Staś wiedział doskonale że może taką nagrodę przyrzec i że jego przyrzeczeniu uwierzą Przyszła mu też jeszcze inna myśl która poruszyła go do głębi Oto widział że w Chartumie wielu derwiszów szczególniej z Nubii chorowało prawie na równi z białymi na febrę i ci leczyli się chininą którą rabowali Europejczykom albo jeśli była ukryta u renegatów Greków lub Koptów kupowali na wagę złota Otóż można było się spodziewać że Arabowie znad oceanu będą mieli ją na pewno Pójdę mówił sobie Staś pójdę dla Nel I zastanawiając się coraz usilniej nad położeniem doszedł w końcu do przekonania że gdyby to nawet był oddział Smaina to i tak należało iść Przypomniał sobie że z powodu zupełnego przerwania stosunków między Egiptem a Sudanem Smain prawdopodobnie nic nie wie o ich porwaniu z Fajumu Fatma nie mogła się z nim porozumieć więc to porwanie było tylko jej osobistym pomysłem wykonanym przy pomocy Chamisa syna Chadigiego oraz Idrysa Gebhra i dwóch Beduinów Otóż ludzie ci nic nie obchodzili Smaina z tej prostej przyczyny że znał między nimi tylko jednego Chamisa a o tamtych nigdy w życiu nie słyszał Obchodziły go tylko jego własne dzieci i Fatma Ale właśnie może zatęsknił już za nimi i może rad byłby do nich wrócić zwłaszcza jeżeli uprzykrzyła mu się już służba u Mahdiego Przy Mahdim nie zrobił widocznie wielkiego losu skoro zamiast przywodzić potężnym wojskom lub rządzić jakim obszernym krajem musiał łapać niewolników aż Bóg wie gdzie za Faszodą Powiem mu tak myślał Staś jeśli odprowadzisz nas do jakiego portu nad Oceanem Indyjskim i wrócisz z nami do Egiptu rząd przebaczy ci wszystkie winy połączysz się z Fatmą i z dziećmi a prócz tego pan Rawlison uczyni cię bogatym jeśli nie to dzieci i Fatmy nie zobaczysz już nigdy w życiu I był pewien że Smain namyśli się dobrze nim taki układ odrzuci Oczywiście nie było to wszystko bezpieczne mogło nawet pokazać się zgubne ale mogło również stać się deską ocalenia z tej toni afrykańskiej Staś począł się w końcu dziwić dlaczego możliwość spotkania ze Smainem tak go na razie przeraziła i ponieważ chodziło o śpieszny ratunek dla Nel postanowił pójść jeszcze tej nocy Łatwiej to jednak było powiedzieć niż wykonać Co innego jest siedzieć nocą w dżungli przy dobrym ogniu za kolczastą zeribą a co innego puścić się wśród ciemności w wysokie trawy w których poluje o tej porze lew pantera i lampart nie mówiąc o hienach i szakalach Chłopiec przypomniał sobie jednak słowa młodego Murzyna wówczas gdy ów udał się nocą szukać Saby i wróciwszy z nim powiedział Kali się bać ale pójść I powtórzył sobie to samo Będę się bał ale pójdę Czekał jednak na wzejście księżyca gdyż noc była nadzwyczaj ciemna i dopiero gdy dżungla posrebrzała od jego blasku zawołał Kalego i rzekł Kali zabierz Sabę do drzewa zatkaj wejście cierniem i pilnujcie mi z Meą panienki jak oka w głowie a ja pójdę zobaczyć co to za ludzie są tam w tym obozowisku Pan wielki wziąć z sobą Kalego i strzelbę która zabija złe zwierzęta Kali nie zostać Zostaniesz rzekł stanowczo Staś i zakazuj ci iść za mną Po czym zamilkł na chwilę a następnie ozwał się głuchym nieco głosem Kali jesteś wierny i roztropny więc ufam że spełnisz to co ci powiem Gdybym ja nie wrócił a panienka umarła to zostawisz ją w drzewie ale naokoło drzewa wzniesiesz wysoką zeribę a na korze wytniesz taki oto wielki znak I wziąwszy dwa bambusy złożył je w krzyż Po czym tak mówił dalej Jeśli zaś bibi nie umrze ale ja nie wrócę to będziesz ją czcił i służył wiernie a potem zaprowadzisz ją do swego ludu i powiesz wojownikom Wa hima żeby szli z nią ciągle na wschód aż do Wielkiego Morza Tam znajdziesz białych ludzi którzy wam dadzą dużo strzelb prochu paciorków drutu i tyle płótna ile zdołacie unieść Zrozumiałeś A młody Murzyn rzucił się przed nim na kolana objął jego nogi i począł powtarzać żałośnie O bwana kubwa wrócić wrócić wrócić Stasia wzruszyło przywiązanie czarnego chłopaka więc schylił się położył mu rękę na głowie i rzekł Idź do drzewa Kali i.. niech cię Bóg błogosławi Zostawszy sam namyślał się jeszcze przez chwilę czy nie wziąć z sobą osła Było to bezpieczniej albowiem lwy w Afryce zarówno jak tygrysy w Indiach w razie spotkania człowieka jadącego na koniu lub ośle rzucają się zawsze na zwierzę nie na człowieka Ale zadał sobie pytanie kto w takim razie będzie nosił namiot Nel i na czym ona sama pojedzie Po tej uwadze odrzucił natychmiast myśl zabrania osła i puścił się piechotą w dżunglę Księżyc wypłynął już wyżej na niebo było przeto znacznie widniej Jednakże trudności rozpoczęły się zaraz jak tylko chłopiec zanurzył się w trawy które wyrosły już tak wysoko że i człowiek na koniu mógł się w nich z łatwością ukryć Nawet w dzień nie było w nich na krok nic widać a cóż dopiero w nocy kiedy księżyc oświecał tylko ich wierzchołki a niżej wszystko pogrążone było w głębokim cieniu W takich warunkach łatwo jest zmylić drogę i chodzić w kółko zamiast posuwać się naprzód Stasiowi dodawała wszelako odwagi ta myśl że naprzód obozowisko ku któremu szedł było odległe od cypla co najwyżej o trzy lub cztery mile angielskie a po wtóre że dym ukazał się między wierzchołkami dwóch wyniosłych pagórków zatem nie tracąc z oczu pagórków nie można było zabłądzić Ale trawy mimozy i akacje przesłaniały wszystko Na szczęście co kilkadziesiąt kroków wznosiły się kopce termitów wysokie niekiedy na kilkanaście stóp Staś ustawiał ostrożnie strzelbę pod każdym kopcem potem wdrapywał się na jego szczyt i dojrzawszy wzgórza rysujące się czarno na tle nieba złaził i szedł dalej Strach go tylko brał na myśl co będzie jeśli chmury zasłonią księżyc i niebo albowiem wówczas znalazłby się jak w podziemiu Ale nie było to jedyne niebezpieczeństwo Dżungla w nocy gdy wśród ciszy słychać każdy odgłos każdy krok i niemal szelest jaki robią owady łażące po trawach jest wprost przerażająca Unosi się nad nią lęk i zgroza Staś musiał zważać na wszystko nasłuchiwać czuwać rozglądać się na wszystkie strony mieć głowę jak na śrubkach a strzelbę gotową w każdej sekundzie do strzału Co chwila wydało mu się że coś się zbliża skrada przyczaja Niekiedy znowu słyszał poruszające się trawy i nagły tętent uciekających zwierząt Domyślał się wówczas że spłoszył antylopy które mimo rozstawionych straży śpią czujnie wiedząc że niejeden straszny płowy myśliwiec poluje w ciemnościach o tej porze Ale oto coś wielkiego czerni się pod parasolowatą akacją Może to skała a może nosorożec lub bawół który zwietrzywszy człowieka ocknie się z drzemki i rzuci się natychmiast do ataku Tam znów za czarnym krzewem widać dwa błyszczące punkty Hej strzelba do twarzy To lew Nie!.. Próżny alarm To latarniki bo jedno światełko wznosi się w górę i leci nad trawami jak spadająca ukośnie gwiazda Staś właził na termitiery nie zawsze dlatego by przekonać się czy idzie w dobrym kierunku ale i dlatego by obetrzeć spocone zimnym potem czoło odetchnąć i poczekać aż mu się uspokoi bijące zbyt pośpiesznie serce Był przy tym tak już zmęczony że ledwie trzymał się na nogach Lecz szedł naprzód w tej myśli że tak trzeba dla uratowania Nel Po dwóch godzinach wydostał się na grunt gęsto usiany kamieniami gdzie trawy były niższe i było znacznie widniej Dwa wyniosłe wzgórza rysowały się równie daleko jak i przedtem natomiast bliżej biegł poprzecznie zrąb skalny za którym wznosił się drugi wyższy oba zaś otaczały widocznie jakąś dolinę albo wąwóz podobny do tego w którym zamknięty był King Nagle o jakie trzysta lub czterysta kroków na prawo spostrzegł na ścianie skalnej różowy odblask płomienia I stanął Serce biło mu znów tak że nieledwie słyszał je wśród ciszy nocnej Kogo tam zobaczy na dole Arabów ze wschodnich wybrzeży Derwiszów Smaina czy też dzikich Murzynów którzy opuściwszy rodzinne wioski chronią się przed derwiszami w niedostępne górskie komysze Czy znajdzie śmierć albo niewolę czy też ratunek dla Nel Trzeba się było o tym przekonać Cofać się już nie mógł i nie chciał Po chwili począł się skradać w kierunku ognia idąc jak najciszej i tamując dech w piersiach Uszedłszy tak około stu kroków usłyszał niespodzianie od strony dżungli parskanie koni i zatrzymał się znowu Przy świetle księżyca naliczył ich pięć Jak na derwiszów było to mało ale przypuszczał że reszta ukryta jest może w wysokich trawach Dziwiło go tylko to że nie ma przy nich żadnych straży że te straże nie palą na górze ogni dla odstraszenia dzikich zwierząt Ale dziękował Bogu że tak było gdyż mógł posuwać się dalej niedostrzeżony Blask na skałach czynił się coraz wyraźniejszy Zanim upłynął kwadrans Staś znalazł się w miejscu w którym przeciwległa skała była najmocniej oświecona co wskazywało że u jej stóp musi się palić ogień Wówczas czołgając się dopełznął z wolna do krawędzi i spojrzał w dół Pierwszym przedmiotem który uderzył jego oczy był wielki namiot przed namiotem stało polowe płócienne łóżko a na nim leżał człowiek przybrany w biały ubiór europejski Mały może dwunastoletni Murzynek dokładał suchego paliwa do ognia który oświecał ścianę skalną i szeregi Murzynów śpiące pod nią z obu stron namiotu Staś w jednej chwili zsunął się po pochyłości na dno wąwozu Rozdział 32 Przez jakiś czas ze zmęczenia i wzruszenia nie mógł ani słowa przemówić i stał dysząc ciężko przed leżącym na łóżku człowiekiem który milczał także i patrzył na niego ze zdumieniem graniczącym niemal z nieprzytomnością Wreszcie zawołał Nasibu jesteś Jestem panie odpowiedział mały Murzynek Czy widzisz kogo i czy kto stoi przede mną Lecz zanim malec zdołał odpowiedzieć Staś odzyskał mowę Panie rzekł nazywam się Stanisław Tarkowski Uciekliśmy z małą miss Rawlison z niewoli derwiszów i ukrywamy się w dżungli Ale Nel jest ciężko chora więc błagam cię dla niej o pomoc Nieznajomy patrzył jeszcze przez chwilę mrugając oczyma po czym przetarł ręką czoło Słyszę nie tylko widzę ozwał się sam do siebie To nie złudzenie!.. Co pomoc Ja sam potrzebuję pomocy Jestem ranny Nagle jednak otrząsnął się jakby z sennych przywidzeń lub odrętwienia spojrzał przytomniej i z błyskiem radości w oczach rzekł Biały chłopiec!.. Jeszcze widzę białego!.. Witam cię ktokolwiek jesteś Mówiłeś o jakiejś chorej? Czego ode mnie żądasz Staś powtórzył że tą chorą jest Nel córka pani Rawlisona jednego z dyrektorów kanału że miała już dwa ataki febry i że musi umrzeć jeśli nie będzie miał chininy by zapobiec trzeciemu Dwa ataki to źle odpowiedział nieznajomy Ale chininy mogę ci dać ile chcesz Mam jej kilka słoików które nie przydadzą mi się już na nic Tak mówiąc kazał małemu Nasibu podać sobie duże blaszane pudło które było widocznie apteczką podróżną wydobył z niego dwa spore słoiki napełnione białym proszkiem i wręczył je Stasiowi Oto połowa tego co mam Wystarczy to choćby na rok.. Staś miał ochotę krzyczeć po prostu z radości więc począł mu dziękować z takim uniesieniem jakby mu o własne życie chodziło A nieznajomy skinął kilkakrotnie głową i rzekł Dobrze dobrze Nazywam się Linde jestem Szwajcar z Zurychu.. Dwa dni temu miałem wypadek ranił mnie ciężko dzik ndiri Następnie zwrócił się do czarnego malca Nasibu nałóż mi fajkę Po czym do Stasia W nocy mam zawsze większą gorączkę i trochę mi się troi w głowie Ale fajka rozjaśnia mi myśli Wszak mówiłeś że uciekliście z niewoli derwiszów i ukrywacie się w dżungli Czy tak Tak panie mówiłem I co zamierzacie czynić Uciec do Abisynii Wpadniecie w ręce mahdystów których oddziały włóczą się po całym pograniczu Nie możemy jednak przedsięwziąć nic innego Ach jeszcze przed miesiącem ja mógłbym był wam dać pomoc Ale teraz jestem sam tylko na fasce bożej i tego czarnego chłopca Staś spojrzał na niego ze zdziwieniem A ten obóz To obóz śmierci A ci Murzyni Ci Murzyni śpią i nie rozbudzą się więcej Nie rozumiem.. Chorzy na śpiączkę.27 To są ludzie znad Wielkich Jezior gdzie ta straszna choroba panuje ciągle i zapadli na nią wszyscy prócz tych którzy przedtem pomarli na ospę Został mi tylko ten jeden chłopak.. Stasia uderzyło teraz dopiero to że w chwili w której zsunął się był do wąwozu żaden Murzyn nie poruszył się nie drgnął nawet i że w czasie całej rozmowy spali wszyscy jedni z głowami opartymi o skałę drudzy z pospuszczanymi na piersi Śpią i nie rozbudzą się już zapytał jakby jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego co usłyszał A Linde rzekł Ach to trupiarnia ta Afryka!.. Lecz dalsze słowa przerwał mu tupot koni które przestraszywszy się czegoś w dżungli poprzyskakiwały na swych spętanych nogach do krawędzi doliny chcąc być bliżej ludzi i światła To nic to konie ozwał się znów Szwajcar Zabrałem je mahdystom których pobiłem kilka tygodni temu Było ich ze trzystu a może i więcej Ale oni mieli przeważnie dzidy a moi ludzie remingtony które tam stoją oto pod ścianą bez żadnego już pożytku Jeśli ci brak broni albo nabojów to bierz ile chcesz Weź także i konia prędzej na nim wrócisz i do twojej chorej Ile ona ma lat Osiem odpowiedział Staś Więc to jeszcze dziecko.. Niechże Nasibu da ci dla niej herbaty ryżu kawy i wina.. Bierz co chcesz z zapasów a jutro przyjeżdżaj po nowe Wrócę z pewnością żeby panu raz jeszcze podziękować z całego serca i pomóc mu w czym potrafię A Linde rzekł Dobrze choć popatrzeć na europejską twarz Jeśli przyjedziesz wcześniej to będę przytomniejszy Teraz gorączka znowu mnie chwyta bo cię widzę podwójnie Czy was dwóch stoi nade mną?.. Nie!.. Wiem że jesteś jeden i że to tylko gorączka.. Ach ta Afryka!.. I przymknął oczy W kwadrans później Staś wyruszył z powrotem z tego dziwnego obozu snu i śmierci ale tym razem konno Noc jeszcze była głęboka ale on już nie zważał na żadne niebezpieczeństwa z którymi mógł się spotkać w wysokich trawach Trzymał się jednak bliżej rzeki przypuszczając że oba wąwozy muszą na nią wychodzić Wracać było zresztą znacznie łatwiej gdyż w ciszy nocnej dochodził z daleka szum wodospadu a przy tym obłoki rozproszyły się na zachodniej stronie nieba i prócz księżyca świeciło mocno światło zodiakalne Chłopiec kłuł konia w boki końcami szerokich arabskich strzemion i leciał trochę jak na złamanie karku mówiąc sobie w duszy Co mi tam lwy i pantery ja mam chininę dla mojej małej! I co chwila dotykał ręką słoików jakby chcąc się upewnić że je naprawdę posiada i że to wszystko nie było snem Rozmaite myśli i obrazy przesuwały mu się przez głowę Widział rannego Szwajcara dla którego czuł ogromną wdzięczność i nad którym litował się tym serdeczniej że w czasie rozmowy brał go z początku za wariata widział małego Nasibu z okrągłą jak kula czaszką i szeregi śpiących pagazich i lufy opartych o skały remingtonów połyskujące w ogniu Był prawie pewien że ta bitwa o której wspomniał Linde była z oddziałem Smaina i dziwnie wydało mu się pomyśleć że może i Smain poległ Te widzenia mieszały mu się z nieustającą myślą o Nel Wyobrażał sobie jak ona się zdziwi zobaczywszy jutro cały słoik chininy i że go chyba weźmie za cudotwórcę Ach mówił sobie gdybym był stchórzył i nie poszedł przekonać się skąd pochodzi ten dym nie darowałbym sobie tego przez całe życie Po upływie niespełna godziny szum wodospadu stał się zupełnie wyraźny a z rzechotania żab Staś domyślił się że już jest blisko szczerku na którym strzelał poprzednio wodne ptactwo Przy blasku księżyca rozpoznał nawet z dala stojące nad nim drzewa Teraz należało zachować więcej czujności rozlew ów bowiem tworzył zarazem i wodopój do którego wszelki zwierz okoliczny musiał koniecznie przychodzić gdyż gdzie indziej brzegi rzeki były strome i mało dostępne Ale było już późno i drapieżnicy poukrywali się widocznie po nocnych łowach w skalistych jaskiniach Koń chrapał trochę wietrząc niedawne ślady lwów czy też panter jednakże Staś przejechał szczęśliwie i w chwilę później ujrzał na wysokim cyplu czarną wielką sylwetkę Krakowa Pierwszy raz w Afryce miał takie uczucie jakby przyjechał do domu Liczył że zastanie wszystkich śpiących ale liczył bez Saby który począł szczekać tak że mógłby pobudzić nawet umarłych Kali znalazł się także w jednej chwili przed drzewem i zawołał Bwana kubwa na koniu W głosie jego było jednak więcej radości niż zdziwienia gdyż tak wierzył w potęgę Stasia że gdyby ów był nawet stworzył konia czarny chłopak jeszcze nie byłby bardzo zdziwiony Ale ponieważ radość objawia się u Murzynów śmiechem więc jął bić się dłońmi po biodrach i śmiać się jak szalony Spętaj tego konia rzekł Staś zdejmij z niego zapasy napal ognia i zagotuj wody Po czym wszedł do drzewa Nel rozbudziła się także i poczęła go wołać Staś odchyliwszy płócienną ścianę ujrzał przy świetle kaganka jej bladą twarz i białe chude rączki leżące na pledzie którym była przykryta Jak się czujesz mała spytał wesoło Dobrze i spałam mocno póki mnie nie rozbudził Saba Ale czemu ty nie śpisz Bom wyjeżdżał Dokąd Do apteki Do apteki Tak Po chininę Dziewczynce nie smakowały wprawdzie mocno proszki chininy które brała poprzednio ale ponieważ uważała ją za niezawodne lekarstwo na wszystkie choroby na świecie więc westchnęła i rzekła Ja wiem że ty już nie masz chininy Staś podniósł ku kagankowi jeden ze słoików i zapytał z dumą i radością A to co Nel nie chciała oczom wierzyć on zaś mówił pośpiesznie cały rozpromieniony Będziesz teraz zdrowa Zaraz sporą dozę owinę w skórkę świeżej figi i musisz to połknąć a czym zapijesz to się pokaże Czego tak patrzysz na mnie jak na zielonego kota?.. Tak mam i drugi słoik Dostałem oba od białego człowieka którego obóz leży stąd o cztery mile Od niego wracam Nazywa się Linde i jest ranny jednakże dał mi dużo dobrych rzeczy Wróciłem na koniu ale do niego szedłem piechotą Myślisz że to przyjemnie iść w nocy przez dżunglę Brr Drugi raz za nic bym nie poszedł chyba żeby znów chodziło o chininę Tak mówiąc opuścił zdumioną dziewczynkę sam zaś udał się do męskiego przedziału wybrał z zapasu fig najmniejszą wydrążył ją i nasypał w środek chininy uważając by doza nie była większa od tych proszków które dostał w Chartumie Potem wyszedł z drzewa zasypał herbaty do naczynia z wodą i wrócił z lekarstwem do Nel A ona rozmyślała przez ten czas o wszystkim co się stało Była ogromnie ciekawa co to za człowiek ten biały skąd się Staś o nim dowiedział czy on do nich przyjdzie i czy będą podróżowali dalej razem Nie wątpiła teraz że skoro Staś dostał chininy to ona wyzdrowieje Ależ ten Staś.. poszedł sobie w nocy przez dżunglę jak gdyby nic Nel pomimo całego podziwu dla niego uważała dotychczas nie zastanawiając się zresztą nad tym długo że wszystko co on dla niej robi to rozumie się samo przez się albowiem jest to prosta rzecz że starszy chłopiec opiekuje się młodszą dziewczynką Jednakże teraz przyszło jej do główki że bez jego opieki byłaby dawno zginęła że on o nią dba ogromnie że dogadza jej i broni tak jak żaden inny chłopiec w jego wieku i nie chciałby i nie umiał więc wielka wdzięczność wezbrała w jej małym sercu Toteż gdy Staś wszedł znowu i pochylił się nad nią z lekarstwem zarzuciła mu swe cienkie ramionka na szyję i uściskała go serdecznie Stasiu ty jesteś dla mnie bardzo dobry On zaś odpowiedział A dla kogóż mam być dobry A to doskonałe Weź oto lekarstwo Jednakże rad był bardzo gdyż oczy błyszczały mu z zadowolenia i z wielką znów radością i dumą zawołał zwróciwszy się do otworu Mea a teraz podaj bibi herbatę Rozdział 33 Staś wybrał się do Lindego dopiero następnego dnia w południe musiał bowiem odespać noc poprzednią Po drodze w przewidywaniu że chory może potrzebować świeżego mięsa zabił dwie pentarki które też istotnie zostały przyjęte z wdzięcznością Linde był mocno osłabiony ale zupełnie przytomny Zaraz po powitaniu zapytał o Nel po czym przestrzegł Stasia żeby nie uważał chininy za zupełnie stanowczy środek przeciw febrze i żeby strzegł małej od słońca od przemoczenia od przebywania w nocy w miejscach niskich i wilgotnych i wreszcie od złej wody Następnie Staś opowiedział mu na żądanie historię własną i Nel od początku aż do przybycia do Chartumu i odwiedzin u Mahdiego a potem od Faszody do uwolnienia się z rąk Gebhra i dalszej wędrówki Szwajcar przypatrywał mu się w czasie opowiadania ze wzrastającą ciekawością często z wyraźnym podziwem a gdy historia dobiegła wreszcie końca zapalił fajkę obejrzał raz jeszcze Stasia od stóp do głowy i rzekł jakby w zamyśleniu Jeśli w waszym kraju jest dużo podobnych do ciebie chłopców to nieprędko dadzą sobie z wami radę A po chwili milczenia tak mówił dalej Najlepszym dowodem prawdy słów twoich jest to że tu jesteś i że przede mną stoisz I wiesz co ci powiem położenie wasze jest straszne droga w którąkolwiek stronę równie straszna kto wie jednak czy taki chłopak jak ty nie wyratuje z tej toni i siebie i tamtego dziecka.. Byle Nel była zdrowa to ja zrobię co będę mógł zawołał Staś Ale i siebie oszczędzaj albowiem zadanie które masz przed sobą jest nad siły nawet dorosłego człowieka Czy ty zdajesz sobie z tego sprawę gdzie się obecnie znajdujecie Nie Pamiętam że po wyjściu z Faszody przeszliśmy przy dużej osadzie zwanej Deng jakąś rzekę.. Sobbat przerwał Linde W Dengu było sporo derwiszów i Murzynów Ale za Sobbatem weszliśmy w kraj dżungli i szliśmy całe tygodnie aż dotarliśmy do tego wąwozu w którym pan wie co się stało.. Wiem Następnie puściliście się tym wąwozem dalej aż do rzeki Otóż posłuchaj mnie pokazuje się że po przejściu Sobbatu z Sudańczykami skręciliście na południowy wschód ale więcej na południe Jesteście obecnie w okolicy nie znanej podróżnikom i geografom Ta rzeka nad którą się znajdujemy dąży na północny zachód i wpada prawdopodobnie do Nilu Mówię prawdopodobnie bo sam dobrze nie wiem i przekonać się o tym już nie mogę chociaż skręciłem od gór Karamojo dla zbadania jej źródeł Od jeńców derwiszów słyszałem po bitwie że zowie się Ogeloguen ale i oni nie byli pewni gdyż w te okolice zapuszczają się tylko po niewolników Zajmuje te w ogóle mało zamieszkane strony plemię Szylluk ale obecnie kraj jest pusty gdyż ludność częścią wymarła na ospę częścią wymietli ją mahdyści a częścią uciekła ku górom Karamojo W Afryce nieraz się to zdarza że kraj dziś gęsto osiadły jutro staje się pustkowiem Wedle moich obrachowań jesteście mniej więcej o trzysta kilometrów od Lado Moglibyście uciekać na południe do Emina ale ponieważ Emin sam jest prawdopodobnie oblężony przez derwiszów więc nie ma o czym mówić.. A do Abisynii zapytał Staś Także około trzystu kilometrów Pamiętać wszelako należy że Mahdi wojuje z całym światem a więc i z Abisynią Wiem to również od jeńców że na zachodniej i południowej granicy kręcą się większe lub mniejsze hordy derwiszów więc łatwo moglibyście wpaść w ich ręce Abisynia jest wprawdzie państwem chrześcijańskim ale południowe dzikie plemiona są albo pogańskie albo wyznają islam i z tego powodu sprzyjają po cichu Mahdiemu.. Nie tamtędy nie przejdziecie Więc co ja mam począć i dokąd iść z Nel zapytał Staś Mówiłem że położenie jest ciężkie rzekł Linde To rzekłszy założył obie ręce na głowę i długi czas leżał w milczeniu Do oceanu ozwał się wreszcie będzie stąd przeszło dziewięćset kilometrów przez góry przez dzikie ludy a nawet przez pustynię bo tam są podobno całe okolice w których brak wody Ale kraj należy nominalnie do Anglii Można trafić na transporty kości słoniowej do Kismaja do Lamu i do Mombassy może na wyprawy misyjne.. Zrozumiawszy że z powodu derwiszów nie zdołam zbadać biegu tej rzeki ponieważ skręca ona do Nilu chciałem i ja iść na wschód do oceanu.. To wracajmy razem zawołał Staś Ja już nie wrócę Ndiri potargał mi tak muskuły i żyły że musi przyjść zakażenie krwi Tylko chirurg mógłby mnie uratować gdyby mi odjął nogę Teraz wszystko już zakrzepło i odrętwiało ale pierwszego dnia gryzłem ręce z bólu.. Pan wyzdrowieje z pewnością Nie mój dzielny chłopcze ja umrę z pewnością a ty mnie przykryjesz dobrze kamieniami żeby hieny nie mogły mnie wygrzebać Umarłemu to może wszystko jedno ale za życia niemiło o tym myśleć.. Ciężko umierać tak daleko od swoich.. Tu oczy zaszły mu jakby mgłą po czym tak mówił dalej Ale ja już rozprawiłem się z tą myślą więc mówmy o was nie o mnie Dam ci jedną radę pozostaje wam tylko droga na wschód do oceanu Ale wypocznijcie przed tą drogą i nabierzcie sił Inaczej twoja mała towarzyszka zamrze ci w ciągu kilku tygodni Odłóżcie podróż do końca pory dżdżystej i nawet na dłużej Pierwsze miesiące letnie gdy deszcz przestanie padać a woda pokrywa jeszcze błota są najzdrowsze Tu gdzie jesteśmy to już wyżyna leżąca na siedemset metrów nad poziomem Na wysokości tysiąca trzystu metrów febry już nie istnieją a przyniesione z miejsc niższych mają przebieg daleko słabszy Zabierz małą Angielkę i idźcie w góry.. Mówienie męczyło go widocznie bardzo więc znów przerwał i przez jakiś czas opędzał się niecierpliwie od wielkich błękitnych much takich samych jakie Staś widział na popieliskach Faszody Po czym tak mówił dalej Uważaj pilnie co ci powiem O dzień drogi stąd na południe wznosi się osobna góra nie wyższa nad osiemset metrów Wygląda tak jak rondel przewrócony dnem do góry Boki ma zupełnie strome i jedyny do niej dostęp stanowi skalisty grzbiet tak wąski że w niektórych miejscach zaledwie dwa konie mogą iść obok siebie Na płaskim jej szczycie rozległym na kilometr albo więcej była wioska murzyńska ale mahdyści ludność wycięli i zabrali Być może że uczynił to ten Smain któregom rozbił lecz któremu niewolników nie odebrałem gdyż wysłał ich już poprzednio pod dobrą eskortą nad Nil Osiądźcie na tej górze Jest tam źródło doskonałej wody kilka pól manioku i mnóstwo bananów W chatach znajdziecie dużo ludzkich kości ale zarazy od trupów się nie bój ponieważ po derwiszach były tam mrówki które i nas stamtąd wyparły Zresztą ani żywego ducha Zostańcie w tej wiosce miesiąc lub dwa Na tej wysokości febry nie ma Noce bywają chłodne Tam twoja mała odzyska zdrowie ty zaś nabędziesz nowych sił A potem co uczynić i dokąd iść Potem będzie co Bóg da Postaracie się albo przedrzeć do Abisynii w miejscowościach położonych dalej niż dochodzą derwisze albo pójdziecie na wschód Słyszałem że Arabowie z wybrzeży docierają aż do jakiegoś jeziora w poszukiwaniu kości słoniowej którą nabywają od szczepów Samburu i Wa hima Wa hima Kali pochodzi ze szczepu Wa hima I Staś począł opowiadać Lindemu w jaki sposób odziedziczył Kalego po śmierci Gebhra oraz że Kali mówił iż jest synem naczelnika wszystkich Wa himów Lecz Linde przyjął tę wiadomość obojętniej niż Staś się spodziewał Tym lepiej rzekł gdyż może być wam pomocnym Bywają między czarnymi poczciwe dusze choć w ogóle na ich wdzięczność liczyć nie można to są dzieci które zapominają o tym co było wczoraj Kali nie zapomni żem go wybawił z rąk Gebhra jestem tego pewny Może rzekł Linde i ukazując na Nasibu dodał To także dobre dziecko Przygarnij go po mojej śmierci Niech pan nie mówi i nie myśli o śmierci Mój drogi odpowiedział Szwajcar ja jej sobie życzę byle przyszła bez wielkiej męki Pomyśl że jestem teraz zupełnie bezbronny i gdyby który z tych mahdystów których rozbiłem zabłąkał się przypadkiem do tego parowu mógłby mnie sam jeden zarżnąć jak owcę Tu pokazał na śpiących Murzynów Tamci się już nie rozbudzą a raczej źle mówię każdy z nich budzi się na krótko przed śmiercią i w obłąkaniu ucieka w dżunglę z której już nie wraca.. Z dwustu ludzi pozostało mi sześćdziesięciu Wielu uciekło wielu umarło na ospę a niektórzy posnęli w innych parowach Staś z litością i przerażeniem począł przypatrywać się śpiącym Ciała ich były barwy popielatej co u Murzynów oznacza bladość Jedni mieli oczy zamknięte drudzy na wpół otwarte ale i ci spali głęboko gdyż źrenice ich były nieczułe na światło Niektórym popuchły kolana Wszyscy byli przeraźliwie chudzi tak że przez skórę można im było policzyć żebra Ręce ich i nogi drżały nieustannie bardzo szybko Owe błękitne wielkie muchy obsiadały im gęsto oczy i wargi Czy nie ma dla nich ratunku zapytał Staś Nie ma Nad Wiktoria Nianza choroba ta wyludnia całe wsie Czasem sroży się bardziej czasem mniej Najczęściej zapadają na nią ludzie z wiosek położonych w pobrzeżnych zaroślach Słońce przeszło już na zachodnią stronę nieba ale jeszcze przed wieczorem Linde opowiedział Stasiowi swoje dzieje Był on synem kupca z Zurychu Rodzina jego pochodziła z Karlsruhe ale od 1848 roku przeniosła się do Szwajcarii Ojciec jego zrobił wielki majątek na handlu jedwabiem Kształcił syna na inżyniera ale młodemu Henrykowi uśmiechały się od wczesnych lat podróże Po ukończeniu politechniki odziedziczywszy całą fortunę ojcowską przedsięwziął pierwszą podróż do Egiptu Były to czasy jeszcze przed Mahdim więc dotarł aż do Chartumu i polował z Dangalami w Sudanie Potem poświęcił się geografii Afryki i stał się tak biegłym jej znawcą że wiele towarzystw geograficznych zaliczyło go w poczet swych członków Tę ostatnią podróż która miała skończyć się dla niego tak fatalnie rozpoczął z Zanzibaru Dotarł do Wielkich Jezior i zamierzał przedrzeć się wzdłuż nie znanych dotychczas gór Karamojo do Abisynii a stamtąd do wybrzeży oceanu Ale Zanzibaryci nie chcieli iść dalej Na szczęście lub na nieszczęście była wówczas wojna między królem Ugandy a Uniorą Linde oddał znaczne usługi królowi Ugandy który w zamian za nie darował mu przeszło dwustu pagazich Ułatwiło to całkowicie podróż i zwiedzenie gór Karamojo ale następnie ospa objawiła się w szeregach a po niej przyszła straszna choroba śpiączki i ostateczna ruina karawany Linde posiadał znaczne zapasy wszelkiego rodzaju konserw ale w obawie szkorbutu polował codziennie dla zdobycia świeżego mięsa Był on wybornym strzelcem lecz nie dość ostrożnym myśliwym I stało się że gdy przed kilku dniami zbliżył się lekkomyślnie do powalonego dzika ndiri zwierz zerwał się i poszarpał mu okropnie nogę a następnie podeptał krzyż Zdarzyło się to tuż koło obozu i w oczach Nasibu który podarłszy własną koszulę i uczyniwszy z niej bandaż zdołał zatamować upływ krwi i odprowadzić rannego do namiotu W nodze jednak od wewnętrznego wylewu krwi potworzyły się skrzepy i choremu groziła gangrena Staś chciał go koniecznie opatrywać i oświadczył że albo będzie przyjeżdżał codziennie albo by nie zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czarnych przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel do Krakowa Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach ale nie zgodził się na przewiezienie Ja wiem mówił wskazując na swoich Murzynów że ci ludzie muszą pomrzeć ale póki nie pomrą nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hieny które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu I począł powtarzać gorączkowo Nie mogę nie mogę nie mogę Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem Przyjdź tu jutro rano.. Ja mam do ciebie prośbę którą jeśli spełnisz to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści a mnie da śmierć lekką Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra ale ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny więc wypowiem ją dziś weź wody w jakie naczynie zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha!... Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł Wyrzucam sobie mówił po chwili żem się nie żegnał tak z tymi którzy umierali na ospę i z tymi którzy posnęli poprzednio Lecz teraz śmierć stoi nade mną.. i chciałbym.. choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż.. To rzekłszy wskazał ręką na rozpłomienione niebo i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policzkach Staś płakał jak bóbr Rozdział 34 Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko Staś chodził wzdłuż skalnej ściany zatrzymywał się przed każdym Murzynem skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentalne słowa A oni spali z drżeniem rąk i nóg z głową spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry żywi jeszcze a podobni już do trupów I tak się odbywał ten chrzest śpiących w ciszy porannej w blasku słonecznym w głuszy pustynnej Niebo było tego dnia bez chmur wysokie siwobłękitne i jakby smutne Linde był jeszcze przytomny ale coraz słabszy Po opatrunku wręczył Stasiowi zamknięte w blaszanym futerale papiery polecił je jego opiece i nie przemówił nic więcej Nie mógł już jeść ale pragnienie dręczyło go okrutnie Znacznie przed zachodem słońca zaczął majaczyć Wołał na jakieś dzieci by nie odpływały za daleko na jezioro a w końcu jął się rzucać w dreszczach i obejmować głowę rękoma Następnego dnia wcale już Stasia nie poznał a w trzy dni później zmarł w samo południe nie odzyskawszy przytomności Staś opłakał go szczerze po czym obaj z Kalim zanieśli go do pobliskiej wąskiej jaskini której otwór założyli cierniem i kamieniami Małego Nasibu zabrał Staś do Krakowa Kalemu zaś kazał pilnować na miejscu zapasów i palić nocami przy śpiących wielki ogień Sam krążył ciągle między dwoma wąwozami przewożąc toboły broń a szczególniej ładunki do remingtonów z których to ładunków wydobywał proch i urządzał minę dla rozsadzenia skały zamykającej Kinga Szczęściem zdrowie Nel po codziennych dawkach chininy poprawiło się znacznie a większa rozmaitość pokarmów wzmocniła jej siły Staś opuszczał ją jednak zawsze niechętnie i z obawą a odjeżdżając nie pozwalał jej wychodzić z drzewa i zamykał otwór kolczastymi gałęziami akacji Musiał jednak z powodu nawału zajęć jakie na niego spadły zostawiać ją pod opieką Mei Nasibu i Saby na którego zresztą liczył najwięcej Wolał po kilkanaście razy na dzień jeździć po toboły do obozu Lindego niż zostawiać dziewczynkę samą na dłużej Spracował się też okrutnie ale żelazne jego zdrowie wytrzymywało wszelkie trudy Jednakże dopiero po dniach dziesięciu toboły były rozdzielone mniej potrzebne pochowane w jaskiniach potrzebniejsze dostawione do Krakowa konie sprowadzone również na cypel a na koniach przewieziono sporą ilość remingtonów które miał ponieść King Przez ten czas w obozie Lindego raz w raz któryś ze śpiących Murzynów zrywał się w przedśmiertnym paroksyzmie choroby uciekał w dżunglę i już nie powracał Byli jednak tacy którzy umierali na miejscu a niektórzy biegnąc na oślep rozbijali sobie głowy o skały w samym obozie lub też w pobliżu Tych grzebać musiał Kali Po dwóch tygodniach został już tylko jeden ale i ten zmarł niebawem we śnie z wycieńczenia Nadszedł wreszcie czas wysadzenia skały i oswobodzenia Kinga Był on już tak oswojony że na rozkaz Stasia chwytał go trąbą i zakładał sobie na kark Przyzwyczaił się też i do dźwigania ciężarów które Kali wciągał mu po bambusowej drabince na grzbiet Nel twierdziła że obarczają go zanadto ale naprawdę było to wszystko dla niego muchą i dopiero toboły odziedziczone po Lindem mogły stanowić poważniejszy ładunek Z Sabą na którego widok okazywał z początku wielki niepokój zaprzyjaźnił się już ostatecznie i bawił się z nim w ten sposób że przewracał go trąbą na ziemię a Saba udawał że gryzie Czasami jednak oblewał niespodzianie psa wodą co ów uważał za żart w zupełnie złym rodzaju Głównie jednak cieszyło dzieci to że pojętne i poważnie myślące zwierzę rozumiało wszystko czego od niego żądano i zdawało sobie sprawę nie tylko z każdego rozkazu lecz z każdego polecenia z każdego nawet skinienia Pod tym względem słonie przewyższają niezmiernie wszystkie inne domowe zwierzęta a King przewyższał bez żadnego porównania Sabę który na wszelkie przestrogi Nel kiwał ogonem a potem robił co chciał King po kilku tygodniach pomiarkował doskonale że na przykład osobą której najwięcej trzeba słuchać jest Staś a osobą o którą najwięcej wszyscy dbają Nel Więc spełniał najbaczniej rozkazy Stasia a najbardziej kochał Nel Z Kalego mniej sobie robił a Meę lekceważył zupełnie Staś po urządzeniu miny wcisnął ją w najgłębszą szparę po czym zalepił całkowicie szparę gliną zostawiając tylko mały otwór przez który zwieszał się lont ukręcony z suchych włókien palmowych i potarty zmielonym prochem Stanowcza chwila wreszcie nadeszła Staś zapalił osobiście naprochowany sznurek po czym pomknął ile miał sił w nogach do drzewa w którym poprzednio wszystkich pozamykał Nel obawiała się czy King nie zanadto się przestraszy lecz chłopiec uspokoił ją naprzód tym że wybrał dzień w którym rano przeszła burza z grzmotami a po wtóre zapewnieniem że dzikie słonie słyszą nieraz huk piorunów gdy żywioły niebieskie rozpętają się nad dżunglą Siedzieli jednak z bijącym sercem licząc minutę za minutą Straszliwy huk targnął wreszcie powietrzem tak że potężny baobab zadrżał od góry aż do dołu a resztki nie wyskrobanego próchna posypały się im na głowy Staś wyskoczył w tej samej chwili z drzewa i omijając zakręty wąwozu pobiegł do przejścia Skutki wybuchu okazały się nadzwyczajne Jedna połowa wapiennej skały rozsypała się w drobne szczątki druga pękła na kilkanaście większych i mniejszych kawałów które siła eksplozji porozrzucała na dość znacznej przestrzeni Słoń był wolny Uradowany chłopak poskoczył teraz na brzeg krawędzi gdzie już zastał Nel wraz z Meą i Kalim King przestraszył się jednak trochę i cofnąwszy się na sam brzeg wąwozu stał z podniesioną trąbą patrząc w stronę w której rozległ się grzmot tak niezwykły Lecz gdy Nel poczęła na niego wołać przestał zaraz poruszać uszami gdy zaś zeszła do niego przez otwarte już przejście uspokoił się zupełnie Więcej jednak od Kinga przeraziły się konie z których dwa zbiegły w dżunglę tak że Kali odnalazł je dopiero przed samym zachodem słońca Tegoż dnia jeszcze Nel wyprowadziła Kinga na świat Kolos szedł za nią posłusznie jak mały piesek a następnie wykąpał się w rzece i sam pomyślał o swej wieczerzy w ten mianowicie sposób że oparłszy głowę o duży sykomor złamał go jak wątłą trzcinę a następnie objadł starannie owoce i liście Wrócił jednak wieczorem pod drzewo i wtykając co chwila swój sążnisty nos przez otwór szukał Nel tak gorliwie i natrętnie że w końcu Staś musiał mu dać porządnego klapsa po trąbie Najwięcej jednak rad z wyniku tego dnia był Kali gdyż spadło mu z głowy gromadzenie żywności dla olbrzyma co wcale nie było łatwą rzeczą Toteż Staś i Nel słyszeli go jak rozpalając ogień do wieczerzy śpiewał nowy hymn radosny ułożony w następujących słowach Pan wielki zabijać ludzi i lwy yah yah yah pan wielki kruszyć skały yah Słoń sam łamać drzewa a Kali próżnować i jeść yah yah Pora dżdżysta czyli tak zwana massika miała się ku końcowi Bywały jeszcze dni chmurne i ulewne ale bywały i całkiem pogodne Staś postanowił przenieść się na wskazaną mu przez Lindego górę i zamiar ten przeprowadził wkrótce po uwolnieniu Kinga Zdrowie Nel nie stało już na zawadzie gdyż miała się stanowczo lepiej Wybrawszy więc pogodny ranek wyruszyli na południe Nie bali się już teraz zbłądzić gdyż chłopiec odziedziczył po Lindem wśród mnóstwa rozmaitych przedmiotów kompas i wyborną lunetę przez którą łatwo było dojrzeć odległe nawet miejscowości Szło z nimi prócz Saby i osła pięć obładowanych koni i słoń Ten oprócz tobołów na grzbiecie niósł na karku i Nel która między jego niezmiernymi uszyma wyglądała tak jakby siedziała w wielkim fotelu Staś bez żalu porzucał nadrzeczny cypel i baobab albowiem łączyło się z nim wspomnienie choroby Nel Natomiast dziewczynka spoglądała smutnymi oczyma na skały na drzewo na wodospad i zapowiedziała że wróci tu jeszcze jak będzie duża Jeszcze smutniejszy był jednak mały Nasibu który kochał szczerze dawnego pana i obecnie jadąc na ośle na końcu karawany oglądał się co chwila ze łzami w stronę gdzie biedny Linde pozostał aż do dnia Wielkiego Sądu Wiatr wiał z północy i dzień był niezwykle chłodny Dzięki temu nie potrzebowali przeczekiwać od dziesiątej do trzeciej dopóki nie przejdzie największy upał i mogli zrobić więcej drogi niż czynią zwykle karawany Droga nie była długa i na kilka godzin przed zachodem słońca Staś dojrzał już górę ku której dążyli W dali rysowało się na tle nieba długie pasmo innych szczytów a ona wznosiła się bliżej i osobno zupełnie jak wyspa wśród morza dżungli Gdy przyjechali bliżej okazało się że strome jej boki oblewa pętlica tejże samej rzeki nad którą siedzieli poprzednio Szczyt był ścięty płaski zupełnie i widziany z dołu wydawał się pokryty jednym gęstym lasem Staś wyliczył że skoro cypel na którym rósł ich baobab wyniesiony był na siedemset metrów a góra ma osiemset będą więc mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów a zatem w klimacie niewiele już gorętszym od egipskiego Myśl ta dodała mu otuchy i chęci do jak najprędszego zajęcia tej naturalnej fortecy Jedyny grzbiet skalisty który do niej prowadził znaleźli łatwo i poczęli się nim wspinać Po upływie półtorej godziny stanęli na szczycie Ów las widziany z dołu był istotnie lasem ale bananów Widok ich uradował nadzwyczajnie wszystkich nie wyłączając Kinga ale szczególnie rad był Staś wiedział bowiem że nie masz w Afryce posilniejszego zdrowszego i bardziej zapobiegającego wszelkim chorobom pokarmu jak mąka z wysuszonych bananowych owoców Było ich zaś tyle że mogło starczyć choćby na rok Wśród olbrzymich liści tych roślin ukryte były chaty murzyńskie niektóre popalone w czasie napadu inne zrujnowane ale niektóre całe W środku wznosiła się największa należąca niegdyś do króla wioski pięknie ulepiona z gliny z obszernym dachem tworzącym naokół ścian rodzaj werandy Przed chatami leżały tu i ówdzie kości i całe kościotrupy ludzkie białe jak kreda albowiem oczyszczone przez mrówki o których najściu wspominał Linde Od tego najścia upłynęło już wiele tygodni jednakże w chatach czuć było jeszcze zakwas mrówczany i nie można się w nich było dopatrzyć ani czarnych wielkich karaluchów które roją się zwykle w lepiankach murzyńskich ani pająków ani skorpionów ani najmniejszego owadu Wszystko wyprzątnęły straszliwe siafu Można też było być pewnym że na całym szczycie nie ma ani jednego węża gdyż nawet boa padają ofiarą tych niepohamowanych małych wojowników Po wprowadzeniu Nel i Mei do chaty naczelnika Staś wydał rozkaz Kalemu i Nasibu uprzątnięcia ludzkich kości Czarni chłopcy spełnili to polecenie w ten sposób że powrzucali je do rzeki która poniosła je dalej Przy tej czynności pokazało się jednak że Linde mylił się zapowiadając iż nie zastaną na górze ani żywego ducha Cisza panująca po zagarnięciu ludzi przez derwiszów i widok bananów przynęciły tu spore stado szympansów które na wyższych drzewach pourządzały sobie nawet rodzaj parasoli lub daszków dla ochrony od deszczu Staś nie chciał ich zabijać ale postanowił je wygnać i w tym celu wystrzelił w powietrze Wywołało to ogólny popłoch który powiększył się jeszcze gdy po strzale rozległo się zajadłe basowe szczekanie Saby i gdy King podniecony hałasem zatrąbił groźnie Ale małpy dla wykonania rejterady nie potrzebowały szukać skalistego grzbietu i chwytając się załamów skał pospuszczały się ku rzece i rosnącym przy niej drzewom z taką szybkością że kły Saby nie mogły żadnej dosięgnąć Słońce zaszło Kali i Nasibu rozpalili ogień dla zagotowania wieczerzy Staś po rozpakowaniu potrzebnych na noc rzeczy udał się do chaty króla którą zajęła Nel W chacie było widno i wesoło albowiem Mea rozpaliła nie kaganek który rozświecał wnętrze baobabu ale dużą odziedziczoną po Lindem lampę podróżną Nel nie czuła się wcale zmęczona podróżą w dzień tak chłodny i wpadła w doskonały humor zwłaszcza gdy Staś oznajmił jej że kości ludzkie których się bała są uprzątnięte Jak tu dobrze Stasiu zawołała Patrz i podłoga nawet wylana jest żywicą Będzie nam tu doskonale Jutro dopiero obejrzę dokładnie całą posiadłość odpowiedział wnosząc jednak z tego com dziś widział można by tu mieszkać choć całe życie Żeby z tatusiami to można by Ale jak się będzie nazywała posiadłość Góra powinna się nazywać w geografii Górą Lindego a ta wioska niech się nazywa tak jak ty Nel To i ja będę w geografii zapytała z wielką radością A będziesz będziesz odpowiedział z całą powagą Staś Rozdział 35 Na drugi dzień popadywał trochę deszcz ale że były i godziny pogody więc Staś wybrał się wczesnym rankiem na zwiedzanie posiadłości i do południa obejrzał wszystkie jej kąty doskonale Przegląd wypadł na ogół świetnie Naprzód pod względem bezpieczeństwa Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce Zbocza jej okazały się dostępne chyba dla szympansów Lwy ani pantery nie mogłyby się po nich wdrapywać na szczytową płaszczyznę Co do skalistego grzbietu dość było umieścić przy wejściu Kinga aby spać bezpiecznie na oba uszy Staś doszedł do przekonania że potrafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom derwiszów gdyż droga wiodąca na górę była tak wąska że King zaledwie przez nią przeszedł i człowiek uzbrojony w dobrą broń mógł nie przepuścić żywego ducha W środku wyspy biło źródło chłodnej czystej jak kryształ wody które zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśród bananowych gajów spadało wreszcie ze stromego wiszaru do rzeki tworząc wąski podobny do białej taśmy wodospad W południowej stronie wyspy leżały pola pokryte bujnie maniokiem którego korzenie dostarczają Murzynom ulubionego pokarmu a za polami wznosiły się grupy wyniosłych niezmiernie palm kokosowych z koronami w kształcie wspaniałych pióropuszów Wyspę otaczało morze dżungli i widok z niej był ogromnie rozległy Od wschodu siniało pasmo gór Karamojo Na południu widać było też znaczne wyniosłości które wnosząc z ich ciemnej barwy musiały być pokryte lasem Natomiast ze strony zachodniej wzrok leciał aż do granicy widnokręgu na której dżungla stykała się z niebem Staś dojrzał jednakże za pomocą lunety Lindego liczne parowy i rozrzucone rzadko potężne drzewa wznoszące się jak kościoły nad trawami W miejscach gdzie trawy nie wybujały jeszcze zbyt wysoko nawet gołym okiem można było zobaczyć całe stada antylop i zebr lub gromady słoni i bawołów Tu i ówdzie żyrafy pruły szarozieloną powierzchnię dżungli jak statki prują powierzchnię morza Tuż nad rzeką igrało kilkanaście kozłów wodnych a inne wynurzały co chwila swe rogate łby z głębiny Tam gdzie toń była spokojna wyskakiwały nad nią co chwila owe ryby które łowił Kali i migocąc jak srebrne gwiazdy w powietrzu zapadały na powrót w wodę Staś obiecywał sobie przyprowadzić tu gdy się pogoda ustali Nel i pokazać jej całą tę menażerię Na wyspie nie było natomiast żadnych większych zwierząt a za to moc motyli i ptaków Wielkie białe jak śnieg papugi o czarnych dziobach i żółtych czubach przelatywały nad krzakami gojawów drobne cudnie upierzone wdowy kołysały się na cienkich indygach manioku mieniąc się i błyszcząc jak klejnoty a z wysokich kokosów dochodziły głosy kukułek afrykańskich i łagodne podobne do jęków gruchania turkawek Staś wracał z przeglądu z radością w duszy Powietrze jest zdrowe mówił sobie bezpieczeństwo zupełne żywności w bród i pięknie jak w raju! Wróciwszy do chaty Nel przekonał się że jednak na wyspie znalazło się większe zwierzę a nawet dwoje gdyż mały Nasibu wykrył przez ten czas w gęstwinie bananów kozę z koźlęciem których nie zdołali zrabować derwisze Koza była już trochę zdziczała ale koźlę poprzyjaźniło się natychmiast z Nasibu który niezmiernie dumny był ze swego odkrycia i z tego że za jego przyczyną bibi będzie miała teraz codziennie wyborne świeże mleko ....................................................................................................................... Co teraz będziemy robili Stasiu zapytała pewnego dnia Nel gdy już dobrze zagospodarowali się na wyspie Roboty jest mnóstwo odrzekł chłopak po czym rozstawiwszy palce jednej ręki począł wyliczać na nich wszystkie czekające ich prace Naprzód Kali i Mea są poganami a Nasibu jako Zanzibarczyk mahometaninem Trzeba ich więc oświecić nauczyć wiary i ochrzcić Po wtóre trzeba nawędzić mięsa na przyszłą podróż a zatem muszę chodzić na polowanie po trzecie mając dużo broni i nabojów chcę Kalego nauczyć strzelać aby nas dwóch było do obrony a po czwarte chyba zapomniałaś o latawcach O latawcach Tak które będziesz kleiła albo co jeszcze będzie lepiej zszywała I to będzie twoje zajęcie Ja nie chcę się tylko bawić Wcale też to nie będzie zabawa ale robota może najpożyteczniejsza ze wszystkich Nie myśl też że skończy się na jednym latawcu bo musisz ich przygotować z pięćdziesiąt albo i więcej Ale na co tyle pytała rozciekawiona dziewczynka Więc Staś począł jej wyłuszczać swoje zamysły i nadzieje Wypisze oto na każdym latawcu jak się zowią jak wyrwali się z rąk derwiszów gdzie są i dokąd idą Wypisze także że proszą o pomoc i o przesłanie depeszy do Port Saidu Potem zaś będzie puszczał te latawce zawsze gdy wiatr będzie wiał z zachodu na wschód Wiele ich mówił upadnie niedaleko wiele zatrzymają góry ale niech choć jeden doleci do brzegu i wpadnie w ręce europejskie wówczas jesteśmy ocaleni Nel zachwycona była pomysłem i oświadczyła że z mądrością Stasia nawet King nie może się porównać Była też zupełnie pewna że mnóstwo latawców doleci nawet do tatusiów i obiecywała kleić je od rana do wieczora Radość jej była tak wielka że Staś w obawie by nie dostała gorączki musiał hamować jej zapał I odtąd prace o których mówił Staś rozpoczęły się na dobre Kali któremu kazano nałapać jak najwięcej skaczących ryb przestał je łowić na wędkę a natomiast urządził z cienkich bambusów wysoki płot a raczej rodzaj kraty i zastawę tę przeciągnął w poprzek rzeki W środku kraty był duży otwór przez który ryby musiały koniecznie przepływać chcąc dostać się na wolną wodę Otwór ten zastawiał Kali mocną siecią uplecioną ze sznurków palmowych w ten sposób zapewnił sobie obfite codzienne połowy Napędzał zaś ryby do zdradzieckiej sieci za pomocą Kinga który wprowadzony w wodę mącił ją i burzył tak niesłychanie że nie tylko owe srebrne skoczki ale wszelkie inne stworzenia umykały ile mogły ku niezmąconej toni Zdarzały się z tego powodu i szkody gdyż kilkakrotnie uciekające krokodyle przewracały kratę a czasem czynił to i sam King żywiąc bowiem do krokodylów jakąś wrodzoną nienawiść ścigał je a gdy znalazły się na płytkich wodach chwytał je trąbą wyrzucał na brzeg i rozdeptywał zawzięcie W sieci znajdowały się także często żółwie z których mali wygnańcy warzyli sobie wyborny rosół Kali oprawiał ryby i mięso ich suszył na słońcu a pęcherze odnosił do Nel która rozcinała je rozciągała na desce i zmieniała je jakby w ćwiartki papieru tak duże jak dwie dłonie Pomagał jej w tym Staś i Mea gdyż robota wcale nie była łatwa Błonki były wprawdzie grubsze niż w pęcherzach naszych ryb rzecznych ale po wysuszeniu stawały się niezmiernie kruche Staś dopiero po niejakim czasie odkrył że należy je suszyć w cieniu Chwilami jednak tracił cierpliwość i jeśli nie zarzucił zamiaru robienia latawców z błon to tylko dlatego że uważał je za lżejsze od papierowych i bardziej oporne na deszcz Zbliżała się już wprawdzie sucha pora roku ale on nie był pewien czy i podczas lata nie przechodzą czasem deszcze zwłaszcza w górach Kleił jednak latawce i z papieru którego sporo znalazło się między rzeczami Lindego Pierwszy duży i lekki puszczony z wiatrem zachodnim wzbił się od razu bardzo wysoko a gdy Staś przeciął sznurek poleciał porwany silnym prądem powietrznym ku łańcuchowi gór Karamojo Staś śledził jego lot za pomocą lunety póki nie stał się tak mały jak motyl jak muszka i póki nie roztopił się wreszcie w bladym błękicie nieba Następnego dnia puścił inny uczyniony już z rybich pęcherzy który wzbił się jeszcze szybciej ale zapewne z powodu przeźroczystości błon wkrótce zniknął zupełnie z oczu Nel pracowała jednak nadzwyczaj gorliwie i w końcu małe jej paluszki stały się tak zręczne że ani Staś ani Mea nie mogli jej w robocie nadążyć Sił jej teraz nie brakło Zdrowy klimat Góry Lindego po prostu odrodził ją na nowo Termin w którym mógł przyjść trzeci śmiertelny atak febry minął stanowczo Staś zaszył się tego dnia w gęstwinie bananów i płakał z radości Po dwóch tygodniach pobytu na górze zauważył że dobre Mzimu wygląda zupełnie inaczej niż wyglądało na dole w dżungli Policzki jej popełniały cera z żółtej i przeźroczystej stała się na powrót różana a spod obfitej czupryny patrzyły wesoło na świat oczy pełne blasku Chłopiec błogosławił chłodne noce przeźroczystą zdrojową wodę mąkę z suszonych bananów i przede wszystkim Lindego Sam wychudł i sczerniał co było dowodem że febra się go nie ima gdyż chorzy na nią nie opalają się na słońcu ale wyrósł i zmężniał Ruch i praca fizyczna spotęgowały w nim dzielność i siłę Muskuły jego rąk stały się jak stalowe Był to naprawdę zahartowany już podróżnik afrykański Polując codziennie i strzelając tylko kulami stał się też niezrównanym strzelcem Dzikich zwierząt nie obawiał się już wcale albowiem zrozumiał że kudłatym lub cętkowanym myśliwcom w dżungli niebezpieczniej jest z nim się spotkać niż jemu z nimi Raz zabił jednym strzałem wielkiego nosorożca który zbudzony z drzemki pod akacją szarżował na niego niespodzianie Z napastliwych bawołów afrykańskich które rozpraszają czasem całe karawany nic sobie nie robił Oboje z Nel prócz klejenia latawców i obok innych codziennych zajęć zabrali się także do nawracania Kalego Mei i Nasibu Ale poszło to trudniej niż się spodziewali Czarna trójka słuchała jak najchętniej nauk ale pojmowała je na swój właściwy Murzynom sposób Gdy Staś opowiadał im o stworzeniu świata o raju i o wężu szło jeszcze nieźle ale gdy doszedł do tego jak Kain zabił Abla Kali mimo woli pogłaskał się po żołądku i zapytał z całym spokojem A czy go potem zjadł Czarny chłopak twierdził wprawdzie zawsze że Wa hima nigdy ludzi nie jedzą ale widocznie pamięć o tym pozostała jeszcze jako narodowa tradycja między nimi Nie mógł również zrozumieć dlaczego Pan Bóg nie zabił złego Mzimu i wielu podobnych rzeczy Pojęcia o złem i dobrem miał także aż nadto afrykańskie wskutek czego między nauczycielem a uczniem zdarzyła się pewnego razu taka rozmowa Powiedz mi zapytał Staś co to jest zły uczynek Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy odpowiedział po krótkim namyśle to jest zły uczynek Doskonale zawołał Staś a dobry Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu Dobry to jak Kali zabrać komu krowy Staś był zbyt młody by zmiarkować że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie nie tylko politycy ale i całe narody Jednakże powoli powoli rozjaśniało się w czarnych głowach a to czego nie mogły pojąć głowy chwytały gorące serca Po pewnym czasie można już było przystąpić do chrztu który odbył się bardzo uroczyście Rodzice chrzestni ofiarowali każdemu z dzieci po cztery dotis28 białego perkalu i po biczu niebieskich paciorków Mea czuła się wszelako nieco zawiedziona albowiem w naiwności ducha rozumiała że po chrzcie wybieleje natychmiast na niej skóra i wielkie było jej zdziwienie gdy spostrzegła że pozostała czarna jak i przedtem Nel pocieszyła ją jednak zupełnie zapewnieniem że ma teraz duszę białą Rozdział 36 Staś uczył także Kalego strzelać z karabinu Remingtona i ta nauka szła łatwiej od nauki katechizmu Po dziesięciodniowym strzelaniu do celu i do krokodylów które sypiały na pobrzeżnych piaskach rzeki miody Murzyn zabił dużą antylopę pufu29 potem kilka arielów a wreszcie dzika ndiri To jednak spotkanie omal nie skończyło się wypadkiem takim jaki zdarzył się Lindemu albowiem ndiri do którego Kali po strzale zbliżył się niebacznie zerwał się i rzucił się na niego z postawionym do góry ogonem.30 Kali cisnąwszy karabin schronił się na drzewo i siedział na nim dopóty dopóki krzykiem nie przywołał Stasia który jednakże zastał już dzika nieżywego Na bawoły lwy i nosorożce Staś nie pozwalał jeszcze chłopcu polować Do słoni które przychodziły wieczorami do wodopoju i sam nie strzelał gdyż obiecał Nel że nigdy żadnego nie zabije Gdy jednak rano albo w godzinach popołudniowych dojrzał z góry przez lunetę pasące się w dżungli stada zebr bubalów arielów lub kozłów skoczków brał Kalego ze sobą W czasie tych wycieczek często wypytywał się o narody Wa hima i Samburu z którymi chcąc iść na wschód do brzegów oceanu musieli koniecznie się spotkać Czy ty wiesz o tym Kali zapytał pewnego razu że za dwadzieścia dni a na koniach nawet prędzej moglibyśmy dojechać do twego kraju Kali nie wie gdzie mieszkać Wa hima odpowiedział młody Murzyn potrząsając smutnie głową Ale ja wiem oni mieszkają w tej stronie z której rano wstaje słońce nad jakąś wielką wodą Tak tak zawołał ze zdumieniem i radością chłopak Bassa Narok to po naszemu wielka i czarna woda Pan wielki wiedzieć wszystko Nie bo nie wiem jak przyjęliby nas Wa hima gdybyśmy do nich przyszli Kali by kazać im padać na twarz przed panem wielkim i przed dobrym Mzimu A czyby cię usłuchali Ojciec Kalego nosić skórę lamparta i Kali także Staś zrozumiał iż to znaczy że ojciec Kalego jest królem a on sam najstarszym z jego synów i przyszłym władcą Wa hiwów Więc pytał w dalszym ciągu Mówiłeś mi że byli u was biali podróżnicy i że starsi ludzie ich pamiętają Tak i Kali słyszał że mieli na głowach dużo perkalu Ach pomyślał Staś więc to nie byli Europejczycy tylko Arabowie których Murzyni z powodu ich jaśniejszej cery i białych ubrań poczytali za białych Ponieważ jednak Kali ich nie pamiętał i nie mógł dać o nich żadnych ściślejszych objaśnień więc Staś zadał mu inne pytanie Czy Wa hima nie zabili żadnego z tych biało ubranych ludzi Nie Wa hima ani Samburu nie mogą tego zrobić Dlaczego Bo oni mówili że gdyby krew ich wsiąknąć w ziemię deszcz przestać by padać Rad jestem że tak wierzą pomyślał znów Staś Po czym jeszcze zapytał Czy Wa hima poszliby z nami aż do morza gdybym obiecał im dużo perkalu paciorków i strzelb Kali pójść i Wa hima także ale pan wielki zwojować pierwej Samburu którzy siedzą z drugiej strony wody A kto siedzi za Samburu Za Samburu nie ma gór i jest dżungla a w niej lwy Na tym skończyła się rozmowa Staś coraz częściej myślał teraz o wielkiej podróży na wschód pamiętając co mówił Linde że można tam spotkać Arabów znad wybrzeży handlujących kością słoniową a może i wyprawy misyjne Wiedział że taka podróż to dla Nel szereg strasznych trudów i nowych niebezpieczeństw ale rozumiał że nie mogą przez całe życie pozostać na Górze Lindego i że trzeba będzie wkrótce wyruszyć w drogę Czas po porze dżdżystej gdy woda pokrywa zaraźliwe błota a sama znajduje się wszędzie był na to najodpowiedniejszy Upały na wysokim szczycie nie dawały im się jeszcze we znaki noce bywały tak chłodne że trzeba się było dobrze okrywać Ale w dżungli na dole było już znacznie goręcej i wiadomo było że wkrótce przyjdą skwary niezmierne Deszcz rzadko już teraz zraszał ziemię i poziom wody w rzece zniżał się codziennie Staś przypuszczał że latem zmienia się ona może w jeden z takich khorów jakich wiele widział w Pustyni Libijskiej i że tylko samym środkiem jej koryta płynie wąski pasek wody Jednakże odkładał wyjazd z dnia na dzień Na Górze Lindego było wszystkim tak dobrze zarówno ludziom jak zwierzętom Nel pozbyła się tu nie tylko febry ale i anemii Stasia nawet nie zabolała nigdy głowa skóra na Kalim i Mei poczęła się świecić jak ciemny atłas Nasibu wyglądał jak melon chodzący na cienkich nogach a King spasł się nie mniej niż konie i osioł Staś wiedział dobrze że takiej drugiej wyspy wśród morza dżungli nie znajdą już do końca podróży I z obawą patrzył w przyszłość jakkolwiek mieli teraz ogromną pomoc a w danym razie i obronę w Kingu W ten sposób nim zaczęli przygotowania podróżne upłynął jeszcze tydzień W chwilach wolnych od robienia pakunków nie przestawali jednak puszczać latawców z oznajmieniem że idą na wschód ku jakiemuś jezioru i ku oceanowi a puszczali je w dalszym ciągu dlatego że przyszedł silny podobny chwilami do huraganu wiatr zachodni który porywał je i niósł hen ku górom i za góry Aby zabezpieczyć Nel od spiekoty Staś zrobił z resztek namiotu palankin w którym dziewczynka miała jechać na słoniu King po kilku próbach przyzwyczaił się do tego niewielkiego ciężaru jak również do przymocowania mu na grzbiecie palankinu za pomocą mocnych sznurów palmowych Ten ładunek był zresztą piórkiem w porównaniu do innych którymi zamierzano go objuczyć a których rozdziałem i wiązaniem zajęci byli Kali i Męa Mały Nasibu dostał polecenie suszenia bananów i rozcierania ich między dwoma płaskimi kamieniami na mąkę W zrywaniu ciężkich wiązek owocowych pomagał mu także King przy czym objadali się obaj tak niesłychanie że wkrótce w pobliżu chat zbrakło zupełnie bananów i musieli chodzić do innej plantacji położonej na przeciwległym krańcu płaskowzgórza Saba który nie miał nic do roboty towarzyszył im najczęściej w tych wycieczkach Ale Nasibu omal nie przypiacił swej gorliwości życiem albo przynajmniej szczególną w swoim rodzaju niewolą Zdarzyło się bowiem że gdy raz zbierał banany nad brzegiem stromego wiszaru ujrzał nagle w szczerbie skalnej okropną twarz pokrytą czarną sierścią mrugającą nań oczyma i wyszczerzającą białe kły jakby w uśmiechu Chłopiec skamieniał w pierwszej chwili ze strachu a następnie począł zmykać co siły Zanim jednak przebiegł kilkanaście kroków kosmate ramię obwinęło go dokoła podniosło w górę i czarny jak noc potwór począł z nim uciekać do przepaści Na szczęście olbrzymia małpa porwawszy chłopca mogła biec tylko na dwóch nogach wskutek czego Saba który był w pobliżu dognał ją z łatwością i zatopił kły w jej plecach Rozpoczęła się straszliwa walka w której pies pomimo swego potężnego wzrostu i sił byłby uległ z pewnością albowiem goryl31 pokonywa nawet lwa Małpy jednak nie mają w ogóle zwyczaju puszczać zdobyczy choćby chodziło o ich wolność i życie Goryl pochwycony przy tym z tyłu nie mógł łatwo Saby dosięgnąć wszelako porwawszy go za kark lewą ręką już podniósł go w górę gdy wtem zadudniła pod ciężkimi krokami ziemia i nadbiegł King Wystarczyło jedno lekkie uderzenie trąbą by straszny leśny diabeł jak nazywają gorylów Murzyni legł ze zdruzgotaną czaszką i karkiem King jednak dla większej pewności lub przez przyrodzoną zapalczywość przygwoździł go jeszcze swym kłem do ziemi a następnie nie przestawał się nad nim mścić dopóki zaniepokojony rykiem i wyciem Staś nie nadleciał ze strzelbą od strony chat i nie kazał mu zaprzestać Goryl leżał teraz w kałuży krwi którą chłeptał Saba i która czerwieniła się na kłach Kinga ogromny w wywróconymi białkami oczu i z wyszczerzonymi kłami straszny jeszcze choć już nieżywy Słoń trąbił tryumfalnie a popielaty z przerażenia Nasibu opowiadał Stasiowi co się stało Ów namyślał się przez chwilę czy nie sprowadzić Nel i nie pokazać jej potwornej małpy ale porzucił ten zamiar gdyż nagle ogarnął go strach Przecież Nel często chodziła sama po wyspie więc ją także mogło coś podobnego spotkać Pokazało się zatem że Góra Lindego nie jest tak bezpiecznym schronieniem jak się z początku zdawało Staś wrócił do chaty i opowiedział Nel o wypadku ona zaś słuchała z ciekawością i bojaźnią otwierając szeroko oczy i powtarzając raz po raz Widzisz co by się stało bez Kinga Prawda z taką nianią można się nie bać o dziecko toteż póki nie wyjedziemy nie wychodź ani na krok bez niego A kiedy wyjedziemy Zapasy przygotowane ładunki rozdzielone więc należy tylko objuczyć zwierzęta i możemy ruszać choćby jutro Do tatusiów Jeśli Bóg pozwoli odpowiedział poważnie Staś Rozdział 37 Wyruszyli jednakże dopiero w kilka dni po tej rozmowie Odjazd po krótkiej modlitwie w której polecili się gorąco Bogu nastąpił wraz ze świtem o godzinie szóstej rano Na czele jechał konno Staś poprzedzany tylko przez Sabę Za nim kroczył poważnie King machając uszyma i niosąc na swym potężnym grzbiecie płócienny palankin a w palankinie Nel wraz z Meą następnie szły jeden za drugim konie Lindego powiązane długim palmowym powrozem i niosące rozliczne ładunki a pochód zamykał mały Nasibu na spasionym równie jak i on sam ośle Z powodu wczesnej godziny upał nie dawał się zrazu zbytnio we znaki choć dzień był pogodny i zza a gór Karamojo wytoczyło się wspaniałe nie przysłonięte żadną chmurką słońce Ale powiew wschodni łagodził żar jego promieni Chwilami wstawał nawet dość mocny wiatr pod którego tchnieniem pokładały się trawy i cała dżungla falowała jak morze Po obfitych deszczach wszelka roślinność wyrosła tak bujnie że zwłaszcza w niższych miejscach chowały się w trawach nie tylko konie ale nawet i King tak że nad rozkołysaną zieloną powierzchnią widać było tylko biały palankin który posuwał się naprzód jakby statek na jeziorze Po godzinie drogi na niewielkiej suchej wyniosłości wznoszącej się na wschód od Góry Lindego trafili na olbrzymie osty,32 mające łodygi grubości pni drzewnych a kwiaty tak wielkie jak głowa ludzka Na zboczach niektórych wzgórz które z daleka wydawały się jałowe widzieli wrzosy wysokie na osiem metrów.33 Inne rośliny które w Europie należą do najdrobniejszych przybierały tu odpowiednie do ostów i wrzosów rozmiary a olbrzymie pojedyncze drzewa wznoszące się nad dżunglą wyglądały istotnie jak kościoły Szczególniej figowce zwane daro których płaczące gałęzie zetknąwszy się z ziemią zmieniają się w nowe pnie pokrywały ogromne przestrzenie tak że każde drzewo tworzyło jakby osobny gaj Kraina z dala widziana wydawała się jak jeden las z bliska jednak pokazywało się że wielkie drzewa rosną co kilkanaście czasem co kilkadziesiąt kroków W północnej stronie widać ich było nawet bardzo mało i okolica przybierała charakter górskiego stepu pokrytego równą dżunglą nad którą wznosiły się tylko parasolowate akacje Trawy były tam bardziej zielone mniejsze i widocznie lepsze jako pasza albowiem Nel z grzbietu Kinga a Staś z wyniosłości na które wjeżdżał widzieli tak wielkie stada antylop jakich nie spotkali dotychczas nigdzie Pasły się one czasem osobno czasem pomieszane razem gnu pufu ariele antylopy krowy bubale kozły skaczące i wielkie kudu Nie brakło także zebr i żyraf Stada na widok karawany przestawały się paść podnosiły głowy i strzygąc uszami patrzyły na biały palankin z nadzwyczajnym zdumieniem po czym pierzchały w jednej chwili ubiegłszy kilkaset kroków znów stawały znów przypatrywały się tej nieznanej sobie rzeczy aż wreszcie zaspokoiwszy ciekawość poczynały się paść spokojnie Niekiedy zrywał się przed karawaną z fukiem i łomotem nosorożec ale wbrew swej popędliwej naturze i gotowości do atakowania wszystkiego co mu się nawinie przed oczy pierzchał sromotnie na widok Kinga którego tylko rozkazy Stasia powstrzymywały od pościgu Słoń afrykański nienawidzi bowiem nosorożca i jeśli znajdzie jego świeży ślad wówczas dufając w siłę przemożną idzie za nim póki nie znajdzie przeciwnika i nie stoczy z nim walki której ofiarą pada prawie zawsze nosorożec Kingowi który zapewne niejednego miał już na sumieniu niełatwo przychodziło wyrzec się dawnego zwyczaju ale tak już był oswojony i tak przywykł już uważać Stasia za swego władcę że posłyszawszy jego głos i spostrzegłszy groźnie patrzące oczy opuszczał podniesioną trąbę kładł uszy po sobie i szedł dalej spokojnie A Stasiowi nie brakło wprawdzie ochoty by widzieć walkę olbrzymów ale obawiał się o Nel Gdyby słoń puścił się w cwał palankin mógł się rozlecieć a co gorzej ogromny zwierz mógł nim zaczepić o pierwszą lepszą gałąź a wówczas życie Nel byłoby w strasznym niebezpieczeństwie Staś wiedział z opisów polowań które czytywał jeszcze w Port Saidzie że polujący na tygrysy w Indiach więcej niż tygrysów obawiają się tego by słoń w popłochu lub pościgu nie zawadził wieżyczką o drzewo Wreszcie i sam cwał olbrzyma jest tak ciężki że podobnej jazdy nikt bez szwanku dla zdrowia nie mógłby długo wytrzymać Lecz z drugiej strony obecność Kinga usuwała mnóstwo niebezpieczeństw Złośliwe i zuchwałe bawoły które spotkali tegoż dnia dążące do małego jeziorka gdzie zbierał się pod wieczór wszelki zwierz okoliczny pierzchły na jego widok także i okrążywszy całe jeziorko piły po drugiej stronie W nocy King przywiązany za tylną nogę do drzewa pilnował namiotu w którym spała Nel była to zaś straż tak pewna że Staś kazał wprawdzie palić ogień ale uznał za rzecz zbyteczną otaczać obóz zeribą chociaż wiedział że w okolicy zamieszkanej przez tak liczne stada antylop nie może braknąć i lwów Jakoż zdarzyło się tej samej nocy że kilka ich poczęło ryczeć w olbrzymich jałowcach rosnących na zboczach wzgórz.34 Mimo płonącego ognia lwy znęcone zapachem koni zbliżały się do obozu lecz gdy wreszcie Kingowi sprzykrzyło się słuchać ich głosów i gdy nagle wśród ciszy rozległ się na kształt grzmotu jego groźny baritus35 umilkły jak niepyszne zrozumiawszy widocznie że z tego rodzaju osobą lepiej jest nie wdawać się w żaden bezpośredni interes Dzieci spały też przez resztę nocy wybornie i dopiero świtaniem puściły się w dalszą podróż Lecz dla Stasia zaczęły się znów troski i niepokoje Naprzód zmiarkował że podróżują wolno i że nie będą mogli robić więcej nad dziesięć kilometrów dziennie Posuwając się w ten sposób zdołaliby wprawdzie za miesiąc dotrzeć do granicy Abisynii ponieważ jednak Staś postanowił iść we wszystkim za radą Lindego a Linde twierdził stanowczo że do Abisynii przedrzeć się nie zdołają przeto pozostawała tylko droga do oceanu Ale wedle obliczeń Szwajcara od oceanu dzieliło ich przeszło tysiąc kilometrów i to w prostej linii albowiem do leżącego bardziej na południe Mombassa było jeszcze dalej przeto cała podróż musiałaby zająć przeszło trzy miesiące czasu Staś z trwogą myślał że jest to trzy miesiące znojów trudów i niebezpieczeństw ze strony szczepów murzyńskich na które mogli natrafić Byli jeszcze w kraju pustym z którego wygnała ludność ospa i wieści o rajzach derwiszów ale Afryka jest w ogóle dość ludna musieli więc prędzej czy później wejść w okolice zamieszkane przez nieznane pokolenia rządzone jak zwykle przez dzikich i okrutnych królików Było nie lada zadaniem wynieść z takich opałów wolność i życie Staś liczył po prostu na to że jeśli trafią na lud Wa himów to wyćwiczy kilkudziesięciu wojowników w strzelaniu a następnie skłoni ich wszelkimi obietnicami by towarzyszyli mu aż do oceanu Ale Kali nie miał żadnego pojęcia o tym gdzie mieszkają Wa hima a Linde który coś o nich słyszał nie mógł również ani wskazać drogi do nich ani oznaczyć dokładnie miejscowości przez nich zajętej Linde wspomniał o jakimś wielkim jeziorze o którym wiedział tylko z opowiadań a Kali twierdził na pewno że z jednej strony tego jeziora które nazywał Bassa Narok mieszkają Wa hima z drugiej Samburu Otóż Stasia trapiło to że w geografii Afryki której w szkole w Port Saidzie uczono bardzo dokładnie nie było o takim jeziorze żadnej wzmianki Gdyby mówił mu o nim tylko Kali przypuszczałby że to jest Wiktoria Nianza ale nie mógł mylić się w ten sposób Linde który szedł właśnie od Wiktorii na północ wzdłuż gór Karamojo i z wieści zasięgniętych od mieszkańców tychże gór doszedł do wniosku że to tajemnicze jezioro leży dalej na wschód i północ Staś nie wiedział co o tym wszystkim myśleć a natomiast obawiał się że może na jezioro i Wa himów całkiem nie trafić obawiał się także dzikich szczepów bezwodnych dżungli nieprzebytych gór muchy tse tse która zabija zwierzęta bał się śpiączki febry dla Nel upałów i tych niezmiernych przestrzeni które dzieliły ich jeszcze od oceanu Lecz po opuszczeniu Góry Lindego nie pozostawało nic innego jak iść naprzód ciągle na wschód i na wschód Linde mówił wprawdzie że jest to podróż nad siły nawet doświadczonego i energicznego podróżnika ale Staś zdobył już dużo doświadczenia a co do energii to ponieważ szło o Nel postanowił wydobyć z siebie tyle zaradności ile będzie potrzeba Tymczasem chodziło 0 oszczędzanie sił dziewczynki więc postanowił podróżować tylko od szóstej rano do dziesiątej przed południem a drugi etap od trzeciej do szóstej wieczorem to jest do zachodu słońca czynić tylko wówczas gdyby na miejscu pierwszego postoju nie było wody Ale tymczasem ponieważ deszcze padały w czasie massiki bardzo obficie wodę znajdowali wszędzie Jeziorka utworzone przez ulewy w dolinach były jeszcze dobrze napełnione a z gór spływały tu i ówdzie strumienie toczące kryształową i chłodną wodę w której kąpiel była wyborna a zarazem zupełnie bezpieczna albowiem krokodyle mieszkają tylko w większych wodach w których nie brak ryb stanowiących ich zwykłe pożywienie Staś jednak nie pozwalał pić dziewczynce surowej wody jakkolwiek odziedziczył po Lindem doskonały filtr którego działanie napełniało zawsze zdumieniem Kalego i Meę Oboje widząc że filtr zanurzony w mętną białawą wodę przepuszcza do zbiornika tylko czystą i przezroczą pokładali się ze śmiechu i bili się dłońmi po kolanach na znak podziwu i radości W ogóle podróż z początku szła łatwo Mieli po Lindem spore zapasy kawy herbaty cukru bulionu różnych konserw i wszelkiego rodzaju lekarstw Staś nie potrzebował oszczędzać ładunków było ich bowiem więcej niż mogli zabrać nie brakło również rozmaitych narzędzi broni wszelkiego kalibru i rac które przy zetknięciu się z Murzynami mogły się bardzo przydać Kraj był żyzny zwierzyny a więc świeżego mięsa wszędy obfitość Owoców również Tu i ówdzie w nizinach trafiały się błota ale pokryte jeszcze wodą a zatem nie zarażające powietrza szkodliwymi wyziewami Moskitów które wszczepiają w krew febrę nie było na wyżynach wcale Upał od dziesiątej rano czynił się wprawdzie nieznośny ale mali podróżnicy zatrzymywali się w czasie tak zwanych białych godzin w głębokim cieniu wielkich drzew przez których gęstwę nie przedzierał się żaden promień słoneczny Zdrowie dopisywało Nel Stasiowi i Murzynom doskonale Rozdział 38 Piątego dnia podróży Staś jechał razem z Nel na Kingu trafili bowiem na szeroki pas akacji rosnących tak gęsto że konie mogły iść tylko szlakiem utorowanym przez słonia Godzina była wczesna ranek promienny i rosisty Dzieci rozmawiały o podróży i o tym że każdy dzień zbliża ich jednak do oceanu i do ojców do których oboje nie przestawali tęsknić ciągle Był to od chwili porwania ich z Fajumu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozmów które wzruszały ich zawsze do łez I powtarzali wciąż jedno w kółko że tatusiowie myślą iż oni już nie żyją albo że przepadli na wieki i obaj martwią się i wbrew nadziei wysycają do Chartumu Arabów po wieści a oni oto są już daleko nie tylko od Chartumu ale i od Faszody a za pięć dni będą jeszcze dalej a potem znów jeszcze dalej aż wreszcie dotrą do oceanu albo przedtem jeszcze do jakich miejsc skąd będzie można przesłać depeszę Jedyną w całej karawanie osobą która wiedziała co ich jeszcze czeka był Staś Nel natomiast była najgłębiej przekonana że nie ma takiej rzeczy na świecie której Stes nie potrafiłby dokonać i była zupełnie pewna że ją doprowadzi do brzegu Więc nieraz uprzedzając wypadki wyobrażała sobie w swej małej główce co to będzie gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomość i szczebiocąc jak ptaszek opowiadała o tym Stasiowi Siedzą mówiła tatusiowie w Port Saidzie i płaczą aż tu wchodzi boy z depeszą Co to jest Mój albo twój tatuś otwiera patrzy na podpis i czyta Staś i Nel O to dopiero się ucieszą to dopiero się zerwą żeby jechać naprzeciw nas to dopiero będzie radość w całym domu i tatusiowie się ucieszą i wszyscy się ucieszą i będą cię chwalili i przyjadą i ja obejmę mocno tatusia za szyję i potem będziemy zawsze razem.. i.. I kończyło się na tym że bródka zaczynała się jej trząść śliczne oczki zmieniały się w dwie fontanny a w końcu opierała głowę na ramieniu Stasia i płakała zarazem z żalu tęsknoty i radości na myśl o przyszłym spotkaniu A Staś lecąc wyobraźnią w przyszłość odgadywał że ojciec będzie dumny z niego że powie mu Spisałeś się jak na Polaka przystało i wzruszenie ogarniało go ogromne a w sercu rodziła się tęsknota zapał i nieugięta jak stal odwaga Muszę mówił sobie wyratować Nel muszę dożyć takiej chwili I wówczas jemu także zdawało się że nie ma takich niebezpieczeństw których nie zdołałby zwyciężyć ani takich przeszkód których nie zdołałby skruszyć Ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko Tymczasem przedzierali się przez gaj akacyj Długie kolce tych drzew czyniły nawet na skórze Kinga białawe rysy Wreszcie gaj zrzedniał a poprzez gałęzie rozrzuconych drzew widać było dalej zieloną dżunglę Staś mimo że upał dawał się już mocno we znaki wysunął się z palankinu i usadowił się na karku słonia by obaczyć czy na widnokręgu nie ma jakich stad antylop lub zebr postanowił bowiem odnowić zapas mięsa Jakoż po prawej stronie dojrzał stadko arielów złożone z kilku sztuk a wśród nich dwa strusie lecz gdy minęli ostatnią kępę drzew i słoń zwrócił się na lewo inny widok uderzył oczy chłopca oto w odległości pół kilometra spostrzegł obszerny łan manioku a na skraju łanu kilkanaście czarnych postaci zajętych widocznie robotą w polu Murzyni zawołał zwracając się do Nel I serce poczęło mu bić niespokojnie Przez chwilę zawahał się czy nie zawrócić i nie skryć się na powrót w akacjach lecz przyszło mu na myśl że w zaludnionym kraju trzeba będzie jednak prędzej czy później spotkać się z mieszkańcami i wejść z nimi w stosunki i że od tego jak się te stosunki ułożą zależeć może los całej podróży więc po krótkim namyśle skierował słonia ku polu W tej samej chwili zbliżył się Kali i ukazując ręką na kępę drzew rzekł Panie wielki oto tam wieś murzyńska a tu kobiety pracują przy manioku Czy mam podjechać ku nim Podjedziemy razem odpowiedział Staś i wówczas powiesz im że przybywamy jako przyjaciele Wiem panie co im powiedzieć zawołał z wielką pewnością siebie młody Murzyn I zwróciwszy konia ku pracującym złożył dłonie koło ust i jął krzyczeć Yambo he yambo sana Na ten głos zajęte okopywaniem manioku kobiety zerwały się i stanęły jak wryte ale trwało to tylko jedno mgnienie oka następnie bowiem porzuciwszy w popłochu motyki i kobiałki poczęły z wrzaskiem uciekać ku owym drzewom wśród których kryła się wieś Mali podróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie W gęstwinie rozległo się wycie kilkuset głosów po czym zapadła cisza Przerwał ją wreszcie głuchy ale donośny huk bębna który nie ustawał już później ani na chwilę Było to widocznie hasło do boju dla wojowników albowiem przeszło trzystu ich wysunęło się nagle z gęstwiny Wszyscy ustawili się w długi szereg przed wioską Staś zatrzymał Kinga w odległości stu kroków i począł im się przypatrywać Słońce oświecało ich dorodne postacie szerokie piersi i silne ramiona Uzbrojeni byli w łuki i włócznie Naokół bioder mieli krótkie spódniczki z wrzosów a niektórzy ze skór małpich Głowy ich zdobiły pióra strusi papug lub wielkie peruki zdarte z czaszek pawianów Wyglądali wojowniczo i groźnie ale stali nieruchomie i w milczeniu albowiem zdumienie ich nie miało wprost granic i potłumiło chęć do boju Wszystkie oczy wlepione były w Kinga w biały palankin i w siedzącego na karku słonia białego człowieka A jednakże słoń nie był dla nich zwierzęciem nie znanym Przeciwnie żyli oni pod ciągłą przemocą słoni których całe stada wyniszczały nocami ich pola maniokowe oraz plantacje bananów i palm dum Ponieważ włócznie i strzały nie przebijały skóry słoniowej biedni Murzyni walczyli ze szkodnikami za pomocą ognia za pomocą krzyków naśladowania głosów kogucich kopania dołów i urządzania pułapek z pni drzewnych Ale tego by słoń stał się niewolnikiem człowieka i pozwalał sobie siedzieć na karku nikt z nich nigdy nie widział i żadnemu podobna rzecz nie chciała się w głowie pomieścić Toteż widok jaki mieli przed sobą tak dalece przechodził wszelkie ich pojęcia i wyobrażenia że sami nie wiedzieli co im wypada czynić walczyć czy uciekać gdzie oczy poniosą choćby przyszło pozostawić wszystko na wolę losu Więc w niepewności trwodze i zdumieniu szeptali tylko wzajem do siebie O matko co to za stworzenia przychodzą do nas i co nas czeka z ich ręki A wtem Kali podjechawszy do nich na rzut włóczni stanął w strzemionach i począł wołać Ludzie ludzie słuchajcie głosu Kalego syna Fumby potężnego króla Wa bimów znad brzegów Bassa Narok o słuchajcie słuchajcie i jeśli rozumiecie jego mowę uważajcie na każde jego słowo Rozumiemy zabrzmiała odpowiedź z trzystu ust Niechaj wystąpi wasz król niech powie imię swoje i niech otworzy uszy i wargi aby mógł słyszeć lepiej M'Rua M'Rua poczęły wołać liczne głosy M'Rua wysunął się przed szereg ale nie więcej niż na trzy kroki Był to stary już Murzyn wysoki i silnie zbudowany lecz nie grzeszący widocznie zbytnią odwagą gdyż łydki tak drżały pod nim że musiał wbić ostrze dzidy w ziemię i oprzeć się na drzewcu by utrzymać się na nogach Za jego przykładem i inni wojownicy powbijali również dzidy w ziemię na znak że chcą wysłuchać spokojnie słów przybysza A Kali podniósł jeszcze głos M'Ruo i wy ludzie M'Ruy Słyszeliście że mówi do was syn króla Wa bimów którego krowy pokrywają tak gęsto góry koło Bassa Narok jak mrówki pokrywają ciało zabitej żyrafy A cóż powiada Kali syn króla Wa himów Oto zwiastuje wam wielką i szczęśliwą nowinę że przybywa da waszej wsi dobre Mzimu Po czym zawołał jeszcze głośniej Tak jest Dobre Mzimu Ooo Z ciszy jaka zapadła można było zmiarkować jak niezmierne wrażenie sprawiły słowa Kalego Zakołysała się fala wojowników albowiem jedni parci ciekawością posunęli się o parę kroków naprzód drudzy cofnęli się z trwogi M'Rua oparł się obu rękoma na włóczni i czas jakiś trwało głuche milczenie Dopiero po chwili szmer przebiegł szeregi i pojedyncze głosy poczęły powtarzać Mzimu! Mzimu! a tu i ówdzie ozwały się okrzyki Yancig yancig! wyrażające zarazem cześć i powitanie Lecz głos Kalego zapanował znów nad szmerem i okrzykami Patrzcie i cieszcie się Oto dobre Mzimu siedzi tam w tej białej chacie na grzbiecie wielkiego słonia a wielki słoń słucha go jak niewolnik słucha pana i jak dziecko słucha matki O ani wasi ojcowie ani wy nie widzieliście nic podobnego.. Nie widzieliśmy yancig yancig!.. I oczy wszystkich wojowników zwróciły się na chatę czyli na palankin A Kali który w czasie lekcji religii na Górze Lindego dowiedział się że wiara porusza góry i był głęboko przekonany że modlitwa białej bibi może wszystko wyjednać u Boga tak dalej i z zupełną szczerością opowiadał o dobrym Mzimu Słuchajcie słuchajcie Dobre Mzimu jedzie na słoniu w tę stronę w której słońce wstaje za górami z wody tam dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi by przyssał wam chmury a te chmury będą w czasie suszy polewały deszczem wasze proso wasz maniok wasze banany i trawy w dżungli abyście mieli dużo do jedzenia i aby wasze krowy miały dobrą paszę i dawały gęste i tłuste mleko Czy chcecie dużo jedzenia i mleka o ludzie He chcemy chcemy ...I dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi by przysłał wam wiatr który wywieje z waszej wsi tę chorobę co zmienia ciało w plaster miodu Czy chcecie by on ją wywiał o ludzie He niech ją wywieje ...I Wielki Duch na prośbę dobrego Mzimu obroni was od napaści i od niewoli i od szkód w waszych polach.. i od lwa i od pantery i od węża i od szarańczy.. Niech tak uczyni.. Więc teraz słuchajcie jeszcze i patrzcie kto siedzi przed chatą między uszyma strasznego słonia Oto siedzi tam bwana kubwa biały pan wielki i mocny którego boi się słoń.. He ...Który ma w ręku piorun i zabija nim złych ludzi.. He ...Który zabija lwy.. He ...Który wypuszcza węże ogniste.. He ...Który łamie skały.. He ...Który jednak nie uczyni wam nic złego jeżeli uczcicie dobre Mzimu Yancig yancig I jeśli naznosicie mu suchej mąki z bananów jaj kurzych świeżego mleka i miodu Yancig yancig Więc zbliżcie się i padnijcie na twarz przed dobrym Mzimu M'Rua i jego wojownicy poruszyli się i nie przestając yancigować ani na chwilę posunęli się o kilkanaście kroków naprzód ale zbliżali się ostrożnie albowiem i zabobonny lęk przed Mzimu i prosty strach przed słoniem hamowały ich kroki Widok Saby przeraził ich na nowo gdyż poczytali go za wobo to jest za wielkiego płowego lamparta który zamieszkuje tamtejsze okolice oraz południową Abisynię36 i którego miejscowi mieszkańcy boją się więcej niż lwa albowiem mięso ludzkie przekłada nad wszelkie inne i z niesłychaną zuchwałością napada nawet na zbrojnych mężczyzn Uspokoili się jednak widząc że mały brzuchaty Murzynek trzyma straszliwego wobo na powrozie Ale nabrali jeszcze większego wyobrażenia o potędze dobrego Mzimu jak również białego pana i spoglądając to na słonia ta na Sabę szeptali sobie wzajem Jeżeli oczarowali nawet wobo to któż na świecie im się oprze? Lecz najuroczystsza chwila nadeszła dopiero wówczas gdy Staś zwróciwszy się ku Nel skłonił się naprzód głęboko a następnie porozsuwał urządzone jak firanki ściany palankinu i ukazał oczom zgromadzonych dobre Mzimu M'Rua i wszyscy wojownicy padli na twarz tak że ciała ich utworzyły długi żywy pomost Nikt nie śmiał się ruszyć a trwoga zapanowała we wszystkich sercach tym większa gdy King czy to na rozkaz Stasia czy z własnej ochoty podniósł do góry trąbę i zaryczał potężnie a za jego przykładem ozwał się Saba najgłębszym basem na jaki umiał się zdobyć Wówczas ze wszystkich piersi wyrwało się podobne do błagalnego jęku Aka aka aka! i trwało dopóty dopóki Kali znów nie przemówił M'Ruo i wy dzieci M'Ruy Oddaliście cześć dobremu Mzimu więc wstańcie patrzcie i napełnijcie nim oczy wasze albowiem kto to uczyni będzie nad nim błogosławieństwo Wielkiego Ducha Wygnajcie też strach z piersi i brzuchów waszych i wiedzcie że tam gdzie przebywa dobre Mzimu krew ludzka nie może być przelana Na te słowa a zwłaszcza wskutek oświadczenia że wobec dobrego Mzimu śmierć nie może nikogo spotkać podniósł się M'Rua a za nim inni wojownicy i poczęli patrzyć nieśmiało ale chciwie na dobrotliwe bóstwo Jakoż musieliby przyznać gdyby Kali zapytał o to po raz drugi że ani ich ojcowie ani oni nie widzieli nic podobnego Oczy ich przywykły bowiem do poczwarnych wyrobionych z drzewa i z włochatych kokosowych orzechów postaci bożków a teraz stało przed nimi na grzbiecie słonia jasne bóstewko łagodne słodkie i uśmiechnięte podobne do białego ptaka i zarazem do białego kwiatu Toteż strach ich przeszedł piersi odetchnęły swobodniej grube wargi poczęły się uśmiechać a ręce mimo woli wyciągać się do cudnego zjawiska O yancig yancig! yancig Wszelako Staś który zwracał na wszystko jak najbaczniejszą uwagę spostrzegł że jeden Murzyn przybrany w spiczastą czapkę ze skóry szczurów wysunął się zaraz po ostatnich słowach Kalego z szeregu i pełznąc jak wąż w trawie skierował się ku osobnej chacie stojącej na uboczu poza ogrodzeniem ale otoczonej także wysokim częstokołem powiązanym pnączami Tymczasem dobre Mzimu lubo wielce zakłopotane rolą bóstwa wyciągnęło z polecenia Stasia swą małą rączkę i poczęło witać Murzynów Czarni wojownicy śledzili z radością oczyma każdy ruch tej małej ręki wierząc głęboko że są w tym potężne czary które uchronią ich i zabezpieczą od mnóstwa klęsk Niektórzy uderzając się w piersi i biodra mówili też O matko teraz dopiero będziemy mieli dobrze my i krowy nasze! M'Rua ośmielony już zupełnie zbliżył się do słonia uderzył raz jeszcze czołem dobremu Mzimu a potem skłoniwszy się Stasiowi odezwał się w następujący sposób Czy wielki pan który prowadzi na słoniu białe bóstwo zechce zjeść kawałek M'Ruy i czy zgodzi się na to aby M'Rua zjadł kawałek jego i aby się stali braćmi między którymi nie masz kłamstwa i zdrady Kali przetłumaczył natychmiast te słowa lecz widząc z twarzy Stasia że nie ma najmniejszej ochoty na kawałek M'Ruy zwrócił się do starego Murzyna i rzekł O M'Ruo czy myślisz naprawdę że biały pan tak potężny którego boi się słoń który ma w ręku piorun który zabija lwy któremu kiwa ogonem wobo który wypuszcza węże ogniste i lamie skały może zawierać braterstwo krwi z byle królem Pomyśl o M'Ruo zali Wielki Duch nie ukarałby cię za zuchwalstwo i zali nie dosyć będzie dla ciebie chwały jeśli zjesz kawałek Kalego syna Fumby władcy Wa himów i jeśli Kali syn Fumby zje kawałek ciebie Nie jestżeś niewolnikiem zapytał M'Rua Pan wielki nie porwał Kalego ani go kupił tylko ocalił mu życie przeto Kali prowadzi dobre Mzimu i pana do krainy Wa bimów aby Wa himowie i Fumba oddali im cześć i złożyli dary wielkie Niech więc będzie jak mówisz i niech M'Rua zje kawałek Kalego a Kali kawałek M'Ruy Niech tak będzie powtórzyli wojownicy Gdzie jest czarownik zapytał król Gdzie czarownik gdzie czarownik gdzie Kamba poczęły wołać liczne głosy A wtem zaszło coś takiego co mogło zmienić całkowicie położenie rzeczy zamącić przyjazne stosunki i uczynić Murzynów wrogami świeżo przybyłych gości Oto w stojącej na uboczu i otoczonej osobnym częstokołem chacie rozległ się nagle piekielny hałas Był to jakby ryk lwa jakby grzmot jakby huk bębna jakby śmiech hieny wycie wilka i jakby skrzypienie przeraźliwe zardzewiałych żelaznych zawias King posłyszawszy te okropne głosy począł ryczeć Saba szczekać osioł na którym siedział Nasibu rżeć Wojownicy skoczyli jak oparzeni i powyrywali dzidy z ziemi Uczyniło się zamieszanie O uszy Stasia odbiły się niespokojne okrzyki Nasze Mzimu Nasze Mzimu! Cześć i życzliwość z jaką spoglądano na przybyszów znikły w jednej chwili Oczy dzikich poczęły rzucać podejrzliwe i nieprzyjazne spojrzenia Groźne szmery jęły podnosić się wśród tłumu a straszliwy hałas w samotnej chacie wzmagał się coraz bardziej Kali przeraził się i przysunąwszy się szybko do Stasia począł mówić przerywanym ze wzruszenia głosem Panie to czarownik zbudził złe Mzimu ktore boi się że je ominą ofiary i ryczy ze złości Uspokój panie czarownika i złe Mzimu wielkimi darami albowiem inaczej ci ludzie zwrócą się przeciw nam Uspokoić ich zapytał Staś I nagle ogarnął go gniew na przewrotność i chciwość czarownika a niespodziane niebezpieczeństwo wzburzyło go do dna duszy Smagła twarz jego zmieniła się zupełnie tak samo jak wówczas gdy zastrzelił Gebhra Chamisa i dwóch Beduinów Oczy błysnęły mu złowrogo zacisnęły się wargi i pięści a policzki pobladły Ach ja ich uspokoję rzekł I bez namysłu pognał słonia ku chacie Kali nie chcąc pozostać sam wśród Murzynów ruszył za nim Z piersi dzikich wojowników wydarł się okrzyk nie wiadomo czy trwogi czy wściekłości lecz zanim się opamiętali trzasnął i runął pod naciskiem głowy słonia częstokół potem rozsypały się gliniane ściany chaty i dach wyleciał wśród kurzawy w powietrze a jeszcze po chwili M'Rua i jego ludzie ujrzeli czarną trąbę wzniesioną do góry na końcu zaś trąby czarownika Kambę A Staś spostrzegłszy na podłodze wielki bęben uczyniony z pnia wypróchniałego drzewa i obciągnięty małpią skórą kazał go sobie podać Kalemu i zawróciwszy stanął wprost zdumionych wojowników Ludzie rzekł donośnym głosem to nie wasze Mzimu ryczy to ten łotr huczy na bębnie by wyłudzać od was dary a wy boicie się jak dzieci To rzekłszy chwycił za sznur przewleczony przez wyschniętą skórę w bębnie i począł nim z całej siły kręcić w koło Te same głosy które poprzednio tak przeraziły Murzynów rozległy się i teraz a nawet jeszcze przeraźliwiej gdyż nie tłumiły ich ściany chaty O jakże głupi jest M'Rua i jego dzieci zakrzyknął Kali Staś oddał mu bęben Kali zaś począł hałasować na nim z takim zapałem że przez chwilę nie można było dosłyszeć ani słowa Aż gdy nareszcie miał dosyć cisnął bęben pod nogi M'Ruy Oto jest wasze Mzimu zawołał z wielkim śmiechem Po czym jął ze zwykłą Murzynom obfitością słów przemawiać do wojowników nie żałując przy tym wcale drwin i z nich i z M'Ruy Oświadczył im wskazując na Kambę że ów złodziej w czapce ze szczurów oszukiwał ich przez wiele pór dżdżystych i suchych a oni paśli go fasolą koźlętami i miodem Jestże drugi głupszy król i naród na świecie Wierzyli w moc starego oszusta i w jego czary więc niech patrzą teraz jak ten wielki czarownik wisi na trąbie słonia i krzyczy Aka! by wzbudzić litość białego pana Gdzież jego moc gdzież jego czary czemu żadne złe Mzimu nie ryknie teraz w jego obronie Ach cóż to jest to ich Mzirnu płachta małpiej skóry i kawał spróchniałego pnia który rozdepce słoń U Wa himów ani kobiety ani dzieci nie bałyby się takiego Mzimu a boi się go M'Rua i jego ludzie Jedno jest tylko prawdziwe Mzimu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan niech więc oddadzą im cześć i niech naznoszą jak najwięcej darów inaczej bowiem posypią się na nich klęski o jakich nie słyszeli dotychczas Dla Murzynów nie potrzeba było nawet tych słów gdyż już to że czarownik razem ze swym złym Mzimu okazał się tak niesłychanie słabszym od nowego białego bóstwa i od białego pana wystarczyło im najzupełniej by go opuścić i okryć pogardą Poczęli więc na nowo yancigować a nawet z większą jeszcze pokorą i skwapliwością Ale ponieważ źli byli na siebie że przez tyle lat pozwolili się Kambie oszukiwać więc chcieli koniecznie go zabić Sam M'Rua prosił Stasia by pozwolił go związać i zachować dopóty dopóki nie obmyślą mu dość okrutnej śmierci Nel jednak postanowiła darować mu życie a ponieważ Kali zapowiedział że tam gdzie przebywa dobre Mzimu krew ludzka nie może być przelana przeto Staś pozwolił tylko na wypędzenie ze wsi nieszczęśliwego czarownika Kamba który się spodziewał że umrze w najwymyślniejszych męczarniach padł na twarz przed dobrym Mzimu i szlochając dziękował mu za ocalenie I odtąd nic już nie zmąciło uroczystości Zza częstokołu wysypały się kobiety i dzieci albowiem wieść o przybyciu nadzwyczajnych gości rozeszła się po całej wsi i chęć widzenia białego Mzimu przemogła strach Staś i Nel widzieli po raz pierwszy osadę prawdziwych dzikich do których nie dotarli nawet Arabowie Ubranie tych Murzynów składało się tylko z wrzosów lub ze skór pozawiązywanych naokół bioder wszyscy byli tatuowani Zarówno mężczyźni jak kobiety mieli przedziurawione uszy i w tych otworach kawałki drzewa lub kości tak duże że porozciągane klapki uszu sięgały ramion W dolnej wardze nosili pelele to jest drewniane lub kościane krążki wielkie jak spodki od filiżanek Znakomitsi wojownicy i ich żony mieli na szyjach kołnierze z żelaznego lub mosiężnego drutu tak wysokie i sztywne że zaledwie mogli poruszać głowami Należeli też widocznie do szczepu Szylluków który ciągnie się daleko na wschód albowiem Kali i Mea rozumieli wybornie ich mowę a Staś w połowie Nie posiadali jednak nóg tak długich jak pobratymcy ich mieszkający nad rozlewiskami Nilu byli szersi w ramionach mniej wysocy i w ogóle mniej podobni do ptaków brodzących Dzieci wyglądały jak pchełki i nie zeszpecone jeszcze przez pelele były bez porównania od starszych ładniejsze Kobiety napatrzywszy się naprzód z dala dobremu Mzimu poczęły na wyścigi z wojownikami znosić mu dary składające się z koźląt kur jaj czarnej fasoli i piwa warzonego z prosa Trwało to dopóty dopóki Staś nie powstrzymał tego napływu zapasów a ponieważ zapłacił za nie hojnie paciorkami i kolorowym perkalem a Nel rozdała dzieciom kilkanaście lusterek odziedziczonych po Lindem przeto radość niezmierna zapanowała w całej wsi i naokół namiotu do którego schronili się mali podróżnicy rozlegały się wciąż wesołe i pełne zachwytu okrzyki Potem wojownicy odbyli na cześć gości taniec wojenny i stoczyli udaną bitwę a w końcu przystąpiono do zawarcia braterstwa krwi między Kalim a M'Ruą Ponieważ nie było Kamby który do tej ceremonii był koniecznie potrzebny więc zastąpił go stary Murzyn znający dostatecznie zaklęcia Ów zabiwszy koźlę wyjął z niego wątrobę i podzielił ją na kilka sporych kąsków po czym jął obracać ręką i nogą rodzaj kołowrotka i spoglądając to na Kalego to na M'Ruę ozwał się uroczystym głosem Kali synu Fumby czy chcesz zjeść kawałek M'Ruy syna M'Kuli i ty M'Ruo synu M'Kuli czy chcesz zjeść kawałek Kalego syna Fumby Chcemy ozwali się przyszli bracia Czy chcecie aby serce Kalego było sercem M'Ruy a serce M'Ruy sercem Kalego Chcemy I ręce i włócznie i krowy I krowy I wszystko co każdy ma lub będzie miał Co ma i będzie miał I aby nie było między wami kłamstwa ani zdrady ani nienawiści Ani nienawiści I aby jeden nigdy drugiego nie okradł Nigdy I abyście byli braćmi Tak Kołowrotek obracał się coraz prędzej Zgromadzeni naokół wojownicy śledzili z coraz większym zajęciem jego ruchy Ao zawołał stary Murzyn lecz gdyby jeden z was okłamał drugiego gdyby go zdradził gdyby go okradł gdyby go otruł gdyby go zabił niech będzie przeklęty Niech będzie przeklęty powtórzyli wszyscy wojownicy A jeśli jest kłamcą i knuje zdradę niech nie przełknie krwi swego brata i niech ją zrzuci w naszych oczach Och w naszych oczach I niech umrze Niech umrze Niech go rozedrze wobo Wobo Albo lew Albo lew Niech go stratuje słoń i nosorożec i bawół O i bawół powtórzył chór I niech go ukąsi wąż Wąż A język jego niechaj stanie się czarny Czarny A oczy niech mu uciekną w tył głowy W tył głowy I niech chodzi piętami do góry Ha piętami do góry Nie tylko Staś ale i Kali gryźli wargi by nie wybuchnąć śmiechem a tymczasem zaklęcia powtarzały się coraz straszniejsze kołowrotek obracał się tak szybko że oczy nie mogły za jego obrotami nadążyć Trwało to dopóty dopóki stary Murzyn nie stracił zupełnie sił i oddechu Wówczas siadł na ziemi i przez jakiś czas kiwał głową na obie strony w milczeniu Po chwili jednak podniósł się i wziąwszy nóż naciął nim skórę na ramieniu Kalego i umazawszy jego krwią kawałek wątroby koźlęcej wsunął go w usta M'Ruy drugi zaś kawałek umazany we krwi króla w usta Kalego Obaj połknęli je tak szybko że aż zagrały im krtanie a oczy wyszły na wierzch po czym chwycili się za ręce na znak wiernej i wieczystej przyjaźni Wojownicy zaś poczęli wołać z radością Obaj przełknęli żaden nie zrzucił a więc są szczerzy i nie masz zdrady między nimi A Staś dziękował w duchu Kalemu że go w tej ceremonii zastąpił albowiem czuł że przy połykaniu kawałka M'Ruy byłby niezawodnie złożył dowód nieszczerości i zdrady Od tej chwili jednak nie groziło rzeczywiście małym podróżnikom ze strony dzikich żadne podejście ani żaden niespodziany napad a natomiast otoczyła ich jak największa gościnność i cześć niemal boska Cześć ta wzrosła jeszcze gdy Staś spostrzegłszy wielki spadek odziedziczonego po Lindem barometru przepowiedział deszcz i gdy deszcz spadł tegoż samego jeszcze dnia dość obficie tak jakby massika która już dawno przeszła chciała wytrząsnąć ostatni z swych zapasów na ziemię Murzyni byli przekonani że darowało im tę ulewę dobre Mzimu i wdzięczność ich dla Nel nie miała granic Staś żartował sobie z niej że ponieważ została bożkiem murzyńskim przeto w dalszą drogę puści się tylko sam a ją zostawi we wsi M'Ruy gdzie Murzyni wybudują dla niej kapliczkę z kłów słoniowych i będą jej znosili fasolę i banany Ale Nel tak była go pewna że wspiąwszy się na paluszki szepnęła mu wedle swego zwyczaju do ucha dwa tylko wyrazy Nie zostawisz! po czym jęła podskakiwać z radości mówiąc że skoro Murzyni są tak dobrzy to cała podróż aż do oceanu pójdzie łatwo i prędko Działo się to przed namiotem i wobec bumów więc stary M'Rua widząc podskakujące Mzimu zaczął natychmiast także podskakiwać jak mógł najwyżej na swoich krzywych nogach w przekonaniu że daje przez to dowód pobożności Śladem jego puścili się w hopki ministrowie za nimi wojownicy za nimi kobiety i dzieci słowem cała wieś skakała przez jakiś czas tak jakby wszyscy dostali pomieszania zmysłów Stasia ubawił tak ten przykład dany przez bóstwo że pokładał się ze śmiechu Jednakże w nocy oddał rzeczywistą i trwałą przysługę pobożnemu królowi i jego poddanym albowiem gdy słonie napadły na pola bananowe pojechał ku nim na Kingu i puścił między stado kilka rac Popłoch jaki wznieciły węże ogniste przeszedł nawet jego oczekiwania Olbrzymie zwierzęta ogarnięte szałem trwogi napełniły całą dżunglę rykiem i tętentem a uciekając na oślep przewracały się i tratowały wzajem Potężny King ścigał uciekających towarzyszów z nadzwyczajną ochotą nie szczędząc im uderzeń trąbą i kłami Po takiej nocy można było być pewnym że przez długi czas żaden słoń nie pojawi się w plantacjach bananów i palm dum należących do wsi starego M'Ruy We wsi panowała też radość wielka i Murzyni spędzili całą noc na tańcach na popijaniu piwa z prosa i palmowego wina Kali dowiedział się jednak od nich wielu ważnych rzeczy pokazało się bowiem że niektórzy słyszeli o jakiejś wielkiej wodzie leżącej na wschód i otoczonej górami Dla Stasia był to dowód że owo jezioro o którym nie uczył się w geografii istnieje rzeczywiście a po wtóre że idąc w kierunku jaki obrali trafią wreszcie na naród Wa bimów Wnosząc z tego że mowa Mei i Kalego prawie nie różniła się od mowy M'Ruy doszedł do przekonania że nazwa Wa hima jest prawdopodobnie jakimś mianem miejscowym i że ludy mieszkające nad brzegami Bassa Narok należą do wielkiego szczepu Szylluków który poczyna się nad Nilem a rozciąga się nie wiadomo jak daleko na wschód.37 Rozdział 39 Cała ludność odprowadziła daleko dobre Mzimu i pożegnała je ze łzami prosząc natarczywie by raczyło przybyć kiedy jeszcze do M'Ruy i pamiętać o jego ludzie Staś przez chwilę wahał się czy nie wskazać Murzynom wąwozu gdzie pochował te towary i zapasy po Lindem których z braku tragarzy nie mógł zabrać ale pomyślawszy że posiadanie takich skarbów mogłoby wywołać między nimi zawiści i niesnaski zbudzić łakomstwo i zamącić spokój ich życia porzucił ten zamiar a natomiast zastrzelił wielkiego bawołu i pozostawił im jego mięso na pożegnalną ucztę Widok tak wielkiej ilości nyamy pocieszył ich też rzeczywiście Przez następne trzy dni karawana szła znów krajem pustym Dni były upalne ale noce z powodu wysokiego położenia okolicy tak zimne że Staś kazał Mei przykrywać Nel dwoma kocami Przebywali teraz często wąwozy górskie czasem jałowe i skaliste a czasem pokryte tak zbitą roślinnością że trzeba się było przez nie z największym trudem przedzierać Na brzegach tych wąwozów widywali wielkie małpy a niekiedy lwy i pantery które gnieździły się w jaskiniach skalnych Staś zabił jedną z nich na prośbę Kalego który przybrał się następnie w jej skórę aby Murzyni mogli od razu poznać że mają do czynienia z osobą krwi królewskiej Za wąwozami na wysokiej równinie poczęły się znów ukazywać wioski murzyńskie Niektóre leżały blisko siebie niektóre o dzień lub dwa drogi Wszystkie były otoczone wysokim częstokołem dla ochrony od lwów i tak spowite w pnącze że nawet z bliska wyglądały jak kępy dziewiczego lasu Dopiero z dymów wznoszących się w pośrodku można było zmiarkować że tam mieszkają ludzie Karawanę przyjmowano wszędzie mniej więcej tak jak we wsi M'Ruy to jest z początku z trwogą i nieufnie a następnie z podziwem zdumieniem i czcią Raz tylko zdarzyło się że cała wioska na widok słonia Saby koni i białych ludzi uciekła do pobliskiego lasu tak że nie było z kim rozmówić się Jednakże ani jedna włócznia nie została przeciw podróżnikom wymierzona Murzyni bowiem póki mahometanizm nie wypełni ich dusz nienawiścią do niewiernych i okrucieństwem są raczej bojaźliwi i łagodni Najczęściej bywało więc tak że Kali zjadał kawałek miejscowego króla miejscowy król kawałek Kalego przy czym stosunki układały się jak najprzyjaźniej a dobremu Mzimu składano wszędy dowody hołdu i bogobojności pod postacią kur jaj i miodu wydobywanego z klocków drzewa zawieszonych za pomocą sznurów palmowych na gałęziach wielkich drzew Pan wielki władca słonia piorunów i wężów ognistych wzbudzał przeważnie strach który jednak rychło zmieniał się we wdzięczność gdy przekonywano się że hojność jego dorównywa potędze Tam gdzie wioski były bliższe przybycie nadzwyczajnych podróżnych oznajmiała jedna drugiej za pomocą bicia w bębny Murzyni bowiem potrafią wszystko za pomocą bębnienia wypowiedzieć Zdarzało się też że cała ludność wylegała na ich spotkanie usposobiona z góry jak najprzyjaźniej W jednej wsi liczącej do tysiąca głów miejscowy władca który był w jednej osobie czarownikiem i królem zgodził się na pokazanie im wielkiego fetysza którego otaczała nadzwyczajna cześć i bojaźń tak że do hebanowej pokrytej skórą nosorożca kapliczki ludzie nie śmieli się zbliżać i ofiary składali w odległości pięćdziesięciu kroków Król opowiadał o tym fetyszu że spadł niedawno z księżyca że był biały i że miał ogon Staś oznajmił że to on właśnie wysłał go na rozkaz dobrego Mzimu i mówiąc tak nie rozminął się bynajmniej z prawdą gdyż pokazało się że wielki fetysz był po prostu jednym z latawców puszczonych z Góry Lindego Oboje z Nel ucieszyli się myślą że inne mogły przy odpowiednim wietrze zalecieć jeszcze dalej i postanowili puszczać je z wyżyn w dalszym ciągu Staś zmajstrował i puścił jeden zaraz tego samego wieczoru co ostatecznie przekonało Murzynów że i dobre Mzimu i biały pan przybyli na ziemię także z księżyca i że są bóstwami którym dość pokornie służyć nie można Ale więcej od tych oznak pokory i hołdu uradowała Stasia wiadomość że Bassa Narok leży o kilkanaście tylko dni drogi i że mieszkańcy tej wsi w której obecnie się zatrzymali otrzymują czasem z tamtych stron sól w zamian za wino z palm dum Król miejscowy słyszał nawet o Fumbie jako o władcy ludzi zwanych Doko Kali potwierdził że dalsi sąsiedzi tak nazywają Wa himów i Samburu Mniej pocieszające były wieści że nad brzegami wielkiej wody wre wojna i że trzeba iść do Bassa Narok przez niezmiernie dzikie góry i strome wąwozy pełne drapieżnych zwierząt Ale z drapieżnych zwierząt Staś niewiele już sobie robił a góry choćby najdziksze wolał od niskich równin na których czyha na podróżników febra Z dobrą więc otuchą wyruszyli w dalszą drogę Za ową ludną wsią spotkali już tylko jedną osadę bardzo lichą i zawieszoną jak gniazdo na skraju urwiska Potem zaczęło się podgórze poprzecinane z rzadka głębokimi rozpadlinami Na wschodzie wznosił się mroczny łańcuch szczytów który z dala wydawał się prawie zupełnie czarny Była to nieznana kraina do której właśnie szli nie wiedząc co ich tam może spotkać zanim dojdą do dzierżaw Fumby Na halach które przechodzili nie brakło drzew ale z wyjątkiem sterczących samotnie smokowców i akacyj stały one kępami tworząc jakby mace gaje Podróżnicy zatrzymywali się wśród tych kęp dla posiłku i wywczasu oraz dla obfitego cienia Wśród drzew roiło się ptactwo Rozmaite gatunki gołębi wielkie dzioborożce które Staś nazywał tukanami kraski szpaki synogarlice i niezliczone prześliczne bengalis kręciły się w gąszczu liści lub przelatywały z jednej kępy na drugą pojedynczo lub stadami mieniąc się jak tęcza Niektóre drzewa wydawały się z daleka okryte różnokolorowym kwieciem Nel zachwycała się szczególnie widokiem rajskich muchołówek38 i czarnych podszytych pąsowo sporych ptaków,39 które odzywały się głosem pastuszej fujarki Cudne żołny40 z wierzchu różowe a pod spodem jasne niebieskie uwijały się w blasku słonecznym chwytając w lot pszczoły i koniki polne Na wierzchołkach drzew rozlegały się wrzaski zielonych papug a czasem dochodził głos jakby srebrnych dzwonków którym witały się wzajem małe zielonoszare ptaszyny ukryte pod liściami adausonij Przed wschodem i po zachodzie słońca przelatywały stada miejscowych wróbelków,41 tak niezliczone że gdyby nie pisk i szum skrzydełek można by je poczytać za chmury Staś przypuszczał że to te krasnodzióbki dzwonią tak rozpraszając się w dzieli po pojedynczych kępach Lecz największym zdumieniem i zachwytem napełniały oboje dzieci inne latające w małych stadkach ptaki które dawały prawdziwe koncerty Każde stadko składało się z pięciu lub sześciu samic i jednego połyskującego metalicznymi piórami samca.42 Siadały one szczególnie na pojedynczych akacjach w ten sposób że on umieszczał się na wierzchołku drzewa one poniżej i po pierwszych tonach które wydawały się jakby strojeniem gardziołek on rozpoczynał śpiew a one słuchały w milczeniu Dopiero gdy skończył powtarzały jednogłośnym chórem ostatnią zwrotkę jego śpiewu Po małej przerwie on znów zaczynał i kończył one znów powtarzały po czym całe stadko przelatywało falistym lekkim lotem na następną najbliższą akację i koncert złożony z solisty i chóru rozbrzmiewał w południowej ciszy powtórnie Dzieci nie mogły się tego dość nasłuchać Nel pochwyciła przewodnią nutę koncertu i razem z chórem samiczek wyśpiewywała swym cienkim głosikiem ostatnie tony brzmiące jak szybko powtarzane dźwięki tui tui tui tui twiling ting ting! Pewnego razu dzieci idąc od drzewa do drzewa za skrzydlatymi muzykantami odeszły na kilometr od obozu pozostawiwszy w nim troje Murzynów Kinga i Sabę którego Staś wybierając się za jedną drogą na polowanie nie chciał wziąć z sobą by szczekaniem nie płoszył mu zwierzyny Gdy więc stadko przeleciało wreszcie z ostatniej akacji na drugą stronę szerokiego wąwozu chłopiec zatrzymał się i rzekł Teraz odprowadzę cię do Kinga a potem obaczę czy w wysokiej dżungli nie ma antylop albo zebr bo Kali mówi że wędzonego mięsa nie starczy więcej niż na dwa dni Przecież już jestem duża odpowiedziała Nel której zawsze chodziło bardzo o to by pokazać że nie jest małym dzieckiem więc wrócę sama Obóz stąd widać doskonale i dym także Boję się że zabłądzisz Nie zabłądzę W wysokiej dżungli może bym i zabłądziła ale tu patrz jaka trawa niska Jeszcze cię co napadnie Sam mówiłeś że lwy i pantery w dzień nie polują Przy tym słyszysz jak King trąbi z tęsknoty za nami Jaki tam lew odważyłby się polować tam gdzie dochodzi głos Kinga I poczęła się napierać Mój Stasiu pójdę sama jak kto dorosły Staś wahał się przez chwilę ale w końcu przystał Obóz i dym było rzeczywiście widać King który tęsknił za Nel trąbił co chwila W niskiej trawie nie groziło zabłądzenie a co do lwów panter i hien nite mogło być po prostu o nich mowy gdyż zwierzęta te szukają łupu tylko w nocy Chłopiec wiedział zresztą że niczym nie zrobi dziewczynce takiej przyjemności jak gdy pokaże że nie uważa jej za małe dziecko Dobrze więc rzekł idź sama ale idź prosto i nie marudź po drodze A czy mogę tylko narwać tych kwiatów zapytała ukazując na krzak kusso,43 okryty niezmierną ilością różowego kwiecia Możesz To rzekłszy zawrócił ją pokazał jej raz jeszcze dla pewności kępę drzew z której wychodził dym obozowy i w której rozlegało się trąbienie Kinga po czym nurknął w wysoką dżunglę obrastającą brzeg wąwozu.. Lecz nie uszedł jeszcze stu kroków a już ogarnął go niepokój To przecie głupio z mojej strony pomyślał żem pozwolił Nel chodzić samej po Afryce głupio głupio To takie dziecko Nie powinienem jej ani na krok odstępować chyba że jest przy niej King Kto wie co się może trafić Kto wie czy pod tym różowym krzakiem nie siedzi jaki wąż wielkie małpy mogą się tu wychylić z wąwozu i porwać mi ją albo pokąsać Brońże Boże Zrobiłem okropne głupstwo! I niepokój jego przeszedł w gniew na samego siebie a zarazem w okropny lęk Nie namyślając się dłużej zawrócił jakby tknięty nagłym złym przeczuciem Idąc spiesznie z tą niesłychaną wprawą jakiej już nabrał wskutek codziennych polowań trzymał gotową do strzału strzelbę i posuwał się wśród kolczastych mimoz bez żadnego szelestu zupełnie jak pantera gdy nocą skrada się do stada antylop Po chwili wysunął głowę z wysokich zarośli spojrzał i skamieniał Nel stała pod krzem kusso z wyciągniętymi przed siebie rączkami różowe kwiaty które upuściła z przerażenia leżały u jej nóg a w odległości dwudziestu kilku kroków wielki płowoszary zwierz pełznąc ku niej wśród niskiej trawy Staś widział wyraźnie jego zielone oczy wpatrzone w białą jak kreda twarz dziewczynki jego zwężoną z przypłaszczonymi uszyma głowę jego podniesione w górę z powodu przyczajonej i pełzającej postawy łopatki jego długie ciało i jeszcze dłuższy ogon którego koniec poruszał się lekkim kocim ruchem Chwila jeszcze jeden skok i byłoby po Nel Na ten widok zahartowany i przywykły do niebezpieczeństw chłopak w mgnieniu oka zrozumiał że jeśli nie odzyska zimnej krwi jeśli nie zdobędzie się na spokój przytomność jeśli źle strzeli i tylko zrani napastnika choćby nawet ciężko to dziewczynka musi zginąć Lecz umiał już do tego stopnia nad sobą zapanować że pod wpływem tych myśli ręce jego i nogi stały się nagle spokojne jak stalowe sprężyny Jednym rzutem oka dojrzał ciemną cętkę w pobliżu ucha zwierzęcia jednym lekkim ruchem skierował ku niej lufy strzelby i wypalił Huk wystrzału krzyk Nel i krótki chrapliwy ryk ozwały się w tej samej chwili Staś skoczył ku Nel i zastawiwszy ją własnym ciałem zmierzył znów do napastnika Lecz drugi strzał okazał się całkiem zbyteczny albowiem straszliwy kot rozpłaszczył się i leżał jak łachman nosem przy ziemi z pazurami wbitymi w trawę prawie bez drgawek Pękająca kula odwaliła mu cały tył głowy wraz z kręgami karku Nad oczyma bieliły mu się krwawe poszarpane zwoje mózgu A mały myśliwiec i Nel stali przez jakiś czas spoglądając to na zabite zwierzę to na siebie i nie mogąc ani słowa przemówić Lecz potem stała się rzec dziwna Oto ten sam Staś który przed chwilą byłby zdumiał swą zimną krwią i spokojem najwytrawniejszych strzelców całego świata pobladł nagle nogi zaczęły mu się trząść z oczu puściły mu się łzy a następnie chwycił głowę w dłonie i zaczął powtarzać O Nel Nel gdybym ja nie był wrócił!.. I opanowało go takie przerażenie taka jakaś spóźniona rozpacz że każda żyłka drgała w nim jak gdyby dostał febry Po niesłychanym napięciu woli i wszystkich sil duszy i ciała przyszła nań chwila słabości i folgi W oczach stanął mu obraz strasznego zwierza spoczywającego z zakrwawioną mordą w jakiejś ciemnej jaskini i szarpiącego ciało Nel A przecież tak być mogło i tak by się stało gdyby nie był powrócił Jedna minuta jedna sekunda więcej i byłoby za późno Tej myśli nie mógł po prostu przenieść Skończyło się wreszcie na tym że Nel ochłonąwszy z przerażenia musiała go pocieszać Małe poczciwe stworzenie zarzuciło mu obie rączki na szyję i płacząc także poczęło na niego wołać tak głośno jakby go chciało ze snu rozbudzić Stasiu Stasiu mnie nic Patrz że mi nic Stasiu Stasiu Lecz on przyszedł do siebie i uspokoił się po długim dopiero czasie Zaraz potem nadszedł Kali który usłyszawszy strzał niedaleko od obozu i wiedząc że bwana kubwa nie strzela nigdy na próżno przyprowadził z sobą konia dla zabrania zwierzyny Młody Murzyn spojrzawszy na zabite zwierzę cofnął się nagle i twarz stała mu się od razu popielata Wobo zakrzyknął Dzieci zbliżyły się dopiero teraz do sztywniejącego już trupa Staś bowiem nie miał dotychczas dokładnego pojęcia jaki właściwie drapieżnik padł od jego strzału Chłopcu wydawało się na pierwszy rzut oka że jest to wyjątkowo wielki serwal,44 jednakże po bliższym przypatrzeniu się poznał że tak nie jest albowiem zabity zwierz przechodził rozmiarami nawet lamparta Płowa jego skóra była usianą cętkami barwy kasztanowatej ale głowę miał od lamparta węższą co czyniło go podobnym nieco do wilka nogi wyższe łapy szersze i olbrzymie oczy Jedno z nich kula wysadziła zupełnie na wierzch drugie patrzyło jeszcze na dzieci bezdenne nieruchome i straszne Staś doszedł do przekonania że to jakiś gatunek pantery o którym zoologia tak samo nic nie wiedziała jak geografia o jeziorze Bassa Narok Kali patrzył wciąż z niezmiernym przestrachem na rozciągnięte zwierzę powtarzając cichym głosem jakby się bał je przebudzić Wobo!.. Pan wielki zabić wobo Lecz Staś zwrócił się do dziewczynki położył jej dłoń na główce jakby chcąc się ostatecznie upewnić że wobo jej nie porwał po czym rzekł Widzisz Nel widzisz że choćbyś była całkiem duża to po dżungli nie możesz sama chodzić Prawda Stasiu odpowiedziała ze skruszoną minką Nel Ale z tobą albo z Kingiem mogę Mów jak to było Czyś słyszała jak się zbliżał Nie.. Tylko z kwiatów wyleciała wielka złota mucha więc odwróciłam się za nią i zobaczyłam go jak wyłaził z wąwozu I co I stanął i zaczął na mnie patrzeć Długo patrzył Długo Stasiu Dopiero jak upuściłam kwiaty i zasłoniłam się od niego rękoma zaczął się ku mnie czołgać.. Stasiowi przyszło do głowy że gdyby Nel była Murzynką zostałaby natychmiast porwana i że ocalenie zawdzięcza także i zdziwieniu zwierzęcia które ujrzawszy po raz pierwszy nie znaną sobie istotę nie było na razie pewne co ma uczynić I mróz przeszedł znów przez kości chłopca Bogu dzięki Bogu dzięki żem wrócił!.. Po czym pytał dalej Coś sobie w tej chwili myślała Chciałam na ciebie zawołać i.. nie mogłam.. ale.. Ale co Ale myślałam że ty mnie obronisz.. Sama nie wiem.. To powiedziawszy zarzuciła mu znów ramionka na szyję a on począł głaskać jej czuprynkę Nie boisz się już Nie Moje małe Mzimu moje Mzimu widzisz co to jest Afryka Tak ale ty zabijesz każde szkaradne zwierzę Zabiję Oboje znów zaczęli się przyglądać drapieżnikowi Staś chcąc zachować na pamiątkę jego skórę kazał ją Kalemu ściągnąć ale ów z obawy by drugi wobo nie wylazł do niego z wąwozu prosił by go nie zostawiali samego a na pytanie czy rzeczywiście boi się więcej wobo niż lwa rzekł Lew ryczeć w nocy i nie przeskoczyć przez częstokół a wobo przeskoczyć w biały dzień i zabić dużo Murzynów w środku wsi a potem porwać jednego i zjeść Od wobo włócznia nie obroni ani łuk tylko czary bo wobo zabić nie można Głupstwo rzeki Staś Przypatrzże się temu czy nie dobrze zabity Biały pan zabić wobo czarny człowiek nie zabić odpowiedział Kali Skończyło się na tym że olbrzymiego kota przywiązano sznurem do konia i koń zawlókł go do obozu Stasiowi jednak nie udało się zachować jego skóry a to z przyczyny Kinga który domyśliwszy się widocznie że wobo chciał porwać jego panienkę wpadł w taki szał gniewu że nawet rozkazy Stasia nie zdołały go pohamować Porwawszy trąbą zabite zwierzę wyrzucił je dwukrotnie w górę po czym zaczął bić nim o drzewo a w końcu potratował je nogami i zmienił w rodzaj bezkształtnej masy przypominającej marmeladę Staś zdołał ocalić tylko szczęki które z resztkami łba położył na drodze kolumny mrówek te zaś w ciągu godziny oczyściły kości tak znakomicie że nie zostało na żadnej ani atomu mięsa lub krwi Rozdział 40 W cztery dni później Staś zatrzymał się na dłuższy wypoczynek na wzgórzu podobnym nieco do Góry Lindego ale mniejszym i ciaśniejszym Tego samego wieczora Saba zagryzł po ciężkiej walce wielkiego samca pawiana którego napadł w chwili gdy ów bawił się szczątkami latawca drugiego z rzędu z tych które dzieci puściły przed wyruszeniem do oceanu Staś i Nel korzystając z postoju postanowili kleić ciągle coraz nowe ale puszczać je tylko wówczas gdy silny musson będzie dął z zachodu na wschód Staś liczył na to że jeśli choć jeden wpadnie w ręce europejskie lub arabskie zwróci na siebie niezawodnie nadzwyczajną uwagę i przyczyni się do wysłania umyślnej na ich ratunek wyprawy Dla tym większej pewności obok napisów angielskich i francuskich dodawał i arabskie co nie przychodziło mu z trudnością albowiem język arabski znał doskonale Wkrótce po wyruszeniu z postoju Kali oświadczył że w łańcuchu gór które widzieli na wschodzie poznaje niektóre szczyty otaczające wielką czarną wodę czyli Bassa Narok wszelako nie zawsze był tego pewien gdyż zależnie od tego z którego miejsca patrzyli góry przybierały kształty odmienne Po przejściu niewielkiej doliny zarośniętej krzakami kusso i wyglądającej jak jedno różowe jezioro trafili na chatę samotnych myśliwców Było w niej dwóch Murzynów z tych jeden ukąszony przez nitkowca45 i chory Ale obaj byli tak dzicy i głupi a przy tym tak przerażeni przybyciem niespodzianych gości i tak pewni że zostaną zamordowani że w pierwszych chwilach niepodobna było od nich niczego się dowiedzieć Dopiero kilka płatów wędzonego mięsa rozwiązało język temu który był nie tylko chory ale i zgłodniały gdyż towarzysz udzielał mu żywności bardzo skąpo Od niego więc dowiedzieli się że o dzień drogi leżą luźne wioski rządzone przez niezależnych wzajem od siebie królików a następnie za stromą górą poczyna się ziemia Fumby rozciągająca się na zachód i południe od wielkiej wody Stasiowi gdy to usłyszał wielki ciężar spadł z serca a do duszy wstąpiła nowa otucha Bądź co bądź byli już niemal na progu krainy Wa bimów Jak dalej pójdzie podróż oczywiście trudno było przewidzieć wszelako chłopiec mógł się w każdym razie spodziewać że nie będzie ona cięższa ani nawet dłuższa od tej okropnej drogi znad brzegów Nilu którą jednak przebył dzięki swej wyjątkowej zaradności i w czasie której uchronił od zguby Nel Nie wątpił że dzięki Kalemu Wa himowie przyjmą ich jak najgościnniej i dadzą im wszelką pomoc Zresztą poznał już dobrze Murzynów wiedział jak należy z nimi postępować i był prawie pewien że nawet bez Kalego dałby sobie z nimi jakoś rady Wiesz mówił do Nel że od Faszody odbyliśmy już więcej niż połowę drogi a podczas tej którą mamy jeszcze przed sobą spotkamy może bardzo dzikich Murzynów ale nie spotkamy już derwiszów Ja wolę Murzynów odpowiedziała dziewczynka Tak póki uchodzisz za bożka Porwano mnie z Fajumu razem z panienką której było na imię Nel a odwiozę jakieś Mzimu Powiem ojcu i panu Rawlisonowi żeby cię nigdy nie nazywali inaczej A jej oczy poczęły się zaraz rozjaśniać i śmiać Może zobaczymy tatusiów w Mombassie Może Gdyby nie ta wojna nad brzegami Bassa Narok bylibyśmy tam prędzej Potrzeba też było Fumbie w to się wdawać To rzekłszy skinął na Kalego Kali czy chory Murzyn słyszał o wojnie Słyszał Być wielka wojna bardzo wielka Fumby z Samburu Więc co będzie Jakże przejedziemy przez kraj Samburu Samburu uciec przed panem wielkim przed Kingiem i przed Kalim I przed tobą I przed Kalim ponieważ Kali ma strzelbę która grzmieć i zabijać Staś począł rozmyślać nad udziałem jaki mu wypadnie wziąć w zapasach między pokoleniem Wa himów a Samburu i postanowił pokierować sprawą w ten sposób by wojna nie utrudniała podróży Rozumiał że przybycie ich będzie całkiem niespodziewanym wypadkiem który od razu zapewni Fumbie przewagę Należało tylko wyzyskać odpowiednio przewidywane zwycięstwo W wioskach o których mówił chory myśliwiec zasięgnęli nowych wiadomości o wojnie Były one coraz dokładniejsze ale dla Fumby niepomyślne Mali podróżnicy dowiedzieli się że prowadził on walkę odporną i że Samburu pod wodzą swego króla nazwiskiem Mamba zajęli już znaczną przestrzeń kraju Wa himów i zdobyli mnóstwo krów Opowiadano że wojna wre głównie na południowym krańcu wielkiej wody gdzie na wysokiej i szerokiej skale leży wielka boma46 Fumby Wiadomości te mocno zmartwiły Kalego który też prosił Stasia by jak najprędzej przebyli ową górę dzielącą ich od okolic objętych pożarem wojny zaręczając że potrafi znaleźć drogę którą przeprowadzi nie tylko konie ale i Kinga Był już w stronach które znał dobrze i teraz rozróżniał z wielką pewnością znajome od dzieciństwa szczyty Jednakże przejście nie okazało się łatwe i gdyby nie pomoc ujętych darami mieszkańców ostatniej wioski trzeba by było szukać dla Kinga innej drogi Ci znali jednak jeszcze lepiej od Kalego wąwozy leżące z tej strony góry i po dwóch dniach uciążliwej podróży w czasie której nocami dokuczały wielkie zimna przeprowadzili na koniec szczęśliwie karawanę na przełęcz a z przełęczy na dolinę leżącą już w kraju Wa himów Staś zatrzymał się rano na postój w tej otoczonej zaroślami i pustej dolinie Kali zaś który prosił by mu wolno było wyjechać konno na wywiady w kierunku ojcowskiej bomy odległej o dzień drogi wyruszył dalej jeszcze tej samej nocy Staś i Nel oczekiwali go przez całą dobę w największym niepokoju i już myśleli że zginął lub wpadł w ręce wrogów gdy wreszcie zjawił się na wychudzonym i spienionym koniu sam również zmęczony i tak przybity że żal było na niego patrzeć Upadł też natychmiast do nóg Stasia i począł go błagać o ratunek O panie wielki mówił Samburu zwyciężyć wojowników Fumby zabić ich mnóstwo i rozpędzić tych których nie zabić a Fumbę oblegać w wielkiej bomie na górze Boko Fumba i jego wojownicy nie mieć co jeść w bomie i zginąć jeśli pan wielki nie zabić Mamby i wszystkich Samburu razem Mambą Tak błagając obejmował kolana Stasia a ów zmarszczył brwi i zastanawiał się głęboko nad tym co mu wypada uczynić gdyż jak zawsze i wszędzie chodziło mu o Nel Gdzie są zapytał wreszcie ci wojownicy Fumby których rozpędzili Samburu Kali ich znalazł i oni tu nadejść zaraz Ilu ich jest Młody Murzyn poruszył kilkanaście razy palcami obu rąk i nóg ale widocznie nie mógł dokładnie oznaczyć liczby z tej prostej przyczyny że nie umiał rachować więcej niż do dziesięciu i każda większa ilość przedstawiała mu się tylko jako wengi to jest mnóstwo Więc jeśli tu przyjdą to stań na ich czele i idź ojcu na odsiecz rzekł Staś Oni się bać Samburu i z Kalim nie pójść ale z panem wielkim pójść i zabić wengi wengi Samburu Staś zamyślił się znowu Nie rzekł w końcu ja nie mogę ani brać bibi do bitwy ani zostawiać jej samej i nie uczynię tego za nic w świecie Na to Kali podniósł się i złożywszy ręce począł powtarzać raz po razie Luela Luela Luela Co to jest Luela Wielka boma dla kobiet Wa hima i Samburu odpowiedział młody Murzyn I jął opowiadać nadzwyczajne rzeczy Oto Fumba i Mamba prowadzili z sobą od dawnych lat ciągle wojny Niszczono sobie wzajem plantacje i porywano bydło Ale była na południowym brzegu jeziora miejscowość zwana Luela do której w czasie nawet najzażartszych walk kobiety obu narodów schodziły się na targ z zupełnym bezpieczeństwem Było to miejsce święte Wojna toczyła się tylko z mężczyznami żadne zaś klęski ani zwycięstwa nie wpływały na los niewiast które w Lueli za glinianym ogrodzeniem otaczającym obszerne targowisko znajdowały najzupełniej bezpieczny przytułek Wiele chroniło się tam w czasie zamieszek z dziećmi i dobytkiem Inne przychodziły z odległych nawet wiosek znosząc wędzone mięso fasolę proso maniok i rozmaite inne zapasy Wojownikom nie wolno było staczać bitew w takiej odległości od Lueli z jakiej dochodziło pianie koguta Nie wolno im było również przekraczać glinianego wału którym rynek był otoczony Mogli tylko stawać przed wałem a wówczas kobiety podawały im zapasy żywności przywiązane do długich bambusów Był to odwieczny zwyczaj i nigdy nie zdarzyło się żeby którakolwiek strona go złamała Zwycięzcom chodziło też zawsze o to aby odciąć zwyciężonym drogę do Lueli i nie pozwolić zbliżyć im się do świętego miejsca na taką odległość z jakiej dochodziło pianie koguta O panie wielki błagał Kali obejmując ponownie kolana Stasia pan wielki odprowadzić bibi do Lueli a sam wziąć Kinga wziąć Kalego wziąć strzelby wziąć węże ogniste i pobić złych Samburu Staś uwierzył opowiadaniu młodego Murzyna albowiem słyszał już poprzednio że w wielu miejscowościach Afryki wojna nie obejmuje kobiet Pamiętał jak niegdyś w Port Saidzie pewien młody niemiecki misjonarz opowiadał że w okolicach olbrzymiej góry Kilima Ndżaro niezmiernie wojowniczy szczep Massai47 dochowuje święcie tego zwyczaju na mocy którego kobiety walczących stron chodzą zupełnie swobodnie na wyznaczone targowisko i nie podlegają nigdy napaściom Istnienie tego zwyczaju na brzegach Bassa Narok ucieszyło Stasia mocno albowiem mógł być pewny że Nel nie grozi żadne niebezpieczeństwo z powodu wojny Zamierzył też wyruszyć z dziewczynką niezwłocznie do Lueli tym bardziej że przed zakończeniem wojny nie można było i tak myśleć o dalszej podróży do której potrzebna była pomoc nie tylko Wa himów ale i Samburów Przywykły do szybkich postanowień wiedział już jak ma postąpić Uwolnić Fumbę pobić Samburów ale nie pozwolić Wa himom na zbyt krwawy odwet a potem nakazać spokój i pogodzić walczących wydało mu się rzeczą konieczną i nie tylko dla niego ale i dla Murzynów najkorzystniejszą Tak ma być i tak się stanie! rzekł do siebie w duchu a tymczasem chcąc pocieszyć młodego Murzyna którego mu było żal oświadczył mu że pomocy nie odmawia Jak daleko stąd do Lueli zapytał Pół dnia drogi Słuchaj więc odwieziemy tam bibi natychmiast po czym pojadę na Kingu i odpędzę Samburu od bomy twego ojca Ty pojedziesz ze mną i będziesz z nimi walczył Kali będzie ich zabijać ze strzelby I przeszedłszy od razu z rozpaczy do radości począł skakać śmiać się i dziękować Stasiowi z takim zapałem jakby to było już po zwycięstwie Lecz dalsze wybuchy wdzięczności i wesela przerwało mu przybycie tych wojowników których zebrał w czasie swej wyprawy na zwiady i którym kazał stanąć przed obliczem białego pana Było ich około trzystu zbrojnych w tarcze ze skóry hipopotama w dziryty łuki i noże Głowy mieli przybrane w pióra w grzywy pawianów i w paprocie Na widok słonia w służbie człowieka na widok białych twarzy Saby i koni ogarnął ich taki lęk i takież samo zdumienie jak i Murzynów w tych wioskach przez które karawana przechodziła poprzednio Ale Kali uprzedził ich z góry iż ujrzą dobre Mzimu i potężnego pana który zabija lwy który zabił wobo którego boi się słoń który łamie skały puszcza węże ogniste itd więc zamiast uciekać stali długim szeregiem w milczeniu pełnym podziwu połyskując tylko białkami oczu niepewni czy mają klęknąć czy padać na twarz ale zarazem pełni wiary że jeśli te nadzwyczajne istoty im pomogą to wnet skończą się zwycięstwa Samburu Staś przejechał wzdłuż szeregu na słoniu zupełnie jak wódz który czyni przegląd wojska po czym kazał Kalemu powtórzyć im swą obietnicę że wyswobodzi Fumbę i dał rozkaz wyruszenia do Lueli Kali pojechał z kilku wojownikami naprzód aby zapowiedzieć zebranym niewiastom obu szczepów że będą miały niewypowiedziane i niebywałe szczęście zobaczyć dobre Mzimu które przyjedzie na słoniu Rzecz była tak nadzwyczajna że nawet kobiety które jako Wa himki poznały w Kalim zaginionego następcę tronu sądziły że młody syn króla żartuje sobie z nich i dziwiły się że mu się chce żartować w czasach dla całego szczepu i dla Fumby tak ciężkich Gdy jednakże po upływie kilku godzin ujrzały olbrzymiego słonia zbliżającego się do wałów a na nim biały palankin wpadły w szał radości i przyjęły dobre Mzimu takimi okrzykami i takim wyciem że Staś w pierwszej chwili poczytał owe głosy za wybuch nienawiści a to tym bardziej że niesłychana brzydota tych Murzynek czyniła je podobnymi do czarownic Ale były to objawy nadzwyczajnej czci Gdy namiot Nel ustawiono w rogu targowiska pod cieniem dwóch gęstych drzew Wa himki wraz z Samburkami ubrały go w girlandy i wieńce z kwiatów po czym naznosiły tyle zapasów żywności że wystarczyłoby ich na miesiąc nie tylko dla samego bóstwa ale i dla jego świty Zachwycone niewiasty biły pokłony nawet Mei która przybrana w różowy perkal i w kilka sznurów niebieskich paciorków wydała im się także jako służka Mzimu istotą daleko od zwykłych Murzynek wyższą Nasibu ze względu na jego wiek dziecinny został wpuszczony za wał i skorzystał natychmiast z ofiar przynoszonych dla Nel tak sumiennie iż już po godzinie brzuszek jego przypominał wojenny bęben afrykański Rozdział 41 Lecz Staś po krótkim wypoczynku pod wałami Lueli ruszył z Kalim na czele trzystu wojowników jeszcze przed zachodem słońca ku bomie Fumby chciał bowiem uderzyć na Samburu w nocy licząc na to że w ciemnościach węże ogniste większe sprawią wrażenie Droga od Lueli do góry Boko na której bronił się Fumba wynosiła licząc z odpoczynkami dziewięć godzin tak że pod fortecą stanęli dopiero koło trzeciej po północy Staś zatrzymał wojowników i nakazawszy im do czasu jak najgłębsze milczenie począł rozpatrywać się w położeniu Szczyt góry na którym przytaili się obrońcy był ciemny natomiast Samburowie palili mnóstwo ogni Blask ich rozświecał spadziste ściany skały i olbrzymie drzewa rosnące u jej stóp Z daleka już dochodził głuchy głos bębnów oraz krzyki i śpiewy wojowników którzy widocznie nie żałowali sobie pombe48 chcąc uczcić bliskie ostateczne już zwycięstwo Staś posunął się na czele swojego oddziału jeszcze dalej tak że w końcu nie więcej niż sto kroków dzieliło go od ostatnich ogni Straży obozowych nie było ani śladu a noc bezksiężycowa nie pozwoliła dzikim dojrzeć Kinga którego zasłaniały przy tym zarośla Siedzący na jego karku Staś wydał po cichu ostatnie rozkazy po których dał znak Kalemu by podpalił jedną z przygotowanych rac Czerwona wstęga wyleciała sycząc wysoko pod ciemne niebo po czym z hukiem rozsypała się w bukiet czerwonych błękitnych i złotych gwiazd Wszystkie głosy umilkły i nastała chwila głuchej ciszy W kilka sekund później wyleciały jakby z piekielnym chichotem jeszcze dwa ogniste węże ale tym razem skierowane poziomo wprost na obóz Samburów a jednocześnie rozległ się ryk Kinga i wrzask trzystu Wa himów którzy uzbrojeni w asagaje,49 maczugi i noże rzucili się w niepohamowanym pędzie naprzód Rozpoczęła się bitwa tym straszniejsza że odbywała się w ciemnościach gdyż natychmiast rozdeptano w zamieszaniu wszystkie ogniska Ale zaraz z początku na widok węży ognistych ogarnęła Samburów ślepa trwoga To co się stało przechodziło zupełnie ich rozum Wiedzieli tylko że napadły na nich jakieś straszne istoty i że grozi im zguba okropna i nieuchronna Większa część ich pierzchała zanim dosięgły ich włócznie i maczugi Wa himów Stu kilkudziesięciu wojowników których zdołał zebrać koło siebie Mamba dawało zacięty opór gdy jednak przy błyskawicach wystrzałów ujrzeli olbrzymie zwierzę a na nim biało przybranego człowieka i gdy o uszy ich obił się huk broni z której raz po raz strzelał Kali upadły i w nich serca Fumba na górze ujrzawszy pierwszą racę która pękła na wysokościach padł także ze strachu na ziemię i leżał jak nieżywy przez kilka minut Ale ochłonąwszy zrozumiał z rozpaczliwego wycia wojowników jedną rzecz a mianowicie że jakieś duchy wytracają na dole Samburów Wówczas błysnęła mu w głowie myśl że gdyby nie przyszedł tym duchom w pomoc to gniew ich mógłby się zwrócić i przeciw niemu ponieważ zaś zatrata Samburów była dla niego zbawieniem więc zebrawszy wszystkich swych wojowników wysunął się bocznym ukrytym wyjściem z bomy i przeciął drogę większej części uciekających Bitwa zmieniła się teraz w rzeź Bębny Samburów przestały huczeć W pomroce którą rozdzierały tylko czerwone błyskawice wyrzucane przez strzelbę Kalego rozlegało się wycie mordowanych głuche uderzenia maczug o tarcze i jęki rannych Litości nikt nie prosił albowiem Murzyni jej nie znają Kali z obawy by w ciemnościach i zamieszaniu nie razić własnych ludzi przestał wreszcie strzelać i chwyciwszy miecz Gebhra rzucił się z nim w środek nieprzyjaciół Samburowie mogli teraz uciekać z gór ku swoim granicom tylko jednym szerokim wąwozem ale ponieważ wąwóz ten zamknął ze swoimi wojownikami Fumba przeto z całego zastępu ocaleli ci tylko którzy rzuciwszy się na ziemię pozwalali się brać żywcem chociaż wiedzieli że czeka ich okrutna niewola lub nawet doraźna śmierć z ręki zwycięzców Mamba bronił się bohatersko dopóki uderzenie maczugi nie strzaskało mu czaszki Syn jego młody Faru wpadł w ręce Fumby a ten kazał go związać jako przyszłą ofiarę dziękczynną dla duchów które przyszły mu z pomocą Staś nie pognał straszliwego Kinga do bitwy pozwolił mu tylko ryczeć na tym większy postrach nieprzyjaciół Sam nie wypalił też ani razu ze swego sztucera do Samburów albowiem po pierwsze obiecał małej Nel opuszczając Luelę że nikogo nie zabije a po wtóre nie miał istotnie ochoty zabijać ludzi którzy ani jemu ani Nel nie uczynili nic złego Dość było że zapewnił Wa himom zwycięstwo i uwolnił oblężonego w wielkiej bomie Fumbę Wkrótce też gdy Kali nadbiegł z wieścią o ostatecznym zwycięstwie dał mu rozkaz by zaprzestano bitwy która wrzała jeszcze w zaroślach i załamach skalnych i którą przedłużała zawziętość starego Fumby Zanim jednak Kali zdołał ją uśmierzyć uczynił się dzień Słońce jak zwykle pod zwrotnikami wytoczyło się szybko zza gór i oblało jasnym światłem pobojowisko na którym leżało przeszło dwieście trupów Samburów pobodzonych włóczniami lub pogruchotanych przez maczugi Po pewnym czasie gdy bitwa wreszcie ustała i tylko radosne wycie Wa himów mąciło ciszę poranną zjawił się znów Kali ale z twarzą tak pognębioną i smutną że już z daleka można było poznać że spotkało go jakieś nieszczęście Jakoż stanąwszy przed Stasiem począł się bić pięściami po głowie i wołać żałośnie O panie wielki Fumba kufa Fumba kufa (zabity) Zabity powtórzył Staś Kali opowiedział co zaszło i ze słów jego pokazało się że przyczyną wydarzenia była tylko zawziętość Fumby gdy bowiem bitwa już ustała chciał jeszcze dobić dwóch Samburów i od jednego z nich otrzymał cios włócznią Wiadomość rozbiegła się w mgnieniu oka między wszystkimi Wa himami i naokół Kalego uczyniło się zbiegowisko W chwilę później sześciu wojowników przyniosło na włóczniach starego króla który nie był zabity ale ciężko ranny i przed śmiercią chciał jeszcze zobaczyć potężnego siedzącego na słoniu pana prawdziwego zwycięzcę Samburu Jakoż niezmierny podziw walczył w jego oczach z mrokiem którym przysłaniała je śmierć a pobladłe i wyciągnięte przez pelele jego wargi szeptały cicho Yancig yancig!.. Lecz natychmiast potem głowa przechyliła mu się w tył usta otwarły się szeroko i skonał Kali który go kochał rzucił się z płaczem na jego piersi Wśród wojowników jedni poczęli bić się w głowy drudzy okrzykiwać Kalego królem i yancigować na jego cześć Niektórzy popadali przed młodym władcą na twarze Nie podniósł się ani jeden przeciwny głos gdyż panowanie należało się Kalemu nie tylko z prawa jako najstarszemu synowi Fumby ale i jako zwycięzcy Tymczasem w chatach czarowników ozwały się w bomie na szczycie góry dzikie ryki złego Mzimu takie same jakie Staś słyszał w pierwszej wiosce murzyńskiej ale tym razem skierowane nie przeciw niemu lecz domagające się śmierci jeńców za zabicie Fumby Bębny poczęły warczeć Wojownicy uformowali się w długi zastęp po trzech ludzi w szeregu i rozpoczęli taniec wojenny naokół Stasia Kalego i trupa Fumby Oa oa yah yah powtarzały wszystkie głosy głowy kiwały się jednostajnymi ruchami w prawo i w lewo połyskiwały białka oczu a ostrza dzid migotały w porannym słońcu Kali podniósł się i zwróciwszy do Stasia rzekł Pan wielki przywieźć do bomy bibi i zamieszkać w chacie Fumby Kali być królem Wa himów a pan wielki królem Kalego Staś skinął głową na znak zgody ale pozostał jeszcze przez kilka godzin ponieważ i jemu i Kingowi należał się wypoczynek Wyjechał dopiero pod wieczór Przez czas jego nieobecności ciała poległych Samburu zostały uprzątnięte i powrzucane w pobliską głęboką przepaść nad którą zakotłowały się zaraz stada sępów czarownicy poczynili przygotowania do pogrzebu Fumby a Kali objął władzę jako jedyny pan życia i śmierci wszystkich poddanych Czy wiesz kto to jest Kali zapytał Staś dziewczynki w powrotnej drodze z Lueli Nel spojrzała na niego ze zdziwieniem To twój boy.50 Aha boy Kali to teraz król wszystkich Wa himów Nel ucieszyła się tą wiadomością ogromnie Ta nagła zmiana dzięki której dawny niewolnik okrutnego Gebhra a potem pokorny sługa Stasia został królem wydała jej się czymś nadzwyczajnym i zarazem niesłychanie zabawnym Jednakże uwaga Lindego że Murzyni są jak dzieci które nie są zdolne zapamiętać co było wczoraj nie okazała się w zastosowaniu do Kalego słuszna gdyż jak tylko Staś i Nel stanęli u podnóża góry Boko młody monarcha wybiegł skwapliwie na ich spotkanie powitał ich ze zwykłymi oznakami pokory i radości i powtórzył te słowa które już wypowiedział poprzednio Kali być królem Wa himów a pan wielki królem Kalego I otoczył oboje czcią niemal boską a szczególnie bił pokłony wobec całego ludu przed Nel wiedział bowiem z doświadczenia nabytego podczas podróży że pan wielki dba o małą bibi więcej niż o siebie samego Wprowadziwszy ich uroczyście na szczyt do stołecznej bomy oddał im chatę Fumby podobną do wielkiej podzielonej na kilka komór szopy Wa himkom które przyszły razem z nimi z Lueli i które nie mogły się dość napatrzyć dobremu Mzimu polecił poustawiać w pierwszej komorze dzieże z miodem i kwaśnym mlekiem gdy zaś dowiedział się że znużona drogą bibi usnęła nakazał wszystkim mieszkańcom jak najgłębszą ciszę pod karą ucięcia języka Lecz postanowił ich uczcić jeszcze uroczyściej i w tym celu gdy Staś po krótkim wypoczynku wyszedł przed szopę zbliżył się do niego i oddawszy mu pokłon rzekł Jutro Kali kazać pochować Fumbę i ściąć dla Fumby i dla Kalego tylu niewolników ile obaj mają palców u rąk ale dla bibi i dla pana wielkiego Kali kazać ściąć Faru syna Mamby i wengi wengi innych Samburów których połapali Wa himowie A Staś zmarszczył brwi i począł patrzeć swymi stalowymi oczyma w oczy Kalego po czym odpowiedział Zakazuję ci tego uczynić Panie rzekł niepewnym głosem młody Murzyn Wa hima zawsze ścinać niewolników Stary król umrzeć ścinać młody król nastać ścinać Gdyby Kali nie kazać ich ścinać Wa hima myśleliby że Kali nie król Staś patrzył coraz surowiej Więc cóż spytał A ty czyś się niczego nie nauczył na Górze Lindego i czy nie jesteś chrześcijaninem Jestem o panie wielki Więc słuchaj Wa hima mają czarne mózgi ale twój mózg powinien być biały Ty skoro zostałeś ich królem powinieneś ich oświecić i nauczyć tego czego nauczyłeś się ode mnie i od bibi Oni są jak szakale i jak hieny uczyń z nich ludzi Powiedz im że jeńców nie wolno ścinać bo za krew bezbronnych karze Wielki Duch do którego modlę się i ja i bibi Biali nie mordują niewolników a ty chcesz być gorszy dla nich niż był dla ciebie Gebhr ty chrześcijanin Wstydź się Kali zmień stare obrzydłe zwyczaje Wa himów na dobre a za to pobłogosławi cię Bóg i bibi nie powie że Kali jest dziki głupi i zły Murzyn Okropne ryki w chatach czarowników zgłuszyły jego słowa Staś machnął ręką i mówił dalej Słyszę to wasze złe Mzimu chce krwi i głów jeńców Ale ty przecie wiesz co to znaczy i ciebie ono nie przestraszy Więc ci powiem tak weź bambus idź do każdej z chat i bij w skórę czarowników dopóty dopóki nie zaczną ryczeć głośniej niż ich bębny A bębny powyrzucaj na środek bomy ażeby wszyscy Wa himowie obaczyli i zrozumieli jak ich te łotry oszukują Powiedz zarazem twoim głupim Wa himom to co sam głosiłeś ludziom M'Ruy że tam gdzie przebywa dobre Mzimu krew ludzka nie może być przelana Młodemu królowi trafiły widocznie do przekonania słowa Stasia gdyż spojrzał na niego nieco śmielej i rzekł Kali wybić ach wybić czarowników wyrzucić bębny i powiedzieć Wa himom że tam gdzie jest dobre Mzimu nie wolno nikogo zabić Ale co Kali ma uczynić z Faru i Samburami którzy zabili Fumbę Staś który ułożył już sobie wszystko w głowie i który czekał tylko na to pytanie odpowiedział natychmiast Twój ojciec zginął i jego ojciec zginął więc głowa za głowę Zawrzesz z młodym Faru przymierze krwi po czym Wa hima i Samburu będą żyli w zgodzie będą spokojnie uprawiali maniok i polowali Ty opowiesz Faru o Wielkim Duchu który jest ojcem wszystkich białych i czarnych ludzi a Faru będzie cię kochał jak brata Kali mieć teraz biały mózg odpowiedział młody Murzyn I na tym skończyła się rozmowa W chwilę później rozległy się znów dzikie ryki ale już nie złego Mzimu tylko obu czarowników których Kali bił w skórę ile wlazło Wojownicy którzy na dole otaczali wciąż Kinga zwartym pierścieniem przylecieli co duchu na górę aby zobaczyć co się dzieje i przekonali się niebawem i własnymi oczyma i z wyznań czarowników że złe Mzimu przed którym drżeli dotychczas to tylko wydrążony pień obciągnięty małpią skórą A młody Faru gdy oznajmiono mu że nie tylko nie zgruchocą mu głowy na cześć dobrego Mzimu i wielkiego pana ale że Kali ma zjeść kawałek jego a on kawałek Kalego nie chciał uszom wierzyć a następnie dowiedziawszy się komu zawdzięcza życie położył się twarzą do ziemi przed wejściem do chaty Fumby i leżał dopóty dopóki Nel nie wyszła do niego i nie kazała mu powstać Wówczas objął swymi czarnymi dłońmi jej małą nóżkę i postawił ją na swej głowie na znak że przez całe życie chce zostać jej niewolnikiem Wa himowie bardzo się dziwili rozkazom młodego króla ale obecność nieznanych gości których poczytywali za najpotężniejszych w świecie czarowników sprawiła że nikt nie śmiał się sprzeciwiać Starzy nie byli jednak radzi nowym zwyczajom a dwaj czarownicy zrozumiawszy że dobre czasy skończyły się dla nich raz na zawsze poprzysięgli w duszy okropną zemstę królowi i przybyszom Ale tymczasem pochowano uroczyście Fumbę u stóp skały pod bomą Kali zatknął na jego grobie krzyż z bambusów Murzyni zaś postawili kilka naczyń z pombe i z wędzonym mięsem aby nie dokuczał i nie straszył po nocy Ciało Mamby po zawarciu braterstwa krwi między Kalim a Faru oddano Samburom Rozdział 42 Nel potrafisz wyliczyć nasze podróże od Fajumu pytał Staś Potrafię To mówiąc dziewczynka podniosła w górę brwi i zaczęła rachować na paluszkach Zaraz Od Fajumu do Chartumu to jedna od Chartumu do Faszody to druga od Faszody do tego wąwozu w którym znaleźliśmy Kinga to trzecia a od Góry Lindego do jeziora to czwarta Tak Chyba nie ma na świecie drugiej muchy która by przeleciała taki kawał Afryki Ładnie by ta mucha wyglądała bez ciebie A on począł się śmiać Mucha na słoniu Mucha na słoniu Ale nie tse tse prawda Stasiu nie tse tse Nie odpowiedział taka sobie dosyć miła mucha Nel rada z pochwały otarła mu nosek o ramię po czym spytała A kiedy pojedziemy w piątą podróż Jak ty wypoczniesz a ja nauczę trochę strzelać tych ludzi których obiecał dać nam Kali I długo będziemy jechali Oj długo Nel długo Kto wie czy to nie będzie najdłuższa droga Ale ty sobie poradzisz jak zawsze Muszę Jakoż Staś radził sobie jak mógł ale ta piąta podróż wymagała wielu przygotowań Mieli zapuścić się znów w nieznane krainy w których groziły rozliczne niebezpieczeństwa więc chłopiec pragnął ubezpieczyć się przeciw nim lepiej niż zdołał to uczynić poprzednio W tym celu ćwiczył w strzelaniu z remingtonów czterdziestu młodych Wa himów którzy mieli stanowić główną siłę zbrojną i niejako gwardię Nel Więcej strzelców nie mógł mieć gdyż King przydźwigał tylko dwadzieścia pięć karabinów a na koniach przyszło piętnaście Resztę armii miało stanowić stu Wa himów i stu Samburów zbrojnych we włócznie i łuki których obiecał dostarczyć Faru a których obecność usuwała wszelkie trudności podróży przez obszerną i bardzo dziką krainę zamieszkałą przez szczepy Samburu Staś nie bez pewnej dumy myślał że uciekłszy w czasie podróży z Faszody tylko z Nel i z dwojgiem Murzynów bez żadnych środków może przyjść na brzeg oceanu na czele dwustu zbrojnych ludzi ze słoniem i końmi Wyobrażał sobie co na to powiedzą Anglicy którzy tak wysoko cenią zaradność ale przede wszystkim co powie jego ojciec i pan Rawlison Myśl o tym osładzała mu wszelkie trudy Jednakże nie był wcale spokojny o własne i Nel losy Dobrze przejdzie zapewne łatwo posiadłości Wa himów i Samburów lecz co potem Na jakie trafi jeszcze szczepy w jakie wejdzie okolice i ile mu pozostanie drogi Wskazówki Lindego były zbyt ogólne Stasia trapiło to mocno że właściwie nie wiedział gdzie jest gdyż ta część Afryki wyglądała na mapach z których się uczył geografii zupełnie jak biała karta Nie miał też żadnego pojęcia co to jest to jezioro Bassa Narok i jak jest wielkie Był na południowym jego krańcu przy którym szerokość rozlewu mogła wynosić kilkanaście kilometrów Ale jak daleko jezioro ciągnęło się na północ tego nie umieli mu powiedzieć ani Wa himowie ani Samburowie Kali który znał jako tako język ki swahili na wszystkie pytania odpowiadał tylko Bali bali! co znaczy daleko daleko ale to było wszystko co Staś zdołał z niego wydobyć Ponieważ na północy góry zamykające widnokrąg wydawały się dość bliskie więc przypuszczał że jest to jakieś niezbyt obszerne górskie jezioro takie jakich wiele znajduje się w Afryce W kilka lat pokazało się jak ogromną popełnił omyłkę,51 na razie jednak nie tyle chodziło mu o dokładne poznanie obszaru Bassa Narok ile o to czy nie wypływa z niego jaka rzeka która następnie wpada do oceanu Samburowie poddani Faru twierdzili że na wschód od ich kraju leży jakaś wielka pustynia bezwodna której nikt jeszcze nie przebył Staś który znał Murzynów z opowiadań podróżników z przygód Lindego a po części i z własnych doświadczeń wiedział że gdy rozpoczną się niebezpieczeństwa i trudy wielu jego ludzi zemknie z powrotem do domu a może nie pozostanie mu żaden W takim razie znalazłby się wśród puszcz i pustyń tylko z Nel z Meą i małym Nasibu Przede wszystkim jednak rozumiał że brak wody rozproszyłby karawanę natychmiast i dlatego dopytywał się tak usilnie o rzekę Idąc z jej biegiem można by oczywiście uniknąć tych okropności na jakie podróżnicy narażeni są w okolicach bezwodnych Ale Samburowie nie umieli mu powiedzieć nic pewnego sam zaś nie mógł sobie pozwolić na dłuższą wycieczkę wzdłuż wschodniego wybrzeża jeziora albowiem inne zajęcia zatrzymywały go w Boko Wyliczył że z latawców puszczanych z Góry Lindego i po drodze z wiosek murzyńskich prawdopodobnie żaden nie przeleciał przez łańcuch szczytów otaczających Bassa Narok Z tego powodu należało robić i puszczać nowe albowiem te dopiero wiatr mógł zanieść przez płaską pustynię daleko może aż do oceanu Owóż tej roboty musiał doglądać osobiście Nel bowiem umiała doskonale kleić latawce a Kali nauczył się je puszczać żadne z nich jednak nie było w stanie wypisać na nich tego wszystkiego co wypisać należało Staś uważał że jest to rzecz wielkiego znaczenia której stanowczo nie wolno zaniedbywać Więc te roboty zajęły mu tyle czasu że karawana dopiero po trzech tygodniach była gotowa do drogi Ale w wigilię tego dnia w którym miano o świcie wyruszyć młody król Wa himów stanął przed Stasiem i skłoniwszy mu się głęboko rzekł Kali pójść z panem i z bibi aż do wody po której pływają wielkie pirogi białych ludzi Stasia wzruszył ten dowód przywiązania jednakże sądził że nie ma prawa zabierać z sobą chłopca w tak ogromną podróż z której powrót był dla niego bardzo niepewny Dlaczego chcesz iść z nami zapytał Kali kochać pana wielkiego i bibi Staś położył mu dłoń na wełnistej głowie Wiem Kali ty jesteś poczciwy i dobry chłopiec Ale cóż się stanie z twoim królestwem i kto będzie rządził za ciebie Wa himami M'Tana brat matki Kalego Staś wiedział że i między Murzynami toczą się walki o władzę i że panowanie nęci ich tak samo jak białych więc pomyślał chwilę i rzekł Nie Kali Ja cię nie mogę zabrać Ty musisz zostać z Wa himami aby uczynić z nich dobrych ludzi Kali do nich powrócić M'Tana ma wielu synów więc co będzie jeśli zechce sam być królem i zostawić królestwo swoim synom a Wa himów podmówi żeby cię wypędzili M'Tana dobry On tego nie zrobić Ale jeżeli zrobi To Kali pójść znów nad wielką wodę do pana wielkiego i bibi Nas już tam nie będzie To Kali siąść nad wodą i z żalu płakać Tak mówiąc założył ręce na głowę po chwili zaś wyszeptał Kali bardzo kochać pana wielkiego i bibi bardzo I dwie wielkie łzy zaświeciły mu w oczach Staś zawahał się jak ma postąpić Było mu Kalego żal jednakże nie zgodził się od razu na jego prośbę Rozumiał że nie mówiąc już o niebezpieczeństwach powrotu jeśli M'Tana lub czarownicy zbuntują Murzynów wtedy chłopcu zagrozi nie tylko wypędzenie z kraju ale i śmierć Lepiej będzie dla ciebie zostać rzekł bez porównania lepiej Lecz w czasie gdy to mówił weszła Nel która przez cienką matę przedzielającą komory słyszała doskonale całą rozmowę i ujrzawszy teraz łzy w oczach Kalego poczęła je paluszkami ścierać z jego rzęs a następnie zwróciła się do Stasia Kali pójdzie z nami rzekła z wielką stanowczością Oho odpowiedział nieco urażony Staś to nie zależy od ciebie Kali pójdzie z nami powtórzyła Albo nie pójdzie Nagle tupnęła nóżką Ja chcę I sama rozpłakała się serdecznie Staś spojrzał na nią z największym zdziwieniem jakby nie rozumiejąc co się stało tak zawsze dobrej i łagodnej dziewczynce lecz widząc że obie piąstki wsadziła w oczy a w otwarte usta łowi jak ptaszek powietrze począł wołać z wielkim pośpiechem Kali pójdzie z nami pójdzie pójdzie Czego płaczesz Jaka nieznośna Pójdzie A to mnie pozbadła Pójdzie słyszysz I tak się stało Staś wstydził się aż do wieczora swej słabości dla dobrego Mzimu a dobre Mzimu postawiwszy na swoim było tak ciche łagodne i posłuszne jak zawsze Rozdział 43 Karawana ruszyła następnego dnia o świcie Młody Murzyn był wesół mała despotka łagodna i posłuszna w dalszym ciągu a Staś pełen energii i nadziei Szło z nimi stu Samburów i stu Wa himów czterdziestu z tych ostatnich zbrojnych w remingtony z których jako tako umieli strzelać Biały wódz który ich w tym ćwiczył przez trzy tygodnie wiedział wprawdzie że w danym razie narobią daleko więcej hałasu niż szkody ale myślał że w spotkaniach z dzikimi hałas odgrywa nie mniejszą rolę od kul i rad był ze swej gwardii Wzięto wielkie zapasy manioku placków wypieczonych z wielkich i tłustych białych mrówek wysuszonych starannie i zmielonych na mąkę oraz moc wędzonego mięsa Z karawaną ruszyło kilkanaście kobiet które niosły rozmaite dobre rzeczy dla Nel i worki ze skór antylop na wodę Staś z wysokości grzbietu Kinga pilnował porządku wydawał rozkazy może nie tyle dlatego że były potrzebne ile z tego powodu że upajała go rola wodza i z dumą spoglądał na swoją małą armię Gdybym chciał mówił sobie to mógłbym tu zostać królem nad wszystkimi ludami Doko tak jak Beniowski na Madagaskarze! I przez głowę przeleciała mu myśl czyby nie dobrze było wrócić tu kiedy podbić wielki obszar kraju ucywilizować Murzynów założyć w tych stronach nową Polskę albo nawet ruszyć kiedyś na czele czarnych wyćwiczonych zastępów do starej Ponieważ czuł jednak że jest w tej myśli coś śmiesznego i ponieważ wątpił czy ojciec dałby mu pozwolenie na odegranie roli Aleksandra Macedońskiego w Afryce przeto nie zwierzył się ze swymi planami Nel która była jedyną zapewne w świecie osobą gotową im przyklasnąć A przy tym przed podbojem tych okolic Afryki należało się przede wszystkim z nich wydostać więc zając się bliższymi sprawami Karawana rozciągnęła się długim sznurem Staś siedząc na karku Kinga postanowił jechać na jej końcu aby mieć wszystko i wszystkich przed oczyma Owóż gdy ludzie przechodzili jeden za drugim koło niego spostrzegł nie bez zdziwienia że dwaj czarownicy M'Kunje i M'Pua ci sami którzy dostali wnyki od Kalego należą do karawany i z pakunkami na głowach ruszają wraz z innymi w drogę Więc zatrzymał ich i zapytał Kto wam kazał iść Król odpowiedzieli obaj kłaniając się pokornie Ale pod pokrywką pokory oczy ich połyskiwały tak dziko a w twarzach odbijała się taka złość że Staś w pierwszej chwili chciał ich odpędzić i jeśli tego nie uczynił to jedynie z tego powodu by nie podkopywać powagi Kalego Jednakże przywołał go natychmiast Czy to ty zapytał kazałeś czarownikom iść z nami Kali kazać albowiem Kali jest mądry Więc pytam jeszcze raz dlaczego twoja mądrość nie pozostawiła ich w domu Bo gdyby M'Kunje i M'Pua zostać wówczas obaj namawiać by Wa himów żeby Wa himowie zabić Kalego po powrocie ale jeśli oni iść z nami Kali na nich patrzeć i pilnować Staś pomyślał chwilę i rzekł Może masz słuszność jednakże zwracaj na nich dzień i noc pilną uwagę gdyż źle im patrzy z oczu Kali mieć bambus odpowiedział młody Murzyn Karawana ruszyła Staś w ostatniej chwili rozkazał by zbrojna w remingtony gwardia zamykała pochód gdyż byli to ludzie upatrzeni przez niego wybrani i najpewniejsi Podczas ćwiczeń z bronią które trwały dość długo przywiązali się w pewnym stopniu do swego młodego wodza a zarazem jako najbliżsi jego dostojnej osoby uważali się za coś lepszego od innych Obecnie mieli czuwać nad całą karawaną i chwytać tych którym by przyszła chętka drapnąć Było do przewidzenia że gdy rozpoczną się trudy i niebezpieczeństwa nie zbraknie także i zbiegów Ale pierwszego dnia wszystko szło jak najlepiej Murzyni z ciężarami na głowach każdy zbrojny we włócznię i kilka pomniejszych dzirytów czyli tak zwanych asagai rozciągnęli się długim wężem wśród dżungli Przez czas jakiś posuwali się południowym brzegiem jeziora po płaszczyźnie ale ponieważ jezioro otaczały ze wszystkich stron wyniosłe szczyty więc gdy skręcili ku wschodowi trzeba było piąć się pod górę Starzy Samburowie którzy znali te strony twierdzili że karawana będzie musiała przejść przez wysokie przełęcze między górami które zwali Kullal i Inro po czym wejdzie do krainy Ebene leżącej na południe od Borani Staś rozumiał że nie można iść wprost na wschód pamiętał bowiem że Mombassa leży o kilka stopni za równikiem a zatem znacznie od tego nieznanego jeziora na południe Posiadając kilka kompasów po Lindem nie obawiał się jednak zmylić właściwej drogi Pierwszy nocleg wypadł im na lesistej wyżynie Wraz z nastaniem ciemności zapłonęło kilkadziesiąt ognisk przy których Murzyni piekli suszone mięso i jedli ciasto z korzeni manioku wybierając je z naczyń palcami Po zaspokojeniu głodu i pragnienia rozpowiadali sobie dokąd ich bwana kubwa prowadzi i co za to od niego dostaną Niektórzy śpiewali siedząc w kuczki i grzebiąc w ogniu wszyscy zaś gadali tak długo i tak głośno że Staś musiał w końcu nakazać milczenie by Nel mogła spać Noc była bardzo chłodna ale nazajutrz gdy pierwsze promienie słońca rozświeciły okolicę powietrze ociepliło się natychmiast O wschodzie słońca mali podróżnicy ujrzeli dziwne widowisko Zbliżali się właśnie do jeziorka rozległego na dwa kilometry a raczej wielkiej kałuży utworzonej przez dżdże w kotlinie górskiej gdy nagle Staś siedząc wraz z dziewczynką na Kingu i rozglądając się przez lunetę po okolicy zawołał Patrz Nel słonie idą do wody Jakoż na odległość pół kilometra widać było stadko złożone z pięciu sztuk zbliżających się z wolna jedna za drugą do jeziorka To jakieś dziwne słonie rzekł Staś przypatrując się im ciągle z wielką uwagą Są mniejsze od Kinga uszy mają także daleko mniejsze i wcale nie widzę kłów Tymczasem słonie weszły do wody lecz nie zatrzymały się na brzegu jak to czynił zwykle King i nie poczęły się polewać trąbami ale idąc wciąż naprzód zanurzały się coraz głębiej tak że w końcu tylko ich czarne grzbiety wystawały nad wodą na podobieństwo złomów skalnych Co to jest Nurkują zawołał Staś Karawana zbliżyła się znacznie do brzegu a wreszcie stanęła tuż nad nim Staś zatrzymał ją i począł spoglądać z nadzwyczajnym zdumieniem to na Nel to na jezioro Słoni nie było już prawie widać tylko na gładkiej szybie wodnej można było nawet gołym okiem odróżnić pięć jakby okrągłych czerwonych kwiatów wystających nad powierzchnią i kołyszących się lekkim ruchem One stoją na dnie a to końce trąb ozwał się Staś nie wierząc własnym oczom Po czym zawołał na Kalego Kali widziałeś Tak panie Kali widzieć to są słonie wodne52 odpowiedział spokojnie młody Murzyn Słonie wodne Kali widzieć je nieraz I one żyją w wodzie W nocy wychodzić w dżunglę i paść się a w dzień mieszkać w jeziorze tak jak kiboko (hipopotamy) One wyjść dopiero po zachodzie słońca Staś długo nie mógł ochłonąć ze zdziwienia i gdyby nie to że pilno było mu w drogę byłby zatrzymał karawanę aż do wieczora by lepiej przypatrzeć się osobliwym zwierzętom Ale przyszło mu do głowy że słonie mogą wynurzyć się po przeciwnej stronie jeziora a choćby wyszły gdzie bliżej trudno będzie przyjrzeć się im po ciemku dokładniej Dał więc znak do odjazdu ale po drodze mówił do Nel No widzieliśmy coś takiego czego nie widziały nigdy oczy żadnego Europejczyka I wiesz co myślę że jeśli dojdziemy szczęśliwie do oceanu to nikt nam nie uwierzy gdy powiem że są w Afryce słonie wodne A gdybyś jednego z nich złapał i zabrał z nami do oceanu rzekła Nel przekonana jak zawsze że Staś wszystko potrafi Rozdział 44 Po dziesięciu dniach drogi karawana przeszła wreszcie przełęcze górskie i weszła w kraj odmienny Była to obszerna równina gdzieniegdzie tylko powyginana w niewielkie wzgórza ale przeważnie płaska Roślinność zmieniła się zupełnie Nie było wielkich drzew wznoszących się pojedynczo lub po kilka nad falującą powierzchnią wysokich traw Gdzieniegdzie tylko sterczały w znacznym od siebie oddaleniu akacje wydające gumę o pniach barwy koralowej lub parasolowate ale o uliścieniu rzadkim i dającym mało cienia Między kopcami termitów strzelała tu i ówdzie w górę euforbia z gałęziami podobnymi do ramion świecznika Pod niebem unosiły się sępy a niżej przelatywały z akacji na akację ptaki z rodzaju kruków upierzone czarno i biało Trawy były żółte i w kłosach jak dojrzałe żyto A jednakże ta sucha dżungla dostarczała widocznie obficie żywności dla wielkiej ilości zwierząt albowiem kilka razy na dzień podróżnicy spotykali znaczne stada antylop gnu bubalów i szczególnie zebr Upały na otwartej i bezdrzewnej płaszczyźnie uczyniły się nieznośne Niebo było bez chmur dni znojne a noce niewiele przynosiły wypoczynku Podróż stawała się z każdym dniem uciążliwsza W wioskach na które natrafiała karawana dzika niezmiernie ludność przyjmowała ją ze strachem ale przeważnie niechętnie i gdyby nie znaczna ilość zbrojnych pagazich a również gdyby nie widok białych twarzy Kinga i Saby podróżnikom groziłoby wielkie niebezpieczeństwo Staś zdołał za pomocą Kalego dowiedzieć się że dalej wcale nie ma wiosek i że kraj jest bezwodny Trudno temu było uwierzyć bo liczne stada które spotykano musiały przecie gdzieś pić Jednakże opowiadania o pustyni w której nie ma ani rzek ani kałuży przestraszyły Murzynów i rozpoczęło się zbiegostwo Pierwsi dali przykład M'Kunje i M'Pua Na szczęście wcześnie dostrzeżono ucieczkę i konny pościg schwytał ich jeszcze niedaleko obozu a gdy ich przyprowadzono Kali przedstawił im za pomocą bambusa całą niewłaściwość ich postępku Staś zebrawszy wszystkich pagazich miał do nich przemowę którą młody Murzyn tłumaczył na język miejscowy Korzystając z tego że na poprzednim postoju lwy ryczały całą noc naokół obozu Staś starał się przekonać swych ludzi że kto ucieknie ten niechybnie stanie się ich łupem a gdyby nawet nocował na akacjach to znajdzie tam straszliwsze jeszcze wobo Mówił następnie że gdzie żyją antylopy tam musi być i woda jeśli zaś w dalszej drodze trafią na okolice wody pozbawione to można przecie nabrać jej na dwa i trzy dni w worki uszyte ze skór antylop Murzyni słuchając jego słów powtarzali co chwila jedni drugim O matko jakaż to prawda! ale następnej nocy zbiegło pięciu Samburów i dwóch Wa himów a potem co noc ktoś ubywał M'Kunje i M'Pua nie próbowali jednak szczęścia po raz drugi z tej prostej przyczyny że Kali codziennie po zachodzie słońca kazał ich wiązać Jednakże kraj stawał się coraz bardziej suchy a słońce wypalało niemiłosiernie dżunglę Nie było widać nawet akacyj Stada antylop pojawiały się ciągle lecz mniej liczne Osioł i konie znajdowały jeszcze dość pożywienia gdyż pod wysoką wyschłą trawą ukrywała się w wielu miejscach niższa bardziej zielona i mniej zeschnięta Ale King lubo nie przebierał schudł Gdy trafił na akację łamał ją głową i objadał starannie liście i strąki nawet zeszłoroczne Karawana trafiała wprawdzie dotychczas codziennie na wodę ale często na złą którą trzeba było filtrować lub na słoną niezdatną wcale do picia Następnie zdarzało się kilkakrotnie że wysłani naprzód przez Stasia ludzie wracali pod wodzą Kalego nie znalazłszy ani kałuży ani strumienia ukrytego w rozpadlinie ziemnej i Kali ze strapioną miną oświadczał Madi apana (nie ma wody) Staś zrozumiał że ta ostatnia wielka podróż wcale nie będzie łatwiejsza od poprzednich i począł się niepokoić o Nel gdyż i w niej zaszły zmiany Twarzyczka jej zamiast opalać się na słońcu i wietrze czyniła się z każdym dniem bledsza a oczy traciły zwykły blask Na suchej równinie wolnej od komarów nie groziła wprawdzie febra ale widoczne było że straszliwe upały wyniszczają siły dziewczynki Chłopiec z politowaniem i z obawą patrzył teraz na jej małe rączki które stały się tak białe jak papier i gorzko wyrzucał sobie że straciwszy zbyt wiele czasu na przygotowania i na ćwiczenia Murzynów w strzelaniu naraził ją na podróż w porze roku tak znojnej Wśród tych obaw upływał dzień za dniem Słońce wypijało wilgoć i życie z ziemi coraz chciwiej i niemiłosierniej Trawy pokurczyły się i zeschły do tego stopnia że kruszyły się pod nogami antylop i że przebiegające stada lubo nieliczne wznosiły tumany kurzawy Jednakże podróżnicy trafili raz jeszcze na rzeczkę którą rozpoznali z dala po długich szeregach drzew rosnących nad jej brzegami Murzyni popędzili ku drzewom na wyścigi i dopadłszy do brzegu położyli się na nim mostem zanurzając głowy i pijąc tak chciwie że przestali dopiero wówczas gdy krokodyl chwycił jednego z nich za rękę Inni rzucili się na ratunek towarzysza i w jednej chwili wyciągnęli z wody wstrętnego jaszczura który jednak nie chciał puścić ręki człowieka choć otwierano mu paszczę za pomocą dzid i nożów Sprawę skończył dopiero King który postawiwszy na nim nogę rozgniótł go tak łatwo jak gdyby to był zmurszały grzyb Gdy ludzie ugasili wreszcie pragnienie Staś rozkazał uczynić na płytkiej wodzie okrągłą zagrodę z wysokich bambusów z jednym tylko wejściem od brzegu aby Nel mogła z zupełnym bezpieczeństwem się wykąpać A i to jeszcze postawił u wejścia Kinga Kąpiel odświeżyła ogromnie dziewczynkę a wypoczynek wrócił jej nieco sił Ku wielkiej radości całej karawany i Nel bwana kubwa postanowił zostać przez dwa dni przy tej wodzie Na wieść o tym ludzie wpadli w doskonały humor i natychmiast zapomnieli o przebytych trudach Po przespaniu się i posiłku niektórzy Murzyni poczęli włóczyć się pomiędzy drzewami nad rzeką upatrując palm rodzących dzikie daktyle53 i tak zwanych łez Hioba,54 z których robią się naszyjniki Kilku z nich wróciło do obozu przed zachodem słońca niosąc jakieś kwadratowe białe przedmioty w których Staś rozpoznał swoje własne latawce Jeden z tych latawców nosił numer 7 co było dowodem że został puszczony jeszcze z góry Lindego gdyż dzieci puściły ich z tamtego miejsca kilkadziesiąt Stasia nadzwyczaj ucieszył ten widok i dodał mu otuchy Nie spodziewałem się mówił do Nel by latawce mogły przelecieć taką odległość Byłem pewny że zostaną na szczytach Karamojo i puszczałem je tylko na wszelki wypadek Ale teraz widzę że wiatr może je ponieść dokąd chce i mam nadzieję że te które wysialiśmy z gór otaczających Bassa Narok i teraz z drogi zalecą aż do oceanu Zalecą z pewnością odpowiedziała Nel Daj to Boże powiedział chłopiec myśląc o niebezpieczeństwach i trudach dalszej podróży Karawana ruszyła znad rzeczułki trzeciego dnia zabrawszy do worków skórzanych wielkie zapasy wody Zanim uczynił się wieczór weszli znów w okolicę spaloną przez słońce w której nie rosły nawet akacje a ziemia w niektórych miejscach była tak łysa jak klepisko Niekiedy tylko spotykali passiflory o pniach wgłębionych w ziemię podobnych do potwornych dyń,55 mających do dwóch łokci średnicy Z tych olbrzymich kul wyrastały cienkie jak sznurki liany które pełznąc po ziemi pokrywały ogromne przestrzenie tworząc tak nieprzebytą gęstwinę że nawet myszom trudno by się było przez nią przedostać Ale pomimo pięknej zielonej barwy tych roślin przypominających europejski ostrokrzew tyle w nich było kolców że ani King ani konie nie mogły w nich znaleźć pożywienia Szczypał je tylko osioł ale i ten ostrożnie Lecz czasem w ciągu kilku mil angielskich nie widzieli nic prócz szorstkiej krótkiej trawy i niskich podobnych do nieśmiertelników roślin które kruszyły się za dotknięciem Po pierwszym noclegu przez cały następny dzień z nieba leciał żywy ogień Powietrze drgało jak na Pustyni Libijskiej Na niebie nie było ani chmurki Ziemia była tak zalana światem że wszystko wydawało się białe i żaden głos nawet brzęczenie owadów nie przerywało tej śmiertelnej przesyconej złowrogim blaskiem ciszy Ludzie oblewali się potem Chwilami składali w jedną wielką kupę pakunki z suszonym mięsem i tarcze by znaleźć pod nimi trochę cienia Staś dał polecenie by oszczędzano wody ale Murzyni są jak dzieci które nie myślą o jutrze W końcu trzeba było otoczyć strażą tych którzy nieśli zapasowe worki i wydzielać wodę każdemu pojedynczo Kali zajmował się tym bardzo sumiennie ale zabierało to ogromnie wiele czasu i opóźniało pochód a zatem i znalezienie jakiegoś nowego wodopoju Samburowie narzekali przy tym że więcej napoju dostaje się Wa himom a Wa himowie że Samburom Ci ostatni poczęli grozić że wrócą ale Staś zapowiedział im że Faru każe im poucinać głowy sam zaś polecił wystąpić swym strzelcom zbrojnym w remingtony i rozkazał nie puszczać nikogo Drugi nocleg wypadł na gołej równinie Nie budowano bomy czyli jak w Sudanie mówią zeriby bo nie było z czego Straż obozową stanowili King i Saba Była ona dostateczną ale King który dostał dziesięć razy mniej wody niż jej potrzebował trąbił o nią aż do wschodu słońca a Saba wywiesiwszy język zwracał oczy na Stasia i Nel z niemą prośbą choćby o jedną kroplę Dziewczynka chciała by Staś udzielił mu trochę napoju z gumowej odziedziczonej po Lindem flaszki którą nosił przez ramię na sznurku ale on chował te ostatki dla małej na czarną godzinę więc odmówił Czwartego dnia pod wieczór pozostało już tylko pięć niewielkich worków z wodą czyli że na każdego z ludzi wypadało niespełna po pół kieliszka Ponieważ jednak noce bywają bądź co bądź chłodniejsze od dni i pragnienie mniej wówczas dokucza niż pod palącymi promieniami słońca i ponieważ ludzie dostali jeszcze rano po niewielkiej ilości wody przeto Staś kazał zachować owe worki na dzień jutrzejszy Murzyni szemrali przeciw temu rozporządzeniu ale strach przed Stasiem był jeszcze zbyt wielki więc nie śmieli rzucić się na ten ostatni zapas zwłaszcza że stanęło przy nich na straży dwóch ludzi zbrojnych w remingtony którzy mieli się zmieniać co godzinę Wa himowie i Samburu oszukiwali pragnienie wyrywając źdźbła nędznych traw i żując ich korzonki jednakże nie było w nich prawie nic wilgoci gdyż nieubłagane słońce wypiło ją nawet z głębi ziemi.56 Sen lubo nie gasił pragnienia pozwalał przynajmniej o nim zapomnieć więc gdy nastała noc znużeni i wyczerpani całodziennym pochodem ludzie popadali jak nieżywi gdzie który stał i zasnęli głęboko Staś zasnął także ale w duszy za dużo miał trosk i niepokoju by mógł spać spokojnie i długo Po kilku godzinach rozbudził się i począł rozmyślać o tym co dalej będzie i skąd wziąć wody dla Nel i dla całej karawany razem z ludźmi i zwierzętami Położenie było ciężkie a nawet może i straszne ale zaradny chłopak nie poddawał się jeszcze rozpaczy Począł sobie przypominać wszelkie wypadki począwszy od porwania ich z Fajumu aż do tej chwili więc pierwszą olbrzymią podróż przez Saharę huragan w pustyni próby ucieczki Chartum Mahdiego Faszodę wyrwanie się z rąk Gebhra następnie dalszą drogę po śmierci Lindego aż do jeziora Bassa Narok i do tego miejsca w którym wypadł im nocleg obecnie Tyleśmy przeszli tyleśmy przecierpieli mówił sobie tak często zdawało mi się że już wszystko przepadło i że nie znajdę żadnej rady a jednak Bóg mi dopomógł i radę zawsze znalazłem Przecie niepodobna byśmy po przebyciu takiej drogi i tylu strasznych niebezpieczeństw mieli zginąć w tej ostatniej podróży Teraz jest jeszcze trochę wody a ta okolica to przecie nie Sahara bo gdyby tak było to ludzie by o niej wiedzieli Lecz nadzieję podtrzymywało w nim głównie to że na południowym wschodzie dojrzał był przez lunetę w ciągu dnia jakieś mgliste zarysy jakby gór Było do nich może setki mil angielskich może więcej Ale gdyby udało się do nich dotrzeć byliby ocaleni gdyż góry rzadko bywają bezwodne Ile jednak było potrzeba na to czasu tego nie umiał obliczyć albowiem zależało to od wysokości gór Wyniosłe szczyty widać w tak przezroczym powietrzu jak afrykańskie na niezmierną odległość więc trzeba było znaleźć wodę przedtem Inaczej groziła zguba Trzeba! powtarzał sobie Staś Chrapliwy oddech słonia który wydmuchiwał jak mógł z płuc spiekotę przerywał co chwila chłopcu rozmyślania Lecz po pewnym czasie wydało mu się że słyszy jakiś głos podobny do stękania dochodzący z innej strony obozu a mianowicie z tej w której leżały pokryte na noc trawą worki z wodą Ponieważ jęki powtórzyły się kilkakrotnie więc wstał chcąc zobaczyć co się tam dzieje i poszedł ku kępie odległej o kilkadziesiąt kroków od namiotu Noc była tak jasna że z dala już ujrzał dwa ciemne ciała leżące koło siebie i dwie lufy remingtonów błyszczące w świetle księżyca Murzyni zawsze są tacy sami pomyślał Mieli czuwać nad tą wodą droższą teraz dla nas nad wszystko na świecie a pospali się obaj tak jak we własnych chatach Ach bambus Kalego będzie miał jutro dobrą robotę To pomyślawszy zbliżył się i trącił nogą jednego ze strażników lecz natychmiast cofnął się z przerażeniem Oto pozornie śpiący Murzyn leżał na wznak z nożem wbitym po rękojeść w gardło a obok drugi z szyją również tak strasznie przeciętą że głowa była prawie oddzielona od tułowia Dwa worki z wodą znikły trzy inne leżały wśród porozrzucanej trawy rozcięte i zaklęsłe Staś poczuł że włosy stają mu dębem Rozdział 45 Na krzyk jego przybiegł pierwszy Kali za nim dwaj strzelcy którzy mieli poprzednią straż zluzować a w chwilę później wszyscy Wa himowie i Samburu zgromadzili się wrzeszcząc i wyjąc na miejscu zbrodni Uczyniło się zamieszanie pełne okrzyków i trwogi Ludziom chodziło nie tyle o zabitych i o zabójstwo ile o te ostatki wody która już wsiąkła w spieczony grunt dżungli Niektórzy Murzyni rzucili się na ziemię i wyrywając palcami jej grudki wysysali z niej resztki wilgoci Inni krzyczeli że pomordowały strażników i porozcinały worki złe duchy Ale Staś i Kali wiedzieli co o tym myśleć Oto M'Kunjego i M'Puy brakło wśród tych wyjących nad kępą trawy ludzi W tym co się stało było coś więcej niż zabójstwo dwóch strażników i kradzież wody Porozcinane pozostałe worki świadczyły że był to czyn zemsty i zarazem wyrok śmierci na całą karawanę Kapłani złego Mzimu pomścili się nad dobrym Czarownicy zemścili się na młodym królu który odkrył ich oszustwa i nie byłby pozwolił im wyzyskiwać dłużej ciemnych Wa himów Nad całą karawaną roztoczyła teraz skrzydła śmierć jak jastrząb nad stadem gołębi Kali przypomniał sobie poniewczasie że mając myśl zatroskaną i zajętą czym innym zapomniał kazać związać czarowników jak to od czasu ich ucieczki przykazywał czynić co wieczór Widoczne też było że dwaj strzelcy strażujący przy wodzie przez wrodzoną Murzynom niedbałość pokładli się i zasnęli To ułatwiło łotrom robotę i pozwoliło im zbiec bezkarni Zanim zamieszanie uspokoiło się cokolwiek i ludzie ochłonęli z przerażenia upłynęło sporo czasu jednakże zbrodniarze nie musieli być daleko gdyż ziemia pod rozciętymi workami była wilgotna i krew która wypłynęła z obu pomordowanych nie stężała jeszcze zupełnie Staś wydał rozkaz ścigania zbiegów nie tylko dlatego by ich ukarać ale i dlatego by odzyskać dwa ostatnie worki wody Kali dosiadłszy konia i wziąwszy z sobą kilkunastu strzelców ruszył w pogoń Stasiowi który w pierwszej chwili chciał wziąć w niej udział przyszło na myśl że nie można zostawić Nel samej wobec rozdrażnienia i wzburzenia Murzynów więc został Polecił tylko Kalemu zabrać ze sobą Sabę Sam został albowiem obawiał się wprost buntu szczególniej ze strony Samburów Ale w tym się pomylił Murzyni w ogóle wybuchają łatwo i czasem z błahych powodów ale gdy przyciśnie ich wielka niedola a zwłaszcza gdy zacięży nad nimi nieubłagana ręka śmierci poddają się jej biernie nie tylko ci których islam nauczył że walka z przeznaczeniem jest próżna ale wszyscy Wówczas ni trwoga ni męczarnie chwil ostatnich nie mogą rozbudzić ich z odrętwienia Tak stało się i teraz Wa himowie zarówno jak Samburowie gdy pierwsze wzburzenie przeszło i gdy myśl że muszą umrzeć utwierdziła się ostatecznie w ich umysłach pokładli się cicho na ziemię by czekać na śmierć wobec czego należało się obawiać nie buntu ale raczej tego czy jutro zechcą wstać i ruszyć w dalszą drogę Stasia gdy to spostrzegł ogarnęła ogromna litość nad nimi Kali wrócił jeszcze przede dniem i natychmiast ziożył przed Stasiem dwa poszarpane worki w których nie zostało ani kropli wody Panie wielki rzekł Madi apana Staś obtarł ręką spotniałe czoło po czym zapytał A M'Kunje i M'Pua M'Kunje i M'Pua umrzeć odpowiedział Kali Kazałeś ich zabić Ich zabić lew albo wobo I począł opowiadać co zaszło Trupy dwóch zbrodniarzy znaleźli dość daleko od obozu na miejscu gdzie spotkała ich śmierć Obaj leżeli przy sobie obaj mieli czaszki pogruchotane z tyłu poszarpane łopatki i objedzone grzbiety Kali przypuszczał że gdy wobo lub lew ukazał się im przy świetle księżyca padli przed nim na twarz i poczęli go błagać by im darował życie Ale straszny zwierz zabił obu i następnie zaspokoiwszy pierwszy głód poczuł wodę i poszarpał worki Bóg ich pokarał rzekł Staś i Wa himowie przekonają się że złe Mzimu nie potrafi nikogo wyratować A Kali powtórzył Bóg ich pokarać ale my nie mamy wody Daleko przed nami widziałem na wschodzie góry Tam musi być woda Kali widzieć je także ale do nich mnóstwo mnóstwo dni.. Nastała chwila milczenia Panie ozwał się Kali niech dobre Mzimu.. niech bibi poprosi Wielkiego Ducha o deszcz albo o rzekę Staś nie odpowiedział nic i odszedł Przed namiotem zobaczył białą figurkę Nel krzyki i wycia Murzynów rozbudziły ją już od dawna Co to się stało Stasiu zapytała podbiegając ku niemu A on położył jej rękę na główce i rzekł poważnie Nel módl się do Boga o wodę gdyż inaczej zginiemy wszyscy Więc dziewczynka podniosła swą bladą twarzyczkę ku górze i utkwiwszy oczy w srebrnej tarczy księżyca poczęła błagać o ratunek Tego który na niebie porusza kręgi gwiazd a na ziemi stosuje wiatr do wełny jagnięcia Po bezsennej hałaśliwej i niespokojnej nocy słońce wytoczyło się na widnokrąg tak nagle jak zawsze wytacza się pod zwrotnikami i uczynił się dzień świetlisty Na trawach nie było ani kropli rosy na niebie żadnej chmurki Staś kazał strzelcom zebrać ludzi i miał do nich krótką przemowę Oświadczył im że wracać do rzeki już niepodobna albowiem wiedzą przecie dobrze że dzieli ich od niej pięć dni i nocy drogi Ale za to nikt nie wie czy wody nie ma w przeciwnej stronie Może nawet niedaleko znajdzie się jakie źródło jaka rzeczka albo kałuża Nie widać wprawdzie drzew ale bywa tak często że na otwartych równinach gdzie wichry porywają nasiona drzewa nie rosną i przy wodzie Wczoraj widzieli kilka wielkich antylop i kilka strusi uciekających na wschód co jest znakiem że tam musi być jakiś wodopój a wobec tego kto nie jest głupcem i kto ma w piersi serce nie zająca ale lwa lub bawołu ten będzie wolał iść naprzód choćby w pragnieniu i męce niż leżeć i czekać tu na sępy albo hieny I tak mówiąc ukazał ręką na sępy których kilka zataczało już złowrogie koła nad karawaną Po tych słowach Wa himowie którym Kali kazał wstać podnieśli się prawie wszyscy albowiem przyzwyczajeni do straszliwej władzy królewskiej nie śmieli się jej oprzeć Ale wielu z Samburów wobec tego że ich król Faru pozostał nad jeziorem nie chciało się już podnieść i ci mówili między sobą Po cóż mamy iść naprzeciwko śmierci kiedy ona sama do nas przyjdzie? W ten sposób karawana ruszyła naprzód zmniejszona prawie do połowy i wyruszyła od razu w męce Ludzie od dwudziestu czterech godzin nie mieli w ustach ani kropli wody ani żadnego innego płynu Nawet w chłodniejszych klimatach byłoby to przy pracy cierpieniem nie do zniesienia a cóż dopiero w tym rozpalonym piecu afrykańskim w którym ci nawet którzy piją obficie wypacają tak prędko wodę że mogą ją niemal w tej samej chwili ścierać rękoma ze skóry Było też do przewidzenia że wielu ludzi padnie w drodze z wyczerpania i od uderzeń słonecznych Staś chronił Nel jak mógł od słońca i nie pozwalał jej wychylić się ani na chwilę spod palankinu którego daszek pokrył sztuką białego perkalu aby go uczynić podwójnym Na tych ostatkach wody którą miał jeszcze w gumowej flaszce zgotował jej mocnej herbaty i podał jej ostudzoną bez cukru albowiem słodycze zwiększają pragnienie Dziewczynka nalegała na niego ze łzami by napił się także A więc przyłożył flaszkę do ust w której pozostało zaledwie kilka naparstków wody i poruszając gardłem udawał że ją pije W chwili gdy poczuł na wargach wilgoć zdawało mu się że w piersiach i w żołądku ma płomień i jeśli tego płomienia nie ugasi to padnie trupem Przed oczyma zaczęły mu latać czerwone plamy a w szczękach doznał przeraźliwego bólu jakby mu kto wbijał w nie tysiące szpilek Ręka drżała mu tak że o mało nie rozlał tych ostatnich kilku kropel Jednakże tylko dwie lub trzy schwytał na ustach językiem resztę zachował dla Nel Upłynął znów dzień męki i trudów po którym na szczęście noc przyszła chłodniejsza Lecz następnego rana żar uczynił się na świecie okropny Nie było ani tchnienia wiatru Słońce jak zły duch niszczyło żywym ogniem zeschłą ziemię Krańce widnokręgu pobieały Jak okiem sięgnąć nie było widać nawet euforbii Nic tylko spalona pusta równina pokryta kępami sczerniałej trawy i wrzosów Kiedy niekiedy rozlegały się w niezmiernej odległości lekkie grzmoty ale wobec pogodnego nieba nie zwiastowały one burzy jeno suszę O południu gdy upał czyni się największy trzeba się było zatrzymać Karawana rozłożyła się w głuchym milczeniu Pokazało się że padł jeden koń i kilkunastu pagazich zostało w drodze W czasie wypoczynku nikt nie pomyślał o jedzeniu Ludzie mieli zapadłe oczy i popękane wargi a na nich zeschnięte grudki krwi Nel dyszała jak ptak więc Staś oddał jej gumową flaszkę i krzyknąwszy Piłem piłem! uciekł w drugą stronę obozu obawiał się bowiem że jeśli zostanie to odbierze jej tę wodę lub zażąda by się z nim podzieliła I to był może najbardziej bohaterski jego uczynek w ciągu podróży Sam począł się męczyć jednak okropnie Przed oczyma latały mu ciągle czerwone płaty Czuł ściskanie w szczękach tak silne że i otwierał i zamykał je z trudnością Gardło miał suche piekące nic śliny w ustach język jakby drewniany A przecie dla niego i dla karawany był to dopiero początek męczarni Grzmoty zapowiadające suszę odzywały się ustawicznie na krańcach widnokręgu Około godziny trzeciej gdy słońce przechyla się na zachodnią stronę nieba Staś podniósł karawanę na nogi i ruszył na jej czele ku wschodowi Ale szło teraz za nim zaledwie siedemdziesięciu ludzi a i to co chwila któryś z nich kładł się obok swego pakunku aby już nie powstać Upał zmniejszył się o kilka stopni ale był jeszcze straszny W nieruchomym powietrzu unosił się jakby czad Ludzie nie mieli czym oddychać a nie mniej poczęły cierpieć i zwierzęta W godzinę po wyruszeniu padł znowu jeden koń Saba robił bokami i ział z wywieszonego sczerniałego języka nie spadała mu ani kropla piany King przywykły do suchych afrykańskich dżungli cierpiał mniej widocznie lecz począł być zły Jego małe oczki połyskiwały jakimś dziwnym światłem Stasiowi a zwłaszcza Nel która co jakiś czas przemawiała do niego odpowiadał jeszcze gulgotaniem ale gdy Kali przeszedł niebacznie koso niego chrząknął groźnie i machnął tak trąbą że byłby go zabił gdyby nie to że chłopak odskoczył w porę na stronę Kali miał oczy zaszłe krwią żyły na szyi rozdęte i wargi popękane tak jak i inni Murzyni Koło godziny piątej zbliżył się do Stasia i tępym głosem który z trudnością wychodził mu z gardła rzekł Panie wielki Kali nie móc iść dalej Niech już tu nadejdzie noc A Staś przemógł ból w szczękach i odpowiedział z wysiłkiem Dobrze Stańmy Noc przyniesie ulgę Przyniesie śmierć szepnął młody Murzyn Ludzie pozrzucali z głów ładunki ale ponieważ gorączka w ich zgęstniałej krwi doszła już do najwyższego stopnia więc tym razem nie pokładli sil od razu na ziemię Serca i tętna w skroniach w rękach i w nogach biły im tak jakby miały pęknąć za chwilę Skóra na ciałach zsychając się i kurcząc poczęła ich swędzić w kościach odczuwali jakiś niesłychany niepokój a we wnętrznościach i gardzielach ogień Niektórzy chodzili niespokojnie między pakunkami innych było widać dalej w czerwonych promieniach zachodzącego słońca jak kręcili się jeden za drugim wśród suchych kęp jakby czegoś poszukując i trwało to dopóty dopóki siły ich nie wyczerpały się zupełnie Wówczas padali kolejno na ziemię ale leżeli w drgawkach Kali siadł w kucki przy Stasiu i Nel łowiąc otwartymi ustami powietrze i jął powtarzać błagalnie między jednym oddechem a drugim Bwana kubwa wody Staś patrzał na niego szklanym wzrokiem i milczał Bwana kubwa wody a po chwili Kali umierać.. Wtedy Mea która z niewiadomych przyczyn najłatwiej znosiła pragnienie i najmniej cierpiała ze wszystkich zbliżyła się siadła koło niego i objąwszy ramieniem jego szyję ozwała się cichym melodyjnym głosem Mea chce umrzeć razem z Kalim.. Nastało długie milczenie ....................................................................................................................... Tymczasem słońce zaszło i noc pokryła okolicę Niebo uczyniło się granatowe W południowej jego stronie rozbłysnął Krzyż Nad równiną zamigotały roje gwiazd Księżyc wydostał się spod ziemi i jął nasycać światem ciemności a na zachodzie rozciągnęła się nikłą i bladą zorzą jasność zodiakalna Powietrze zmieniło się w jedną wielką świetlistą topiel Coraz silniejszy blask zalewał okolicę Palankin o którym zapomniano na grzbiecie Kinga i namioty błyszczały tak jak błyszczą w jasne noce domy wybielone wapnem Świat zapadał w ciszę ziemię ogarniał sen A wobec tej ciszy i tego spokoju natury ludzie w obozie wili się z boleści i czekali na śmierć Na srebrzystym tle mroku rysowała się twardo olbrzymia czarna postać słonia Promienie księżyca rozświecały prócz namiotów białe ubrania Stasia i Nel a wśród kęp wrzosów ciemne pokurczone ciała Murzynów i porozrzucane tu i ówdzie kupy pakunków Przed dziećmi siedział oparty na przednich łapach Saba i podniósłszy głowę ku tarczy księżyca wył posępnie W duszy Stasia kołatały się tylko resztki myśli zmienionych w jedno głuche rozpaczliwe poczucie że tym razem nie ma już żadnej rady że te wszystkie niezmierne trudy i wysiłki te cierpienia te czyny woli i odwagi których dokonał w czasie strasznych podróży od Medinet do Chartumu od Chartumu do Faszody i od Faszody aż do nieznanego jeziora nie przydały się na nic i że przychodzi nieubłagany kres walki i życia I wydało mu się to tym straszniejsze że ów kres przychodził właśnie w czasie ostatniej drogi na której końcu leżał ocean Ach nie doprowadzi już małej Nel do brzegu nie odwiezie jej statkiem do Port Saidu nie odda jej panu Rawlisonowi sam nie padnie w ramiona ojca i nie usłyszy z jego ust że postępował jak dzielny chłopak i jak prawy Polak Koniec koniec Za kilka dni słońce oświeci tylko martwe ciała a potem wysuszy je na podobieństwo tych mumii które w Egipcie śpią odwiecznym snem po muzeach Z męczarni i gorączki poczęło mu się mieszać w głowie Nadlatywały nań przedśmiertne widzenia i złudy słuchu Słyszał wyraźnie glosy Sudańczyków i Beduinów krzyczące Yalla yalla! na rozpędzone wielbłądy Widział Idrysa i Gebhra Mahdi uśmiechał się do niego swymi grubymi wargami pytając Czy chcesz napić się ze źródła prawdy?... Potem lew spoglądał na niego ze skały potem Linde dawał mu słoik chininy i mówił Śpiesz się śpiesz bo mała umrze! A w końcu widział już tylko bladą bardzo kochaną twarzyczkę i dwie małe ręce które wyciągały się ku niemu Nagle drgnął i przytomność wróciła mu na chwilę albowiem tuż przy uchu zaszemrał mu cichy podobny do jęku szept Nel Stasiu.. wody I ona tak jak poprzednio Kali od niego tylko wyglądała ratunku Ale ponieważ przed dwunastu godzinami oddał jej ostatnie krople więc teraz zerwał się i zawołał głosem w którym drgał wybuch bólu rozpaczy i rozżalenia O Nel jam udawał tylko że piję ja od trzech dni nie miałem nic w ustach I chwyciwszy się rękoma za głowę uciekł by nie patrzeć na jej mękę Biegł na oślep między kępami trawy i wrzosów dopóty dopóki siły nie opuściły go zupełnie i dopóki nie upadł na jedną z kęp Był bez broni Lampart lew lub nawet wielka hiena znalazłyby w nim łatwy obłów Ale przybiegł Saba który obwąchawszy go począł znów wyć jakby wzywając teraz dla niego pomocy Nikt jednak nie spieszył z pomocą Tylko z góry spoglądał na niego spokojny obojętny księżyc Długi czas chłopak leżał jak martwy Otrzeźwił go dopiero chłodniejszy powiew wiatru który niespodzianie powiał ze wschodu Staś siadł i po chwili usiłował powstać by wrócić do Nel Chłodniejszy wiatr wionął po raz drugi Saba przestał wyć i zwróciwszy się ku wschodowi począł łopotać nozdrzami Nagle szczeknął raz i drugi krótkim urwanym basem i puścił się przed siebie Przez jakiś czas nie było go słychać ale wkrótce ozwało się znów w oddali jego szczekanie Staś wstał i chwiejąc się na zdrętwiałych nogach począł patrzeć za nim Długie podróże długi pobyt w dżungli konieczność trzymania w ciągłym napięciu wszystkich zmysłów i ciągłe niebezpieczeństwa nauczyły chłopaka zwracać czujną uwagę na wszystko co się koło niego dzieje więc mimo męczarni którą w tej chwili odczuwał mimo na wpół przytomnego umysłu przez instynkt i przyzwyczajenie począł baczyć na zachowanie się psa A Saba po upływie pewnego czasu zjawił się znowu przy nim ale jakiś dziwnie poruszony i niespokojny Kilkakrotnie podniósł na Stasia oczy obiegł go wkoło znów zapuścił się wietrząc i poszczekując we wrzosowisko znów wrócił a wreszcie chwyciwszy chłopca za ubranie jął go ciągnąć w stronę przeciwną od obozu Staś oprzytomniał zupełnie Co to jest myślał Albo pies z pragnienia dostał pomieszania zmysłów albo poczuł wodę Ale nie!.. Gdyby woda była blisko byłby poleciał pić i miałby mokrą paszczę Jeśli jest daleko nie byłby jej zwietrzył.. woda nie ma zapachu.. Do antylopy by mnie nie ciągnął bo nie chciał jeść wieczorem Do drapieżników także nie.. Więc co? I nagle serce poczęło mu bić w piersiach jeszcze mocniej Więc może wiatr przyniósł mu zapach ludzi.. może.. w dali jest jakaś wieś murzyńska?.. może który z latawców doleciał aż do.. O Chryste miłosierny o Chryste!.. I pod wpływem błysku nadziei odzyskał siły i począł biec do obozu mimo oporu psa który ustawicznie zabiegał mu drogę W obozie zabieliła mu się postać Nel i doszedł go jej słaby głos po chwili potknął się o leżącego na ziemi Kalego ale nie zważał na nic Dobiegłszy do pakunku w którym były race rozerwał go wydobył jedną z nich drżącymi rękami przywiązał ją do bambusu który wbił w rozpadlinę ziemi skrzesał ognia i zapalił zwieszający się u spodu rurki sznurek Po chwili czerwony wąż wyleciał z sykiem i zgrzytem w górę Staś chwycił obu rękoma za bambus by nie upaść i wbił oczy w dal Tętna w rękach i skroniach waliły mu młotem usta poruszmy się żarliwą modlitwą Ostatnie tchnienie a w nim duszę całą wysłał ku Bogu Upłynęła jedna minuta druga trzecia czwarta Nic i nic Ręce chłopca opadły głowa pochyliła się ku ziemi i niezmierny żal zalał mu umęczone piersi Na próżno na próżno szepnął Pójdę siądę przy Nel i umrzemy razem ....................................................................................................................... A wtem daleko daleko na srebrnym tle księżycowej nocy ognista wstęga wzbiła się nagle ku górze i rozsypała się w złote gwiazdy które spadały z wolna jak wielkie łzy na ziemię Ratunek!! krzyknął Staś I stało się że ci półmartwi przed chwilą ludzie biegli teraz na wyścigi przeskakując kępy wrzosów i traw Po pierwszej racy ukazała się druga i trzecia Potem powiew przyniósł odgłos jakby stukania w którym łatwo było odgadnąć dalekie strzały Staś kazał dawać ognia ze wszystkich remingtonów i odtąd rozmowa karabinów nie przerywała się wcale i stawała się coraz wyraźniejsza Chłopiec siedząc na koniu który odzyskał także jakby cudem siły i trzymając przed sobą Nel pędził przez równinę ku zbawczym odgłosom Obok biegł Saba a za nimi dudnił olbrzymi King Dwa obozy dzieliła przestrzeń kilku kilometrów ale ponieważ z obu stron podążano ku sobie jednocześnie więc cała droga nie trwała długo Wkrótce strzały karabinowe było już nie tylko słychać lecz i widać Jeszcze jedna raca wyleciała w powietrze nie dalej jak o kilkaset kroków Potem rozbłysły liczne światła Lekka wyniosłość gruntu zakryła je na chwilę lecz gdy Staś ją minął znalazł się prawie tuż przed szeregiem Murzynów trzymających w ręku pozapalane pochodnie Na czele szeregu szli dwaj Europejczycy w angielskich hełmach i z karabinami w ręku Staś od jednego rzutu oka rozpoznał w nich kapitana Glena i doktora Clarego Rozdział 46 Wyprawa kapitana Glena i doktora Clarego nie miała bynajmniej na celu odszukania Stasia i Nel Była to liczna i sowicie zaopatrzona ekspedycja rządowa wysłana dla zbadania wschodnio północnych stoków olbrzymiej góry Kilima Ndżaro oraz mało jeszcze znanych obszernych krain położonych na północ od tej góry Zarówno kapitan jak i doktor wiedzieli wprawdzie o porwaniu dzieci z Medinet el Fajum gdyż wiadomość o tym podały dzienniki angielskie i arabskie ale myśleli że albo oboje pomarli albo jęczą w niewoli u Mahdiego z której nie wydostał się dotychczas żaden Europejczyk Clary którego siostra była za Rawlisonem w Bombaju i który zachwycił się bardzo małą Nel w czasie podróży do Kairu odczuł nadzwyczaj boleśnie jej stratę Ale i dzielnego chłopaka żałowali obaj z Glenem szczerze Kilkakrotnie też wysyłali depesze z Mombassa do pana Rawlisona zapytując czy dzieci nie zostały odnalezione i dopiero po ostatniej niepomyślnej odpowiedzi która nadeszła znacznie przed wyruszeniem karawany stracili ostatecznie wszelką nadzieję I nie przyszło im nawet do głowy by dzieci uwięzione w odległym Chartumie mogły pojawić się w tych stronach Często jednak rozmawiali o nich wieczorami po ukończonych pracach dziennych albowiem doktor nie mógł żadną miarą zapomnieć małej ślicznej dziewczynki Tymczasem wyprawa posuwała się coraz dalej Po dłuższym pobycie na wschodnich stokach Kilima Ndżaro po zbadaniu górnego biegu rzeki Sobbatu i Tany oraz gór Kenia kapitan i doktor wykręcili w kierunku północnym i po przebyciu bagnistej Guasso Nyjro weszli na obszerną równinę bezludną a zamieszkałą tylko przez niezliczone stada antylop Po trzech przeszło miesiącach podróży ludziom należał się dłuższy wypoczynek więc kapitan Glen odkrywszy niewielkie jeziorko obfitujące w zdrową brunatną wodę kazał rozbić nad nim namioty i zapowiedział dziesięciodniowy postój W czasie postoju biali zajmowali się polowaniem i porządkowaniem notat geograficznych i przyrodniczych a Murzyni oddawali się słodkiemu zawsze dla nich próżnowaniu Owóż zdarzyło się pewnego dnia że doktor Clary wstawszy rano i zbliżywszy się do brzegu ujrzał kilkunastu Zanzibarczyków z karawany spoglądających z zadartymi głowami na wierzchołek wysokiego drzewa i powtarzających w kółko Ndege akuna ndege Ndege (Ptak nie ptak ptak?) Doktor miał krótki wzrok więc posłał do namiotu po szkła polowe następnie spojrzał przez nie na ukazywany przez Murzynów przedmiot i wielkie zdziwienie odbiło się na jego twarzy Poproście tu kapitana rzekł Lecz zanim Murzyni dobiegli kapitan ukazał się przed namiotem wybierał się bowiem na antylopy Patrz Glen rzekł doktor wskazując ręką w górę Kapitan zadarł z kolei głowę przysłonił oczy ręką i zdziwił się nie mniej od doktora Latawiec zawołał Tak ale Murzyni nie puszczają latawców więc skąd się tu wziął Chyba jakaś osada białych znajduje się w pobliżu lub jakaś misja?.. Trzeci dzień wiatr wieje z zachodu czyli od stron nieznanych i prawdopodobnie tak samo nie zaludnionych jak ta dżungla Wiesz zresztą że tu nie ma żadnych osad ani misyj To rzeczywiście ciekawe.. Trzeba koniecznie zdjąć tego latawca.. Trzeba Może się dowiemy skąd pochodzi Kapitan dał rozkaz Drzewo miało kilkadziesiąt metrów wysokości ale Murzyni wdrapali się natychmiast na szczyt zdjęli ostrożnie uwięzionego latawca i oddali go w ręce doktora który spojrzawszy nań rzekł Są jakieś napisy.. Zobaczymy.. I przymrużywszy oczy jął czytać Nagle twarz mu się zmieniła ręce zadrżały Glen rzekł weź to przeczytaj i upewnij mnie żem nie dostał udaru słonecznego i że jestem przy zdrowych zmysłach Kapitan wziął bambusową ramkę do której arkusz był przytwierdzony i czytał co następuje Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski odesłani z Chartumu do Faszody a z Faszody prowadzeni na wschód od Nilu wyrwali się z rąk derwiszów Po długich miesiącach podróży przybyli do jeziora leżącego na południe od Abisynii Idą do oceanu Proszą o śpieszną pomoc Na boku zaś arkusza znajdował się jeszcze następujący dodatek wypisany drobniejszymi literami Latawiec ten z rzędu pięćdziesiąty czwarty puszczony jest z gór otaczających nieznane w geografii jezioro Kto go znajdzie niech da znać do Zarządu Kanału w Port Saidzie albo do kapitana Glena w Mombassa Stanisław Tarkowski Gdy głos kapitana przebrzmiał dwaj przyjaciele poczęli spoglądać na siebie w milczeniu Co to jest zapytał wreszcie doktor Clary Oczom nie wierzę odpowiedział kapitan To przecież nie złudzenie Nie Wyraźnie napisano Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski Jak najwyraźniej.. I oni mogą być gdzieś w tych stronach Bóg ich uratował a więc prawdopodobnie Dzięki Mu za to zawołał z zapałem doktor Ale gdzie ich szukać Czy nie ma nic więcej na latawcu Jest jeszcze kilka słów ale w miejscu rozdartym przez gałęzie Trudno odczytać Obaj pochylili głowy nad arkuszem i po dłuższym dopiero badaniu zdołali przesylabizować Pora dżdżysta dawno minęła Co to ma znaczyć zapytał doktor To że chłopiec stracił rachubę czasu I w ten sposób chciał mniej więcej oznaczyć datę Masz słuszność A zatem ten latawiec mógł być puszczony niezbyt dawno Jeśli tak jest to i oni mogą być niezbyt daleko Gorączkowa urywana rozmowa trwała jeszcze przez chwilę po czym obaj zaczęli znów badać dokument i rozprawiać osobno nad każdym wypisanym na nim słowem Rzecz wydawała się jednak tak nieprawdopodobna że gdyby to nie działo się w stronach w których nie było wcale Europejczyków o sześćset przeszło kilometrów od najbliższego pobrzeża doktor i kapitan przypuszczaliby że to chyba niewczesny żart którego dopuściły się jakieś dzieci europejskie po przeczytaniu dzienników opisujących porwanie albo wychowańcy jakiejś misji Trudno jednak było oczom nie wierzyć mieli przecie latawca w ręku i mało zatarte napisy czerniały przed nimi wyraźnie Ale i tak wiele rzeczy nie mieściło im się w głowie Skąd dzieci wzięły papieru na latawce Gdyby dostarczyła im go jaka karawana w takim razie przyłączyłyby się do niej i nie wzywałyby pomocy Z jakich powodów chłopiec nie starał się uciec wraz z małą towarzyszką do Abisynii Dlaczego derwisze wysłali ich na wschód od Nilu w strony nieznane Jakim sposobem zdołały się wyrwać z rąk straży Gdzie się ukryły Jakim cudem przez długie miesiące podróży nie pomarły z głodu nie stały się łupem dzikich zwierząt dlaczego nie pomordowali ich dzicy Na te wszystkie pytania nie było odpowiedzi Nic nie rozumiem nic nie rozumiem powtarzał doktor Clary to chyba cud boski Niezawodnie odpowiedział kapitan Po czym dodał Ależ i ten chłopak Bo to przecie jego dzieło I nie opuścił małej Niech Bóg błogosławi jego głowę i oczy Stanley nawet Stanley nie wyżyłby w tych warunkach przez trzy dni A jednak oni żyją Ale proszą o pomoc Postój skończony Ruszamy natychmiast I tak się stało Po drodze obaj przyjaciele badali jeszcze dokument w przekonaniu że może odnajdą w nim wskazówki co do kierunku w jakim należało zdążać z pomocą Ale wskazówek brakło Kapitan prowadził karawanę zygzakiem mając nadzieję że może trafi na jaki ślad na jakie wygasłe ognisko lub na drzewo z wyciętymi na korze znakami W ten sposób posuwali się przez kilka dni Na nieszczęście weszli następnie na równinę zupełnie bezdrzewną pokrytą wysokim wrzosowiskiem i kępami wyschłej trawy Niepokój począł ogarniać obu przyjaciół Jakże łatwo było rozminąć się na tych niezmiernych przestrzeniach nawet z całą karawaną a cóż dopiero z dwojgiem dzieci które jak sobie wyobrażali pełzły gdzieś tam jak dwa małe robaczki wśród wyższych od nich wrzosów Upłynął znowu dzień Nie pomagały ni blaszane puszki z kartkami w środku zostawiane na kępach ni ognie w nocy Kapitan i doktor poczynali chwilami tracić nadzieję czy im się uda odszukać dzieci a zwłaszcza czy je odnajdą żywe Szukali jednak gorliwie i przez następne dni Patrole które Glen wysyłał w prawo i w lewo dały wreszcie znać że dalej zaczyna się pustynia zupełnie bezwodna więc gdy wypadkiem odkryto jeszcze raz w rozpadlinie ziemnej wodę trzeba się było przy niej zatrzymać dla zrobienia zapasów na dalszą drogę Rozpadlina była raczej szparą głęboką na kilkanaście metrów i stosunkowo bardzo wąską Na dnie jej biło ciepłe źródło kipiące jak ukrop albowiem przesycone kwasem węglowym Jednakże woda po wystudzeniu okazała się dobra i zdrowa Źródło było tak obfite że trzystu ludzi z karawany nie mogło jej wyczerpać Owszem im więcej czerpano tym mocniej biło i wypełniało szparę wyżej Może z czasem mówił doktor Clary będzie tu jaka miejscowość lecznicza ale obecnie ta woda jest dla zwierząt niedostępna z powodu zbyt stromych ścian rozpadliny Czy dzieci mogą trafić na podobne źródła zapytał kapitan Nie wiem Być może że znajduje się ich w okolicy więcej Ale jeśli nie to bez wody muszą zginąć Nadeszła noc Rozpalono nędzne ognie wszelako nie budowano bomy bo nie było z czego Po wieczornym posiłku doktor i kapitan zasiedli na składanych krzesłach i zapaliwszy fajki poczęli rozmawiać o tym co im najbardziej leżało na sercu Żadnego śladu ozwał się Clary Przychodziło mi do głowy odpowiedział Glen by wysłać dziesięciu naszych ludzi na brzeg oceanu z depeszą że jest wiadomość o dzieciach Ale rad jestem żem tego nie uczynił gdyż ludzie prawdopodobnie zginęliby w drodze a gdyby nawet doszli to po co budzić na próżno nadzieję.. I odnawiać ból.. Doktor zdjął z głowy biały hełm i obtarł spocone czoło Słuchaj rzekł A gdybyśmy wrócili nad tamto jezioro kazali naścinać drzew i palili nocami olbrzymi ogień Może by dzieci dostrzegły.. Gdyby były blisko to znaleźlibyśmy je i tak a jeśli są daleko to wypukłości gruntu ogień zasłonią Ta płaszczyzna pozornie jest równa a w rzeczywistości cała w garbach pofalowana jak ocean Przy tym cofając się tracilibyśmy ostatecznie możliwość znalezienia nawet ich śladów Mów otwarcie nie masz żadnej nadziei Mój drogi my jesteśmy dorośli silni i zaradni mężczyźni a pomyśl co by się z nami stało gdybyśmy się znaleźli tu tylko we dwóch nawet z bronią ale bez zapasów i bez ludzi.. Tak niestety tak.. Wyobrażam sobie dwoje dzieci idących w taką noc przez pustynię Głód pragnienie dzikie zwierzęta.. A jednak chłopiec pisze że szli tak długie miesiące Toteż jest w tym coś co przechodzi moją wyobraźnię Przez dłuższy czas słychać było wśród ciszy tylko skwierczenie tytuniu w fajkach Doktor zapatrzył się w blade głębie nocy po czym ozwał się przyciszonym głosem Późno już ale sen mnie odbiega.. I pomyśleć że oni jeśli żyją to błądzą tam gdzieś przy księżycu wśród tych suchych wrzosów.. sami.. takie dzieci Pamiętasz Glen anielską twarz tej małej Pamiętam i nie mogę zapomnieć Ach dałbym sobie rękę uciąć gdyby.. I nie dokończył albowiem kapitan Glen zerwał się jak oparzony Raca w oddali krzyknął raca Raca powtórzył doktor Jakaś karawana jest przed nami Która może znalazła dzieci Może Śpieszmy ku niej Naprzód Rozkazy kapitana rozległy się w jednej chwili w całym obozie Zanzibarczycy zerwali się na nogi Niebawem pozapalano pochodnie Glen w odpowiedzi na daleki sygnał polecił wypuścić kilka rac jedną po drugiej a następnie dawać raz po raz karabinowe salwy Zanim upłynął kwadrans cały obóz był już w drodze Z dala odpowiedziały strzały Nie było już żadnej wątpliwości że to jakaś europejska karawana wzywa z niewiadomych przyczyn pomocy Kapitan i doktor biegli na wyścigi miotani na przemian obawą i nadzieją Znajdą dzieci czy ich nie znajdą Doktor mówił sobie w duszy że jeśli nie to w dalszej drodze będą mogli chyba szukać tylko ich zwłok wśród tych okropnych wrzosowisk Po upływie pół godziny jedna z takich wypukłości gruntu o jakich mówili poprzednio zasłoniła obu przyjaciołom dalszy widok Ale byli już tak blisko że słyszeli wyraźnie tętent koni Jeszcze kilka minut i na grzbiecie wzniesienia pojawił się jeździec trzymający przed sobą duży białawy przedmiot W górę pochodnie skomenderował Glen W tej samej chwili jeździec osadził konia w kręgu światła Wody wody Dzieci zakrzyknął doktor Clary Wody powtórzył Staś I prawie rzucił Nel w ręce kapitana a sam zeskoczył z siodła Lecz natychmiast zachwiał się i padł jak martwy na ziemię Zakończenie Radość w obozie kapitana Glena i doktora Clarego nie miała granic ale ciekawość obu Anglików wystawiona była na ciężką próbę Jeśli bowiem poprzednio nie chciało im się w głowie pomieścić by dzieci mogły same przebyć olbrzymie puszcze i pustynie dzielące te strony od Nilu i Faszody to obecnie nie rozumieli już całkiem jakim sposobem ten mały Polak jak nazywali Stasia nie tylko tego dokonał ale zjawił się przed nimi jako wódz całej karawany zbrojnej w broń europejską ze słoniem dźwigającym palankin z końmi namiotami i ze znacznymi zapasami żywności Kapitan rozkładał na ten widok ręce i mówił co chwila Clary dużo widziałem ale takiego chłopca nie widziałem! A poczciwy doktor powtarzał z nie mniejszym zdumieniem I małą wyrwał z niewoli i ją ocalił! po czym leciał do namiotów zobaczyć jak się dzieci mają i czy śpią dobrze A dzieci napojone nakarmione przebrane i ułożone do snu spały jak zabite przez cały następny dzień ludzie z ich karawany tak samo Kapitan Glen próbował wypytywać o przygody podróży i o Stasiowe czyny Kalego ale młody Murzyn otworzywszy jedno oko odpowiedział tylko Pan wielki wszystko może i zasnął znowu Ostatecznie trzeba było odłożyć pytania i wyjaśnienia do dni następnych Tymczasem dwaj przyjaciele naradzali się nad odwrotną drogą do Mombassa Dotarli i tak dalej i zbadali więcej okolic niż im polecono postanowili więc wracać niezwłocznie Kapitana nęciło wprawdzie bardzo owo nieznane w geografii jezioro ale wzgląd na zdrowie dzieci i chęć oddania ich jak najprędzej stroskanym ojcom przemogły Doktor jednakże zastrzegł że trzeba będzie wypocząć na chłodnych wyżynach gór Kenia albo Kilima Ndżaro Stamtąd też dopiero uradzili wysiać wiadomość do ojców i wezwać ich by przybyli do Mombassa Odwrotna podróż rozpoczęła się po należytym wypoczynku i kąpielach w ciepłych źródłach na trzeci dzień Był to zarazem dzień rozstania się z Kalim Staś przekonał małą że ciągnąć go z sobą dłużej do oceanu albo też do Egiptu byłoby z ich strony samolubstwem Mówił jej że w Egipcie a nawet i w Anglii Kali nie będzie niczym więcej tylko sługą podczas gdy objąwszy panowanie nad swym narodem rozszerzy i utwierdzi jako król chrześcijaństwo złagodzi dzikie obyczaje Wa himów i uczyni z nich nie tylko ucywilizowanych ale i dobrych ludzi To samo mniej więcej powtórzył i Kalemu Wylało się jednak przy pożegnaniu mnóstwo łez których nie wstydził się i Staś albowiem i on i Nel przeżyli przecież z Kalim tyle złych i dobrych chwil i nie tylko nauczyli się oboje cenić jego poczciwe serce ale pokochali go szczerze Młody Murzyn długo leżał u nóg swego bwana kubwa i dobrego Mzimu Dwukrotnie powracał by jeszcze popatrzyć na nich ale wreszcie chwila rozłączenia nadeszła i dwie karawany ruszyły w dwie przeciwne strony W czasie drogi dopiero rozpoczęły się opowiadania o przygodach dwojga małych podróżników Staś trochę niegdyś skłonny do chełpliwości teraz nie chełpił się wcale Po prostu zbyt wielu rzeczy dokonał zbyt dużo przeszedł zbyt się rozwinął by nie miał rozumieć że słowa nie powinny być większe od czynów Było zresztą dość samych czynów choćby opowiadanych jak najskromniej Co dzień w czasie upalnych białych godzin i wieczorami na postojach przed oczyma kapitana Glena i doktora Clarego przesuwały się jakby obrazy tych zdarzeń i wypadków przez które przeszły dzieci Widzieli więc porwanie z Medinet el Fajumu i straszną drogę na wielbłądach przez pustynię i Chartum i Omdurman podobne do piekła na ziemi i złowrogiego Mahdiego Gdy Staś opowiadał co odrzekł Mahdiemu gdy ów namawiał go do zmiany wiary obaj przyjaciele powstali i każdy z nich uścisnął silnie prawicę Stasia po czym kapitan rzekł Mahdi już nie żyje Mahdi nie żyje powtórzył ze zdumieniem Staś Tak ozwał się doktor Zatchnął się własnym tłuszczem czyli inaczej mówiąc umarł na serce a panowanie po nim objął Abdullahi Nastało długie milczenie Ha rzeki Staś nie spodziewał się gdy nas wyprawiał na zgubę do Faszody że śmierć pierwej jego dosięgnie.. Po chwili zaś dodał Ale Abdullahi jeszcze od Mahdiego okrutniejszy Toteż zaczęły się już bunty i rzezie odpowiedział kapitan i cała ta budowa którą wzniósł Mahdi musi prędzej lub później runąć A co potem nastąpi Anglia rzekł kapitan.57 ....................................................................................................................... W dalszym ciągu drogi Staś opowiadał o podróży do Faszody o śmierci starej Dinah o wyruszeniu z Faszody do bezludnych okolic i o poszukiwaniu w nich Smaina Gdy doszedł do tego jak zabił lwa a następnie Gebhra Chamisa i dwóch Beduinów kapitan przerwał mu tylko dwoma słowami All right! po czym znów uścisnął jego prawicę i obaj z Clarym słuchali ze wzrastającym zajęciem dalej o oswojeniu Kinga o osiedleniu się w Krakowie o febrze Nel o znalezieniu Lindego i o latawcach które dzieci puszczały z gór Karamojo Doktor który z każdym dniem przywiązywał się coraz mocniej do małej Nel przejmował się tak dalece wszystkim co jej najbardziej groziło że co pewien czas musiał pokrzepić się kilku łykami brandy a gdy Staś jął opowiadać jak o mało Nel nie stała się łupem straszliwego wobo czyli abassanto porwał dziewczynkę na ręce i długo nie chciał jej puścić jakby w obawie by jakiś nowy drapieżnik nie zagroził jej życiu Co zaś i on i kapitan myśleli o Stasiu dowodem tego były dwie depesze które w dwa tygodnie po przybyciu do podnóża Kilima Ndźaro wysłali przez umyślnych na ręce zastępcy kapitana w Mombassa wraz z poleceniem by ów przesiał je dalej do ojców Pierwsza z nich zredagowana ostrożnie w obawie by nie uczyniła zbyt piorunującego wrażenia i wysłana do Port Saidu zawierała słowa następujące Dzięki chłopcu wiadomość pomyslna o dzieciach Przyjeżdżajcie do Mombassa Druga zupełnie już wyraźna z adresem Aden brzmiała Dzieci są z nami zdrowe chłopiec bohater ................................................................................................................... Na chłodnych wyżynach u stóp Kilima Ndżaro zatrzymali się przez dni piętnaście gdyż doktor Clary koniecznie wymagał tego dla zdrowia Nel a nawet i dla zdrowia Stasia Dzieci podziwiały z całej duszy tę niebotyczną górę która posiada wszystkie klimaty świata Dwa jej szczyty Kibo i Kima Wenze były w dzień najczęściej ukryte w gęstych mgłach Lecz gdy w pogodne wieczory mgły rozpraszały się nagle i gdy od zórz wieczornych odwieczne śniegi na Kima Wenze płonęły różowym blaskiem podczas gdy świat cały pogrążon był już w mroku góra wydawała się jakby świetlistym ołtarzem bożym i ręce obojga dzieci mimo woli składały się na ten widok do modlitwy ....................................................................................................................... Dla Stasia minęły dni trosk niepokojów i wysiłków Mieli przed sobą jeszcze miesiąc podróży do Mombassa i droga wiodła przez cudny ale niezdrowy las Taweta lecz o ileż łatwiej było podróżować teraz liczną suto zaopatrzoną we wszystko karawaną i znanymi już szlakami niż dawniej błądzić w nieznanych puszczach tylko z Kalim i z Meą Zresztą odpowiadał teraz za podróż kapitan Glen Staś wypoczywał i polował Znalazłszy wśród narzędzi karawany dłuta i młotki zajmował się prócz tego w chłodniejszych godzinach wykuwaniem na wielkiej gnejsowej skale napisu Jeszcze Polska... albowiem chciał żeby pozostał jakiś ślad pobytu ich w tych stronach Anglicy którym przetłumaczył napis dziwili się że chłopcu nie przyszło na myśl uwiecznić na tej afrykańskiej skale swego nazwiska Ale on wolał wyryć to co wyrył Nie przestał jednak opiekować się Nel i budził w niej tak nieograniczone zaufanie że gdy raz doktor Clary zapytał jej czy nie będzie się bała burz na Morzu Czerwonym dziewczynka podniosła na niego swe śliczne spokojne oczy i odrzekła Staś poradzi Kapitan Glen twierdził że prawdziwego świadectwa czym Staś był dla małej i większej dla niego pochwały nikt nie zdołałby wypowiedzieć Jakkolwiek pierwsza depesza przesłana do pana Tarkowskiego do Port Saidu zredagowana była bardzo ostrożnie uczyniła jednak tak wstrząsające wrażenie że radość omal nie zabiła ojca Nel Ale i pan Tarkowski jakkolwiek był człowiekiem wyjątkowo hartownym w pierwszej chwili po otrzymaniu depeszy ukląkł do modlitwy i począł prosić Boga by ta wiadomość nie była tylko złudą chorobliwym przywidzeniem zrodzonym z żalu i tęsknoty i boleści Przecie tyle napracowali się obaj by choć dowiedzieć się czy dzieci żyją Pan Rawlison wyprawiał do Sudanu całe karawany pan Tarkowski przebrany za Araba dotarł z największym niebezpieczeństwem życia aż do Chartumu i wszystko nie zdało się na nic Ludzie którzy mogli dać jakąś wiadomość pomarli na ospę z głodu lub zginęli podczas ciągłych rzezi i dzieci jak w wodę wpadły W końcu obaj ojcowie stracili wszelką nadzieję i żyli tylko wspomnieniami głęboko przekonani że nic już ich w życiu nie czeka i że dopiero śmierć połączy ich z tymi najdroższymi istotami które były dla nich wszystkim na ziemi Tymczasem spadła na nich niespodziewanie radość prawie nad siły Ale łączyły się z nią niepewność i zdumienie Obaj nie mogli żadną miarą pojąć jakim sposobem wiadomość o dzieciach przyszła z tej strony Afryki to jest z Mombassa Pan Tarkowski przypuszczał że może wykupiła je lub wykradła jaka karawana arabska która ze wschodniego brzegu zapuściła się po kość słoniową w głąb kraju i dotarła aż do Nilu Słowa depeszy Dzięki chłopcu tłumaczyli sobie tak że Staś zawiadomił kapitana i doktora listownie gdzie się oboje z Nel znajdują Wszelako wielu rzeczy niepodobna było odgadnąć Natomiast pan Tarkowski rozumiał zupełnie jasno że wiadomość nie tylko jest pomyślna ale i bardzo pomyślna gdyż inaczej kapitan i doktor nie odważyliby się budzić w nich nadziei i przede wszystkim nie wzywaliby ich do Mombassa Przygotowania do drogi trwały krótko i na drugi dzień po otrzymaniu depeszy obaj inżynierowie wraz z nauczycielką Nel znaleźli się na pokładzie wielkiego parowca Peninsular and Orient Company który szedł do Indii a po drodze wstępował do Adenu Mombassa i Zanzibaru W Adenie czekała ich druga depesza brzmiąca Dzieci są z nami zdrowe chłopiec bohater Po przeczytaniu jej pan Rawlison odchodził prawie od zmysłów z radości i ściskając dłonie pana Tarkowskiego powtarzał Widzisz to on ją ocalił jemu zawdzięczam jej życie! a pan Tarkowski nie chcąc okazać zbytniej słabości odpowiedział tylko zaciskając zęby Tak dzielnie mi się chłopak spisał ale zostawszy sam w kabinie płakał ze szczęścia Nadeszła nareszcie chwila w której dzieci wpadły w objęcia ojców Pan Rawlison chwycił na ręce swój odzyskany mały skarb a pan Tarkowski długo trzymał swego bohaterskiego chłopca przy piersiach Niedola ich minęła jak mijają wichry i burze w pustyni Życie wypełniło się na nowo pogodą i szczęściem a tęsknota i poprzednia rozłąka powiększyła jeszcze radość Dzieci dziwiły się tylko że głowy tatusiów pobielały podczas rozłąki zupełnie Wracali do Suezu wybornym statkiem francuskim należącym do kompanii Messageries Maritimes pełnym podróżnych z wysp Reunion Mauritius z Madagaskaru i Zanzibaru Gdy rozeszła się wieść że na pokładzie znajdują się dzieci które uciekły z niewoli od derwiszów Staś stał się przedmiotem powszechnej ciekawości i powszechnego uwielbienia Ale szczęśliwa rodzina wolała zamykać się w wielkiej kabinie którą im odstąpił kapitan i spędzać tam chłodniejsze godziny na opowiadaniach Brała w nich udział i Nel szczebiocząc jak ptaszek a zarazem ku wielkiej wszystkich uciesze poczynając każde zdanie od i Zasiadłszy więc na kolanach ojca i podnosząc ku niemu swe śliczne oczki mówiła w ten sposób I tatusiu I nas porwali i wieźli na wielbłądach i Gebhr mnie uderzył i Staś mnie bronił i przyjechaliśmy do Chartumu i tam ludzie marli z głodu i Staś pracował żeby dostać dla mnie daktyli i byliśmy u Mahdiego i Staś nie chciał zmienić religii i Mahdi wysłał nas do Faszody i potem Staś zabił lwa i wszystkich i mieszkaliśmy w wielkim drzewie które się nazywa Kraków i King był z nami i miałam febrę i Staś mnie wyleczył i zabił wobo i zwyciężył Samburów i był zawsze dla mnie dobry tatusiu!... Tak samo opowiadała o Kalim o Mei o Kingu o Sabie o Górze Lindego o latawcach i o ostatniej podróży aż do spotkania karawany kapitana i doktora Pan Rawlison słuchając tego szczebiotania z trudnością hamował łzy i tylko co chwila tulił do serca swą dziewczynkę a pan Tarkowski nie posiadał się z dumy i szczęścia albowiem nawet z tych dziecinnych opowiadań pokazywało się że gdyby nie dzielność i energia chłopca to mała byłaby zginęła nie raz ale tysiąc razy bez ratunku Staś zdawał ze wszystkiego sprawę szczegółowiej i dokładniej Stało się przy tym że przy opowiadaniu o podróży z Faszody do wodospadu spadł mu z serca wielki ciężar albowiem gdy mówiąc o tym jak zastrzelił Gebhra i jego towarzyszów zaciął się i jął niespokojnie spoglądać na ojca pan Tarkowski zmarszczył brwi pomyślał chwilę a potem rzekł poważnie Słuchaj Stasiu Śmiercią nie wolno nikomu szafować ale jeśli ktoś zagrozi twej ojczyźnie życiu twej matki siostry lub życiu kobiety którą ci oddano w opiekę to pal mu w łeb ani pytaj i nie czyń sobie z tego żadnych wyrzutów Pan Rawlison zaraz po powrocie do Port Saidu zabrał Nel do Anglii gdzie osiadł na stałe Stasia oddał ojciec do szkoły w Aleksandrii gdyż tam mniej wiedziano o jego czynach i przygodach Dzieci pisywały do siebie prawie codziennie ale złożyło się tak że nie widziały się lat dziesięć Chłopiec po ukończeniu szkół w Egipcie wstąpił na politechnikę w Zurychu po czym uzyskawszy dyplom pracował przy robotach tunelowych w Szwajcarii I dopiero po latach dziesięciu gdy pan Tarkowski podał się do dymisji odwiedzili obaj przyjaciół w Anglii Pan Rawlison zaprosił ich do swego domu położonego w pobliżu Hampton Court na całe lato Nel skończyła lat osiemnaście i wyrosła na cudną jak kwiat dziewczynę a Staś przekonał się kosztem własnego spokoju że mężczyzna który skończył lat dwadzieścia cztery może jednak myśleć jeszcze o damach Myślał nawet o ślicznej Nelly tak nieustannie że w końcu postanowił uciekać gdzie go oczy poniosą Ale wówczas pan Rawlison położył mu pewnego dnia obie dłonie na ramionach i patrząc mu wprost w oczy rzeki z anielską dobrocią Stasiu powiedz sam czy jest na świecie człowiek któremu mógłbym oddać ten mój skarb i to moje kochanie z większą ufnością Młodzi państwo Tarkowscy pozostali aż do śmierci pana Rawlisona w Anglii a w rok później wyruszyli w długą podróż Ponieważ przyrzekli sobie odwiedzić te miejsca w których spędzili najmłodsze lata a potem błąkali się niegdyś jako dzieci podążyli więc przede wszystkim do Egiptu Państwo Mahdiego i Abdullahiego dawno już runęło a po jego upadku nastąpiła jak mówił kapitan Glen Anglia Z Kairu zbudowano do Chartumu kolej Oczyszczono Budy czyli rozlewiska nilowe tak że młoda para mogła dotrzeć wygodnym parowcem nie tylko do Faszody ale aż do wielkiego jeziora Wiktoria Nianza Z miasta Florence leżącego nad brzegiem tegoż jeziora udali się koleją do Mombassa Kapitan Glen i doktor Clary przenieśli się już byli do Natalu ale żył w Mombassa pod troskliwą opieką miejscowych władz angielskich King Olbrzym poznał natychmiast dawnych swych państwa i szczególniej Nel witał tak radosnym trąbieniem że aż pobliskie drzewa mangrowiowe trzęsły się jak od wiatru Poznał również starego Sabę który przeżył niemal dwukrotnie zwykłe psie lata i choć trochę już niewidomy towarzyszył Stasiowi i Nel wszędzie Staś dowiedział się na miejscu że Kali cieszy się dobrym zdrowiem że włada pod protektoratem angielskim całą krainą na południe od Jeziora Rudolfa i że sprowadził misjonarzy którzy szerzą wśród dzikich miejscowych szczepów chrześcijaństwo Po tej ostatniej podróży młodzi państwo Tarkowscy powrócili do Europy i osiedli wraz z sędziwym ojcem Stasia na stałe w Polsce KONIEC Przypisy 1 Te pułki kawalerii angielskiej które za czasów Napoleona potykały się z jazdą polską chlubią się tym istotnie do dziś dnia i każdy oficer mówiąc o swym pułku nie omieszka nigdy powiedzieć My biliśmy się z Polakami Patrz Chevrillon Aux Indes [Wszystkie przypisy autora.] 2 Wszyscy krewni Mahdiego nosili tytuł szlachetnych 3 Okrzyk ten znaczy tylko Bóg jest wielki ale Arabowie wyda ją go w chwilach trwogi wzywając ratunku 4 Wiatr również południowo zachodni wiejący tylko na wiosnę 5 Zwierzątko mniejsze od naszego lisa zwane fennek 6 Autor słyszał w pobliżu Adenu grzmot trwający bez przerwy przeszło pół godziny Obacz Listy z Afryki 7 Sisyphus Spina Christi 8 Bracia i krewni Mahdiego 9 Wyraz pieszczotliwy jagniątko duszka 10 Umbaja wielka trąba z kła słoniowego 11 Drzewo sandałowe z którego na Wschodzie wyrabiają wonny olejek 12 Ospę 13 Po upadku państwa derwiszów komunikacja znów została otwarta 14 Emin pasza z pochodzenia Żyd niemiecki był po zajęciu przez Egipt kraju leżącego koło Albert Nianza gubernatorem Ekwatorii przebywał najczęściej w Wadelai Mahdyści atakowali go kilkakrotnie Uratowany został przez Stanleya który przeprowadził go wraz z większą częścią żołnierzy do Bagamojo nad Oceanem Indyjskim 15 Ficus sycomorus 16 Antilope gnu 17 Sisyphus Spina Christi 18 Auselia africana 19 Lissohilosia 20 Jasminum trifoliatum 21 Landophia florida 22 Colobus caudatus 23 Wiosenna pora dżdżysta 24 Odenia globosa 25 Piwo wyrabiane z rośliny sorgo 26 Begonia Johnstoni 27 W ostatnich czasach przekonano się że chorobę tę szczepi ludziom przez ukąszenie ta sama mucha tse tse która zabija woły i konie Jednakże ukąszenie jej sprowadza śpiączkę tylko w pewnych okolicach Za czasów powstania Mahdiego przyczyna choroby nie była jeszcze znana 28 Miara zbliżona do polskiego łokcia 29 Bosclapha Canna 30 Dziki afrykańskie mają głowę zakończoną szeroko kły okrągłe nie trójkątne i dość długi ogon który szarżując zadzierają do góry 31 Goryle mieszkają w lasach Afryki zachodniej jednakowoż Livingstone spotykał je i we wschodniej Porywają one często dzieci Goryl we wschodniej Afryce jest mniej zaciekły od zachodniego albowiem ranny nie zabija strzelca ale poprzestaje na odgryzieniu mu palców 32 Echinops giganteus rośnie w tych okolicach i bardzo obficie w południowej Abisynii v Elisée Reclus Geogr. 33 Elisée Reclus 34 Jałowce w Abisynii i w górach Karamojo dochodzą do pięćdziesięciu metrów wysokości Elisée Reclus 35 Tak Rzymianie nazywali śpiew czy też krzyk wojenny legionów i Germanów a także i ryk słoni 36 E Reclus Lefebre Voyage en Abissynie 37 Okolice te za czasów Mahdiego nie były jeszcze znane 38 Terpsichone viridis 39 Laniarius erythrogaster 40 Merops Nubiensis Sztolcman Nad Białym Nilem 41 Quelea Aethiopica Sztolcman Nad Białym Nilem 42 Herbert Ward Chez les Cannibales de I'Afrique centrale 43 Braiera anthelmitica wspaniała roślina której ziarna są znakomitym lekarstwem na solitera Rośnie przeważnie w południowej Abisynii 44 Szare zwierzę wielkości rysia z rodzaju kotów 45 Filandria medinensis robak cienki jak nitka przeszło metr długi Ukąszenia jego sprowadzają czasem gangrenę 46 To samo co w Sudanie zeriba Wielka boma może być także rodzajem fortecy lub ufortyfikowanego obozu 47 Autentyczne 48 Piwo z prosa którym się upijają Murzyni 49 Włócznie murzyńskie 50 Chłopiec do posług i posyłek 51 Było to wielkie jezioro które w r.1888 odkrył znakomity podróżnik Teleki i nazwał Jeziorem Rudolfa 52 Afryka posiada dużo nie zbadanych tajemnic Pogłoski o słoniach wodnych obijały się od dawna o uszy podróżników ale nie chciano im wierzyć W ostatnich czasach Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu wysłało p L Petit który zobaczył słonie wodne w Kongo nad brzegiem Jeziora Leopolda Donosi o tym niemieckie pismo Kosmos nr 6 53 Phoenix Senegalensis 54 Coix Lacrima 55 Adenia globasa 56 O bezwodnych równinach w tych stronach zobacz znakomitą książkę ks Le Roy biskupa Gabonu pod tytułem Kilima Ndżaro 57 Panowanie Abdullahiego trwało jednakże jeszcze lat dziesięć Ostateczny cios derwiszom zadał lord Kitschener który w wielkiej krwawej bitwie wytępił ich niemal do szczętu a następnie kazał zrównać z ziemią grób Mahdiego