Księga pierwsza Gospodarstwo Powrót panicza Spotkanie się najpierwsze w pokoiku drugie u stołu Ważna Sędziego nauka o grzeczności Podkomorzego uwagi polityczne nad modami Początek sporu o Kusego i Sokoła Żale Wojskiego Ostatni Woźny Trybunału Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy Litwo Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie Kto cię stracił Dziś piękność twą w całej ozdobie Widzę i opisuję bo tęsknię po tobie Panno święta co Jasnej bronisz Częstochowy I w Ostrej świecisz Bramie Ty co gród zamkowy Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę Ofiarowany martwą podniosłem powiekę I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu Iść za wrócone życie podziękować Bogu Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną Do tych pagórków leśnych do tych łąk zielonych Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem Wyzłacanych pszenicą posrebrzanych żytem Gdzie bursztynowy świerzop gryka jak śnieg biała Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała A wszystko przepasane jakby wstęgą miedzą Zieloną na niej z rzadka ciche grusze siedzą Śród takich pól przed laty nad brzegiem ruczaju Na pagórku niewielkim we brzozowym gaju Stał dwór szlachecki z drzewa lecz podmurowany Świeciły się z daleka pobielane ściany Tym bielsze że odbite od ciemnej zieleni Topoli co go bronią od wiatrów jesieni Dom mieszkalny niewielki lecz zewsząd chędogi I stodołę miał wielką i przy niej trzy stogi Użątku co pod strzechą zmieścić się nie może Widać że okolica obfita we zboże I widać z liczby kopic co wzdłuż i wszerz smugów Świecą gęsto jak gwiazdy widać z liczby pługów Orzących wcześnie łany ogromne ugoru Czarnoziemne zapewne należne do dworu Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek Że w tym domu dostatek mieszka i porządek Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek Wysiadł z powozu konie porzucone same Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę We dworze pusto bo drzwi od ganku zamknięto Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać Odemknął wbiegł do domu pragnął go powitać Dawno domu nie widział bo w dalekim mieście Kończył nauki końca doczekał nareszcie Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne Ogląda czule jako swe znajome dawne Też same widzi sprzęty też same obicia Z którymi się zabawiać lubił od powicia Lecz mniej wielkie mniej piękne niż się dawniej zdały I też same portrety na ścianach wisiały Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej z oczyma Podniesionymi w niebo miecz oburącz trzyma Takim był gdy przysięgał na stopniach ołtarzów Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów Albo sam na nim padnie Dalej w polskiej szacie Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie W ręku trzymna nóż ostrzem zwrócony do łona A przed nim leży Fedon i Żywot Katona Dalej Jasiński młodzian piękny i posępny Obok Korsak towarzysz jego nieodstępny Stoją na szańcach Pragi na stosach Moskali Siekąc wrogów a Praga już się wkoło pali Nawet stary stojący zegar kurantowy W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy I z dziecinną radością pociągnął za sznurek By stary Dąbrowskiego posłyszeć mazurek Biegał po całym domu i szukał komnaty Gdzie mieszkał dzieckiem będąc przed dziesięciu laty Wchodzi cofnął się toczył zdumione źrenice Po ścianach w tej komnacie mieszkanie kobiece Któż by tu mieszkał Stary stryj nie był żonaty A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty To nie był ochmistrzyni pokój Fortepiano Na nim nuty i książki wszystko porzucano Niedbale i bezładnie nieporządek miły Niestare były rączki co je tak rzuciły Tuż i sukienka biała świeżo z kołka zdjęta Do ubrania na krzesła poręczu rozpięta A na oknach donice z pachnącymi ziołki Geranium lewkonija astry i fijołki Podróżny stanął w jednym z okien nowe dziwo W sadzie na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą Był maleńki ogródek ścieżkami porznięty Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty Drewniany drobny w cyfrę powiązany płotek Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek Grządki widać że były świeżo polewane Tuż stało wody pełne naczynie blaszane Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki Tylko co wyszła jeszcze kołyszą się drzwiczki Świeżo trącone blisko drzwi ślad widać nóżki Na piasku bez trzewika była i pończoszki Na piasku drobnym suchym białym na kształt śniegu Ślad wyraźny lecz lekki odgadniesz że w biegu Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi Od kogoś co zaledwie dotykał się ziemi Podróżny długo w oknie stał patrząc dumając Wonnymi powiewami kwiatów oddychając Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił Oczyma ciekawymi po drożynach gonił I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał Myślał o nich i czyje były odgadywał Przypadkiem oczy podniósł i tuż na parkanie Stała młoda dziewczyna Białe jej ubranie Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana Więc choć świadka nie miała założyła ręce Na piersiach przydawając zasłony sukience Włos w pukle nie rozwity lecz w węzełki małe Pokręcony schowany w drobne strączki białe Dziwnie ozdabiał głowę bo od słońca blasku Świecił się jak korona na świętych obrazku Twarzy nie było widać zwrócona na pole Szukała kogoś okiem daleko na dole Ujrzała zaśmiała się i klasnęła w dłonie Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie I wionęła ogrodem przez płotki przez kwiaty I po desce opartej o ścianę komnaty Nim spostrzegł się wleciała przez okno świecąca Nagła cicha i lekka jak światłość miesiąca Nucąc chwyciła suknie biegła do zwierciadła Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła Suknia a twarz ad strachu i dziwu pobladła Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą Jak obłok gdy z jutrzenką napotka się raną Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił Chciał coś mówić przepraszać tylko się ukłonił I cofnął dziewica krzyknęła boleśnie Niewyraźnie jak dziecko przestraszone we śnie Podróżny zląkł się spójrzał lecz już jej nie było Wyszedł zmieszany i czuł że serce mu biło Głośno i sam nie wiedział czy go miało śmieszyć To dziwaczne spotkanie czy wstydzić czy cieszyć Tymczasem na folwarku nie uszło baczności Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości Już konie w stajnię wzięto już im hojnie dano Jako w porządnym domu i obrok i siano Bo Sędzia nigdy nie chciał według nowej mody Odsyłać konie gości Żydom do gospody Słudzy nie wyszli witać ale nie myśl wcale Aby w domu Sędziego służono niedbale Słudzy czekają nim się pan Wojski ubierze Który teraz za domem urządzał wieczerzę On Pana zastępuje i on w niebytności Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości Daleki krewny pański i przyjaciel domu Widząc gościa na folwark dążył po kryjomu Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie Wdział więc jak mógł najprędzej niedzielne ubranie Nagotowane z rana bo od rana wiedział Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział Pan Wojski poznał z dala ręce rozkrzyżował I z krzykiem podróżnego ściskał i całował Zaczęła się ta prędka zmieszana rozmowa W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa Krótkie i poplątane w ciąg powieści pytań Wykrzykników i westchnień i nowych powitań Gdy się pan Wojski dosyć napytał nabadał Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał Dobrze mój Tadeuszu bo tak nazywano Młodzieńca który nosił Kościuszkowskie miano Na pamiątkę że w czasie wojny się urodził Dobrze mój Tadeuszu żeś się dziś nagodził Do domu właśnie kiedy mamy panien wiele Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele Jest z czego wybrać u nas towarzystwo liczne Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami A starzy i kobiety żniwo oglądają Pod lasem i tam pewnie na młodzież czekają Pójdziemy jeśli zechcesz i wkrótce spotkamy Stryjaszka Podkomorstwo i szanowne damy Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą I jeszcze się do woli nagadać nie mogą Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło Mniej silnie ale szerzej niż we dnie świeciło Całe zaczerwienione jak zdrowe oblicze Gospodarza gdy prace skończywszy rolnicze Na spoczynek powraca już krąg promienisty Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu Wtem zapadło do głębi jeszcze przez konary Błysnęło jako świeca przez okienic szpary I zgasło I wnet sierpy gromadnie dzwoniące We zbożach i grabliska suwane po łące Ucichły i stanęły tak pan Sędzia każe U niego ze dniem kończą prace gospodarze Pan świata wie jak długo pracować potrzeba Słońce Jego robotnik kiedy znidzie z nieba Czas i ziemianinowi ustępować z pola Tak zwykł mawiać pan Sędzia a Sędziego wola Była ekonomowi poczciwemu świętą Bo nawet wozy w które już składać zaczęto Kopę żyta niepełne jadą do stodoły Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe Wesoło lecz w porządku naprzód dzieci małe Z dozorcą potem Sędzia szedł z Podkomorzyną Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną Panny tuż za starszymi a młodzież na boku Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku Tak każe przyzwoitość nikt tam nie rozprawiał O porządku nikt mężczyzn i dam nie ustawiał A każdy mimowolnie porządku pilnował Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował I nigdy nie dozwalał by chybiano względu Dla wieku urodzenia rozumu urzędu Tym ładem mawiał domy i narody słyną Z jego upadkiem domy i narody giną Więc do porządku wykli domowi i słudzy I przyjezdny gość krewny albo człowiek cudzy Gdy Sędziego nawiedził skoro pobył mało Przejmował zwyczaj którym wszystko oddychało Krótkie były Sędziego z synowcem witania Dał mu poważnie rękę do pocałowania I w skroń ucałowawszy uprzejmie pozdrowił A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił Widać było z łez które wylotem kontusza Otarł prędko jak kochał pana Tadeusza W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru I z łąk i z pastwisk razem wracało do dworu Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczy I wznosi chmurę pyłu dalej z wolna kroczy Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki Wszystko bieży ku studni której ramię z drzewa Raz w raz skrzypi i napój w koryta rozlewa Sędzia choć utrudzony chociaż w gronie gości Nie uchybił gospodarskiej ważnej powinności Udał się sam ku studni najlepiej z wieczora Gospodarz widzi w jakim stanie jest obora Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy Bo Sędzia wie że oko pańskie konia tuczy Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni Stali i rozprawiali nieco poróżnieni Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska Którego widne były pod lasem zwaliska Po cóż te przenosiny Pan Wojski się krzywił I przepraszał Sędziego Sędzia się zadziwił Lecz stało się już późno i trudno zaradzić Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył We dworze żadna izba nie ma obszerności Dostatecznej dla tylu tak szanownych gości W zamku sień wielka jeszcze dobrze zachowana Sklepienie całe wprawdzie pękła jedna ściana Okna bez szyb lecz latem nic to nie zawadzi Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi Tak mówiąc na Sędziego mrugał widać z miny Że miał i taił inne ważniejsze przyczyny O dwa tysiące kroków zamek stał za domem Okazały budową poważny ogromem Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu Bezładnością opieki wyrokami sądu W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli A resztę rozdzielono między wierzycieli Zamku żaden wziąść nie chciał bo w szlacheckim stanie Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie Lecz Hrabia sąsiad bliski gdy wyszedł z opieki Panicz bogaty krewny Horeszków daleki Przyjechawszy z wojażu upodobał mury Tłumacząc że gotyckiej są architektury Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem Że architekt był majstrem z Wilna nie zaś Gotem Dość że Hrabia chciał zamku właśnie i Sędziemu Przyszła nagle taż chętka nie wiadomo czemu Zaczęli proces w ziemstwie potem w głównym sądzie W senacie znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych Słusznie Woźny powiadał że w zamkowej sieni Zmieści się i palestra i goście proszeni Sień wielka jak refektarz z wypukłym sklepieniem Na filarach podłoga wysłana kamieniem Ściany bez żadnych ozdób ale mur chędogi Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi Z napisami gdzie kiedy te łupy zdobyte Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte I stoi wypisany każdy po imieniu Herb Horeszków Półkozic jaśniał na sklepieniu Goście weszli w porządku i stanęli kołem Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy Idąc kłaniał się damom starcom i młodzieży Przy nim stał Kwestarz Sędzia tuż przy Bernardynie Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie Mężczyznom dano wódkę wtenczas wszyscy siedli I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli Pan Tadeusz choć młodzik ale prawem gościa Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało Puste miejsce jak gdyby na kogoś czekało Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał Dziwna rzecz miejsca wkoło są siedzeniem dziewic Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic Wszystkie zacnie zrodzone każda młoda ładna Tadeusz tam pogląda gdzie nie siedzi żadna To miejsce jest zagadką młódź lubi zagadki Roztargniony do swojej nadobnej sąsiadki Ledwie słów kilka wyrzekł do Podkomorzanki Nie zmienia jej talerzów nie nalewa szklanki I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne Z których by wychowanie poznano stołeczne To jedno puste miejsce nęci go i mami Już nie puste bo on je napełnił myślami Po tym miejscu biegało domysłów tysiące Jako po deszczu żabki po samotnej łące Śród nich jedna króluje postać jak w pogodę Lilia jezior skroń białą wznosząca nad wodę Dano trzecią potrawę Wtem pan Podkomorzy Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki Rzekł Muszę ja wam służyć moje panny córki Choć stary i niezgrabny Zatem się rzuciło Kilku młodych od stołu i pannom służyło Sędzia z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza I poprawiwszy nieco wylotów kontusza Nalał węgrzyna i rzekł Dziś nowym zwyczajem My na naukę młodzież do stolicy dajem I nie przeczym że nasi synowie i wnuki Mają od starych więcej książkowej nauki Ale co dzień postrzegam jak młódź cierpi na tem Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody Ojca Podkomorzego Mościwego Pana Mówiąc Podkomorzemu ścisnął za kolana On mnie radą do usług publicznych sposobił Z opieki nie wypuścił aż człowiekiem zrobił W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę Gdy inni więcej godni Wojewody względów Doszli potem najwyższych krajowych urzędów Przynajmniej tom skorzystał że mi w moim domu Nikt nigdy nie zarzuci bym uchybił komu W uczciwości w grzeczności a ja powiem śmiało Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą Niełatwą bo nie na tym kończy się jak nogą Zręcznie wierzgnąć z uśmiechem witać lada kogo Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka Ale nie staropolska ani też szlachecka Grzeczność wszystkim należy lecz każdemu inna Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna I wzgląd męża dla żony przy ludziach i pana Dla sług swoich a w każdej jest pewna odmiana Trzeba się długo uczyć ażeby nie zbłądzić I każdemu powinną uczciwość wyrządzić I starzy się uczyli u panów rozmowa Była to historyja żyjąca krajowa A między szlachtą dzieje domowe powiatu Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu Że wszyscy o nim wiedzą lekce go nie ważą Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą Dziś człowieka nie pytaj co zacz kto go rodzi Z kim on żył co porabiał każdy gdzie chce wchodzi Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy I nie chciał wiedzieć skąd są z jakich rąk i krajów Tak nie chcą znać człowieka rodu obyczajów Dość że ważny i że się stempel na nim widzi Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem Bo choć zawsze i płynnie mówił i z rozsądkiem Wiedział że niecierpliwa młodzież teraźniejsza Że ją nudzi rzecz długa choć najwymowniejsza Ale wszyścy słuchali w milczeniu głębokiem Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał Ale częstym skinieniem głowy potakiwał Sędzia milczał on jeszcze skinieniem przyzwalał Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał I dalej mówił Grzeczność nie jest rzeczą małą Kiedy się człowiek uczy ważyć jak przystało Drugich wiek urodzenie cnoty obyczaje Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej Grzeczność którą powinna młódź dla płci nadobnej Zwłaszcza gdy zacność domu fortuny szczodroty Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy Wspaniały domów sojusz tak myślili starzy A zatem Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy Skinął na Tadeusza rzucił wzrok surowy Znać było że przychodził już do wniosków mowy Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy I rzekł Mój Sędzio dawniej było jeszcze gorzej Teraz nie wiem czy moda i nas starych zmienia Czy młodzież lepsza ale widzę mniej zgorszenia Ach ja pamiętam czasy kiedy do Ojczyzny Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów Prześladując w Ojczyźnie Boga przodków wiarę Prawa i obyczaje nawet suknie stare Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów Gadających przez nosy a często bez nosów Opatrzonych w broszurki i w różne gazety Głoszących nowe wiary prawa toalety Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza Bo Pan Bóg kiedy karę na naród przepuszcza Odbiera naprzód rozum od obywateli I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród Krzyczano na modnisiów a brano z nich wzory Zmieniano wiarę mowę prawa i ubiory Była to maszkarada zapustna swawola Po której miał przyjść wkrótce wielki post niewola Pamiętam chociaż byłem wtenczas małe dziecię Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku Pierwszy człowiek co w Litwie chodził po francusku Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem Zazdroszczono domowi przed którego progiem Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka Która się po francusku zwała karyjulka Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski A na kozłach niemczysko chude na kształt deski Nogi miał długie cienkie jak od chmielu tyki W pończochach ze srebrnymi klamrami trzewiki Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu A chłopi żegnali się mówiąc że po świecie Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie Sam Podczaszyc jaki był opisywać długo Dosyć że nam się zdawał małpą lub papugą W wielkiej peruce którą do złotego runa On lubił porównywać a my do kołtuna Jeśli kto i czuł wtenczas że polskie ubranie Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie Milczał boby krzyczała młodzież że przeszkadza Kulturze że tamuje progresy że zdradza Taka była przesądów owoczesnych władza Podczaszyc zapowiedział że nas reformować Cywilizować będzie i konstytuować Ogłosił nam że jacyś Francuzi wymowni Zrobili wynalazek iż ludzie są rowni Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie Nauka dawną była szło o jej pełnienie Lecz wtenczas panowało takie oślepienie Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie Podczaszyc mimo równość wziął tytuł markiża Wiadomo że tytuły przychodzą z Paryża A natenczas tam w modzie był tytuł markiża Jakoż kiedy się moda odmieniła z laty Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty Wreszcie z odmienną modą pod Napoleonem Demokrata przyjechał z Paryża baronem Gdyby żył dłużej może nową alternatą Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi A co Francuz wymyśli to Polak polubi Chwała Bogu że teraz jeśli nasza młodzież Wyjeżdża za granicę to już nie po odzież Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach Bo teraz Napoleon człek mądry a prędki Nie daje czasu szukać mody i gawędki Teraz grzmi oręż a nam starym serca rosną Że znowu o Polakach tak na świecie głośno Jest sława a więc będzie i Rzeczpospolita Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita Tylko smutno że nam ach tak się lata wleką W nieczynności a oni tak zawsze daleko Tak długo czekać nawet tak rzadka nowina Ojcze Robaku ciszej rzekł do Bernardyna Słyszałem żeś zza Niemna odebrał wiadomość Może też co o naszym wojsku wie Jegomość Nic a nic odpowiedział Robak obojętnie Widać było że słuchał rozmowy niechętnie Mnie polityka nudzi jeżeli z Warszawy Mam list to rzecz zakonna to są nasze sprawy Bernardyńskie cóż o tym gadać u wieczerzy Są tu świeccy do których nic to nie należy Tak mówiąc spójrzał zyzem gdzie śród biesiadników Siedział gość Moskal był to pan kapitan Ryków Stary żołnierz stał w bliskiej wiosce na kwaterze Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę Ryków jadł smaczno mało wdawał się w rozmowę Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł podniósłszy głowę Pan Podkomorzy Oj Wy Pan zawsze ciekawy O Bonaparta zawsze Wam tam do Warszawy He Ojczyzna Ja nie szpieg a po polsku umiem Ojczyzna ja to czuję wszystko ja rozumiem Wy Polaki ja Ruski teraz się nie bijem Jest armistycjum to my razem jemy pijem Często na awanpostach nasz z Francuzem gada Pije wódkę jak krzykną ura kanonada Ruskie przysłowie z kim się biję tego lubię Gładź drużkę jak po duszy a bij jak po szubie Ja mówię będzie wojna u nas Do majora Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora Gotować się do marszu Pójdziem czy pod Turka Czy na Francuza Oj ten Bonapart figurka Bez Suworowa to on może nas wytuza U nas w pułku gadano jak szli na Francuza Że Bonapart czarował no tak i Suwarów Czarował tak i były czary przeciw czarów Raz w bitwie gdzie podział się szukać Bonaparta A on zmienił się w lisa tak Suwarów w charta Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca Dalej drzeć pazurami a Suwarów w kuca Obaczcież co się stało w końcu z Bonapartą Tu Ryków przerwał i jadł wtem z potrawą czwartą Wszedł służący i raptem boczne drzwi otwarto Weszła nowa osoba przystojna i młoda Jej zjawienie się nagłe jej wzrost i uroda Jej ubiór zwrócił oczy wszyscy ją witali Prócz Tadeusza widać że ją wszyscy znali Kibić miała wysmukłą kształtną pierś powabną Suknię materyjalną różową jedwabną Gors wycięty kołnierzyk z koronek rękawki Krótkie w ręku kręciła wachlarz dla zabawki Bo nie było gorąca wachlarz pozłocisty Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty Głowa do włosów włosy pozwijane w kręgi W pukle i przeplatane różowymi wstęgi Pośród nich brylant niby zakryty od oczu Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu Słowem ubiór galowy szeptali niejedni Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni Nóżek choć suknia krótka oko nie zobaczy Bo biegła bardzo szybko suwała się raczéj Jako osóbki które na trzykrólskie święta Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem Trudno było bo krzeseł dla gości nie stało Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć A potem między rzędem siedzących i stołem Jak bilardowa kula toczyła się kołem W biegu dotknęła blisko naszego młodziana Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana Pośliznęła się nieco i w tym roztargnieniu Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu Przeprosiwszy go grzecznie na miejscu swym siadła Pomiędzy nim i stryjem ale nic nie jadła Tylko się wachlowała to wachlarza trzonek Kręciła to kołnierzyk z brabanckich koronek Poprawiała to lekkim dotknieniem się ręki Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy Asesora z Rejentem wzmogła się uparta Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił I utrzymywał że on zająca pochwycił Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi Że ta chwała należy chartu Sokołowi Pytano zdania innych więc wszyscy dokoła Brali stronę Kusego albo też Sokoła Ci jak znawcy ci znowu jak naoczne świadki Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki Rzekł półgłosem Przepraszam musieliśmy siadać Niepodobna wieczerzy na później odkładać Goście głodni chodzili daleko na pole Myśliłem że dziś z nami nie będziesz przy stole To rzekłszy z Podkomorzym przy pełnym kielichu O politycznych sprawach rozmawiał po cichu Gdy tak były zajęte stołu strony obie Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie Przypomniał że za pierwszym na miejsce wejrzeniem Odgadnął zaraz czyim miało być siedzeniem Rumienił się serce mu biło nadzwyczajnie Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie Więc było przeznaczono by przy jego boku Usiadła owa piękność widziana w pomroku Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza Bo ubrana a ubiór powiększa i zmniejsza I włos u tamtej widział krótki jasnozłoty A u tej krucze długie zwijały się sploty Kolor musiał pochodzić od słońca promieni Którymi przy zachodzie wszystko się czerwieni Twarzy wówczas nie dostrzegł nazbyt rychło znikła Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła Myślił że pewnie miała czarniutkie oczęta Białą twarz usta kraśne jak wiśnie bliźnięta U tej znalazł podobne oczy usta lica W wieku może by była największa różnica Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą A niewinnemu każda kochanka dziewicą Tadeusz chociaż liczył lat blisko dwadzieście I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie wielkim mieście Miał za dozorcę księdza który go pilnował I w dawnej surowości prawidłach wychował Tadeusz zatem przywiózł w strony swe rodzinne Duszę czystą myśl żywą i serce niewinne Ale razem niemałą chętkę do swywoli Z góry już robił projekt że sobie pozwoli Używać na wsi długo wzbronionej swobody Wiedział że był przystojny czuł się rześki młody A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie Nazywał się Soplica wszyscy Soplicowie Są jak wiadomo krzepcy otyli i silni Do żołnierki jedyni w naukach mniej pilni Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził Dobrze na koniu jeździł pieszo dzielnie chodził Tępy nie był lecz mało w naukach postąpił Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił On wolał z flinty strzelać albo szablą robić Wiedział że go myślano do wojska sposobić Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił Kazał aby przyjechał i aby się żenił I objął gospodarstwo przyrzekł na początek Dać małą wieś a potem cały swój majątek Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety Ściągnęły wzrok sąsiadki uważnej kobiety Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką Jego ramiona silne jego pierś szeroką I w twarz spójrzała z której wytryskał rumieniec Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął I patrzył wzrokiem śmiałym w którym ogień płonął Również patrzyła ona i cztery źrenice Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę Wracał z miasta ze szkoły więc o książki nowe O autorów pytała Tadeusza zdania I ze zdań wyciągała na nowo pytania Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie O muzyce o tańcach nawet o rzeźbiarstwie Dowiodła że zna równie pędzel nuty druki Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki Lękał się by nie został pośmiewiska celem I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem Szczęściem że nauczyciel ładny i niesrogi Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach I jak bawić się trzeba i jak czas podzielić By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić Tadeusz odpowiadał śmielej szła rzecz daléj W pół godziny już byli z sobą poufali Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki W końcu stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki Trzy osoby na wybór wziął najbliższą sobie Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie Sąsiadka zaśmiała się lecz nie powiedziała Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła Bo tam wzmógłszy się nagle stronnicy Sokoła Na partyję Kusego bez litości wsiedli Spór był wielki już potraw ostatnich nie jedli Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony Jak raz zaczął bez przerwy rzecz swoję tokował I gestami ją bardzo dobitnie malował Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta Zwano go kaznodzieją że zbyt lubił gesta Teraz ręce przy boku miał w tył wygiął łokcie Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem Właśnie rzecz kończył Wyczha puściliśmy razem Ja i Asesor razem jakoby dwa kurki Jednym palcem spuszczone u jednej dwururki Wyczha poszli a zając jak struna smyk w pole Psy tuż to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stole I palcami ruch chartów przedziwnie udawał Psy tuż i hec od lasu odsadzili kawał Sokoł smyk naprzód rączy pies lecz zagorzalec Wysadził się przed Kusym o tyle o palec Wiedziałem że spudłuje szarak gracz nie lada Czchał niby prosto w pole za nim psów gromada Gracz szarak skoro poczuł wszystkie charty w kupie Pstręk na prawo koziołka z nim w prawo psy głupie A on znowu fajt w lewo jak wytnie dwa susy Psy za nim fajt na lewo on w las a mój Kusy Cap Tak krzycząc pan Rejent na stół pochylony Z palcami swymi zabiegł aż do drugiej strony I cap Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchem Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy Jako wierzchołki drzewa powiązane społem Gdy je wicher rozerwie i ręce pod stołem Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły Tadeusz by nie zdradzić swego roztargnienia Prawda rzekł mój Rejencie prawda bez wątpienia Kusy piękny chart z kształtu jeśli równie chwytny Chwytny krzyknął pan Rejent mój pies faworytny Żeby nie miał być chwytny Więc Tadeusz znowu Cieszył się że tak piękny pies nie ma narowu Żałował że go tylko widział idąc z lasu I że przymiotów jego poznać nie miał czasu Na to zadrżał Asesor puścił z rąk kieliszek Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy Od Rejenta szczuplejszy i mały z postawy Lecz straszny na reducie balu i sejmiku Bo powiadano o nim ma żądło w języku Tak dowcipne żarciki umiał komponować Iżby je w kalendarzu można wydrukować Wszystkie złośliwe ostre Dawniej człek dostatni Schedę ojca swojego i majątek bratni Wszystko strwonił na wielkim figurując świecie Teraz wszedł w służbę rządu by znaczyć w powiecie Lubił bardzo myślistwo już to dla zabawy Już to że odgłos trąbki i widok obławy Przypominał mu jego lata młodociane Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały Więc zbliżył się i z wolna gładząc faworyty Rzekł z uśmiechem a był to uśmiech jadowity Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu A Pan kusość uważasz za dowód dobroci Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci Choć pani Telimena mieszkała w stolicy I bawi się niedawno w naszej okolicy Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi Tak to nauka sama z latami przychodzi Tadeusz na którego niespodzianie spadał Grom taki wstał zmieszany chwilę nic nie gadał Lecz patrzył na rywala coraz straszniej srożéj Wtem wielkim szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy Wiwat krzyknęli wszyscy on się wszystkim skłonił I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił Tabakiera ze złota z brylantów oprawa A w środku jej był portret króla Stanisława Ojcu Podkomorzego sam król ją darował Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował Gdy w nię dzwonił znak dawał że miał głos zabierać Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać On rzekł Wielmożni Szlachta Bracia Dobrodzieje Forum myśliwskim tylko są łąki i knieje Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję I posiedzenie nasze na jutro solwuję I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę Woźny odwołaj sprawę na jutro na pole Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie I Waszeć z nami ruszysz Sędzio mój sąsiedzie I pani Telimena i panny i panie Słowem zrobim na urząd wielkie polowanie I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi To mówiąc tabakierę podawał starcowi Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział Słuchał zmrużywszy oczy słowa nie powiedział Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania On milczał szczyptę wziętą z tabakiery ważył W palcach i długo dumał nim ją w końcu zażył Kichnął aż cała izba rozległa się echem I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem O jak mnie to starego i smuci i dziwi Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi Widząc że w tylu szlachty w tylu panów gronie Mają sądzić się spory o charcim ogonie Cóż by rzekł na to stary Rejtan gdyby ożył Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze Nikt go na polowanie uprosić nie może Białopiotrowiczowi samemu odmówił Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił Piękna byłaby sława ażeby pan taki Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki Za moich panie czasów w języku strzeleckim Dzik niedźwiedź łoś wilk zwany był zwierzem szlacheckim A zwierzę nie mające kłów rogów pazurów Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki Strzelby którą zhańbiono sypiąc w nią śrut cienki Trzymano wprawdzie chartów bo z łowów wracając Trafia się że spod konia mknie się biedak zając Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze I na konikach małe goniły panicze Przed oczami rodziców którzy te pogonie Ledwie raczyli widzieć cóż kłócić się o nie Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy Że nie mogę na takie jechać polowanie I nigdy na nim noga moja nie postanie Nazywam się Hreczecha a od króla Lecha Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył Wstano od stołu pierwszy Podkomorzy ruszył Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy Idąc kłaniał się damom starcom i młodzieży Za nim szedł Kwestarz Sędzia tuż przy Bernardynie Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie Tadeusz Telimenie Asesor Krajczance A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły A czuł się pomieszany zły i niewesoły Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki Spotkanie się wieczerzę przy boku sąsiadki A szczególniej mu słowo ciocia koło ucha Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać O pani Telimenie lecz go nie mógł schwytać Wojskiego też nie widział bo zaraz z wieczerzy Wszyscy poszli za gośćmi jak sługom należy Urządzając we dworze izby do spoczynku Starsi i damy spały we dworskim budynku Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano W zastępstwie gospodarza w stodołę na siano W pół godziny tak było głucho w całym dworze Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża Usnęli wszyscy Sędzia sam oczu nie zmruża Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę W pole i w domu przyszłą urządza zabawę Dał rozkaz ekonomom wójtom i gumiennym Pisarzom ochmistrzyni strzelcom i stajennym I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać Nareszcie rzekł Woźnemu że się chce rozbierać Woźny pas mu odwiązał pas słucki pas lity Przy którym świecą gęste kutasy jak kity Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty Na wywrót jedwab czarny posrebrzany w kraty Pas taki można równie kłaść na strony obie Złotą na dzień galowy a czarną w żałobie Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać składać Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać Cóż złego że przeniosłem stoły do zamczyska Nikt na tym nic nie stracił a Pan może zyska Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa I mimo całą strony przeciwnej zajadłość Dowiodę że zamczysko wzięliśmy w posiadłość Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę Dowodzi że posiadłość tam ma albo bierze Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki Pamiętam za mych czasów podobne wypadki Już Sędzia spał Więc Woźny cicho wszedł do sieni Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży Była to trybunalska wokanda tam rzędem Stały spisane sprawy które przed urzędem Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał Albo o których później dowiedzieć się zdołał Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem Czytał więc i rozmyślał Ogiński z Wizgirdem Dominikanie z Rymszą Rymsza z Wysogirdem Radziwiłł z Wereszczaką Giedrojcie z Rdułtowskim Obuchowicz z kahałem Juraha z Piotrowskim Maleski z Mickiewiczem a na koniec Hrabia Z Soplicą i czytając z tych imion wywabia Pamięć spraw wielkich wszystkie procesu wypadki I stają mu przed oczy sąd strony i świadki I ogląda sam siebie jak w żupanie białym W granatowym kontuszu stał przed trybunałem Jedna ręka na szabli a drugą do stoła Przywoławszy dwie strony Uciszcie się woła Marząc i kończąc pacierz wieczorny pomału Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału Takie były zabawy spory w one lata Śród cichej wsi litewskiej kiedy reszta świata We łzach i krwi tonęła gdy ów mąż bóg wojny Otoczon chmurą pułków tysiącem dział zbrojny Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych Ciskając grom po gromie w Piramidy w Tabor W Marengo w Ulm w Austerlitz Zwycięstwo i Zabor Biegły przed nim i za nim Sława czynów tylu Brzemienna imionami rycerzy od Nilu Szła hucząc ku północy aż u Niemna brzegów Odbiłasię jak od skał od Moskwy szeregów Które broniły Litwę murami żelaza Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza Przecież nieraz nowina niby kamień z nieba Spadała w Litwę nieraz dziad żebrzący chleba Bez ręki lub bez nogi przyjąwszy jałmużnę Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy Ani jarmułek ani czerwonych kołnierzy Wtenczas kim był wyznawał był legijonistą Przynosił kości stare na ziemię ojczystą Której już bronić nie mógł Jak go wtenczas cała Rodzina pańska jak go czeladka ściskała Zanosząc się od płaczu On za stołem siadał I dziwniejsze od baśni historyje gadał On opowiadał jako jenerał Dąbrowski Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski Jak on rodaków zbiera na Lombardzkim polu Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu I zwycięzca wydartych potomkom Cezarów Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie Pachnące kwitną lasy z legiją Dunaju Tam wódz Murzyny gromi a wzdycha do kraju Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu Chłopiec co je posłyszał znikał nagle z domu Lasami i bagnami skradał się tajemnie Ścigany od Moskali skakał kryć się w Niemnie I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego Gdzie usłyszał głos miły Witaj nam kolego Lecz nim odszedł wyskoczył na wzgórek z kamienia I Moskalom przez Niemen rzekł Do zobaczenia Tak przekradł się Gorecki Pac i Obuchowicz Piotrowski Obolewski Rożycki Janowicz Mierzejewscy Brochocki i Bernatowicze Kupść Gedymin i inni których nie policzę Opuszczali rodziców i ziemię kochaną I dobra które na skarb carski zabierano Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru Przyszedł i kiedy bliżej poznał panów dworu Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza Tam stała wypisana i liczba żołnierza I nazwisko każdego wodza legijonu I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina Wieść o życiu o chwale i o śmierci syna Brał dom żałobę ale powiedzieć nie śmiano Po kim była żałoba tylko zgadywano W okolicy i tylko cichy smutek panów Lub cicha radość była gazetą ziemianów Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina Rozeszła się w sąsiedztwie Postać Bernardyna Wydawała że mnich ten nie zawsze w kapturze Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze Miał on nad prawym uchem nieco wyżej skroni Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny Przy mszy gdy z wzniesionymi zwracał się rękami Od ołtarza do ludu by mówić Pan z wami To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem Jakby prawo w tył robił za wodza rozkazem I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem Do ludu jak oficer stojąc przed szwadronem Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy Spraw także politycznych był Robak świadomszy Niźli żywotów Świętych a jeżdżąc po kweście Często zastanawiał się w powiatowym mieście Miał pełno interesów to listy odbierał Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał To wysyłał posłańców ale gdzie i po co Nie powiadał częstokroć wymykał się nocą Do dworów pańskich z szlachtą ustawicznie szeptał I okoliczne wioski dokoła wydeptał I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało A zawsze o tym co się w cudzych krajach działo Teraz Sędziego który już spał od godziny Przychodzi budzić pewnie ma jakieś nowiny Księga druga Zamek Polowanie z chartami na upatrzonego Gość w zamku Ostatni z dworzan opowiada historię ostatniego z Horeszków Rzut oka w sad Dziewczyna w ogórkach Śniadanie Pani Telimeny anegdota petersburska Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła Interwencja Robaka Rzecz Wojskiego Zakład Dalej w grzyby Kto z nas tych lat nie pomni gdy młode pacholę Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole Gdzie żaden wał płot żaden nogi nie utrudza Gdzie przestępując miedzę nie poznasz że cudza Bo na Litwie myśliwiec jak okręt na morzu Gdzie chcesz jaką chcesz drogą buja po przestworzu Czyli jak prorok patrzy w niebo gdzie w obłoku Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku Czy jak czarownik gada z ziemią która głucha Dla mieszczan mnóstwem głosów szepce mu do ucha Tam derkacz wrzasnął z łąki szukać go daremnie Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek Również głęboko w niebie schowany skowronek Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary Zaszumiał strasząc wróble jak kometa cary Zaś jastrząb pod jasnymi wiszący błękity Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca Runie nań z góry jako gwiazda spadająca Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli I służyć w jeździe która wojuje szaraki Albo w piechocie która nosi broń na ptaki Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków I innych gazet oprocz domowych rachunków Nad Soplicowem słońce weszło i już padło Na strzechy i przez szpary w stodołę się wkradło I po ciemnozielonym świeżym wonnym sianie Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie Rozpływały się złote migające pręgi Z otworu czarnej strzechy jak z warkocza wstęgi I słońce usta sennych promykiem poranka Draźni jak dziewczę kłosem budzące kochanka Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą Już trzykroć gęgnął gęsior a za nim jak echo Odezwały się chorem kaczki i indyki I słychać bydła w pole idącego ryki Wstała młodzież Tadeusz jeszcze senny leży Bo też najpóźniej zasnął z wczorajszej wieczerzy Wrócił tak niespokojny że o kurów pianiu Jeszcze oczu nie zmrużył a na swym posłaniu Tak kręcił się że w siano jak w wodę utonął I spał twardo aż zimny wiatr w oczy mu wionął Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem Surge puer wołając i ponad barkami Rubasznie wywijając pasek z ogórkami Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki Wyprowadzają konie zajeżdżają bryki Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie Odezwały się trąby otworzono psiarnie Zgraja chartów wypadłszy wesoło skowycze Widząc rumaki szczwaczów dojeżdżaczów smycze Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze Potem biegą i kładą szyje na obroże Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży Ruszyli szczwacze z wolna jeden tuż za drugim Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim W środku jechali obok Asesor z Rejentem A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem Rozmawiali przyjaźnie jak ludzie honoru Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła Pan Rejent wiódł Kusego Asesor Sokoła Z tyłu damy w pojazdach młodzieńcy stronami Czwałując tuż przy kołach gadali z damami Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem Kończąc ranne pacierze ale rzucał okiem Na pana Tadeusza marszczył się uśmiechał Wreszcie kiwnął nań palcem Tadeusz podjechał Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby Ażeby mu wyraźnie co chce wytłumaczył Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia A wszyscy obrócili oczy do kamienia Nad którym stał pan Sędzia on zwierza obaczył I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył Pojęli wszyscy stoją a środkiem po roli Asesor i pan Rejent kłusują powoli Tadeusz będąc bliższy obudwu wyprzedził Stanął obok Sędziego i oczyma śledził Dawno już nie był w polu na szarej przestrzeni Trudno dojrzeć szaraka zwłaszcza śród kamieni Pokazał mu pan Sędzia siedział biedny zając Płaszcząc się pod kamieniem uszy nadstawiając Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie I jakby urzeczony czując przeznaczenie Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka I pod opoką siedział martwy jak opoka Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżej Pędzi na smyczy Kusy za nim Sokoł chyży Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu Wyczha wyczha i z psami znikli w kłębach pyłu Kiedy tak za szarakiem goniono tymczasem Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem Wiedziano w okolicy że ten pan nie może Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze I dziś zaspał poranek więc na sługi zrzędził Widząc myśliwców w polu czwałem do nich pędził Surdut swój angielskiego kroju biały długi Połami na wiatr puścił z tyłu konno sługi W kapeluszach jak grzybki czarnych lśniących małych W kurtkach w butach stryflastych w pantalonach białych Sługi które pan Hrabia tym kształtem odzieje Nazywają się w jego pałacu dżokeje Czwałująca czereda zleciała na błonia Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył Że to były też same mury tak odświeżył I upięknił poranek zarysy budowy Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy Wieża zdała się dwakroć wyższa bo stercząca Nad mgłą ranną dach z blachy złocił się od słońca Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych Niższe piętra oblała tumanu powłoka Rozpadliny i szczerby zakryła od oka Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany Przysiągłbyś że krzyk z zamku że pod mgły zasłoną Mury odbudowano i znów zaludniono Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe Zwał je romansowymi mawiał że ma głowę Romansową w istocie był wielkim dziwakiem Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie Jak kot gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie Często bez psa bez strzelby błąkał się po gaju Jak rekrut zbiegły często siadał przy ruczaju Nieruchomy schyliwszy głowę nad potokiem Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem Takie były Hrabiego dziwne obyczaje Wszyscy mówili że mu czegoś nie dostaje Szanowano go przecież bo pan z prapradziadów Bogacz dobry dla chłopów ludzki dla sąsiadów Nawet dla Żydów Hrabski koń zwrócony z drogi Prosto kłusował polem aż pod zamku progi Hrabia samotny wzdychał poglądał na mury Wyjął papier ołówek i kreślił figury Wtem spójrzawszy w bok ujrzał o dwadzieście kroków Człowieka który równie miłośnik widoków Z głową zadartą ręce włożywszy w kieszenie Zdawało się że liczył oczyma kamienie Poznał go zaraz ale musiał kilka razy Krzyknąć nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy Szlachcic to był służący dawnych zamku panów Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów Starzec wysoki siwy twarz miał czerstwą zdrową Marszczkami pooraną posępną surową Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął Ale od bitwy w której dziedzic zamku zginął Gerwazy się odmienił i już od lat wielu Ani był na kiermaszu ani na weselu Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano I uśmiechu na jego twarzy nie widziano Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną Kurtę z połami żółtą galonem oprawną Który dziś żółty dawniej zapewne był złoty Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty Półkozice i stąd też cała okolica Półkozicem przezwała starego szlachcica Czasem też od przysłowia które bez ustanku Powtarzał nazywano go także Mopanku Czasem Szczerbcem że całą łysinę miał w szczerbach Lecz on zwał się Rębajło a o jego herbach Nie wiadomo Klucznikiem siebie tytułował Iż ten urząd na zamku przed laty piastował I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem Choć nie miał co otwierać bo zamku podwoje Stały otworem przecież wynalazł drzwi dwoje Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie Nie chciał bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowym Skoro ujrzał Hrabiego czapkę z głowy schwycił I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił Chyląc łysinę wielką świecącą z daleka I naciętą od licznych kordów jak nasieka Gładził ją ręką podszedł i jeszcze raz nisko Skłoniwszy się rzekł smutnie Mopanku Panisko Daruj mi że tak mówię Jaśnie Grafie Panie To jest mój zwyczaj nie zaś nieuszanowanie Mopanku powiadali wszyscy Horeszkowie Ostatni Stolnik pan mój miał takie przysłowie Czyż to prawda Mopanku że Pan grosza skąpisz Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz Nie wierzyłem lecz w całym powiecie tak słychać Tu poglądając w zamek nie przestawał wzdychać Cóż dziwnego rzekł Hrabia koszt wielki a nuda Jeszcze większa chcę skończyć lecz szlachcic maruda Upiera się przewidział że mię znudzić może Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę Przyjmę warunki zgody jakie mi sąd poda Zgody krzyknął Gerwazy z Soplicami zgoda Z Soplicami Mopanku To mówiąc wykrzywił Usta jakby nad własną mową się zadziwił Zgoda i Soplicowie Mopanku Panisko Pan żartuje co Zamek Horeszków siedlisko Ma pójść w ręce Sopliców niech Pan tylko raczy Zsiąść z konia pódźmy w zamek niech no Pan obaczy Pan sam nie wie co robi niech się Pan nie wzbrania Zsiadaj Pan i przytrzymał strzemię do zsiadania Weszli w zamek Gerwazy stanął w progu sieni Tu rzekł dawni panowie dworem otoczeni Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze Gościom różne ciekawe historyje prawił Albo ich powieściami i żarty się bawił A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty Weszli w sień Rzekł Gerwazy W tej ogromnej sieni Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy Albo na imieniny pańskie lub na łowy Podczas uczty na chorze tym kapela stała I w organ i w rozliczne instrumenty grała A gdy wnoszono zdrowie trąby jak w dniu sądnym Grzmiały z choru wiwaty szły ciągiem porządnym Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości Potem prymasa potem królowej Jejmości Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej A na koniec po piątej szklenicy wypitej Wnoszono Kochajmy się wiwat bez przestanku Który dniem okrzykniony brzmiał aż do poranku A już gotowe stały cugi i podwody Aby każdego odwieźć do jego gospody Przeszli już kilka komnat Gerwazy w milczeniu Tu wzrok na ścianie wstrzymał ówdzie na sklepieniu Przywołując pamiątkę tu smutną tam miłą Czasem jakby chciał mówić Wszystko się skończyło Kiwnął żałośnie głową czasem machnął ręką Widać że mu wspomnienie samo było męką I że je chciał odpędzić aż się zatrzymali Na górze w wielkiej niegdyś zwierciadlanej sali Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy Okna bez szyb z krużgankiem wprost naprzeciw bramy Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił I twarz zakrył rękami a gdy ją odsłonił Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy Hrabia chociaż nie wiedział co to wszystko znaczy Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie Rękę mu ścisnął chwilę trwało to milczenie Przerwał je starzec trzęsąc wzniesioną prawicą Nie masz zgody Mopanku pomiędzy Soplicą I krwią Horeszków w Panu krew Horeszków płynie Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana Który był jak wiadomo wujem mego Pana Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej Która się stała właśnie w tej izbie nie innej Nieboszczyk pan mój Stolnik pierwszy pan w powiecie Bogacz i familijant miał jedyne dziecię Córkę piękną jak anioł więc się zalecało Stolnikównie i szlachty i paniąt niemało Między szlachtą był jeden wielki paliwoda Kłótnik Jacek Soplica zwany Wojewoda Przez żart w istocie wiele znaczył w województwie Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie I trzystu ich kreskami rządził wedle woli Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli Szabli i wielkich wąsów od ucha do ucha Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha I ugaszczał w pałacu zwłaszcza w czas sejmików Popularny dla jego krewnych i stronników Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawym przyjęciem Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł I już miał się oświadczać lecz pomiarkowano I czarną mu polewkę do stołu podano Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko Ale przed rodzicami taiła głęboko Było to za Kościuszki czasów Pan popierał Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić W zamku całym był tylko pan Stolnik ja Pani Kuchmistrz i dwóch kuchcików wszyscy trzej pijani Proboszcz lokaj hajducy czterej ludzie śmiali Więc za strzelby do okien aż tu tłum Moskali Krzycząc ura od bramy wali po tarasie My im ze strzelb dziesięciu palnęli a zasie Nic tam nie było widać słudzy bez ustanku Strzelali z dolnych pięter a ja i Pan z ganku Wszystko szło pięknym ładem choć w tak wielkiej trwodze Dwadzieście strzelb leżało tu na tej podłodze Wystrzeliliśmy jedną podawano drugą Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą I Pani i Panienka i nadworne panny Trzech było strzelców a szedł ogień nieustanny Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury My z rzadka ale celniej dogrzewali z góry Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło Ale za każdym razem trzech nogi zadarło Więc uciekli pod lamus a już był poranek Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił On dawał zaraz ognia a nigdy nie mylił Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał I już się rzadko który zza ściany wykradał Stolnik widząc strwożone swe nieprzyjaciele Myślił zrobić wycieczkę porwał karabelę I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy Obróciwszy się do mnie rzekł Za mną Gerwazy Wtem strzelono spod bramy Stolnik się zająknął Zaczerwienił się zbladnął chciał mówić krwią chrząknął Postrzegłem wtenczas kulę wpadła w piersi same Pan słaniając się palcem ukazał na bramę Poznałem tego łotra Soplicę poznałem Po wzroście i po wąsach jego to postrzałem Zginął Stolnik widziałem łotr jeszcze do góry Wzniesioną trzymał strzelbę jeszcze dym szedł z rury Wziąłem go na cel zbójca stał jak skamieniały Dwa razy dałem ognia i oba wystrzały Chybiły czym ze złości czy z żalu źle mierzył Usłyszałem wrzask kobiet spójrzałem Pan nie żył Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał Potem rzekł kończąc Moskal już wrota wywalał Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie I nie wiedziałem co się działo wokoło mnie Szczęściem na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz Którzy są szlachta liczna i dzielna człek w człeka A nienawidzą rodu Sopliców od wieka Tak zginął pan potężny pobożny i prawy Który miał w domu krzesła wstęgi i buławy Ojciec włościan brat szlachty i nie miał po sobie Syna który by zemstę poprzysiągł na grobie Ale miał sługi wierne ja w krew jego rany Obmoczyłem mój rapier Scyzorykiem zwany Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku Sławnym na każdym sejmie targu i sejmiku Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach Ścigałem ich na sejmach zajazdach jarmarkach Dwóch zarąbałem w kłótni dwóch na pojedynku Jednego podpaliłem w drewnianym budynku Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze Upiekł się tam jak piskorz a tych nie policzę Którym uszy obciąłem Jeden tylko został Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał Rodzoniutki braciszek owego wąsala Żyje dotąd i z swoich bogactw się przechwala Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią Szanowany w powiecie ma urząd jest sędzią I Pan mu zamek oddasz niecne jego nogi Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi O nie póki Gerwazy ma choć za grosz duszy I tyle sił że jednym małym palcem ruszy Scyzoryk swój wiszący dotychczas na ścianie Póty Soplica tego zamku nie dostanie O krzyknął Hrabia ręce podnosząc do góry Dobre miałem przeczucie żem lubił te mury Choć nie wiedziałem że w nich taki skarb się mieści Tyle scen dramatycznych i tyle powieści Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię Twoja powieść Gerwazy zajęła mię mocno Szkoda żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach Szkoda że masz niewielki dar opowiadania Nieraz takie słyszałem i czytam podania W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów W każdej dawnej szlachetnej potężnej rodzinie Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku W Polszcze pierwszy raz słyszę o takim wypadku Czuję że we mnie mężnych krew Horeszków płynie Wiem co winienem sławie i mojej rodzinie Tak muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady Honor każe Rzekł ruszył uroczystym krokiem A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem Przed bramą stanął Hrabia sam do siebie gadał Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony Szkoda że ten Soplica stary nie ma żony Lub córki pięknej której ubóstwiałbym wdzięki Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość Tu serce tam powinność tu zemsta tam miłość Tak szepcąc spiął ostrogi koń leciał do dworu Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru Hrabia lubił myślistwo ledwie strzelców zoczył Zapomniawszy o wszystkim prosto ku nim skoczył Mijając bramę ogród płoty gdy w zawrocie Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie Był sad Drzewa owocne zasadzone w rzędy Ocieniały szerokie pole spodem grzędy Tu kapusta sędziwe schylając łysiny Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny Tam plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu Wysmukły bób obraca na nią tysiąc oczu Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza Który od swej łodygi aż w daleką stronę Wtoczył się jak gość między buraki czerwone Grzędy rozjęte miedzą na każdym przykopie Stoją jakby na straży w szeregach konopie Cyprysy jarzyn ciche proste i zielone Ich liście i woń służą grzędom za obronę Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się źmija A ich woń gąsienice i owad zabija Dalej maków białawe górują badyle Na nich myślisz iż rojem usiadły motyle Trzepiocąc skrzydełkami na których się mieni Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni Tylą farb żywych różnych mak źrenicę mami W środku kwiatów jak pełnia pomiędzy gwiazdami Krągły słonecznik licem wielkiem gorejącem Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem Pod płotem wąskie długie wypukłe pagórki Bez drzew krzewów i kwiatów ogród na ogórki Pięknie wyrosły liściem wielkim rozłożystym Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym Pośrodku szła dziewczyna w bieliznę ubrana W majowej zieloności tonąc po kolana Z grząd zniżając się w bruzdy zdała się nie stąpać Ale pływać po liściach w ich barwie się kąpać Słomianym kapeluszem osłoniła głowę Od skroni powiewały dwie wstążki różowe I kilka puklów światłych rozwitych warkoczy Na ręku miała koszyk w dół spuściła oczy Prawą rękę podniosła niby do chwytania Jako dziewczę gdy rybki w kąpieli ugania Bawiące się z jej nóżką tak ona co chwila Z rękami i koszykiem po owoc się schyla Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem Pan Hrabia zachwycony tak cudnym widokiem Stał cicho Słysząc tętent towarzyszów w dali Ręką dał znak ażeby wstrzymać konie stali On patrzył z wyciągniętą szyją jak dziobaty Żuraw z dala od stada gdy odprawia czaty Stojąc na jednej nodze z czujnymi oczyma I by nie zasnąć kamień w drugiej nodze trzyma Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni Był to bernardyn kwestarz Robak a miał w dłoni Podniesione do góry węzłowate sznurki Ogórków chcesz Waść krzyknął oto masz ogórki Wara Panie od szkody na tutejszej grzędzie Nie dla Waszeci owoc nic z tego nie będzie Potem palcem pogroził kaptura poprawił I odszedł Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie Okiem powrócił w ogród ale już w ogrodzie Nie było jej mignęła tylko śród okienka Jej różowa wstążeczka i biała sukienka Widać na grzędach jaką przeleciała drogą Bo liść zielony w biegu potrącony nogą Podnosił się drżał chwilę aż się uspokoił Jak woda którą ptaszek skrzydłami rozkroił A na miejscu gdzie stała tylko porzucony Koszyk mały z rokity denkiem wywrócony Pogubiwszy owoce na liściach zawisał I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał Po chwili wszędzie było samotnie i głucho Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho Zawsze dumał a strzelcy zawsze nieruchomie Za nim stali Aż w cichym i samotnym domie Wszczął się naprzód szmer potem gwar i krzyk wesoły Jak w ulu pustym kiedy weń wlatują pszczoły Był to znak że wracali goście z polowania I krzątała się służba około śniadania Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki Roznoszono potrawy sztućce i butelki Mężczyźni tak jak weszli w swych zielonych strojach Z talerzami z szklankami chodząc po pokojach Jedli pili lub wsparci na okien uszakach Rozprawiali o flintach chartach i szarakach Podkomorstwo i Sędzia przy stole a w kątku Panny szeptały z sobą nie było porządku Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa Była to w staropolskim domie moda nowa Przy śniadaniach pan Sędzia choć nierad pozwalał Na taki nieporządek lecz go nie pochwalał Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy Tu roznoszono tace z całą służbą kawy Tace ogromne w kwiaty ślicznie malowane Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane I z porcelany saskiej złote filiżanki Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju W Polszcze w domu porządnym z dawnego zwyczaju Jest do robienia kawy osobna niewiasta Nazywa się kawiarka ta sprowadza z miasta Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku I zna tajne sposoby gotowania trunku Który ma czarność węgla przejrzystość bursztynu Zapach moki i gęstość miodowego płynu Wiadomo czym dla kawy jest dobra śmietana Na wsi nie trudno o nię bo kawiarka z rana Przystawiwszy imbryki odwiedza mleczarnie I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie Do każdej filiżanki w osobny garnuszek Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę Z gorącego śmietaną bielonego piwa W którym twaróg gruzłami posiekany pływa Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru Półgęski tłuste kumpia skrzydliki ozoru Wszystkie wyborne wszystkie sposobem domowym Uwędzone w kominie dymem jałowcowym W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie Takie bywało w domu Sędziego śniadanie We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona Starszyzna przy stoliku małym zgromadzona Mówiła o sposobach nowych gospodarskich O nowych coraz sroższych ukazach cesarskich Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski Oceniał i wyciągał polityczne wnioski Panna Wojska włożywszy okulary sine Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach Bo Asesor i Rejent oba mówcy wielcy Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni Oba dobrze poszczuli oba byli pewni Zwycięstwa swoich chartów gdy pośród równiny Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny Tam wpadł zając już Kusy już go Sokół imał Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał Musieli być posłuszni chociaż w wielkim gniewie Psy powróciły same i nikt pewnie nie wie Czy źwierz uszedł czy wzięty nikt zgadnąć nie zdoła Czy wpadł w paszczę Kusego czyli też Sokoła Czyli obudwu razem różnie sądzą strony I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony Wojski stary od izby do izby przechodził Po obu stronach oczy roztargnione wodził Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę I widać że czym innym zajętą miał głowę Nosił skórzaną plackę czasem w miejscu stanie Duma długo i muchę zabije na ścianie Tadeusz z Telimeną pomiędzy izbami Stojąc we drzwiach na progu rozmawiali sami Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział Więc szeptali Tadeusz teraz się dowiedział Że ciocia Telimena jest bogata pani Że nie są kanonicznie z sobą powiązani Zbyt bliskim pokrewieństwem i nawet niepewno Czy ciocia Telimena jest synowca krewną Choć ją stryj zowie siostrą bo wspólni rodzice Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę Że potem ona żyjąc w stolicy czas długi Wyrządziła nieźmierne Sędziemu przysługi Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem Lubił może z próżności nazywać się bratem Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili Ale w izbie na prawo kusząc Asesora Rzekł Rejent mimojazdem Ja mówiłem wczora Że polowanie nasze udać się nie może Jeszcze zbyt wcześnie jeszcze na pniu stoi zboże I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się Nieraz gadał o łowów i miejscu i czasie Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa I powiada że to jest znakiem barbarzyństwa Polować tak jak u nas bez żadnego względu Na artykuły ustaw przepisy urzędu Nie szanując niczyich kopców ani miedzy Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy Wiosną równie jak latem zbiegać pola knieje Zabijać nieraz lisa właśnie gdy linieje Albo cierpieć iż kotną samicę zajęczą Charty w runi uszczują a raczej zamęczą Z wielką szkodą źwierzyny Stąd się Hrabia żali Że cywilizacyja większa u Moskali Bo tam o polowaniu są ukazy cara I dozor policyi i na winnych kara Telimena ku lewej iźbie obrócona Wachlując batystową chusteczką ramiona Jak mamę kocham rzekła Hrabia się nie myli Znam ja dobrze Rosyją Państwo nie wierzyli Gdy im nieraz mówiłam jak tam z wielu względów Godna pochwały czujność i srogość urzędów Byłam ja w Peterburku nie raz nie dwa razy Miłe wspomnienia wdzięczne przeszłości obrazy Co za miasto Nikt z Panów nie był w Peterburku Chcecie może plan widzieć mam plan miasta w biurku Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy To jest w pałacach wiejskich dacza wioskę znaczy Mieszkałam w pałacyku tuż nad Newą rzeką Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko Na niewielkim umyślnie sypanym pagórku Ach co to był za domek plan mam dotąd w biurku Otóż na me nieszczęście najął dom w sąsiedztwie Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie Trzymał kilkoro chartów co to za męczarnie Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu Użyć księżyca blasku wieczornego chłodu Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem I strzygł uszami właśnie jakby był szalonym Nieraz się nalękałam Serce mi wróżyło Z tych psów jakieś nieszczęście tak się też zdarzyło Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka Bonończyka Ach była to rozkoszna psina Miałam ją w podarunku od księcia Sukina Na pamiątkę rozumna żywa jak wiewiórka Mam jej portrecik tylko nie chcę iść do biurka Widząc ją zadławioną z wielkiej alteracji Dostałam mdłości spazmów serca palpitacji Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było Szczęściem nadjechał właśnie z wizytą Kiryło Gawrylicz Kozodusin Wielki Łowczy Dworu Pyta się o przyczynę tak złego humoru Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy Staje pobladły drżący i prawie bez duszy Jak śmiesz krzyknął Kiryło piorunowym głosem Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem Osłupiały czynownik darmo się zaklinał Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem Zwierz uszczuty zda mu się być psem nie jeleniem Jak to krzyknął Kiryło to śmiałbyś hultaju Znać się lepiej na łowach i źwierząt rodzaju Niżli ja Kozodusin Carski Jegermajster Niechajże nas rozsądzi zaraz Policmajster Wołają Policmajstra każą spisać śledztwo Ja rzecze Kozodusin wydaję świadectwo Że to łani on plecie że to pies domowy Rozsądź nas kto zna lepiej źwierzynę i łowy Policmajster powinność służby swej rozumiał Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał I odwiódłszy na stronę po bratersku radził By przyznał się do winy i tym grzech swój zgładził Łowczy udobruchany przyrzekł że się wstawi Do cesarza i wyrok nieco ułaskawi Skończyło się że charty poszły na powrozy A czynownik na cztery tygodnie do kozy Zabawiła nas cały wieczor ta pustota Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się I nawet wiem z pewnością że sam cesarz śmiał się Śmiech powstał w obu izbach Sędzia z Bernardynem Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem Miał coś ważnego zadać już Ksiądz ledwie dyszał Kiedy Sędzia początek powieści usłyszał I tak nią był zajęty że z zadartą głową I z kartą podniesioną do bicia gotową Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył Aż gdy skończono powieść pamfila położył I rzekł śmiejąc się Niech tam sobie kto chce chwali Niemców cywilizacją porządek Moskali Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów Prawować się o lisa i przyzywać drabów By wziąść w areszt ogara że wpadł w cudze gaje Na Litwie chwała Bogu stare obyczaje Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa I zboża mamy dosyć psy nas nie ogłodzą Że po jarzynach albo po życie pochodzą Na morgach chłopskich bronię robić polowanie Ekonom z lewej izby rzekł Nie dziw Mospanie Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę Chłopy i radzi temu kiedy w ich jarzynę Wskoczy chart niech otrząśnie dziesięć kłosków żyta To Pan mu kopę oddasz i jeszcze nie kwita Często chłopi talara w przydatku dostali Wierz mi Pan że się chłopstwo bardzo rozzuchwali Jeśli Resztę dowodów pana Ekonoma Nie mógł usłyszeć Sędzia bo pomiędzy dwoma Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów Anegdot opowiadań i na koniec sporów Tadeusz z Telimeną całkiem zapomniani Pamiętali o sobie Rada była pani Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił Telimena mówiła coraz wolniej ciszej I Tadeusz udawał że jej nie dosłyszy W tłumie rozmów więc szepcąc tak zbliżył się do niej Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni Wstrzymując oddech usty chwytał jej westchnienie I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka Naprzód mucha a za nią tuż Wojskiego placka Na Litwie much dostatek Jest pomiędzy nimi Gatunek much osobny zwanych szlacheckimi Barwą i kształtem całkiem podobne do innych Ale pierś mają szerszą brzuch większy od gminnych Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą A tak silne że tkankę przebiją pajęczą Lub jeśli która wpadnie trzy dni będzie bzykać Bo z pająkiem sam na sam może się borykać Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził Że one tym są muchom czym dla roju matki Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki Prawda że ochmistrzyni ani pleban wioski Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski I trzymali inaczej o muszym rodzaju Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju Ledwie dostrzegł takową muchę wnet ją gonił Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił Po dwakroć Wojski machnął zdziwił się że chybił Trzeci raz machnął tylko co okna nie wybił Aż mucha odurzona od tyla łoskotu Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica I tam za nią mignęła Wojskiego prawica Raz tak był tęgi że dwie odskoczyły głowy Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy Uderzyły się mocno oboje w uszaki Tak że obojgu sine zostały się znaki Szczęściem nikt nie uważał bo dotychczasowa Żywa głośna lecz dosyć porządna rozmowa Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu Słychać gdzieniegdzie trzask drzew strzały psiarni granie A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie Dał znak i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy Tak dzieje się z rozmową z wolna się pomyka Aż natrafi na przedmiot wielki jak na dzika Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty Rejenta z Asesorem o sławne ich charty Krótko trwał lecz zrobili wiele w jedną chwllę Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części Przycinki gniew wyzwanie i szło już do pięści Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali Unieśli młodą parę stojącą na progu Podobną Janusowi dwulicemu bogu Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy Poprawili już groźne ucichły odgłosy Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył Nastąpił rozejm kłótni Kwestarz ją uśmierzył Człowiek stary lecz krępy i bardzo pleczysty Właśnie kiedy Asesor podbiegł do jurysty Gdy już sobie gestami grozili szermierze On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne Jedną o drugą jako jaja wielkanocne Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu I we dwa kąty izby rzucił ich od razu Chwilę z rozciągnionymi stał w miejscu rękami I Pax pax pax vobiscum krzyczał pokój z wami Zdziwiły się zaśmiały nawet strony obie Przez szacunek należny duchownej osobie Nie śmiano łajać mnicha a po takiej probie Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę Zaś kwestarz Robak skoro uciszył gromadę Widać było że wcale tryumfu nie szukał Ani groził kłótnikom więcej ani fukał Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem Zatknąwszy wyszedł cicho z pokoju Tymczasem Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony Plac zajęli Pan Wojski jakby przebudzony Z głębokiego dumania w środku się postawił Wąsy siwe pokręcił kapoty poprawił Iskrzyły mu się oczy zawżdy postrzegano Ten blask niezwykły kiedy o łowach gadano Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą I gdzie szmer jeszcze słyszał jak ksiądz kropielnicą Tam uciszając machał swą placką ze skóry Wreszcie podniosłszy trzonek z powagą do góry Jak laskę marszałkowską nakazał milczenie Uciszcie się powtarzał miejcie też baczenie Wy co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie Z gorszącej kłótni waszej co będzie czy wiecie Oto młodzież na której Ojczyzny nadzieje Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje Która niestety i tak zaniedbuje łowy Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy Widząc że ci co innym mają dać przykłady Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych A sądziłem ich nieraz sądem polubownym Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym Czy obławę zaciągnąć czy spotkać się z źwierzem Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota Terajewicza znałem co idąc na dziki Nie brał nigdy innego oręża prócz piki Budrewicza co chodził z niedźwiedziem w zapasy Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy Jeśli do sporu przyszło jakże spór godzili Oto obrali sędziów i zakład stawili Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka I wy Panowie pójdźcie za starych przykładem I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem Słowo wiatr w sporach słownych nigdy nie masz końca Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie A co wyrzeką temu sumiennie zawierzcie Ja uproszę Sędziego ażeby nie bronił Dojeżdżaczowi choćby po pszenicy gonił I tuszę że tę łaskę otrzymam od Pana To wyrzekłszy Sędziego ścisnął za kolana Konia zawołał Rejent stawię konia z rzędem I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę Ja rzekł Asesor stawię me złote obroże Jaszczurem wykładane z kółkami ze złota I smycz tkany jedwabny którego robota Równie cudna jak kamień co się na nim świeci Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci Jeślibym się ożenił ten sprzęt mnie darował Książę Dominik kiedym z nim razem polował I z marszałkiem Sanguszką księciem z jenerałem Mejenem i gdy wszystkich na charty wyzwałem Tam bezprzykładną w dziejach polowania sztuką Uszczułem sześć zajęcy pojedyńczą suką Polowaliśmy wtenczas na Kupiskim błoniu Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie A potem trzykroć ręką klasnąwszy po pysku Rzekł Mianuję cię odtąd Księżną na Kupisku Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa Od miejsc na których wielkie odnieśli zwycięstwa Telimena znudzona zbyt długimi swary Chciała wyjść na dziedziniec lecz szukała pary Wzięła koszyczek z kołka Panowie jak widzę Chcecie zostać w pokoju ja idę na rydze Kto łaska proszę za mną rzekła koło głowy Obwijając czerwony szal kaszemirowy Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę A drugą podchyliła do kostek sukienkę Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu A więc krzyknął Panowie po grzyby do boru Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie Sam ją sobie wybierze Jeśli znajdzie dama Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama Księga trzecia Umizgi Wyprawa Hrabi na sad Tajemnicza nimfa gęsi pasie Podobieństwo grzybobrania do przechadzki cieniów elizejskich Gatunki grzybów Telimena w Świątyni dumania Narady tyczące się postanowienia Tadeusza Hrabia pejzażysta Tadeusza uwagi malarskie nad drzewami i obłokami Hrabiego myśli o sztuce Dzwon Bilecik Niedźwiedź Mospanie Hrabia wracał do siebie lecz konia wstrzymywał Głową coraz w tył kręcił w ogród się wpatrywał I raz mu się zdawało że znowu z okienka Błysnęła tajemnicza bieluchna sukienka I coś lekkiego znowu upadło z wysoka I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka Pomiędzy zielonymi świeciło ogórki Jako promień słoneczny wykradłszy się z chmurki Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę Lub śród zielonej łąki w drobną wody szybę Hrabia zsiadł z konia sługi odprawił do domu A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu Dobiegł wkrótce parkanu znalazł w nim otwory wcisnął się po cichu jak wilk do obory Nieszczęściem trącił krzaki suchego agrestu Ogrodniczka jak gdyby zlękła się szelestu Oglądała się wkoło lecz nic nie spostrzegła Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła A Hrabia bokiem między wielkie końskie szczawie Między liście łopuchu na rękach po trawie Skacząc jak żaba cicho przyczołgał się blisko Wytknął głowę i ujrzał cudne widowisko W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie Śród nich zboże w gatunkach zmieszanych umyślnie Pszenica kukuruza bób jęczmień wąsaty Proso groszek a nawet krzewiny i kwiaty Domowemu to ptastwu taki ochmistszyni Wymyśliła ogródek sławna gospodyni Zwała się Kokosznicka z domu Jendykowi czówna jej wynalazek epokę stanowi W domowym gospodarstwie dziś powszechnie znany Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany Przyjęty pod sekretem od niewielu osób Nim go wydał kalendarz pod tytułem Sposób Na jastrzębie i kanie albo nowy środek Wychowywania drobiu był to ów ogrodek Jakoż zaledwie kogut co odprawia warty Stanie i nieruchomie dzierżąc dziób zadarty I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury Krzyknie zaraz w ten ogród chowają się kury Nawet gęsi i pawie i w nagłym przestrachu Gołębie gdy nie mogą schronić się na dachu Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku Tamte leżą w murawie te kąpią się w piasku Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe Odkryte włosy na nich krótkie jak len białe Szyje nagie do ramion a pomiędzy nimi Dziewczyna głową wyższa z włosami dłuższymi Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę Na której główki białe jak na tle obrazku Rzucone w ciemny błękit nabierały blasku Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu Jak wiankiem gwiazd świeciły w zbożu jak w przezroczu Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski I angielską trawicą posrebrzaną w paski I szczyrem koralowym i zielonym ślazem Których kształty i barwy mieszały się razem Niby krata ze srebra i złota pleciona A powiewna od wiatru jak lekka zasłona Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów Zwanych babkami których poczwórne skrzydełka Lekkie jak pajęczyna przejrzyste jak szkiełka Gdy w powietrzu zawisną zaledwie widome I chociaż brzęczą myślisz że są nieruchome Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku Szarą kitką podobną do piór strusich pęku Nią zdała się oganiać główki niemowlęce Od złotego motylów deszczu w drugiej ręce Coś u niej rogatego złocistego świeci Zdaje się że naczynie do karmienia dzieci Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei Tak zatrudniona przecież obracała głowę Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe Nie widząc że napastnik już z przeciwnej strony Zbliżył się czołgając się jak wąż przez zagony Aż wyskoczył z łopuchu spójrzała stał blisko O cztery grzędy od niej i kłaniał się nisko Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem Kiedy dzieci przelękłe podróżnego wniściem I ucieczką dziewczyny wrzasnęły okropnie Posłyszała uczuła że jest nieroztropnie Dziatwę małą przelękłą i samą porzucić Wracała wstrzymując się lecz musiała wrócić Jak niechętny duch wróżka przyzwany zaklęciem Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem Siadła przy nim na ziemi wzięła je na łono Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną Aż się uspokoiły objąwszy w rączęta Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta Pod skrzydło matki Ona rzekła Czy to pięknie Tak krzyczeć czy to grzecznie Ten pan was się zlęknie Ten pan nie przyszedł straszyć to nie dziad szkaradny To gość dobry pan patrzcie tylko jaki ładny Sama spojrzała Hrabia uśmiechnął się mile I widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle Postrzegła się umilkła oczy opuściła I jako róży pączek cała się spłoniła W istocie był to piękny pan słusznej urody Twarz miał pociągłą blade lecz świeże jagody Oczy modre łagodne włos długi białawy Na włosach listki ziela i kosmyki trawy Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony Zieleniły się jako wieniec rozpleciony O ty rzekł jakimkolwiek uczczę cię imieniem Bóstwem jesteś czy nimfą duchem czy widzeniem Mów własna li cię wola na ziemię sprowadza Obca li więzi ciebie na padole władza Ach domyślam się pewnie wzgardzony miłośnik Jaki pan możny albo opiekun zazdrośnik W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże Godna by o cię bronią walczyli rycerze Byś została romansów heroiną smutnych Odkryj mi Piękna tajnie twych losów okrutnych Znajdziesz wybawiciela odtąd twym skinieniem Jak rządzisz sercem moim tak rządź mym ramieniem Wyciągnął ramię Ona z rumieńcem dziewiczym Ale z rozweselonym słuchała obliczem Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę Nim rozezna ich wartość tak się słuch jej pieści Z dźwięcznymi słowy których nie pojęła treści Na koniec zapytała Skąd tu Pan przychodzi I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj Hrabia oczy roztworzył zmieszany zdziwiony Milczał wreszcie zniżając swej rozmowy tony Przepraszam rzekł Panienko widzę żem pomieszał Zabawy ach przepraszam jam właśnie pośpieszał Na śniadanie już późno chciałem na czas zdążyć Panienka wie że drogą trzeba wkoło krążyć Przez ogród zdaje mi się jest do dworu prościéj Dziewczyna rzekła Tędy droga Jegomości Tylko grząd psuć nie trzeba tam między murawą Ścieżka W lewo zapytał Hrabia czy na prawo Ogrodniczka podniosłszy błękitne oczęta Zdawała się go badać ciekawością zdjęta Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni A Hrabia drogi pyta Ale Hrabia do niéj Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu Rozmowy Panna mieszka tu blisko ogrodu Czy na wsi jak to było żem Panny we dworze Nie widział czy niedawno tu przyjezdna może Dziewczę wstrząsnęło głową Przepraszam Panienko Czy nie tam pokój Panny gdzie owe okienko Myślił zaś w duchu jeśli nie jest heroiną Romansów jest młodziuchną prześliczną dziewczyną Zbyt często wielka dusza myśl wielka ukryta W samotności jak róża śród lasów rozkwita Dosyć ją wynieść na świat postawić przed słońcem Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu Podniosła jedno dziecię zwisłe na ramieniu Drugie wzięła za rękę a kilkoro przodem Zaganiając jak gąski szła dalej ogrodem Odwróciwszy się rzekła Czy też Pan nie może Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże Ja ptastwo pędzać krzyknął Hrabia z zadziwieniem Ona tymczasem znikła zakryta drzew cieniem Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje Przeświecało coś na wskróś jakby oczu dwoje Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie Dusza jego jak ziemia po słońca zachodzie Ostygała powoli barwy brała ciemne Zaczął marzyć lecz sny miał bardzo nieprzyjemne Zbudził się sam nie wiedząc na kogo się gniewał Niestety mało znalazł nadto się spodziewał Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce Paliło mu się w głowie skakało w nim serce Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał W tyle ją cudów ubrał tyle odgadywał Wszystko znalazł inaczej prawda że twarz ładną Kibić miała wysmukłą ale jak nieskładną A owa pulchność liców i rumieńca żywość Malująca zbyteczną prostacką szczęśliwość Znak że myśl jeszcze drzemie że serce nieczynne I owe odpowiedzi tak wiejskie tak gminne Po cóż się łudzić krzyknął zgaduję po czasie Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze Zmieniło się te wstęgi te kraty urocze Złote srebrne niestety więc to była słoma Hrabia z załamanymi poglądał rękoma Na snopek uwiązanej trawami mietlicy Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy Nie zapomniał naczynia złocista konewka Ów różek Amaltei była to marchewka Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie Więc było po uroku po czarach po dziwie Tak chłopiec kiedy ujrzy cykoryi kwiaty Wabiące dłoń miękkimi lekkimi bławaty Chce je pieścić zbliża się dmuchnie i z podmuchem Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy Nagą łodygę szarozielonawej trawy Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał Tamtędy kędy przyszedł ale drogę skracał Stąpając po jarzynach kwiatach i agreście Aż przeskoczywszy parkan odetchnął nareście Przypomniał że dziewczynie mówił o śniadaniu Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu W ogrodzie blisko domu może szukać wyślą Postrzegli że uciekał kto wie co pomyślą Więc wypadało wrócić Chyląc się u płotów Około miedz i zielska po tysiącach zwrotów Rad był przecież że wyszedł w końcu na gościniec Który prosto prowadził na dworski dziedziniec Szedł przy płocie a głowę odwracał od sadu Jak złodziej od śpichlerza aby nie dać śladu Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził Tak Hrabia był ostróżny choć go nikt nie śledził Patrzył w stronę przeciwną ogrodu na prawo Był gaj z rzadka zarosły wysłany murawą Po jej kobiercach na wskroś białych pniów brzozowych Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych Snuło się mnóstwo kształtów których dziwne ruchy Niby tańce i dziwny ubiór istne duchy Błądzące po księżycu Tamci w czarnych ciasnych Ci w długich rozpuszczonych szatach jak śnieg jasnych Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim Ten z gołą głową inni jak gdyby obłokiem Obwiani idąc na wiatr puszczają zasłony Ciągnące się za głową jak komet ogony Każdy w innej postawie ten przyrosł do ziemi Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi Ów patrząc wprost przed siebie niby senny kroczy Jak po linie ni w prawo ni w lewo nie zboczy Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony Aż do ziemi jak gdyby wybijać pokłony Jeżeli się przybliżą albo się spotkają Ani mówią do siebie ani się witają Głęboko zadumani w sobie pogrążeni Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni Które chociaż boleściom troskom niedostępne Błąkają się spokojne ciche lecz posępne Któż by zgadnął że owi tak mało ruchomi Owi milczący ludzie są nasi znajomi Sędziowscy towarzysze z hucznego śniadania Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania Jako ludzie rozsądni umieją miarkować Mowy i ruchy swoje aby je stosować W każdej okoliczności do miejsca i czasu Dlatego nim ruszyli za Sędzią do lasu Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne Służące do przechadzki opończe płócienne Którymi osłaniają po wierzchu kontusze A na głowy słomiane wdziali kapelusze Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze Młodzież także przebrana oprocz Telimeny I kilku po francusku chodzących Tej sceny Hrabia nie pojął nie znał wiejskiego zwyczaju Więc zdziwiony niezmiernie biegł pędem do gaju Grzybów było w bród chłopcy biorą krasnolice Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice Co są godłem panieństwa bo czerw ich nie zjada I dziwna żaden owad na nich nie usiada Panienki za wysmukłym gonią borowikiem Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem Wszyscy dybią na rydza ten wzrostem skromniejszy I mniej sławny w piosenkach za to najsmaczniejszy Czy świeży czy solony czy jesiennej pory Czy zimą Ale Wojski zbierał muchomory Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku Dla szkodliwości albo niedobrego smaku Lecz nie są bez użytku one zwierza pasą I gniazdem są owadów i gajów okrasą Na zielonym obrusie łąk jako szeregi Naczyń stołowych sterczą tu z krągłymi brzegi Surojadki srebrzyste żółte i czerwone Niby czareczki różnym winem napełnione Koźlak jak przewrócone kubka dno wypukłe Lejki jako szampańskie kieliszki wysmukłe Bielaki krągłe białe szerokie i płaskie Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie I kulista czarniawym pyłkiem napełniona Purchawka jak pieprzniczka zaś innych imiona Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku Od ludzi nie ochrzczone a jest ich bez liku Ni wilczych ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy A kto schyla się ku nim gdy błąd swój obaczy Zagniewany grzyb złamie albo nogą kopnie Tak szpecąc trawę czyni bardzo nieroztropnie Telimena ni wilczych ni ludzkich nie zbiera Roztargniona znudzona dokoła spoziera Z głową w górę zadartą Więc pan Rejent w gniewie Mówił o niej że grzybów szukała na drzewie Asesor ją złośliwiej równał do samicy Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy Jakoż zdała się szukać samotności ciszy Oddalała się z wolna od swych towarzyszy I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły Ocieniony bo drzewa gęściej na nim rosły W środku szarzał się kamień strumień spod kamienia Szumiał tryskał i zaraz jakby szukał cienia Chował się między gęste i wysokie zioła Które wodą pojone bujały dokoła Tam ów bystry swawolnik spowijany w trawy I liściem podesłany bez ruchu bez wrzawy Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe I liścia makowego nasypie pod głowę Miejsce piękne i ciche tu się często schrania Telimena zowiąc je Świątynią dumania Stanąwszy nad strumieniem rzuciła na trawnik Z ramion swój szal powiewny czerwony jak krwawnik I podobna pływaczce która do kąpieli Zimnej schyla się nim się zanurzyć ośmieli Klęknęła i powoli chyliła się bokiem Wreszcie jakby porwana koralu potokiem Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła Łokcie na trawie skronie na dłoniach oparła Z głową w dół skłonioną na dole u głowy Błysnął francuskiej książki papier welinowy Nad alabastrowymi stronicami księgi Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi W szmaragdzie bujnych traw na krwawnikowym szalu W sukni długiej jak gdyby w powłoce koralu Od której odbijał się włos z jednego końca Z drugiego czarny trzewik po bokach błyszcząca Śnieżną pończoszką chustką białością rąk lica Wydawała się z dala jak pstra gąsienica Gdy wpełźnie na zielony liść klonu Niestety Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety Darmo czekały znawców nikt nie zważał na nie Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem I nie śmiejąc iść prosto przysuwał się bokiem Jak strzelec gdy w ruchomej gałęzistej szopie Usiadłszy na dwóch kołach podjeżdża na dropie Albo na siewki idąc przy koniu się kryje Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję Niby to bronę włóczy niby jedzie miedzą A coraz się przybliża kędy ptaki siedzą Tak skradał się Tadeusz Sędzia czaty zmieszał I przeciąwszy mu drogę do źródła pośpieszał Z wiatrem igrały białe poły szarafana I wielka chustka w pasie końcem uwiązana Słomiany podwiązany kapelusz od ruchu Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu Spadając to na barki to znowu na oczy W ręku ogromna laska tak pan Sędzia kroczy Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu I wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową Trzciny ogromnej z taką ozwał się przemową Widzi Aśćka od czasu jak tu u nas gości Tadeuszek niemało mam niespokojności Jestem bezdzietny stary ten dobry chłopczyna Wszak to moja na świecie pociecha jedyna Przyszły dziedzic fortunki mojej Z łaski nieba Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba Już mu też czas obmyśleć los postanowienie Ale zważaj no Aśćka moje utrapienie Wiesz że pan Jacek brat mój Tadeusza ociec Dziwny człowiek zamiarów jego trudno dociec Nie chce wracać do kraju Bóg wie gdzie się kryje Nawet nie chce synowi oznajmić że żyje A ciągle nim zarządza Naprzód w legijony Chciał go posyłać byłem okropnie zmartwiony Potem zgodził się przecie by w domu pozostał I żeby się ożenił Jużbyć żony dostał Partyję upatrzyłem nikt z obywateli Nie wyrówna z imienia ani z parenteli Podkomorzemu jego starsza córka Anna Jest na wydaniu piękna i posażna panna Chciałem zagaić Na to Telimena zbladła Złożyła książkę wstała nieco i usiadła Jak mamę kocham rzekła czy to Panie Bracie Jest w tym sens jaki czy wy Boga w sercu macie To myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem Świat mu zawiążesz wierz mi kląć was kiedyś będzie Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie Wierz mi ile poznałam pojętne to dziecię Warto żeby na wielkim przetarło się świecie Dobrze Brat zrobi gdy go do stolicy wyśle Na przykład do Warszawy lub wie Brat co myślę Żeby do Peterburka Ja pewnie tej zimy Pojadę tam dla sprawy razem ułożymy Co zrobić z Tadeuszem znam tam wiele osób Mam wpływy to najlepszy kreacyi sposób Za mą pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy A kiedy będzie ważnym osobom znajomy Dostanie urząd order wtenczas niech porzuci Służbę jeżeli zechce niech do domu wróci Mając już i znaczenie i znajomość świata I cóż Brat myśli o tym Jużci w młode lata Rzekł Sędzia nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć Obejrzeć się na świecie między ludźmi przetrzeć Ja za młodu niemało świata objechałem Byłem w Piotrkowie w Dubnie to za trybunałem Jadąc jako palestrant to własne swe sprawy Forytując jeździłem nawet do Warszawy Człek niemało skorzystał chciałbym i synowca Wysłać pomiędzy ludzie prosto jak wędrowca Jak czeladnika który terminuje lata Ażeby nabył trochę znajomości świata Nie dla rang ni orderów proszę uniżenie Ranga moskiewska order cóż to za znaczenie Któryż to z dawnych panów ba nawet dzisiejszych Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych Dba o podobne fraszki przecież są w estymie U ludzi bo szanujem w nich ród dobre imię Albo urząd lecz ziemski przyznany wyborem Obywatelskim nie zaś czyimś tam faworem Telimena przerwała Jeśli Brat tak myśli Tym lepiej więc go jako wojażera wyślij Widzi Siostra rzekł Sędzia skrobiąc smutnie głowę Chciałbym bardzo cóż kiedy mam trudności nowe Pan Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna I przysłał mi tu właśnie na kark bernardyna Robaka który przybył z tamtej strony Wisły Przyjaciel brata wszystkie wie jego zamysły A więc o Tadeusza już wyrzekli losie I chcą by się ożenił aby pojął Zosię Wychowankę Wać Pani oboje dostaną Oprocz fortunki mojej z łaski Jacka wiano W kapitałach wiesz Aśćka że ma kapitały I z łaski jego mam też fundusz prawie cały Ma więc prawo rozrządzać Aśćka pomyśl o tem Żeby się to zrobiło z najmniejszym kłopotem Trzeba ich z sobą poznać Prawda bardzo młodzi Szczególnie Zosia mała lecz to nic nie szkodzi Czas by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia Telimena zdziwiona i prawie wylękła Podnosiła się coraz na szalu uklękła Zrazu słuchała pilnie potem dłoni ruchem Przeczyła ręką żwawo wstrząsając nad uchem Odpędzając jak owad nieprzyjemne słowa Na powrót w usta mówcy A a to rzecz nowa Czy to Tadeuszowi szkodzi czy nie szkodzi Rzekła z gniewem sądź o tym sam Wać Pan Dobrodziej Mnie nic do Tadeusza sami o nim radźcie Zróbcie go ekonomem lub w karczmie posadźcie Niech szynkuje lub z lasu niech źwierzynę znosi Z nim sobie co zechcecie zróbcie lecz do Zosi Co Wać Państwu do Zosi Ja jej ręką rządzę Ja sama Że pan Jacek dawał był pieniądze Na wychowanie Zosi i że jej wyznaczył Małą pensyjkę roczną więcej przyrzec raczył Toć jej jeszcze nie kupił Zresztą Państwo wiecie I dotąd jeszcze o tym wiadomo na świecie Że hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu Tej części mowy Sędzia słuchał z niepojętem Pomieszaniem żałością i widocznym wstrętem Jakby lękał się reszty mowy głowę skłonił I ręką potakując mocno się zapłonił Telimena kończyła Byłam jej piastunką Jestem krewną jedyną Zosi opiekunką Nikt oprócz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu A jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu Rzekł Sędzia wzrok podnosząc Jeśli Tadeuszka Podoba Czy podoba to na wierzbie gruszka Podoba nie podoba a to mi rzecz ważna Zosia nie będzie prawda partyja posażna Ale też nie jest z lada wsi lada szlachcianka Idzie z Jaśnie Wielmożnych jest Wojewodzianka Rodzi się z Horeszkówny małżonka dostanie Staraliśmy się tyle o jej wychowanie Chybaby tu zdziczała Sędzia pilnie słuchał Patrząc w oczy zdało się że się udobruchał Bo rzekł dosyć wesoło No to i cóż robić Bóg widzi szczerze chciałem interesu dobić Tylko bez gniewu Jeśli Aśćka się nie zgodzi Aśćka ma prawo smutno gniewać się nie godzi Radziłem bo brat kazał nikt tu nie przymusza Gdy Aśćka rekuzuje pana Tadeusza Odpisuję Jackowi że nie z mojej winy Nie dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny Teraz sam będę radzić pono z Podkomorzym Zagaimy swatostwo i resztę ułożym Przez ten czas Telimena ostygła z zapału Ja nic nie rekuzuję Braciszku pomału Sam mówiłeś że jeszcze za wcześnie zbyt młodzi Rozpatrzmy się czekajmy nic to nie zaszkodzi Poznajmy z sobą państwa młodych będziem zważać Nie można szczęścia drugich tak na traf narażać Ostrzegam tylko wcześnie niech Brat Tadeusza Nie namawia kochać się w Zosi nie przymusza Bo serce nie jest sługa nie zna co to pany I nie da się przemocą okuwać w kajdany Za czym Sędzia powstawszy odszedł zamyślony Pan Tadeusz z przeciwnej przybliżał się strony Udając że szukanie grzybów tam go zwabia W tymże kierunku z wolna posuwał się Hrabia Hrabia podczas Sędziego sporów z Telimeną Stał za drzewami mocno zdziwiony tą sceną Dobył z kieszeni papier i ołówek sprzęty Które zawsze miał z sobą i na pień wygięty Rozpiąwszy kartkę widać że obraz malował Mówiąc sam z sobą Jakbyś umyślnie grupował Ten na głazie ta w trawie grupa malownicza Głowy charakterowe z kontrastem oblicza Podchodził wstrzymywał się lornetkę przecierał Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał Miałożby to cudowne śliczne widowisko Zginąć albo zmienić się gdy podejdę blisko Ten aksamit traw będzież to mak i botwinie W nimfie tej czyż obaczę jaką ochmistrzynię Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał W domu Sędziego w którym dosyć często bywał Lecz mało ją uważał zadziwił się zrazu Rozeznając w niej model swojego obrazu Miejsca piękność postawy wdzięk i gust ubrania Zmieniły ją zaledwie była do poznania W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy Twarz ożywiona wiatru świeżymi powiewy Sporem z Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców Nabrała mocnych żywszych niż zwykle rumieńców Pani rzekł Hrabia racz mej śmiałości darować Przychodzę i przepraszać i razem dziękować Przepraszać że jej kroków śledziłem ukradkiem I dziękować że byłem jej dumania świadkiem Tyle ją obraziłem winienem jej tyle Przerwałem chwile dumań winienem ci chwile Natchnienia chwile błogie potępiaj człowieka Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka Na wielem się odważył na więcej odważę Sądź tu ukląkł i podał swoje peizaże Telimena sądziła malowania proby Tonem grzecznej lecz sztukę znającej osoby Skąpa w pochwały lecz nie szczędziła zachętu Brawo rzekła winszuję niemało talentu Tylko Pan nie zaniedbuj szczególniej potrzeba Szukać pięknej natury O szczęśliwe nieba Krajów włoskich różowe Cezarów ogrody Wy klasyczne Tyburu spadające wody I straszne Pauzylipu skaliste wydroże To Hrabio kraj malarzów U nas żal się Boże Dziecko muz w Soplicowie oddane na mamki Umrze pewnie Mój Hrabio oprawię to w ramki Albo w album umieszczę do rysunków zbiorku Które zewsząd skupiałam mam ich dosyć w biurku Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach Morskich szumach i wiatrach wonnych i skał szczytach Mieszając tu i ówdzie podróżnych zwyczajem Śmiech i urąganie się nad ojczystym krajem A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy Litewskie tak poważne i tak pełne krasy Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem Leszczyna jak menada z zielonymi berły Ubranymi jak w grona w orzechowe perły A niżej dziatwa leśna głóg w objęciu kalin Ożyna czarne usta tuląca do malin Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce Jak do tańca stające panny i młodzieńce Wkoło pary małżonków Stoi pośród grona Para nad całą leśną gromadą wzniesiona Wysmukłością kibici i barwy powabem Brzoza biała kochanka z małżonkiem swym grabem A dalej jakby starce na dzieci i wnuki Patrzą siedząc w milczeniu tu sędziwe buki Tam matrony topole i mchami brodaty Dąb włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty Wspiera się jak na grobów połamanych słupach Na dębów przodków swoich skamieniałych trupach Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału Długą rozmową w której nie mógł brać udziału Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje I wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje Pomarańcze cyprysy oliwki migdały Kaktusy aloesy mahonie sandały Cytryny bluszcz orzechy włoskie nawet figi Wysławiając ich kształty kwiaty i łodygi Tadeusz nie przestawał dąsać się i zżymać Na koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać Był on prostak lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia I patrząc w las ojczysty rzekł pełen natchnienia Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie I na południu w owej pięknej włoskiej ziemi Któreż równać się może z drzewami naszemi Czy aloes z długimi jak konduktor pałki Czy cytryna karlica z złocistymi gałki Z liściem lakierowanym krótka i pękata Jako kobieta mała brzydka lecz bogata Czy zachwalony cyprys długi cienki chudy Co zdaje się być drzewem nie smutku lecz nudy Mówią że bardzo smutnie wygląda na grobie Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina Która jako wieśniaczka kiedy płacze syna Lub wdowa męża ręce załamie roztoczy Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy Niema z żalu postawą jak wymownie szlocha Czemuż Pan Hrabia jeśli w malarstwie się kocha Nie maluje drzew naszych pośród których siedzi Prawdziwie będą z Pana żartować sąsiedzi Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie Malujesz tylko jakieś skały i pustynie Przyjacielu rzekł Hrabia piękne przyrodzenie Jest formą tłem materią a duszą natchnienie Które na wyobraźni unosi się skrzydłach Poleruje się gustem wspiera na prawidłach Nie dość jest przyrodzenia nie dosyć zapału Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału Nie wszystko co jest piękne wymalować da się Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie Co się tycze malarstwa do obrazu trzeba Punktów widzenia grupy ensemblu i nieba Nieba włoskiego stąd też w kunszcie peizażów Włochy były są będą ojczyzną malarzów Stąd też oprocz Brejgela lecz nie Van der Helle Ale peizażysty bo są dwaj Brejgele I oprocz Ruisdala na całej północy Gdzież był peizażysta który pierwszej mocy Niebios niebios potrzeba Nasz malarz Orłowski Przerwała Telimena miał gust Soplicowski Trzeba wiedzieć że to jest Sopliców choroba Że im oprocz Ojczyzny nic się nie podoba Orłowski który życie strawił w Peterburku Sławny malarz mam jego kilka szkiców w biurku Mieszkał tuż przy cesarzu na dworze jak w raju A nie uwierzy Hrabia jak tęsknił po kraju Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy Wysławiał wszystko w Polszcze ziemię niebo lasy I miał rozum zawołał Tadeusz z zapałem Te Państwa niebo włoskie jak o nim słyszałem Błękitne czyste wszak to jak zamarzła woda Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda U nas dość głowę podnieść ileż to widoków Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków Bo każda chmura inna na przykład jesienna Pełźnie jak żółw leniwa ulewą brzemienna I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi Jak rozwite warkocze to są deszczu strugi Chmura z gradem jak balon szybko z wiatrem leci Krągła ciemnobłękitna w środku żółto świeci Szum wielki słychać wkoło nawet te codzienne Patrzcie Państwo te białe chmurki jak odmienne Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi A z tyłu wiatr jak sokoł do kupy je pędzi Ściskają się grubieją rosną nowe dziwy Dostają krzywych karków rozpuszczają grzywy Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie Przelatują jak tabun rumaków po stepie Wszystkie białe jak srebro zmieszały się nagle Z ich karków rosną maszty z grzyw szerokie żagle Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie Cicho z wolna po niebios błękitnej równinie Hrabia i Telimena poglądali w górę Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny Kilka już upłynęło minut cichej sceny Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu I wydobył ołówek wtem przykry dla uszu Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu Cichego pełno było krzyku i hałasu Hrabia kiwnąwszy głową rzekł poważnym tonem Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem Rachunki myśli wielkiej plany wyobraźni Zabawki niewinności uciechy przyjaźni Wylania się serc czułych gdy śpiż z dala ryknie Wszystko miesza się zrywa mąci się i niknie Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie Cóż zostaje a ona mu rzekła Wspomnienie I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek Podała mu urwany kwiatek niezabudek Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał Widząc że się ku niemu tym zielem przewija Coś białego była to rączka jak lilija Pochwycił ją całował i usty po cichu Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu Uczuł na ustach zimno znalazł klucz i biały Papier w trąbkę zwiniony był to listek mały Porwał schował w kieszenie nie wie co klucz znaczy Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy Dzwon wciąż dzwonił i echem z głębi cichych lasów Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów Odgłos to był szukania i nawoływania Hasło zakończonego na dziś grzybobrania Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy Jak się Hrabiemu zdało owszem obiadowy Dzwon ten w każde południe krzyczący z poddasza Gości i czeladź domu na obiad zaprasza Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju I zostało się w domu Sędziego Więc z gaju Wychodziła gromada niosąca krobeczki Koszyki uwiązane końcami chusteczki Pełne grzybów a panny w jednym ręku niosły Jako wachlarz zwiniony borowik rozrosły W drugim związane razem jakby polne kwiatki Opieńki i rozlicznej barwy surojadki Wojski niósł muchomora Z próżnymi przychodzi Rękami Telimena z nią panicze młodzi Goście weszli w porządku i stanęli kołem Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy Idąc kłaniał się starcom damom i młodzieży Obok stał Kwestarz Sędzia tuż przy Bernardynie Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie Podano w kolej wódkę za czym wszyscy siedli I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli Obiadowano ciszej niż się zwykle zdarza Nikt nie gadał pomimo wezwań gospodarza Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza Telimena mówiąca wciąż do Tadeusza Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić Tak ptasznik patrzy w sidło kędy szczygły zwabia I razem w pastkę wróblą Tadeusz i Hrabia Obadwa radzi z siebie obadwa szczęśliwi Oba pełni nadziei więc niegadatliwi Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie Czy ów kluczyk nie uciekł ręką nawet chwytał I kręcił kartkę której dotąd nie przeczytał Sędzia Podkomorzemu węgrzyna szampana Dolewał służył pilnie ściskał za kolana Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty I widać że czuł jakieś tajemne kłopoty Przemijały w milczeniu talerze i dania Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania Gość niespodziany szybko wpadając gajowy Nie zważał nawet że czas właśnie obiadowy Podbiegł do Pana widać z postawy i z miny Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie On odetchnąwszy nieco rzekł Niedźwiedź Mospanie Resztę wszyscy odgadli że zwierz z matecznika Wyszedł że w Zaniemeńską puszczę się przemyka Że go trzeba wnet ścigać wszyscy wraz uznali Choć ani się radzili ani namyślali Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów Z gestów żywych z wydanych rozlicznych rozkazów Które wychodząc tłumnie razem z ust tak wielu Dążyły przecież wszystkie do jednego celu Na wieś zawołał Sędzia hej konno setnika Jutro na brzask obława lecz na ochotnika Kto wystąpi z oszczepem temu z robocizny Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny W skok krzyknął Podkomorzy okulbaczyć siwą Dobiec w cwał do mojego dworu wziąć co żywo Dwie pjawki które w całej okolicy słyną Pies zowie się Sprawnikiem a suka Strapczyną Zakneblować im pyski zawiązać je w miechu I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu Wańka krzyknął na chłopca Asesor po rusku Tasak mój Sanguszowski pociągnąć na brusku Wiesz tasak co od Księcia miałem w podarunku Pas opatrzyć czy kula jest w każdym ładunku Strzelby krzyknęli wszyscy mieć na pogotowiu Asesor wołał ciągle Ołowiu ołowiu Formę do kul mam w torbie Do księdza plebana Dać znać dodał pan Sędzia żeby jutro z rana Mszę miał w kaplicy leśnej króciuchna oferta Za myśliwych msza zwykła świętego Huberta Po wydanych rozkazach nastało milczenie Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie Jak gdyby kogoś szukał z wolna wszystkich oczy Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy Znak to był że szukają na przyszłą wyprawę Wodza i że Wojskiemu oddają buławę Wojski powstał zrozumiał towarzyszów wolę I uderzywszy ręką poważnie po stole Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka Jutro rzekł pół do piątej przy leśnej kaplicy Stawią się bracia strzelcy wiara obławnicy Rzekł i ruszył od stołu za nim szedł gajowy Oni obmyślić mają i urządzić łowy Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu A wodze śród cichego dumają namiotu Przerwał się obiad dzień zszedł na kowaniu koni Karmieniu psów zbieraniu i czyszczeniu broni U wieczerzy zaledwie kto przysiadł do stoła Nawet strona Kusego z partyją Sokoła Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem Pobrawszy się pod ręce Rejent z Asesorem Wyszukują ołowiu Reszta spracowana Szła spać wcześnie ażeby przebudzić się z rana Księga czwarta Dyplomatyka i łowy Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza Za późne postrzeżenie omyłki Karczma Emisariusz Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusję na właściwą drogę Matecznik Niedźwiedź Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego Trzy strzały Spór Sagalasówki z Sanguszkówką rozstrzygniony na stronę jednorurki Horeszkowskiej Bigos Wojskiego powieść o pojedynku Dowejki z Domejką przerwana szczuciem kota Koniec powieści o Dowejce i Domejce Rówienniki litewskich wielkich kniaziów drzewa Białowieży Świtezi Ponar Kuszelewa Których cień spadał niegdyś na koronne głowy Groźnego Witenesa wielkiego Mindowy I Giedymina kiedy na Ponarskiej górze Przy ognisku myśliwskim na niedźwiedziej skórze Leżał słuchając pieśni mądrego Lizdejki A Wiliji widokiem i szumem Wilejki Ukołysany marzył o wilku żelaznym I zbudzony za bogów rozkazem wyraźnym Zbudował miasto Wilno które w lasach siedzi Jak wilk pośrodku żubrów dzików i niedźwiedzi Z tego to miasta Wilna jak z rzymskiej wilczycy Wyszedł Kiejstut i Olgierd i Olgierdowicy Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze Czyli wroga ścigali czyli dzikie źwierzę Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów Knieje do was ostatni przyjeżdżał na łowy Ostatni król co nosił kołpak Witoldowy Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy I ostatni na Litwie monarcha myśliwy Drzewa moje ojczyste jeśli niebo zdarzy Bym wrócił was oglądać przyjaciele starzy Czyli was znajdę jeszcze czy dotąd żyjecie Wy koło których niegdyś pełzałem jak dziecię Czy żyje wielki Baublis w którego ogromie Wiekami wydrążonym jakby w dobrym domie Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem I tam na Ukrainie czy się dotąd wznosi Przed Hołowińskich domem nad brzegami Rosi Lipa tak rozrośniona że pod jej cieniami Stu młodzieńców sto panien szło w taniec parami Pomniki nasze ileż co rok was pożera Kupiecka lub rządowa moskiewska siekiera Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom Ni wieszczom którym cień wasz tak miły jak ptakom Wszak lipa Czarnolaska na głos Jana czuła Tyle rymów natchnęła wszak ów dąb gaduła Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa Ja ileż wam winienem o domowe drzewa Błahy strzelec uchodząc szyderstw towarzyszy Za chybioną źwierzynę ileż w waszej ciszy Upolowałem dumań gdy w dzikim ostępie Zapomniawszy o łowach usiadłem na kępie A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody Zlany granatem czarnej zgniecionej jagody A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki Strojne w brusznice jakby w koralów paciorki Wokoło była ciemność gałęzie u góry Wisiały jak zielone gęste niskie chmury Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym Jękiem szumami wyciem łoskotami gromem Dziwny odurzający hałas mnie się zdało Że tam nad głową morze wiszące szalało Na dole jak ruiny miast tu wywrot dębu Wysterka z ziemi na kształt ogromnego zrębu Na nim oparte jak ścian i kolumn obłamy Tam gałęziste kłody tu wpół zgniłe tramy Ogrodzone parkanem traw w środek tarasu Zajrzeć straszno tam siedzą gospodarze lasu Dziki niedźwiedzie wilki u wrót leżą kości Na pół zgryzione jakichś nieostrożnych gości Czasem wymkną się w górę przez trawy zielenie Jakby dwa wodotryski dwa rogi jelenie I mignie między drzewa źwierz żółtawym pasem Jak promień kiedy wpadłszy gaśnie między lasem I znowu cichość w dole Dzięcioł na jedlinie Stuka z lekka i dalej odlatuje ginie Schował się ale dziobem nie przestaje pukać Jak dziecko gdy schowane woła by go szukać Bliżej siedzi wiewiórka orzech w łapkach trzyma Gryzie go zawiesiła kitkę nad oczyma Jak pióro nad szyszakiem u kirasyjera Chociaż tak osłoniona dokoła spoziera Dostrzegłszy gościa skacze gajów tanecznica Z drzew na drzewa miga się jako błyskawica Na koniec w niewidzialny otwór pnia przepada Jak wracająca w drzewo rodzime dryjada Znowu cicho Wtem gałąź wstrząsła się trącona I pomiędzy jarzębin rozsunione grona Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica To jagód lub orzechów zbieraczka dziewica W krobeczce z prostej kory podaje zebrane Bruśnice świeże jako jej usta rumiane Obok młodzieniec idzie leszczynę nagina Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie Zgadują że się ku nim zbliża polowanie I pomiędzy gałęzi gęstwę pełni trwogi Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi W Soplicowie ruch wielki lecz ni psów hałasy Ani rżące rumaki skrzypiące kolasy Ni odgłos trąb dających hasło polowania Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania Ubrany padłszy w łóżko spał jak bobak w norze Nikt z młodzieży nie myślił szukać go po dworze Każdy sobą zajęty śpieszył gdzie kazano O towarzyszu sennym całkiem zapomniano On chrapał słońce w otwór co śród okienicy Wyrznięty był w kształt serca wpadło do ciemnicy Słupem ognistym prosto sennemu na czoło On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się w koło Chroniąc się blasku nagle usłyszał stuknienie Przebudził się wesołe było przebudzenie Czuł się rzeźwym jak ptaszek z lekkością oddychał Czuł się szczęśliwym sam się do siebie uśmiechał Myśląc o wszystkim co mu wczora się zdarzyło Rumienił się i wzdychał i serce mu biło Spójrzał w okno o dziwy w promieni przezroczu W owym sercu błyszczało dwoje jasnych oczu Szeroko otworzonych jak zwykle wejrzenie Kiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie Ujrzał i małą rączkę niby wachlarz z boku Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku Palce drobne zwrócone na światło różowe Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe Usta widział ciekawe roztulone nieco I ząbki co jak perły śród koralów świecą I lica choć od słońca zasłaniane dłonią Różową same całe jak róże się płonią Tadeusz spał pod oknem sam ukryty w cieniu Leżąc na wznak cudnemu dziwił się zjawieniu I miał je tuż nad sobą ledwie nie na twarzy Nie wiedział czy to jawa czyli mu się marzy Jedna z tych miłych jasnych twarzyczek dziecinnych Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych Twarzyczka schyliła się ujrzał drżąc z bojaźni I radości niestety ujrzał najwyraźniej Przypomniał poznał włos ów krótki jasnozłoty W drobne jako śnieg białe zwity papiloty Niby srebrzyste strączki co od słońca blasku Świeciły jak korona na świętych obrazku Zerwał się i widzenie zaraz uleciało Przestraszone łoskotem czekał nie wracało Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie I słowa Niech Pan wstaje czas na polowanie Pan zaspał Skoczył z łóżka i obu rękami Pchnął okienicę że aż trzasła zawiasami I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany Wyskoczył patrzył wkoło zdumiony zmieszany Nic nie widział nie dostrzegł niczyjego śladu Niedaleko od okna był parkan od sadu Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce Chwiały się czy je lekkie potrąciły ręce Czy wiatr ruszył Tadeusz długo patrzył na nie Nie śmiał iść w ogród tylko wsparł się na parkanie Oczy podniósł i z palcem do ust przyciśnionym Kazał sam sobie milczeć by słowem kwapionym Nie rozerwał myślenia potem w czoło stukał Niby do wspomnień dawnych uśpionych w nim pukał Na koniec gryząc palce do krwi się zadrasnął I na cały głos Dobrze dobrze mi tak wrzasnął We dworze gdzie przed chwilą tyle było krzyku Teraz pusto i głucho jak na mogilniku Wszyscy ruszyli w pole Tadeusz nadstawił Uszu i ręce do nich jak trąbki przyprawił Słuchał aż mu wiatr przyniósł wiejący od puszczy Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany Wziął więc flintę skoczył nań i jak opętany Pędził ku karczmom które stały przy kaplicy Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi Oknami wzajem sobie grożąc jako wrogi Stara należy z prawa do zamku dziedzica Nową na złość zamkowi postawił Soplica W tamtej jak w swym dziedzictwie rej wodził Gerwazy W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru Stara wedle dawnego zbudowana wzoru Który był wymyślony od tyryjskich cieśli A potem go Żydowie po świecie roznieśli Rodzaj architektury obcym budowniczym Wcale nie znany my go od Żydów dziedziczym Karczma z przodu jak korab z tyłu jak świątynia Korab istna Noego czworogranna skrzynia Znany dziś pod prostackim nazwiskiem stodoły Tam różne są zwierzęta konie krowy woły Kozy brodate w górze zaś ptastwa gromady I płazów choć po parze są też i owady Część tylnia na kształt dziwnej świątyni stawiona Przypomina z pozoru ów gmach Salomona Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśle Hiramscy na Syjonie wystawili cieśle Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach A szkoł rysunek widny w karczmach i stodołach Dach z dranic i ze słomy śpiczasty zadarty Pogięty jako kołpak żydowski podarty Ze szczytu wytryskają krużganku krawędzie Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie Kolumny co jak wielkie architektów dziwo Trwałe chociaż wpół zgniłe i stawione krzywo Jako w wieży pizańskiej nie podług modelów Greckich bo są bez podstaw i bez kapitelów Nad kolumnami biegą wpółokrągłe łuki Także z drzewa gotyckiej naśladowstwo sztuki Z wierzchu ozdoby sztuczne nie rylcem nie dłutem Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem Krzywe jak szabasowych ramiona świeczników Na końcu wiszą gałki coś na kształt guzików Które Żydzi modląc się na łbach zawieszają I które po swojemu cyces nazywają Słowem z daleka karczma chwiejąca się krzywa Podobna jest do Żyda gdy się modląc kiwa Dach jak czapka jak broda strzecha roztrzęśniona Ściany dymne i brudne jak czarna opona A z przodu rzeźba sterczy jak cyces na czole W środku karczmy jest podział jak w żydowskiej szkole Jedna część pełna izbic ciasnych i podłużnych Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych W drugiej ogromna sala Koło każdej ściany Ciągnie się wielonożny stół wąski drewniany Przy nim stołki choć niższe podobne do stoła Jako dzieci do ojca Na stołkach dokoła Siedziały chłopy chłopki tudzież szlachta drobna Wszyscy rzędem Ekonom sam siedział z osobna Po rannej mszy z kaplicy że była niedziela Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela Przed każdym już szumiała siwą wódką czarka Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka W środku arendarz Jankiel w długim aż do ziemi Szarafanie zapiętym haftkami srebrnemi Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził Rzucając wkoło okiem rozkazy wydawał Witał wchodzących gości przy siedzących stawał Zagajając rozmowę kłótliwych zagadzał Lecz nie służył nikomu tylko się przechadzał Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości Od lat wielu dzierżawił karczmę a nikt z włości Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu O cóż skarżyć miał trunki dobre do wyboru Rachował się ostrożnie lecz bez oszukaństwa Ochoty nie zabraniał nie cierpiał pijaństwa Zabaw wielki miłośnik u niego wesele I chrzciny obchodzono on w każdą niedzielę Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce Przy której i basetla była i kozice Muzykę znał sam słynął muzycznym talentem Z cymbałami narodu swego instrumentem Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał I pieśniami bo biegle i uczenie śpiewał Chociaż Żyd dosyć czystą miał polską wymowę Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy Kołomyjek z Halicza mazurów z Warszawy Wieść nie wiem czyli pewna w całej okolicy Głosiła że on pierwszy przywiózł z zagranicy I upowszechnił wówczas w tamecznym powiecie Ową piosenkę sławną dziś na całym świecie A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów Wygrały Włochom polskie trąby legijonów Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca Jedna miłość u ludzi wsławia i wzbogaca Jankiel zrobił majątek syt zysków i chwały Zawiesił dźwięcznostrunne na ścianie cymbały Osiadłszy z dziećmi w karczmie zatrudniał się szynkiem Przy tym w pobliskim mieście był też podrabinkiem A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym Doradcą znał się dobrze na handlu zbożowym Na wicinnym potrzebna jest znajomość taka Na wsi Miał także sławę dobrego Polaka On pierwszy zgodził kłótnie często nawet krwawe Między dwiema karczmami obie wziął w dzierżawę Szanowali go równie i starzy stronnicy Horeszkowscy i słudzy sędziego Soplicy On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym Klucznikiem Horeszkowskim i kłótliwym Woźnym Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy Gerwazy groźny ręką językiem Protazy Gerwazego nie było ruszył na obławę Nie chcąc aby tak ważną i trudną wyprawę Odbył sam Hrabia młody i niedoświadczony Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony Dziś miejsce Gerwazego najdalsze od progu Między dwiema ławami w samym karczmy rogu Zwane pokuciem kwestarz ksiądz Robak zajmował Jankiel go tam posadził widać że szanował Wysoko Bernardyna bo skoro dostrzegał Ubytek w jego szklance natychmiast podbiegał I rozkazał dolewać lipcowego miodu Słychać że z Bernardynem znali się za młodu Kędyś tam w cudzych krajach Robak często chadzał Nocą do karczmy tajnie z Żydem się naradzał O ważnych rzeczach słychać było że towary Ksiądz przemycał lecz potwarz ta niegodna wiary Robak wsparty na stole wpółgłośno rozprawiał Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze Brano z niej i kichała szlachta jak możdzerze Reverendissime rzekł kichnąwszy Skołuba To mi tabaka co to idzie aż do czuba Od czasu jak nos dźwigam tu głasnął nos długi Takiej nie zażywałem tu kichnął raz drugi Prawdziwa bernardynka pewnie z Kowna rodem Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem Byłem tam lat już Robak przerwał mu Na zdrowie Wszystkim Waszmościom moi Mościwi Panowie Co się tabaki tycze hem ona pochodzi Z dalszej strony niż myśli Skołuba Dobrodziej Pochodzi z Jasnej Góry księża paulinowie Tabakę taką robią w mieście Częstochowie Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony Bogarodzicy Panny Królowej Korony Polskiej zowią ją dotąd i Księżną Litewską Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską Lecz na Litewskim Księstwie teraz syzma siedzi Z Częstochowy rzekł Wilbik byłem tam w spowiedzi Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście Czy to prawda że Francuz gości teraz w mieście Że chce kościół rozwalać i skarbiec zabierze Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze Nieprawda rzekł Bernardyn nie Pan Najjaśniejszy Napoleon katolik jest najprzykładniejszy Wszak go papież namaścił żyją z sobą w zgodzie I nawracają ludzi w francuskim narodzie Który się trochę popsuł prawda z Częstochowy Oddano wiele srebra na skarb narodowy Dla Ojczyzny dla Polski sam Pan Bóg tak każe Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze Wszakże w Warszawskim Księstwie mamy sto tysięcy Wojska polskiego może wkrótce będzie więcéj A któż wojsko opłaci czy nie wy Litwini Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni Kat by dał krzyknął Wilbik gwałtem od nas biorą Oj Dobrodzieju chłopek ozwał się z pokorą Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę Już to szlachcie to jeszcze bieda przez połowę Lecz nas drą jak na łyka Cham Skołuba krzyknął Głupi tobieć to lepiej tyś chłopie przywyknął Jak węgorz do odarcia lecz nam urodzonym Nam wielmożnym do złotych swobód wzwyczajonym Ach bracia wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie Tak tak krzyknęli wszyscy rowny wojewodzie Dziś nam szlachectwa przeczą każą nam drabować Papiery i szlachectwa papierem probować Jeszcze Waszeci mniejsza zawołał Juraha Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha Ale ja z kniaziów pytać u mnie o patenta Kiedym został szlachcicem sam Bóg to pamięta Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny Kniaziu rzekł Żagiel świeć Waść baki lada komu Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu Waść ma krzyż w herbie wołał Podhajski to skryta Aluzyja że w rodzie bywał neofita Fałsz przerwał Birbasz przecież ja z tatarskich hrabiów Pochodzę a mam krzyże nad herbem Korabiów Poraj krzyknął Mickiewicz z mitrą w polu złotym Herb książęcy Stryjkowski gęsto pisze o tym Za czym wielkie powstały w całej karczmie szmery Ksiądz Bernardyn uciekł się do swej tabakiery W kolej częstował mówców gwar zaraz ucichnął Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął Bernardyn korzystając z przerwy mówił daléj Oj wielcy ludzie od tej tabaki kichali Czy uwierzycie Państwo że z tej tabakiery Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery Dąbrowski zawołali Tak tak on jenerał Byłem w obozie gdy on Gdańsk Niemcom odbierał Miał coś pisać bojąc się ażeby nie zasnął Zażył kichnął dwakroć mię po ramieniu klasnął Księże Robaku mówił Księże Bernardynie Obaczymy się w Litwie może nim rok minie Powiedz Litwinom niech mię czekają z tabaką Częstochowską nnie biorę innej tylko taką Mowa Księdza wzbudziła takie zadziwienie Taką radość że całe huczne zgromadzenie Milczało chwilę potem na pół ciche słowa Powtarzano Tabaka z Polski Częstochowa Dąbrowski z ziemi włoskiej aż na koniec razem Jakby myśl z myślą wyraz sam zbiegł się z wyrazem Wszyscy jedynogłośnie jak na dane hasło Krzyknęli Dąbrowskiego Wszystko razem wrzasło Wszystko się uścisnęło chłop z tatarskim hrabią Mitra z Krzyżem Poraje z Gryfem i z Korabią Zapomnieli wszystkiego nawet Bernardyna Tylko śpiewali krzycząc Wódki miodu wina Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence Na koniec chciał ją przerwać wziął w obiedwie ręce Tabakierkę kichaniem melodyję zmieszał I nim się nastroili tak mówić pośpieszał Chwalicie mą tabakę Mości Dobrodzieje Obaczcież co się wewnątrz tabakierki dzieje Tu wycierając chustką zabrudzone denko Pokazał malowaną armiję malenką Jak rój much w środku jeden człowiek na rumaku Wielki jako chrząszcz siedział pewnie wódz orszaku Spinał konia jak gdyby chciał skakać w niebiosa Jednę rękę na cuglach drugą miał u nosa Przypatrzcie się rzekł Robak tej groźnej postawie Zgadnijcie czyja Wszyscy patrzyli ciekawie Wielki to człowiek Cesarz ale nie Moskali Ich carowie tabaki nigdy nie bierali Wielki człowiek zawołał Cydzik a w kapocie Ja myśliłem że wielcy ludzie chodzą w złocie Bo u Moskalów lada jenerał Mospanie To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie Ba przerwał Rymsza przecież widziałem za młodu Kościuszkę naczelnika naszego narodu Wielki człowiek a chodził w krakowskiej sukmanie To jest czamarce W jakiej czamarce Mospanie Odparł Wilbik to przecież zwano taratatką Ale tamta z fręzlami ta jest całkiem gładką Krzyknął Mickiewicz zatem wszczynały się swary O różnych taratatki kształtach i czamary Przemyślny Robak widząc że się tak rozpryska Rozmowa jął ją znowu zbierać do ogniska Do swojej tabakiery częstował kichali Życzyli sobie zdrowia on rzecz ciągnął dalej Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywa Raz po raz to znak pewny że bitwę wygrywa Na przykład pod Austerlic Francuzi tak stali Z armatami a na nich biegła ćma Moskali Cesarz patrzył i milczał co Francuzi strzelą To Moskale pułkami jak trawa się ścielą Pułk za pułkiem cwałował i spadał z kulbaki Co pułk spadnie to Cesarz zażyje tabaki Aż w końcu Aleksander ze swoim braciszkiem Konstantym i z niemieckim cesarzem Franciszkiem W nogi z pola więc Cesarz widząc że po walce Spojrzał na nich zaśmiał się i otrząsnął palce Otoż jeśli kto z Panów coście tu przytomni Będzie w wojsku Cesarza niech to sobie wspomni Ach zawołał Skołuba mój Księże Kwestarzu Kiedyż to będzie wszak to ile w kalendarzu Jest świąt na każde święto Francuzów nam wróżą Wygląda człek wygląda aż się oczy mrużą A Moskal jak nas trzymał tak trzyma za szyję Pono nim słońce wnidzie rosa oczy wyje Mospanie rzekł Bernardyn babska rzecz narzekać A żydowska rzecz ręce założywszy czekać Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił Brzydkie Prusactwo zdeptał Anglików wyrzucił Het za morze Moskalom zapewne wygodzi Ale co stąd wyniknie wie Asan Dobrodziéj Oto szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzie I szable weźmie kiedy bić się z kim nie będzie Napoleon sam wszystkich pobiwszy nareszcie Powie Obejdę się ja bez was kto jesteście Więc nie dość gościa czekać nie dość i zaprosić Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci Oczyścić dom powtarzam oczyścić dom dzieci Nastąpiło milczenie potem głosy w tłumie Jakże to dom oczyścić jak to Ksiądz rozumie Jużci my wszystko zrobim na wszystko gotowi Tylko niech Ksiądz Dobrodziej jaśniej się wysłowi Ksiądz poglądał za okno przerwawszy rozmowę Ujrzał coś ciekawego z okna wytknął głowę Po chwili rzekł powstając Dziś czasu nie mamy Potem o tem obszerniej z sobą pogadamy Jutro będę dla sprawy w powiatowym mieście I do Waszmościów z drogi zajadę po kweście Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży Rzekł Ekonom rad będzie Księdzu pan Chorąży Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie Szczęśliwy człowiek jako kwestarz w Niehrymowie I do nas rzekł Zubkowski wstąp jeżeli łaska Znajdzie się tam półsztuczek płótna masła faska Baran lub krówka wspomnij Księże na te słowa Szczęśliwy człowiek trafił jak ksiądz do Zubkowa I do nas rzekł Skołuba Do nas Terajewicz Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz Tak cała szlachta prośbą i obietnicami Przeprowadzała Księdza on już był za drzwiami On już pierwej przez okno ujrzał Tadeusza Który leciał gościńcem w cwał bez kapelusza Z głową schyloną bladym posępnym obliczem A konia ustawicznie bodł i kropił biczem Ten widok bardzo księdza Bernardyna zmieszał Więc za młodzieńcem kroki szybkimi pośpieszał Do wielkiej puszczy która jako oko sięga Czerniła się na całym brzegu widnokręga Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy Aż do samego środka do jądra gęstwiny Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża Zna je ledwie po wierzchu ich postać ich lice Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice Wieść tylko albo bajka wie co się w nich dzieje Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje Trafisz w głębi na wielki wał pniów kłód korzeni Obronny trzęsawicą tysiącem strumieni I siecią zielsk zarosłych i kopcami mrowisk Gniazdami os szerszeniów kłębami wężowisk Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkim męstwem Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem Dalej co krok czyhają niby wilcze doły Małe jeziorka trawą zarosłe na poły Tak głębokie że ludzie dna ich nie dośledzą Wielkie jest podobieństwo że diabły tam siedzą Woda tych studni sklni się plamista rdzą krwawą A z wnętrza ciągle dymi zionąc woń plugawą Od której drzewa wkoło tracą liść i korę Łyse skarłowaciałe robaczliwe chore Pochyliwszy konary mchem kołtunowate I pnie garbiąc brzydkimi grzybami brodate Siedzą wokoło wody jak czarownic kupa Grzejąca się nad kotłem w którym warzą trupa Za tymi jeziorkami już nie tylko krokiem Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi A za tą mgłą na koniec jak wieść gminna głosi Ciągnie się bardzo piękna żyzna okolica Główna królestwa zwierząt i roślin stolica W niej są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona Z których się rozrastają na świat ich plemiona W niej jak w arce Noego z wszelkich zwierząt rodu Jedna przynajmniej para chowa się dla płodu W samym środku jak słychać mają swoje dwory Dawny Tur Żubr i Niedźwiedź puszcz imperatory Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry I żarłoczny Rosomak jak czujne ministry Dalej zaś jak podwładni szlachetni wasale Mieszkają Dziki Wilki i Łosie rogale Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy Żyjący z pańskich stołów dworscy zausznicy Te pary zwierząt głowne i patryjarchalne Ukryte w jądrze puszczy światu niewidzialne Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu A sami we stolicy używają wczasu Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną Lecz starzy umierają śmiercią naturalną Mają też i swój smętarz kędy bliscy śmierci Ptaki składają pióra czworonogi sierci Niedźwiedź gdy zjadłszy zęby strawy nie przeżuwa Jeleń zgrzybiały gdy już ledwie nogi suwa Zając sędziwy gdy mu już krew w żyłach krzepnie Kruk gdy już posiwieje sokoł gdy oślepnie Orzeł gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi Idą na smętarz Nawet mniejszy zwierz raniony Lub chory bieży umrzeć w swe ojczyste strony Stąd to w miejscach dostępnych kędy człowiek gości Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości Słychać że tam w stolicy między zwierzętami Dobre są obyczaje bo rządzą się sami Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci Nie znają praw własności która świat nasz kłóci Nie znają pojedynków ni wojennej sztuki Jak ojce żyły w raju tak dziś żyją wnuki Dzikie i swojskie razem w miłości i zgodzie Nigdy jeden drugiego nie kąsa ni bodzie Nawet gdyby tam człowiek wpadł chociaż niezbrojny Toby środkiem bestyi przechodził spokojny One by nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia Jakim w owym ostatnim szóstym dniu stworzenia Ojce ich pierwsze co się w ogrójcu gnieździły Patrzyły na Adama nim się z nim skłóciły Szczęściem człowiek nie zbłądzi do tego ostępu Bo Trud i Trwoga i Śmierć bronią mu przystępu Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary Wpadłszy niebacznie między bagna mchy i jary Wnętrznej ich okropności rażone widokiem Uciekają skowycząc z obłąkanym wzrokiem I długo potem ręką pana już głaskane Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane Te puszcz stołeczne ludziom nie znane tajniki W języku swoim strzelcy zowią mateczniki Głupi niedźwiedziu gdybyś w mateczniku siedział Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność Wyszedłeś na brzeg puszczy gdzie się las przerzedził I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził I zaraz obsaczniki chytre nasłał szpiegi By poznać gdzie popasasz i gdzie masz noclegi Teraz Wojski z obławą już od matecznika Postawiwszy szeregi odwrót ci zamyka Tadeusz się dowiedział że niemało czasu Już przeszło jak ogary wpadły w otchłań lasu Cicho próżno myśliwi natężają ucha Próżno jak najciekawszej mowy każdy słucha Milczenia długo w miejscu nieruchomy czeka Tylko muzyka puszczy gra do nich z daleka Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki A strzelcy obróciwszy do lasu dwururki Patrzą Wojskiego ukląkł ziemię uchem pyta Jako w twarzy lekarza wzrok przyjaciół czyta Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby Tak strzelcy ufni w sztuki Wojskiego sposoby Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi Jest jest wyrzekł półgłosem zerwał się na nogi On słyszał oni jeszcze słuchali nareszcie Słyszą jeden pies wrzasnął potem dwa dwadzieście Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrają Doławiają się wrzeszczą wpadli na trop grają Ujadają Już nie jest to powolne granie Psów goniących zająca lisa albo łanie Lecz wciąż wrzask krótki częsty ucinany zjadły To nie na ślad daleki ogary napadły Na oko gonią nagle ustał krzyk pogoni Doszli zwierza wrzask znowu skowyt zwierz się broni I zapewne kaleczy śród ogarów grania Słychać coraz to częściej jęk psiego konania Strzelcy stali i każdy ze strzelbą gotową Wygiął się jak łuk naprzód z wciśnioną w las głową Nie mogą dłużej czekać Już ze stanowiska Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska Chcą pierwsi spotkać zwierza choć Wojski ostrzegał Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał Krzycząc że czy kto prostym chłopem czy paniczem Jeżeli z miejsca zejdzie dostanie w grzbiet smyczem Nie było rady wszyscy pomimo zakazu W las pobiegli trzy strzelby huknęły od razu Potem wciąż kanonada aż głośniej nad strzały Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały Ryk okropny boleści wściekłości rozpaczy Za nim wrzask psów krzyk strzelców trąby dojeżdżaczy Grzmiały ze środka puszczy strzelcy ci w las śpieszą Tamci kurki odwodzą a wszyscy się cieszą Jeden Wojski w żałości krzyczy że chybiono Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną Na przełaj zwierza między ostępem i puszczą A niedźwiedź odstraszony psów i ludzi tłuszczą Zwrócił się nazad w miejsca mniej pilnie strzeżone Ku polom skąd już zeszły strzelcy rozstawione Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków Wojski Tadeusz Hrabia z kilką obławników Tu las był rzadszy słychać z głębi ryk trzask łomu Aż z gęstwy jak z chmur wypadł niedźwiedź na kształt gromu Wkoło psy gonią straszą rwą on wstał na nogi Tylne i spojrzał wkoło rykiem strasząc wrogi I przednimi łapami to drzewa korzenie To pniaki osmalone to wrosłe kamienie Rwał waląc w psów i w ludzi aż wyłamał drzewo Kręcąc nim jak maczugą na prawo na lewo Runął wprost na ostatnich strażników obławy Hrabię i Tadeusza oni bez obawy Stoją w kroku na źwierza wytknęli flint rury Jako dwa konduktory w łono ciemnej chmury Aż oba jednym razem pociągnęli kurki Niedoświadczeni razem zagrzmiały dwururki Chybili niedźwiedź skoczył oni tuż utkwiony Oszczep jeden chwycili czterema ramiony Wydzierali go sobie spojrzą aż tu z pyska Wielkiego czerwonego dwa rzędy kłów błyska I łapa z pazurami już się na łby spuszcza Pobledli w tył skoczyli i gdzie rzadnie puszcza Zmykali zwierz za nimi wspiął się już pazury Zahaczał chybił podbiegł wspiął się znów do góry I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy Zdarłby mu czaszkę z mozgów jak kapelusz z głowy Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z boków A Gerwazy biegł z przodu o jakie sto kroków Z nim Robak choć bez strzelby i trzej w jednej chwili Jak gdyby na komendę razem wystrzelili Niedźwiedź wyskoczył w górę jak kot przed chartami I głową na dół runął i czterma łapami Przewróciwszy się młyńcem cielska krwawe brzemię Waląc tuż pod Hrabiego zbił go z nóg na ziemię Jeszcze ryczał chciał jeszcze powstać gdy nań wsiadły Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty Swój róg bawoli długi cętkowany kręty Jak wąż boa oburącz do ust go przycisnął Wzdął policzki jak banię w oczach krwią zabłysnął Zasunął wpół powieki wciągnął w głąb pół brzucha I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha I zagrał róg jak wicher wirowatym dechem Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem Umilkli strzelcy stali szczwacze zadziwieni Mocą czystością dziwną harmoniją pieni Starzec cały kunszt którym niegdyś w lasach słynął Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął Napełnił wnet ożywił knieje i dąbrowy Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy Bo w graniu była łowów historyja krótka Zrazu odzew dźwięczący rześki to pobudka Potem jęki po jękach skomlą to psów granie A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot to strzelanie Tu przerwał lecz róg trzymał wszystkim się zdawało Że Wojski wciąż gra jeszcze a to echo grało Zadął znowu myśliłbyś że róg kształty zmieniał I że w ustach Wojskiego to grubiał to cieniał Udając głosy zwierząt to raz w wilczą szyję Przeciągając się długo przeraźliwie wyje Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło Ryknął potem beczenie żubra wiatr rozdarło Tu przerwał lecz róg trzymał wszystkim się zdawało Że Wojski wciąż gra jeszcze a to echo grało Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki Powtarzały je dęby dębom bukom buki Dmie znowu jakby w rogu były setne rogi Słychać zmieszane wrzaski szczwania gniewu trwogi Strzelców psiarni i zwierząt aż Wojski do góry Podniósł róg i tryumfu hymn uderzył w chmury Tu przerwał lecz róg trzymał wszystkim się zdawało Że Wojski wciąż gra jeszcze a to echo grało Ile drzew tyle rogów znalazło się w boru Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru I szła muzyka coraz szersza coraz dalsza Coraz cichsza i coraz czystsza doskonalsza Aż znikła gdzieś daleko gdzieś na niebios progu Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu Rozkrzyżował róg opadł na pasie rzemiennym Chwiał się Wojski z obliczem nabrzmiałym promiennym Z oczyma wzniesionymi stał jakby natchniony Łowiąc uchem ostatnie znikające tony A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi Zwróciły się na wielki świeży trup niedźwiedzi Leżał krwią opryskany kulami przeszyty Piersiami w gęszcze trawy wplątany i wbity Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy Dyszał jeszcze wylewał strumień krwi przez chrapy Otwierał jeszcze oczy lecz głowy nie ruszy Pjawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy Z lewej strony Strapczyna a z prawej zawisał Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał Za czym Wojski rozkazał kij żelazny włożyć Psom między zęby i tak paszczęki roztworzyć Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki A co krzyknął Asesor kręcąc strzelby rurą A co fuzyjka moja górą nasi górą A co fuzyjka moja niewielka ptaszyna A jak się popisała to jej nie nowina Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty Choć maleńką i zaczął wyliczać jej cnoty Ja biegłem przerwał Rejent otarłszy pot z czoła Biegłem tuż za niedźwiedziem a pan Wojski woła Stój na miejscu jak tam stać niedźwiedź w pole wali Rwąc z kopyta jak zając coraz dalej dalej Aż mi ducha nie stało dobiec ni nadziei Aż spojrzę w prawo sadzi a tu rzadko w kniei Jak też wziąłem na oko postójże marucha Pomyśliłem i basta ot leży bez ducha Tęga strzelba prawdziwa to Sagalasówka Napis Sagalas London á Bałabanówka Sławny tam mieszkał ślusarz Polak który robił Polskie strzelby ale je po angielsku zdobił Jak to parsknął Asesor do kroćset niedźwiedzi To to niby Pan zabił co też to Pan bredzi Słuchaj no odparł Rejent tu Panie nie śledztwo Tu obława tu wszystkich wezwiem na świadectwo Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta Ci stronę Asesora ci brali Rejenta O Gerwazym nie wspomniał nikt bo wszyscy biegli Z boków i co się z przodu działo nie postrzegli Wojski głos zabrał Teraz jest przynajmniej za co Bo to Panowie nie jest ów szarak ladaco To niedźwiedź tu już nie żal poszukać odwetu Czy szarpetyną czyli nawet z pistoletu Spór wasz trudno pogodzić więc dawnym zwyczajem Na pojedynek nasze pozwolenie dajem Pamiętam za mych czasów żyło dwóch sąsiadów Oba ludzie uczciwi szlachta z prapradziadów Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką Jeden zwał się Domeyko a drugi Doweyko Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili Kto zabił trudno dociec strasznie się skłócili I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę To mi to po szlachecku prawie rura w rurę Pojedynek ten wiele narobił hałasu Pieśni o nim śpiewano za owego czasu Ja byłem sekundantem jak się wszystko działo Opowiem od początku historyję całą Nim Wojski zaczął mówić Gerwazy spór zgodził On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził Nareszcie dobył tasak rozciął pysk na dwoje I w tylcu głowy mózgu rozkroiwszy słoje Znalazł kulę wydobył suknią ochędożył Przymierzył do ładunku do flinty przyłożył A potem dłoń podnosząc i kulę na dłoni Panowie rzekł ta kula nie jest z waszej broni Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki Tu podniósł flintę starą obwiązaną w sznurki Lecz nie ja wystrzeliłem O trzeba tam było Odwagi straszno wspomnieć w oczach mi się ćmiło Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie A niedźwiedź z tyłu już już na Hrabiego głowie Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli Jezus Maria krzyknąłem i Pańscy anieli Zesłali mi na pomoc księdza Bernardyna On nas wszystkich zawstydził oj dzielny księżyna Gdym drżał gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił On mi z rąk flintę wyrwał wycelił wystrzelił Między dwie głowy strzelić sto kroków nie chybić I w sam środek paszczęki tak mu zęby wybić Panowie długo żyję jednego widziałem Człowieka co mógł takim popisać się strzałem Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków Ów co korki kobietom wystrzelał z patynków Ów łotr nad łotry sławny w czasy wiekopomne Ów Jacek vulgo Wąsal nazwiska nie wspomnę Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi Chwała Księdzu dwom ludziom on życie ocalił Może i trzem Gerwazy nie będzie się chwalił Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię Wpadło w bestyi paszczę nie byłbym na świecie I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości Pójdź Księże wypijemy zdrowie Jegomości Próżno szukano Księdza wiedzą tylko tyle Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę Poskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi A widząc że obadwa cali są i zdrowi Podniosł ku niebu oczy cicho pacierz zmówił I pobiegł w pole szybko jakby go kto łowił Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu Suche chrusty i pniaki rzucono do stosu Bucha ogień wyrasta szara sosna dymu I rozszerza się w górze na kształt baldakimu Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki Na grotach zawieszono brzuchate kociołki Z wozów niosą jarzyny mąki i pieczyste I chleb Sędzia otworzył puzderko zamczyste W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy Wybiera z nich największy kufel kryształowy Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka Wódka to gdańska napój miły dla Polaka Niech żyje krzyknął Sędzia w górę wznosząc flaszę Miasto Gdańsk niegdyś nasze będzie znowu nasze I lał srebrzysty likwor w kolej aż na końcu Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu W kociołkach bigos grzano w słowach wydać trudno Bigosu smak przedziwny kolor i woń cudną Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek Aby cenić litewskie pieśni i potrawy Trzeba mieć zdrowie na wsi żyć wracać z obławy Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada Jest bigos bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa Bierze się doń siekana kwaszona kapusta Która wedle przysłowia sama idzie w usta Zamknięta w kotle łonem wilgotnym okrywa Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa I praży się aż ogień wszystkie z niej wyciśnie Soki żywne aż z brzegów naczynia war pryśnie I powietrze dokoła zionie aromatem Bigos już gotów Strzelcy z trzykrotnym wiwatem Zbrojni łyżkami biegą i bodą naczynie Miedź grzmi dym bucha bigos jak kamfora ginie Zniknął uleciał tylko w czeluściach saganów Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów Kiedy się już do woli napili najedli Zwierza na wóz złożyli sami na koń siedli Radzi wszyscy rozmowni oprócz Asesora I Rejenta ci byli gniewliwsi niż wczora Kłócąc się o zalety ten swej Sanguszkówki A ten bałabanowskiej swej Sagalasówki Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli Wstydząc się że chybili i że się cofnęli Bo na Litwie kto źwierza wypuści z obławy Długo musi pracować nim poprawi sławy Hrabia mówił że pierwszy do oszczepu godził I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził Tadeusz utrzymywał że będąc silniejszy I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy Chciał wyręczyć Hrabiego tak sobie niekiedy Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy Wojski jechał pośrodku staruszek szanowny Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść Asesorze jeżeli chciałem byś z Rejentem Pojedynkował nie myśl że jestem zawziętym Na krew ludzką broń Boże chciałem was zabawić Chciałem wam komedyję niby to wyprawić Wznowić koncept który ja lat temu czterdzieście Wymyśliłem przedziwny Wy młodzi jesteście Nie pamiętacie o nim lecz za moich czasów Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów Domeyki i Doweyki wszystkie sprzeciwieństwa Pochodziły rzecz dziwna z nazwisk podobieństwa Bardzo niewygodnego Bo gdy w czas sejmików Przyjaciele Doweyki skarbili stronników Szepnął ktoś do szlachcica Daj kreskę Doweyce A ten nie dosłyszawszy dał kreskę Domeyce Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupeyko Wiwat Doweyko drudzy krzyknęli Domeyko A kto siedział w pośrodku nie trafił do ładu Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu Gorzej było raz w Wilnie jakiś szlachcic pjany Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany Potem ów szlachcic z Wilna wracając do domu Dziwnym trafem z Doweyką zjechał się u promu Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką Pyta sąsiada kto on Odpowie Doweyko Nie czekając dobywa rapier spod kirejki Czach czach i za Domeykę podciął wąs Doweyki Wreszcie jak na dobitkę trzeba jeszcze było Żeby na polowaniu tak się wydarzyło Że stali blisko siebie oba imiennicy I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy Prawda że po ich strzale upadła bez duchu Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób Kto zabił niedźwiedzicę dojdźże jaki sposób Tu już krzyknęli Dosyć trzeba raz rzecz skończyć Bóg nas czy diabeł złączył trzeba się rozłączyć Dwóch nas jak dwóch słońc pono zanadto na świecie A więc do szerpetynek i stają na mecie Oba szanowni ludzie co ich szlachta godzą To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą Zmienili broń od szabel szło na pistolety Stają krzyczym że nadto przybliżyli mety Oni na złość przysięgli przez niedźwiedzią skórę Strzelać się śmierć niechybna prawie rura w rurę Oba tęgo strzelali Sekunduj Hreczecha Zgoda rzekłem niech zaraz dół wykopie klecha Bo taki spór nie może skończyć się na niczym Lecz bijcie się szlacheckim trybem nie rzeźniczym Dosyć już mety zbliżać widzę żeście zuchy Chcecie strzelać się rury oparłszy na brzuchy Ja nie pozwolę zgoda że na pistolety Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety Jak przez skórę niedźwiedzią ja rękami memi Jako sekundant skórę rozciągnę na ziemi I ja sam was ustawię Waść po jednej stronie Stanie na końcu pyska a Waść na ogonie Zgoda wrzaśli czas jutro miejsce karczma Usza Rozjechali się Ja zaś do Wirgilijusza Tu Wojskiemu przerwał krzyk Wyczha Tuż spod koni Smyknął szarak już Kusy już go Sokoł goni Psy wzięto na obławę wiedząc że z powrotem Na polu łatwo można napotkać się z kotem Bez smyczy szły przy koniach gdy kota spostrzegły Wprzód nim strzelcy poszczuli już za nim pobiegły Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć Lecz Wojski wstrzymał krzycząc Wara stać i patrzeć Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę Stąd widzim wszyscy dobrze zając idzie w pole W istocie kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie Rwał w pole słuchy wytknął jak dwa różki sarnie Sam szarzał się nad rolą długi wyciągnięty Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty Rzekłbyś że ich nie rusza tylko ziemię trąca Po wierzchu jak jaskółka wodę całująca Pył za nim psy za pyłem z daleka się zdało Że zając pył i charty jedne tworzą ciało Jakby jakaś przez pole suwała się żmija Kot jak głowa pył z tyłu jakby modra szyja A psami jak podwójnym ogonem wywija Rejent Asesor patrzą otworzyli usta Dech wstrzymali wtem Rejent pobladnął jak chusta Zbladł i Asesor widzą fatalnie się dzieje Owa żmija im dalej tym bardziej dłużeje Już rwie się wpół już znikła owa szyja pyłu Głowa już blisko lasu ogony gdzie z tyłu Głowa niknie raz jeszcze jakby kto kutasem Mignął w las wpadła ogon urwał się pod lasem Biedne psy ogłupiałe biegały pod gajem Zdawały się naradzać oskarżać nawzajem Wreszcie wracają z wolna skacząc przez zagony Spuściły uszy tulą do brzucha ogony I przybiegłszy ze wstydu nie śmieją wznieść oczu I zamiast iść do panów stały na uboczu Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło Asesor rzucał okiem ale niewesoło Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić Jak kot znienacka wypadł jak źle był poszczuty Na roli gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać Lecz nie słuchali pilnie ci zaczęli świstać Ci śmiać się w głos ci mając niedźwiedzia w pamięci Gadali o nim świeżą obławą zajęci Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił Widząc że uciekł głowę obojętnie zwrócił I kończył rzecz przerwaną Na czym więc stanąłem Aha na tym że obu za słowo ująłem Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę Szlachta w krzyk Toż śmierć pewna prawie rura w rurę A ja w śmiech bo mnie uczył mój przyjaciel Maro Że skóra źwierza nie jest lada jaką miarą Wszak wiecie Waćpanowie jak królowa Dydo Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą Wytargowała sobie taki ziemi kawał Który by się wołową skórą nakryć dawał Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą Ledwie dniało już z jednej strony taradejką Jedzie Doweyko z drugiej na koniu Domeyko Patrzą aż tu przez rzekę leży most kosmaty Pas ze skóry niedźwiedziej porzniętej na szmaty Postawiłem Doweykę na źwierza ogonie Z jednej strony Domeykę zaś na drugiej stronie Pukajcie teraz rzekłem choć przez całe życie Lecz póty was nie spuszczę aż się pogodzicie Oni w złość a tu szlachta kładnie się na ziemi Od śmiechu a ja z księdzem słowy poważnemi Nuż im z Ewanieliji z statutów dowodzić Nie ma rady śmieli się i musieli zgodzić Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił Domeyko pojął siostrę szwagra Doweykównę Podzielili majątek na dwie części równe A w miejscu gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek Pobudowawszy karczmę nazwali Niedźwiadek Księga piąta Kłótnia Plany myśliwskie Telimeny Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki Strzelcy wracają Wielkie zadziwienie Tadeusza Spotkanie się powtórne w Świątyni dumania i zgoda ułatwiona za porednictwem mrówek U stołu wytacza się rzecz o łowach Powieść Wojskiego o Rejtanie i księciu Denassów przerwana Zagajenie układów między stronami także przerwane Zjawisko z kluczem Kłótnia Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną Wojski chlubnie skończywszy łowy wraca z boru A Telimena w głębi samotnego dworu Zaczyna polowanie Wprawdzie nieruchoma Siedzi z założonymi na piersiach rękoma Lecz myślą goni źwierzów dwóch szuka sposobu Jak by razem obsaczyć i ułowić obu Hrabię i Tadeusza Hrabia panicz młody Wielkiego domu dziedzic powabnej urody Już trochę zakochany cóż może się zmienić Potem czy szczerze kocha czy się zechce żenić Z kobietą kilku laty starszą niebogatą Czy mu krewni pozwolą co świat powie na to Telimena tak myśląc z sofy się podniosła I stanęła na palcach rzekłbyś iż podrosła Odkryła nieco piersi wygięła się bokiem I sama siebie pilnym obejrzała okiem I znowu zapytała o radę zwierciadła Po chwili wzrok spuściła westchnęła i siadła Hrabia pan zmienni w gustach są ludzie majętni Hrabia blondyn blondyni nie są zbyt namiętni A Tadeusz prostaczek poczciwy chłopczyna Prawie dziecko raz pierwszy kochać się zaczyna Pilnowany niełacno zerwie pierwsze związki Przy tym dla Telimeny ma już obowiązki Mężczyźni póki młodzi chociaż w myślach zmienni W uczuciach są od dziadów stalsi bo sumienni Długo serce młodzieńca proste i dziewicze Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze Ono rozkosz i wita i żegna z weselem Jak skromną ucztę którą dzielim z przyjacielem Tylko stary pjanica gdy już spali trzewa Brzydzi się trunkiem którym nazbyt się zalewa Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała Bo i rozum i wielkie doświadczenie miała Lecz co powiedzą ludzie można im zejść z oczu W inne strony wyjechać mieszkać na uboczu Lub co lepsza wynieść się całkiem z okolicy Na przykład zrobić małą podróż do stolicy Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić Kroki jego kierować pomagać mu radzić Serce mu kształcić mieć w nim przyjaciela brata Nareszcie użyć świata póki służą lata Tak myśląc po alkowie śmiało i wesoło Przeszła się kilka razy znów spuściła czoło Warto by też pomyślić o Hrabiego losie Czyby się nie udało podsunąć mu Zosię Niebogata lecz za to urodzeniem równa Z domu senatorskiego jest dygnitarzówna Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie Telimena w ich domu miałaby schronienie Na przyszłość krewna Zosi i Hrabiego swatka Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka Po tej z sobą odbytej stanowczej naradzie Woła przez okno Zosię bawiącą się w sadzie Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą Stała trzymając w ręku podniesione sito Do nóg jej biegło ptastwo stąd kury szurpate Toczą się kłębkiem stamtąd kogutki czubate Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki Szeroko wyciągają ostrożaste pięty Za nimi z wolna indyk sunie się odęty Sarkając na gderanie swej krzykliwej żony Ówdzie pawie jak tratwy długimi ogony Sterują się po łące a gdzieniegdzie z góry Upada jak kiść śniegu gołąb srebrnopióry W pośrodku zielonego okręgu murawy Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy ruchawy Opasany gołębi sznurem na kształt wstęgi Białej środkiem pstrokaty w gwiazdy w cętki w pręgi Tu dzioby bursztynowe tam czubki z korali Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych Chwieją się ciągle na kształt tulipanów wodnych Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi Sama biała i w długą bieliznę ubrana Kręci się jak bijąca śród kwiatów fontanna Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy Krup jęczmiennych to ziarno godne pańskich stołów Robi się dla zaprawy litewskich rosołów Zosia je wykradając z szafek ochmistrzyni Dla swego drobiu szkodę w gospodarstwie czyni Usłyszała wołanie Zosiu To głos cioci Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci A sama kręcąc sito jako tanecznica Bębenek i w takt bijąc swawolna dziewica Jęła skakać przez pawie gołębie i kury Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry Zosia stopami ledwie dotykając ziemi Zdawała się najwyżej bujać między niemi Przodem gołębie białe które w biegu płoszy Leciały jak przed wozem bogini rozkoszy Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła I na kolanach ciotki zadyszana siadła Telimena całując i głaszcząc pod brodę Z radością zważa dziecka żywość i urodę Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę Ale znowu poważnie nastroiła lice Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy Dzierżąc palec przy ustach tymi rzekła słowy Kochana Zosiu już też całkiem zapominasz I na stan i na wiek twój wszak to dziś zaczynasz Rok czternasty czas rzucić indyki i kurki Fi to godna zabawka dygnitarskiej córki I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli Napieściłaś się Zosiu patrząc serce boli Opaliłaś okropnie płeć czysta cyganka A chodzisz i ruszasz się jak parafijanka Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę Od dziś zacznę dziś ciebie na świat wyprowadzę Do salonu do gości gości mamy siła Patrzajżeż ażebyś mnie wstydu nie zrobiła Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie Płakała i śmiała się na przemian z radości Ach Ciociu już tak dawno nie widziałam gości Od czasu jak tu żyję z kury i indyki Jeden gość co widziałam to był gołąb dziki Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie Pan Sędzia nawet mówi że to źle na zdrowie Sędzia przerwała ciotka ciągle mi dokuczał Żeby cię na świat wywieść ciągle pod nos mruczał Że już jesteś dorosła sam nie wie co plecie Dziaduś nigdy na wielkim niebywały świecie Ja wiem lepiej jak długo trzeba się sposobić Panience by wyszedłszy na świat efekt zrobić Wiedz Zosiu że kto rośnie na widoku ludzi Choć piękny choć rozumny efektów nie wzbudzi Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka Lecz niechaj ukształcona dorosła panienka Nagle ni stąd ni zowąd przed światem zabłyśnie Wtenczas każdy się do niej przez ciekawość ciśnie Wszystkie jej ruchy rzuty oczu jej uważa Słowa jej podsłuchiwa i drugim powtarza A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba Każdy ją chwalić musi choć i nie podoba Znaleźć się spodziewam się że umiesz w stolicy Urosłaś Choć dwa lata mieszkasz w okolicy Nie zapomniałaś jeszcze całkiem Peterburka No Zosiu toaletę rób dostań tam z biurka Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania Spiesz się bo lada chwila wrócą z polowania Wezwano pokojowę i służącą dziewkę W naczynie srebrne wody wylano konewkę Zosia jak wróbel w piasku trzepioce się myje Z pomocą sługi ręce oblicze i szyję Telimena otwiera petersburskie składy Dobywa flaszki perfum słoiki pomady Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą Woń napełniła izbę włos namaszcza gumą Zosia kładnie pończoszki białe ażurowe I trzewiki warszawskie białe atłasowe Tymczasem pokojowa sznurowała stanik Potem rzuciła na gors pannie pudermanik Zaczęto przypieczone zbierać papiloty Pukle że nazbyt krótkie uwito w dwa sploty Zostawując na czole i skroniach włos gładki Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie Z prawej strony na lewo kwiat od bladych włosów Odbijał bardzo pięknie jak od zboża kłosów Zdjęto puderman całe ubranie gotowe Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę Chusteczkę batystową białą w ręku zwija I tak cała wygląda biała jak lilija Poprawiwszy raz jeszcze i włosów i stroju Kazano jej wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju Telimena uważa znawczyni oczyma Musztruje siostrzenicę gniewa się i zżyma Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rozpaczy Ja nieszczęśliwa Zosiu widzisz co to znaczy Żyć z gęśmi z pastuchami tak nogi rozszerzasz Jak chłopiec okiem w prawo i w lewo uderzasz Czysta rozwódka Dygnij patrz jaka niezwinna Ach Ciociu rzekła smutnie Zosia cóż ja winna Ciotka mnie zamykała nie było z kim tańczyć Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć Ale poczekaj Ciociu niech no się pobawię Trochę z ludźmi obaczysz jak się ja poprawię Już rzekła ciotka z dwojga złego lepiej z ptastwem Niż z tym co u nas dotąd gościło plugastwem Przypomnij tylko sobie kto tu u nas bywał Pleban co pacierz mruczał lub w warcaby grywał I palestra z fajkami to mi kawalery Nabrałabyś się od nich pięknej manijery Teraz to pokazać się jest przynajmniej komu Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu Uważaj dobrze Zosiu jest tu Hrabia młody Pan dobrze wychowany krewny Wojewody Pamiętaj być mu grzeczną Słychać rżenie koni I gwar myśliwców już są pod bramą to oni Wziąwszy Zosię pod rękę pobiegła do sali Myśliwi na pokoje jeszcze nie wchadzali Musieli po komnatach odmieniać swą odzież Nie chcąc wniść do dam w kurtkach Pierwsza wpadła młodzież Pan Tadeusz i Hrabia co żywo przebrani Telimena sprawuje obowiązki pani Wita wchodzących sadza rozmową zabawia I siostrzenicę wszystkim z kolei przedstawia Naprzód Tadeuszowi jako krewną bliską Zosia grzecznie dygnęła on skłonił się nisko Chciał coś do niej przemówić już usta otworzył Ale spojrzawszy w oczy Zosi tak się strwożył Że stojąc niemy przed nią to płonął to bladnął Co było w jego sercu on sam nie odgadnął Uczuł się nieszczęśliwym bardzo poznał Zosię Po wzroście i po włosach światłych i po głosie Tę kibić i tę główkę widział na parkanie Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania Widząc że blednie i że na nogach się słania Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku Tadeusz stanął w kącie wsparł się na kominku Nic nie mówiąc szerokie obłędne źrenice Obracał to na ciotkę to na siostrzenicę Dostrzegła Telimena iż pierwsze spojrzenie Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie Nie odgadła wszystkiego przecież pomieszana Bawi gości a z oczu nie spuszcza młodziana Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega Czy zdrów dlaczego smutny pyta się nalega Napomyka o Zosi zaczyna z nim żarty Tadeusz nieruchomy na łokciu oparty Nic nie gadając marszczył brwi i usta krzywił Tym bardziej Telimenę pomieszał i zdziwił Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy Powstała zagniewana i ostrymi słowy Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty Spojrzał krzywo nie mówiąc ani słowa splunął Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął Trzasnąwszy drzwi za sobą Szczęściem że tej sceny Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny Wyleciawszy przez bramę biegł prosto na pole Jak szczupak gdy mu oścień skroś piersi przekole Pluska się i nurtuje myśląc że uciecze Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty Bez celu i bez drogi aż niemało czasu Nabłąkawszy się w końcu wszedł w głębinę lasu I trafił czy umyślnie czyli też przypadkiem Na wzgórek co był wczora szczęścia jego świadkiem Gdzie dostał ów bilecik zadatek kochania Miejsce jak wiemy zwane Świątynią dumania Gdy okiem wkoło rzuca postrzega to ona Telimena samotna w myślach pogrążona Od wczorajszej postacią i strojem odmienna W bieliźnie na kamieniu sama jak kamienna Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie Choć nie słyszysz szlochania znać że we łzach tonie Daremnie broniło się serce Tadeusza Ulitował się uczuł że go żal porusza Długo poglądał niemy ukryty za drzewem Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem Głupi cóż ona winna że się ja pomylił Więc z wolna głowę ku niej zza drzewa wychylił Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia Rzuca się w prawo w lewo skacze skroś strumienia Rozkrzyżowana z włosem rozpuszczonym blada Pędzi w las podskakuje przyklęka upada I nie mogąc już powstać kręci się po darni Widać z jej ruchów w jakiej strasznej jest męczarni Chwyta się za pierś szyję za stopy kolana Skoczył Tadeusz myśląc że jest pomieszana Lub ma wielką chorobę Lecz z innej przyczyny Pochodziły te ruchy U bliskiej brzeziny Było wielkie mrowisko owad gospodarny Snuł się wkoło po trawie ruchawy i czarny Nie wiedzieć czy z potrzeby czy z upodobania Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię dumania Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi Wydeptał drogę którą wiodł swoje szeregi Nieszczęściem Telimena siedziała śród dróżki Mrówki znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki Wbiegły gęsto zaczęły łaskotać i kąsać Telimena musiała uciekać otrząsać Na koniec na murawie siąść i owad łowić Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmówić Oczyszczając sukienkę aż do nóg się zniżył Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył W tak przyjaznej postawie choć nic nie mówili O rannych kłótniach swoich przecież się zgodzili I nie wiedzieć jak długo trwałaby rozmowa Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa Hasło wieczerzy pora powracać do domu Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu Może szukają razem wracać nie wypada Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi Telimenie zdało się że raz spoza krzaka Błysła zakapturzona chuda twarz Robaka Tadeusz widział dobrze jak mu raz i drugi Pokazał się na lewo cień biały i długi Co to było nie wiedział ale miał przeczucie Że to był Hrabia w długim angielskim surducie Wieczerzano w zamczysku Uparty Protazy Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy W niebytność państwa znowu do zamku szturmował I kredens doń jak mówi zaintromitował Goście weszli w porządku i stanęli kołem Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy Idąc kłaniał się damom starcom i młodzieży Kwestarz nie był u stołu miejsce Bernardyna Po prawej stronie męża ma Podkomorzyna Sędzia kiedy już gości jak trzeba ustawił Żegnając po łacinie stół pobłogosławił Mężczyznom dano wódkę za czym wszyscy siedli I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli Po chłodniku szły raki kurczęta szparagi W towarzystwie kielichów węgrzyna malagi Jedzą piją a milczą wszyscy Nigdy pono Od czasu jako mury zamku podźwigniono Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy Tylko pukanie korków i brzęki talerzy Odbijała zamkowa sień wielka i pusta Rzekłbyś iż zły duch gościom zasznurował usta Mnogie były powody milczenia myśliwi Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi Lecz gdy zapał ochłonął myśląc nad obławą Postrzegają że wyszli z niej nie z wielką sławą Trzebaż było ażeby jeden kaptur popi Wyrwawszy się Bóg wie skąd jak Filip z konopi Przepisał wszystkich strzelców powiatu O wstydzie Cóż o tym będą gadać w Oszmianie i Lidzie Które od wieków walczą z tutejszym powiatem O pierwszeństwo w strzelectwie myślili więc nad tem Zaś Asesor i Rejent prócz wspólnych niechęci Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci W oczach im stoi niecny kot skoki wyciąga I omykiem spod gaju kiwając urąga I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem Siedzieli z pochylonym ku misie obliczem Asesor nowe jeszcze miał powody żalów Patrząc na Telimenę i na swych rywalów Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem Pomieszana zaledwie śmie nań rzucić okiem Chciała zasępionego Hrabiego zabawić Wyzwać w dłuższą rozmowę w lepszy humor wprawić Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki A raczej jako myślił Tadeusz z zasadzki Słuchając Telimeny czoło podniósł hardo Brwi zmarszczył spojrzał na nią ledwie nie z pogardą Potem przysiadł się jak mógł najbliżej do Zosi Nalewa jej do szklanki talerze przynosi Prawi tysiąc grzeczności kłania się uśmiecha Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha Widać przecież pomimo tak zręczne łudzenie Że umizgał się tylko na złość Telimenie Bo głowę odwracając niby nieumyślnie Coraz ku Telimenie groźnym okiem błyśnie Telimena nie mogła pojąć co to znaczy Ruszywszy ramionami myśliła dziwaczy Wreszcie nowym zalotom Hrabiego dość rada Zwróciła się do swego drugiego sąsiada Tadeusz też posępny nic nie jadł nic nie pił Zdawał się słuchać rozmów oczy w talerz wlepił Telimena mu leje wino on się gniewa Na natrętność pytany o zdrowie poziewa Ma za złe tak się zmienił jednego wieczora Że Telimena zbytnie do zalotów skora Gorszy się że jej suknia tak wcięta głęboko Nieskromnie a dopiero kiedy podniósł oko Aż przeląkł się bystrzejsze teraz miał źrenice Ledwie spojrzał w rumiane Telimeny lice Odkrył od razu wielką straszną tajemnicę Przebóg naróżowana Czy róż w złym gatunku Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku Gdzieniegdzie zrzedniał na wskroś grubszą płeć odsłania Może to sam Tadeusz w Świątyni dumania Rozmawiając za blisko omusknął z bielidła Karmin lżejszy od pyłków motylego skrzydła Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu I poprawić kolory swe nie miała czasu Około ust szczególniej widne były piegi Nuż oczy Tadeusza jako chytre szpiegi Odkrywszy jedną zdradę poczną w kolej zwiedzać Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać Dwóch zębów braknie w ustach na czole na skroni Zmarszczki tysiące zmarszczków pod brodą się chroni Niestety czuł Tadeusz jak jest niepotrzebnie Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać jak haniebnie Być szpiegiem swej kochanki nawet jak szkaradnie Odmieniać smak i serce lecz któż sercem władnie Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem Chłod duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem Już ten wzrok jako księżyc światły a bez ciepła Błyskał po wierzchu duszy która do dna krzepła Takie robiąc sam sobie wyrzuty i skargi Pochylił w talerz głowę milczał i gryzł wargi Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi Podsłuchiwać co Zosia mówiła do Hrabi Dziewczyna uprzejmością Hrabiego ujęta Zrazu rumieniła się spuściwszy oczęta Potem śmiać się zaczęli w końcu rozmawiali O jakimś niespodzianym w ogrodzie spotkaniu O jakimś po łopuchach i grzędach stąpaniu Tadeusz wyciągnąwszy co najdłużej uszy Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy Okropną miał biesiadę Jak w ogrodzie żmija Dwoistym żądłem zioło zatrute wypija Potem skręci się w kłębek i na drodze legnie Grożąc stopie co na nią nieostrożnie biegnie Tak Tadeusz opiły trucizną zazdrości Zdawał się obojętny a pękał ze złości W najweselszym zebraniu niech się kilku gniewa Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa Strzelcy dawniej milczeli druga stołu strona Umilkła Tadeusza żółcią zarażona Nawet pan Podkomorzy nadzwyczaj ponury Nie miał ochoty gadać widząc swoje córy Posażne i nadobne panny w wieku kwiecie Zdaniem wszystkich najpierwsze partyje w powiecie Milczące zaniedbane od milczącej młodzi Gościnnego Sędziego również to obchodzi Wojski zaś uważając że tak wszyscy milczą Nazywał tę wieczerzę nie polską lecz wilczą Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły Sam gawędził i lubił niezmiernie gaduły Nie dziw ze szlachtą strawił życie na biesiadach Na polowaniach zjazdach sejmikowych radach Przywykł żeby mu zawsze coś bębniło w ucho Nawet wtenczas gdy milczał lub z placką za muchą Skradał się lub zamknąwszy oczy siadał marzyć W dzień szukał rozmów w nocy musiano mu gwarzyć Pacierze różańcowe albo gadać bajki Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki Wymyślonej od Niemców by nas scudzoziemczyć Mawiał Polskę oniemić jest to Polskę zniemczyć Starzec wiek przegwarzywszy chciał spoczywać w gwarze Milczenie go budziło ze snu tak młynarze Uśpieni kół tarkotem ledwie staną osie Budzą się krzycząc z trwogą A słowo stało się Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu Prosząc o głos panowie na ten ukłon niemy Odkłonili się oba co znaczy prosiemy Wojski zagaił Śmiałbym upraszać młodzieży Ażeby po staremu bawić u wieczerzy Nie milczeć i żuć czy my ojce kapucyni Kto milczy między szlachtą to właśnie tak czyni Jako myśliwiec który nabój rdzawi w strzelbie Dlatego ja rozmowność naszych przodków wielbię Po łowach szli do stołu nie tylko by jadać Ale aby nawzajem mogli się wygadać Co każdy miał na sercu nagany pochwały Strzelców i obławników ogary wystrzały Wywoływano na plac powstawała wrzawa Miła uchu myśliwców jak druga obława Wiem wiem o co wam idzie ta czarnych trosk chmura Pono z Robakowego wzniosła się kaptura Wstydzicie się swych pudeł niech was wstyd nie pali Znałem myśliwych lepszych od was a chybiali Trafiać chybiać poprawiać to kolej strzelecka Ja sam chociaż ze strzelbą włóczę się od dziecka Chybiałem chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk O Rejtanie opowiem później Co się tycze Wypuszczenia z obławy że oba panicze Źwierzowi jak należy kroku nie dostali Choć mieli oszczep w ręku tego nikt nie chwali Ani gani bo zmykać mając nabój w rurze Znaczyło po staremu być tchórzem nad tchórze Toż wystrzelić na oślep jak to robi wielu Nie przypuściwszy źwierza nie wziąwszy do celu Jest rzecz haniebna ale kto dobrze wymierzy Kto przypuści do siebie źwierza jak należy Jeśli chybił cofnąć się może bez sromoty Albo walczyć oszczepem lecz z własnej ochoty A nie z musu gdyż oszczep strzelcom poruczony Nie dla natarcia ale tylko dla obrony Tak było po staremu a więc mnie zawierzcie I waszej rejterady do serca nie bierzcie Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę Nigdy we dwóch nie strzelać do jednej źwierzyny Właśnie Wojski wymawiał to słowo źwierzyny Gdy Asesor półgębkiem podszepnął dziewczyny Brawo krzyknęła młodzież powstał szmer i śmiechy Powtarzano z kolei przestrogę Hreczechy Mianowicie ostatnie słowo ci źwierzyny A drudzy w głos śmiejąc się krzyczeli Dziewczyny Rejent szepnął Kobiety Asesor Kokiety Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu Ani uważał co tam szepcą po kryjomu Rad bardzo że mógł damy i młodzież rozśmieszyć Zwrócił się ku myśliwcom chcąc i tych pocieszyć I zaczął nalewając sobie kielich wina Nadaremnie oczyma szukam Bernardyna Chciałbym mu opowiedzieć wypadek ciekawy Podobny do zdarzenia dzisiejszej obławy Klucznik mówił że tylko znał jednego człeka Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka Ja zaś znałem drugiego równie trafnym strzałem Ocalił on dwóch panów sam ja to widziałem Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassow Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie Nadawali mu wielkich prezentów bez liku I skórę zabitego dzika o tym dziku I o strzale powiem wam jak naoczny świadek Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów Posłowi Rejtanowi i księciu Denassow A wtem ozwał się Sędzia nalewając czaszę Piję zdrowie Robaka Wojski w ręce wasze Jeśli datkiem nie możem Kwestarza zbogacić Postaramy się przecież za proch mu zapłacić Uręczamy że niedźwiedź zabity dziś w boru Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru Lecz skóry Księdzu nie dam lub gwałtem zabiorę Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli Skórą tą rozporządzimy wedle naszej woli Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży Skórę Jaśnie Wielmożny Pan nasz Podkomorzy Temu da kto na drugą nagrodę zasłużył Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył Strzelcy zaczęli szemrać każdy coś powiadał Tamten jak źwierza znalazł ten jak ranę zadał Tamten psiarnię nawołał ów źwierza nawrócił Znowu w ostęp Asesor z Rejentem się kłócił Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki Sędzio sąsiedzie wreszcie wyrzekł Podkomorzy Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży Lecz niełacno rozsądzić kto jest po nim drugi Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi Wszyscy równi zręcznością biegłością i męstwem Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura Tadeusz i pan Hrabia im należy skóra Pan Tadeusz ustąpi jestem tego pewny Jako młodszy i jako gospodarza krewny Więc spolia opima weźmiesz Mości Hrabia Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy Godłem szczęścia łowczego bodźcem przyszłej sławy Umilknął wesół myśląc że Hrabię ucieszył Nie wiedział jak boleśnie serce jego przeszył Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie Mimowolnie wzrok podniósł a te łby jelenie Te gałęziste rogi jakby las wawrzynów Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów Te rzędami portretów zdobione filary Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości Zbudził się z marzeń wspomniał gdzie u kogo gości Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów Biesiadnikiem Sopliców swych odwiecznych wrogów A przy tym zawiść którą czuł do Tadeusza Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza Rzekł więc z gorzkim uśmiechem Mój domek zbyt mały Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy Podkomorzy zgadując na co się zanosi Zadzwonił w tabakierę złotą o głos prosi Godzieneś pochwał rzecze Hrabio mój sąsiedzie Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie Nie tak jak modni wieku twojego panicze Żyjący bez rachunku Ja tuszę i życzę Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie Mam już projekt zamiany fundum wynagrodzić Ziemią w sposób następny Tu zaczął wywodzić Porządnie jak zwykł zawsze plan przyszłej zamiany Już był w połowie rzeczy gdy ruch niespodziany Wszczął się na końcu stoła jedni coś postrzegli Wskazują palcem drudzy oczyma tam biegli Aż wreszcie wszystkie głowy jak kłosy schylone Wstecznym wiatrem w przeciwną zwróciły się stronę W kąt Z kąta kędy wisiał portret nieboszczyka Ostatniego z rodziny Horeszków Stolnika Z małych drzwiczek ukrytych pomiędzy filary Wysunęła się cicho postać na kształt mary Gerwazy poznano go po wzroście po licach Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach Stąpał jako słup prosto niemy i surowy Nie zdjąwszy czapki nawet nie schyliwszy głowy W ręku trzymał błyszczący klucz jakby puginał Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał Stały w dwóch kątach sieni wsparte o filary Dwa kurantowe w szafach zamknięte zegary Dziwaki stare dawno ze słońcem w niezgodzie Południe wskazywały często o zachodzie Gerwazy nie przybrał się machinę naprawić Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić Dręczył kluczem zegary każdego wieczora Właśnie teraz przypadła nakręcania pora Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę Stron interesowanych on pociągnął wagę Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę Bracie rzekł odłóż nieco twą pilną robotę I kończył plan zamiany lecz Klucznik na psotę Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru I wnet gil który siedział na wierzchu zegaru Trzepiocąc skrzydłem zaczął ciąć kurantów nuty Ptak sztucznie wyrobiony szkoda że popsuty Zająkał się i piszczał im dalej tym gorzej Goście w śmiech musiał przerwać znowu Podkomorzy Mości Kluczniku krzyknął lub raczej puszczyku Jeśli dziob twój szanujesz dość mi tego krzyku Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył Prawą rękę poważnie na zegar położył A lewą wziął się pod bok tak oburącz wsparty Podkomorzeńku krzyknął wolne pańskie żarty Wróbel mniejszy niż puszczyk a na swoich wiorach Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach Co klucznik to nie puszczyk kto w cudze poddasze Nocą włazi ten puszczyk i ja go wystraszę Za drzwi z nim Podkomorzy krzyknął Panie Hrabia Zawołał Klucznik widzisz Pan co się wyrabia Czy nie dosyć się jeszcze Pański honor plami Że Pan jadasz i pijasz z tymi Soplicami Trzebaż jeszcze aby mnie zamku urzędnika Gerwazego Rębajłę Horeszków klucznika Lżyć w domu Panów moich i Panże to zniesie Wtem Protazy zawołał trzykroć Uciszcie się Na ustąp Ja Protazy Baltazar Brzechalski Dwojga imion jenerał niegdyś trybunalski Vulgo woźny woźnieńską obdukcyją robię I wizyją formalną zamawiając sobie Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo I pana Asesora wzywając na śledztwo Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy O inkursyją to jest o najazd granicy Gwałt zamku w którym Sędzia dotąd prawnie włada Czego dowodem jawnym jest że w zamku jada Brzechaczu wrzasnął Klucznik ja cię wnet nauczę I dobywszy zza pasa swe żelazne klucze Okręcił wkoło głowy puścił z całej mocy Pęk żelaza wyleciał jako kamień z procy Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci Szczęściem schylił się Woźny i wydarł się śmierci Porwali się z miejsc wszyscy chwilę była głucha Cichość aż Sędzia krzyknął W dyby tego zucha Hola chłopcy i czeladź rzuciła się żwawo Ciasnym przejściem pomiędzy ścianami i ławą Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę Wara zawołał Sędzio nie wolno nikomu Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu Kto ma na starca skargę niech ją mnie przełoży Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy Bez Wacinej pomocy ukarać potrafię Zuchwałego szlachetkę a Wać Mości Grafie Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz Nie Wać tu jesteś panem nie Wać nas ugaszczasz Siedź cicho jakeś siedział jeśli siwej głowy Nie czcisz to szanuj pierwszy urząd powiatowy Co mi odmruknął Hrabia dość już tej gawędy Nudźcie drugich waszymi względy i urzędy Dość już głupstwa zrobiłem wdając się z Waćpaństwem W pijatyki które się kończą grubijaństwem Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy Do widzenia po trzeźwu pódź za mną Gerwazy Nigdy się odpowiedzi takiej nie spodziewał Podkomorzy właśnie swój kieliszek nalewał Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym Głowę wyciągnął na bok i ucha przyłożył Oczy rozwarł szeroko usta wpół otworzył Milczał lecz kielich w ręku tak potężnie ścisnął Że szkło dźwięknąwszy pękło płyn w oczy mu prysnął Rzekłbyś iż z winem ognia w duszę się nalało Tak oblicze spłonęło tak oko pałało Zerwał się mówić pierwsze słowo niewyraźnie Mleł w ustach aż przez zęby wyleciało Błaźnie Grafiątko ja cię Tomasz karabelę Ja tu Nauczę ciebie mores błaźnie daj go katu Względy urzędy nudzą uszko delikatne Ja cię zaraz po tych zauszniczkach płatnę Fora za drzwi do korda Tomasz karabelę Wtem do Podkomorzego skoczą przyjaciele Sędzia porwał mu rękę Stój Pan to rzecz nasza Mnie tu naprzód wyzwano Protazy pałasza Puszczę go w taniec jako niedźwiadka na kiju Lecz Tadeusz Sędziego wstrzymał Panie Stryju Wielmożny Podkomorzy czyż się Państwu godzi Wdawać się z tym fircykiem czy tu nie ma młodzi Na mnie się zdajcie ja go należycie skarcę A Waszeć panie śmiałku co wyzywasz starce Obaczym czyli jesteś tak strasznym rycerzem Rozprawimy się jutro plac i broń wybierzem Dziś uchodź pókiś cały Dobra była rada Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nie lada Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki Ale z ostrego końca latały butelki Koło Hrabiego głowy Strwożone kobiety W prośby w płacz Telimena krzyknąwszy Niestety Wzniosła oczy powstała i padła zemdlona I przechyliwszy szyję przez Hrabi ramiona Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzie Hrabia choć zagniewany wstrzymał się w zapędzie Zaczął cucić ocierać Tymczasem Gerwazy Wystawiony na stołków i butelek razy Już zachwiał się już czeladź zakasawszy pięście Rzucała się nań zewsząd hurmem gdy na szczęście Zosia widząc szturm skoczy i litością zdjęta Zasłania starca na krzyż rozpiąwszy rączęta Wstrzymali się Gerwazy z wolna ustępował Zniknął z oczu szukano gdzie się pod stół schował Gdy nagle z drugiej strony wyszedł jak spod ziemi Podniósłszy w górę ławę ramiony silnemi Okręcił się jak wiatrak oczyścił pół sieni Wziął Hrabię i tak oba ławą zasłonieni Cofali się ku drzwiczkom już dochodzą progów Gerwazy stanął jeszcze raz spojrzał na wrogów Dumał chwilę niepewny czy cofać się zbrojnie Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie Obrał drugie już ławę jak taran murowy W tył dźwignął dla zamachu już ugiąwszy głowy Z wypiętą naprzód piersią z podniesioną nogą Miał wpaść ujrzał Wojskiego uczuł w sercu trwogę Wojski cicho siedzący z przymrużonym okiem Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem Dopiero gdy się Hrabia z Podkomorzym skłócił I Sędziemu pogroził Wojski głowę zwrócił Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki Ale w gościnnym jego domu zamieszkały O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały Przypatrywał się zatem z ciekawością walce Wyciągnął z lekka na stół rękę dłoń i palce Położył nóż na dłoni trzonkiem do paznokcia Indeksu a żelazem zwrócony do łokcia Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał Niby bawiąc się lecz się w Hrabiego wpatrywał Sztuka rzucania nożów straszna w ręcznej bitwie Już była zaniedbana podówczas na Litwie Znajoma tylko starym Klucznik jej probował Nieraz w zwadach karczemnych Wojski w niej celował Widać z zamachu ręki że silnie uderzy A z oczu łacno zgadnąć że w Hrabiego mierzy Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli Mniej baczni młodzi ruchów starca nie pojęli Gerwazy zbladnął ławą Hrabiego zakłada Cofa się ku drzwiom Łapaj krzyknęła gromada Jako wilk obskoczony znienacka przy ścierwie Rzuca się oślep w zgraję co mu ucztę przerwie Już goni ma ją szarpać wtem śród psiego wrzasku Trzasło ciche półkurcze wilk zna je po trzasku Śledzi okiem postrzega że z tyłu za charty Myśliwiec wpół schylony na kolanie wsparty Rurą ku niemu wije i już cyngla tyka Wilk uszy spuszcza ogon podtuliwszy zmyka Psiarnia z tryumfującym rzuca się hałasem I skubie go po kudłach zwierz zwraca się czasem Spojrzy klapnie paszczęką i białych kłów zgrzytem Ledwie pogrozi psiarnia pierzcha ze skowytem Tak i Gerwazy z groźną cofał się postawą Wstrzymując napastników oczyma i ławą Aż razem z Hrabią wpadli w głąb ciemnej framugi Łapaj krzykniono znowu tryumf był niedługi Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie Ukazał się na chorze przy starym organie I z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury Wielką by klęskę zadał uderzając z góry Ale już goście tłumnie wychodzili z sieni Nie śmieli kroku dostać słudzy potrwożeni I chwytając naczynia w ślad panów uciekli Nawet nakrycia z częścią sprzętów się wyrzekli Któż ostatni nie dbając na groźby i razy Ustąpił z placu bitwy Brzechalski Protazy On za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie Aż skończył i z pustego zszedł pobojowiska Kędy zostały trupy ranni i zwaliska W ludziach straty nie było ale wszystkie ławy Miały zwichnione nogi stół także kulawy Obnażony z obrusa poległ na talerzach Zlanych winem jak rycerz na krwawych puklerzach Między licznymi kurcząt i jendyków cały W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku Mrok zgęstniał reszty pańskiej wspaniałej biesiady Leżą podobne uczcie nocnej gdzie na dziady Zgromadzić się zaklęte mają nieboszczyki Już na poddaszu trzykroć krzyknęły puszczyki Jak guślarze zdają się witać wschód miesiąca Którego postać oknem spadła na stół drżąca Niby dusza czyscowa z podziemu przez dziury Wyskakiwały na kształt potępieńców szczury Gryzą piją czasami w kącie zapomniana Puknie na toast duchom butelka szampana Ale na drugim piętrze w izbie którą zwano Choć była bez zwierciadeł salą zwierciadlaną Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie Chłodził się wiatrem surdut wdział na jedno ramię Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował I pierś surdutem jakby płaszczem udrapował Gerwazy chodził kroki wielkimi po sali Obadwa zamyśleni do siebie gadali Pistolety rzekł Hrabia lub gdy chcą pałasze Zamek rzekł Klucznik i wieś oboje to nasze Stryja synowca wołał Hrabia całe plemię Wyzywaj Zamek wołał Klucznik wieś i ziemie Zabieraj Pan To mówiąc zwrócił się do Hrabi Jeśli Pan chce mieć pokój niech wszystko zagrabi Po co proces Mopanku sprawa jak dzień czysta Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta Część gruntów oderwano w czasie Targowicy I jak Pan wie oddano władaniu Soplicy Nie tylko tę część wszystko zabrać im należy Za koszta procesowe za karę grabieży Mówiłem Panu zawsze procesów zaniechać Mówiłem Panu zawsze najechać zajechać Tak było po dawnemu kto raz grunt posiądzie Ten dziedzic wygraj w polu a wygrasz i w sądzie Co się tyczy dawniejszych z Soplicami sprzeczek Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę To my we dwóch Sopliców tych porzniem na sieczkę Brawo rzekł Hrabia plan twój gotycko sarmacki Podoba się mi lepiej niż spór adwokacki Wiesz co na całej Litwie narobim hałasu Wyprawą niesłychaną od dawnego czasu I sami się zabawim Dwa lata tu siedzę Jakąż bitwę widziałem z chłopami o miedzę Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży Gdym w Sycylu bawił u pewnego księcia Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia I okupu od krewnych żądali zuchwale My zebrawszy naprędce sługi i wasale Wpadliśmy ja dwóch zbojców ręką mą zabiłem Pierwszy wleciałem w tabor więźnia uwolniłem Ach mój Gerwazy jaki to był tryumfalny Jaki piękny nasz powrót rycersko feudalny Lud z kwiatami spotykał nas córka książęcia Wdzięczna zbawcy ze łzami padła w me objęcia Gdym przybył do Palermo wiedziano z gazety Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety Nawet wydrukowano o całym zdarzeniu Romans gdzie wymieniony jestem po imieniu Romans ma tytuł Hrabia czyli tajemnice Zamku Birbante rokka Czy są tu ciemnice W tym zamku Są rzekł Klucznik ogromne piwnice Ale puste bo wino wypili Soplice Dżokejów dodał Hrabia uzbroić we dworze Z włości wezwać wasalów Lokajów broń Boże Przerwał Gerwazy Czy to zajazd jest hultajstwem Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem Mój Panie na zajazdach nie znacie się wcale Wąsalów co innego zdadzą się wąsale Nie we włości ich szukać ale po zaściankach W Dobrzynie w Rzezikowie w Ciętyczach w Rąbankach Szlachta odwieczna w której krew rycerska płynie Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców To rzecz moja Pan niechaj do pałacu wraca I wyśpi się bo jutro będzie wielka praca Pan spać lubi już późno drugi kur już pieje Ja tu będę pilnować zamku aż rozdnieje A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku Na te słowa pan Hrabia ustąpił z krużganku Ale nim odszedł spojrzał przez otwór strzelnicy I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy Iluminujcie krzyknął jutro o tej porze Będzie jasno w tym zamku ciemno w waszym dworze Gerwazy siadł na ziemi oparł się o ścianę I pochylił ku piersiom czoło zadumane Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy Gerwazy po nim kryślił palcem różne rysy Widać że przyszłych wypraw snuł plany wojenne Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne Bezwładną kiwnął szyją czuł że go sen bierze Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją Dziwne stanęły mary tłoczą się i wiją Klucznik widzi Horeszki swoje dawne pany Ci niosą karabele drudzy buzdygany Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa Składa się karabelą buzdyganem wstrząsa Za nimi jeden cichy posępny cień mignął Z krwawą na piersi plamą Gerwazy się wzdrygnął Poznał Stolnika zaczął wkoło siebie żegnać I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać Odmawiał litaniją o czyscowych duszach Znowu wzrok mu skleił się zadzwoniło w uszach Widzi tłum szlachty konnej błyszczą karabele Zajazd zajazd Korelicz i Rymsza na czele I ogląda sam siebie jak na koniu siwym Z podniesionym nad głowę rapierem straszliwym Leci rozpięta na wiatr szumi taratatka Z lewego ucha spadła w tył konfederatka Leci jezdnych i pieszych po drodze obala I na koniec Soplicę w stodole podpala Wtem ciężka marzeniami na pierś spadła głowa I tak usnął ostatni Klucznik Horeszkowa Księga szósta Zaścianek Pierwsze ruchy wojenne zajazdu Wyprawa Protazego Robak z panem Sędzią radzą o rzeczy publicznej Dalszy ciąg wyprawy Protazego bezskutecznej Ustęp o konopiach Zaścianek szlachecki Dobrzyn Opisanie domostwa i osoby Maćka Dobrzyńskiego Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku Świt bez rumieńca wiodąc dzień bez światła w oku Dawno wszedł dzień a jeszcze ledwie jest widomy Mgła wisiała nad ziemią jak strzecha ze słomy Nad ubogą Litwina chatką w stronie wschodu Widać z bielszego nieco na niebie obwodu Że słońce wstało tędy ma zstąpić na ziemię Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie Za przykładem niebieskim wszystko się spóźniło Na ziemi bydło późno na paszę ruszyło I zdybało zające przy późnym śniadaniu One zwykły do gajów wracać o świtaniu Dziś okryte tumanem te mokrzycę chrupią Te jamki w roli kopiąc parami się kupią I na wolnym powietrzu myślą użyć wczasu Ale przed bydłem muszą powracać do lasu I w lasach cisza Ptaszek zbudzony nie śpiewa Otrząsnął pierze z rosy tuli się do drzewa Głowę wciska w ramiona oczy znowu mruży I czeka słońca Kędyś u brzegów kałuży Klekce bocian na kopach siedzą wrony zmokłe Rozdziawiwszy się ciągną gawędy rozwlokłe Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty Gospodarze już dawno wyszli do roboty Już zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną Jak dzień słotny ponurą tęskną jednostajną Tym smutniejszą że dźwięk jej w mgłę bez echa wsiąka Chrząsnęły sierpy w zbożu ozwała się łąka Rząd kosiarzy otawę siekących wciąż brząka Pogwizdując piosenkę z końcem każdej zwrotki Stają ostrzą żelezca i w takt kują w młotki Ludzi we mgle nie widać tylko sierpy kosy I pieśni brzmią jak muzyk niewidzialnych głosy W środku na snopie zboża Ekonom usiadłszy Nudzi się kręci głową roboty nie patrzy Pogląda na gościniec na drogi rozstajne Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne Na gościńcu i drogach od samego ranka Panuje ruch niezwykły stąd chłopska furmanka Skrzypi lecąc jak poczta stąd szlachecka bryka Czwałem tarkocze drugą i trzecią spotyka Z lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni Z prawej przebiegło w zawód kilkanaście koni Wszyscy śpieszą ku różnym kierują się stronom Co to ma znaczyć Powstał ze snopa Ekonom Chciał przypatrzyć się spytać długo stał nad drogą Daremnie wołał nie mógł zatrzymać nikogo Ni poznać we mgle Jezdni migają jak duchy Tylko słychać raz po raz tętent kopyt głuchy I co dziwniejsza jeszcze szczękanie pałaszy Bardzo to Ekonoma i cieszy i straszy Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie Dawno już wieści głuche biegały o wojnie O Francuzach Dąbrowskim o Napoleonie Miałyżby wojnę wróżyć ci jeźdźcy te bronie Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć Spodziewając się i sam czegoś się dowiedzieć W Soplicowie domowi i goście po kłótni Wczorajszej wstali z siebie nieradzi i smutni Próżno Wojszczanka damy na kabałę sprasza Mężczyznom próżno karty dają do mariasza Nie chcą bawić się ni grać siedzą cicho w kątkach Mężczyźni palą lulki kobiety przy prątkach Nawet śpią muchy Wojski rzuciwszy łopatkę Znudzony ciszą idzie pomiędzy czeladkę Woli w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzyków Groźb i razów kucharza hałasu kuchcików Aż go powoli wprawił w przyjemne marzenie Ruch jednostajny rożnów kręcących pieczenie Sędzia od rana pisał zamknąwszy się w izbie Woźny od rana czekał pod oknem na przyzbie Sędzia skończywszy pozew Protazego wzywa Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywa O skrzywdzenie honoru zelżywe wyrazy Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy Obydwu o przechwałki o koszta z powodu Procesu ciągnie w rejestr taktowy do grodu Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie oczewisto Nim zajdzie słońce Woźny z miną uroczystą Wyciągnął słuch i rękę skoro pozew zoczył Stał poważnie a rad by z radości podskoczył Na samą myśl procesu czuł że się odmłodził Wspomniał na dawne lata gdy z pozwami chodził Po guzy ale razem po zapłaty hojne Tak żołnierz który strawił życie tocząc wojnę A na starość w szpitalach spoczywa kaleki Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki Chwyta się z łoża krzyczy przez sen Bij Moskala I na drewnianej nodze skacze ze szpitala Tak prędko że go ledwie może złowić młodzież Protazy śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież Przecież żupana ani kontusza nie kładzie One służą ku wielkiej sądowej paradzie Na podróż ma strój inny szerokie rajtuzy I kurtę której poły podpięte na guzy Można zakasać albo spuścić na kolana Czapka z uszami sznurkiem u wierzchu związana Wznosi się na pogodę spuszcza się przed słotą Tak ubrany wziął pałkę i ruszył piechotą Bo woźni przed procesem jak szpiegi przed bojem Muszą kryć się pod różną postacią i strojem Dobrze zrobił Protazy że w drogę pośpieszył Bo niedługo by swoim pozwem się nacieszył W Soplicowie zmieniano kampaniji plany Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany I rzekł Sędzio to bieda nam z tą panią ciotką Z tą panią Telimeną kokietką i trzpiotką Kiedy Zosia została dzieckiem w biednym stanie Jacek ją Telimenie dał na wychowanie Słysząc że jest osoba dobra świat znająca A postrzegam że ona coś tu nam zamąca Intryguje i pono Tadeuszka wabi Śledzę ją albo może bierze się do Hrabi Może do obu razem obmyślmy więc środki Jak się jej pozbyć bo stąd mogą urość plotki Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady Które mogą pomieszać twe prawne układy Układy krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem Z układów kwita już je skończyłem zerwałem A to co przerwał Robak gdzie rozum gdzie głowa Co tu mi Wasze bajasz jaka burda nowa Nie z mej winy rzekł Sędzia proces to wyjaśni Hrabia pyszałek głupiec był przyczyną waśni I Gerwazy łotr lecz to do sądu należy Szkoda żeś nie był Księże w zamku na wieczerzy Poświadczyłbyś jak Hrabia srodze mnie obraził Po coś Waść krzyknął Robak do tych ruin łaził Wiesz jak zamku nie cierpię odtąd moja noga Tam nie postanie Znowu kłótnia kara Boga Jakże tam było powiedz trzeba tę rzecz zatrzeć Już mnie znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć Ważniejsze ja mam sprawy niż godzić pieniaczy Ale jeszcze raz zgodzę Zgodzić Cóż to znaczy A idźże mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha Przerwał Sędzia tupnąwszy nogą patrzcie mnicha Że go przyjmuję grzecznie chce mnie za nos wodzić Wiedz Wasze że Soplice nie zwykli się godzić Gdy pozwą muszą wygrać nieraz w ich imieniu Trwał proces aż wygrali w szóstym pokoleniu Dosyć zrobiłem głupstwa z porady Waszeci Zwołując podkomorskie sądy po raz trzeci Od dzisiaj nie ma zgody nie ma nie ma nie ma I krzycząc chodził tupał nogami obiema Prócz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek Musi mnie deprekować albo pojedynek Ale Sędzio cóż będzie jak się Jacek dowie Wszak on umrze z rozpaczy Czyliż Soplicowie Nie nabroili jeszcze w tym zamku dość złego Bracie wspominać nie chcę wypadku strasznego Wiesz także że część gruntów od zamku dziedzica Zabrała i Soplicom dała Targowica Jacek za grzech żałując musiał był ślubować Pod absolucją dobra te restytuować Wziął więc Zosię Horeszków dziedziczkę ubogą Hodować wychowanie jej opłacał drogo Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży Lecz cóż to krzyknął Sędzia co do mnie należy Ja się nie znałem nawet nie widziałem z Jackiem Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem Siedząc wtenczas retorem w jezuickiej szkole Potem u wojewody służąc za pacholę Dano mi dobra wziąłem kazał przyjąć Zosię Przyjąłem hodowałem myślę o jej losie Dość mnie nudzi ta cała historyja babia A potem czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia Z jakim prawem do zamku Wszak wiesz przyjacielu On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu I ma mnie lżyć a ja go zapraszać do zgody Bracie rzekł Ksiądz ważne są do tego powody Pamiętasz że Jacek chciał do wojska słać syna Potem w Litwie zostawił cóż w tym za przyczyna Oto w domu Ojczyźnie potrzebniejszy będzie Słyszałeś pewnie o czym już gadają wszędzie O czym ja wiadomostki przynosiłem nieraz Teraz czas już powiedzieć wszystko czas już teraz Ważne rzeczy mój bracie Wojna tuż nad nami Wojna o Polskę bracie Będziem Polakami Wojna niechybna Kiedy z poselstwem tajemnem Tu biegłem wojsk forpoczty już stały nad Niemnem Napoleon już zbiera armiję ogromną Jakiej człowiek nie widział i dzieje nie pomną Obok Francuzów ciągnie polskie wojsko całe Nasz Józef nasz Dąbrowski nasze orły białe Już są w drodze na pierwszy znak Napoleona Przejdą Niemen i bracie Ojczyzna wskrzeszona Sędzia słuchając z wolna okulary składał I wpatrując się mocno w Księdza nic nie gadał Westchnął głęboko w oczach łzy się zakręciły Wreszcie porwał za szyję Księdza z całej siły Mój Robaku wołając czy to tylko prawda Mój Robaku powtarzał czy to tylko prawda Ileż razy zwodzono Pamiętasz gadali Napoleon już idzie i my już czekali Gadano już w Koronie już Prusaka pobił Wkracza do nas A on co Pokój w Tylży zrobił Czy tylko prawda Czy ty nie zwodzisz sam siebie Prawda zawołał Robak jak Pan Bóg na niebie Błogosławioneż niechaj będą usta które To zwiastują rzekł Sędzia wznosząc ręce w górę Nie pożałujesz twego poselstwa Robaku Nie pożałuje klasztor dwieście owiec z braku Daję na klasztor Księże tyś się wczora palił Do mojego kasztanka i gniadosza chwalił Dziś zaraz w twym kwestarskim wozie pójdą oba Dziś proś mnie o co zechcesz co ci się podoba Nie odmówię Lecz o tym interesie całym Z Hrabią daj pokój skrzywdził mnie już zapozwałem Czyż wypada Załamał ręce Ksiądz zdziwiony Wlepiwszy oczy w Sędzię ruszywszy ramiony Rzekł To gdy Napoleon wolność Litwie niesie Gdy świat drży cały to ty myślisz o procesie I jeszczeż po tym wszystkim com tobie powiedział Będziesz spokojnie ręce założywszy siedział Gdy działać trzeba Działać Cóż Sędzia zapytał Jeszcześ rzekł Robak z oczu moich nie wyczytał Jeszcze serce nic tobie nie gada Ach bracie Jeśli Soplicowskiej krwi kroplę w żyłach macie Uważ tylko Francuzi uderzają z przodu A gdyby z tyłu zrobić powstanie narodu Co myślisz Niech no Pogoń zarży niech na Żmudzi Niedźwiedź ryknie Ach gdyby jakie tysiąc ludzi Gdyby choć pięćset z tyłu na Moskwę natarło Powstanie jako pożar wkoło rozpostarło Gdybyśmy my nabrawszy Moskwie harmat znaków Zwycięscy szli powitać wybawców rodaków Ciągniemy Napoleon widząc nasze lance Pyta co to za wojsko my krzyczym Powstańce Najjaśniejszy Cesarzu Litwa ochotnicy Pyta pod czyją wodzą Sędziego Soplicy Ach któż by potem pisnąć śmiał o Targowicy Bracie póki Ponarom stać Niemnowi płynąć Póty w Litwie Sopliców imieniowi słynąć Wnuków prawnuków będzie Jagiełłów stolica Wskazywać palcem mówiąc Oto jest Soplica Z tych Sopliców co pierwsi zrobili powstanie A na to Sędzia Mniejsza o ludzkie gadanie Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata Bóg świadkiem żem nie winien grzechów mego brata W politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał Urzędując i orząc mojej ziemi kawał Lecz jestem szlachcic rad bym plamę domu zmazać Jestem Polak dla kraju rad bym coś dokazać Choć duszę oddać W szable nie byłem zbyt tęgi Wszakże bierali ludzie i ode mnie cięgi Wie świat że w czasie polskich ostatnich sejmików Wyzwałem i zraniłem dwóch braci Buzwików Którzy Ale to mniejsza Jakże Wasze myśli Czy potrzeba żebyśmy zaraz w pole wyszli Strzelców zebrać rzecz łatwa prochu mam dostatek W plebaniji u księdza jest kilka armatek Przypominam że Jankiel mówił iż u siebie Ma groty do lanc że je mogę wziąć w potrzebie Te groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca Pod sekretem weźmiem je zaraz zrobim drzewca Szabel nam nie zabraknie szlachta na koń wsiędzie Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie O polska krwi zawołał Bernardyn wzruszony Z otwartymi skoczywszy na Sędzię ramiony Prawe dziecię Sopliców Tobie Bóg przeznacza Oczyścić grzechy brata twojego tułacza Zawszem ciebie szanował ale od tej chwili Kocham cię jak gdybyśmy bracią sobie byli Przygotujemy wszystko lecz wyjść nie czas jeszcze Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę Wiem że car wysłał gońców do Napoleona Prosić o pokój wojna nie jest ogłoszona Lecz książę Józef słyszał od pana Biniona Francuza co należy do cesarskiej rady Że się na niczym skończą wszystkie te układy Że będzie wojna Książę wysłał mnie na wzwiady Z rozkazem żeby byli Litwini gotowi Dowieść przychodzącemu Napoleonowi Że chcą złączyć się znowu z siostrą swą Koroną I żądając ażeby Polskę przywrócono Tymczasem bracie z Hrabią trzeba przyjść do zgody Jest to dziwak fantastyk trochę ale młody Poczciwy dobry Polak potrzebny nam taki W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki Wiem z doświadczenia nawet głupi się przydadzą Byle tylko poczciwi i pod mądrych władzą Hrabia pan ma u szlachty wielkie zachowanie Cały powiat ruszy się jeśli on powstanie Znając jego majątek każdy szlachcic powie Musi to być rzecz pewna gdy z nią są panowie Biegę do niego zaraz Niech się pierwszy zgłosi Rzekł Sędzia niech przyjedzie tu mnie niech przeprosi Wszak jestem starszy wiekiem jestem na urzędzie Co się tycze procesu sąd arbitrów będzie Bernardyn trzasnął drzwiami No szczęśliwa droga Rzekł Sędzia Ksiądz wpadł w powóz stojący u proga Tnie biczem konie łechce lejcami po bokach Furknęła kałamaszka ginie w mgły obłokach Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury Wznosi się nad tumany jako sęp nad chmury Woźny już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi Jak lis bywalec gdy go woń słoniny wabi Bieży ku niej a strzelców zna fortele skryte Bieży staje przysiada coraz wznosi kitę I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli Pyta wiatru czy strzelcy jadła nie zatruli Protazy zeszedł z drogi i wzdłuż sianożęci Krąży około domu pałkę w ręku kręci Udaje że obaczył kędyś bydło w szkodzie Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie Schylił się bieży rzekłbyś iż derkacza tropi Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi W tej zielonej pachnącej i gęstej krzewinie Koło domu jest pewny przytułek źwierzynie I ludziom Nieraz zając zdybany w kapuście Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście Bo go dla gęstwy ziela ani chart nie zgoni Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni W konopiach człowiek dworski uchodząc kańczuka Lub pięści siedzi cicho aż się pan wyfuka I nawet często zbiegli od rekruta chłopi Gdy ich rząd śledzi w lasach siedzą śród konopi I stąd w czasie bitew zajazdów tradowań Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań Ażeby stanowisko zająć konopiane Które z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę A z tyłu pospolicie stykając się z chmielem Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem Protazy choć człek śmiały uczuł nieco strachu Bo przypomniał z samego rośliny zapachu Różne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki Jedne po drugich biorąc konopie na świadki Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz Dzindolet Rozkazał mu oparłszy o piersi pistolet Wleźć pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać Jak później Wołodkowicz pan dumny zuchwały Co rozpędzał sejmiki gwałcił trybunały Przyjąwszy urzędowy pozew zdarł na sztuki I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier Krzycząc Albo cię zetnę albo zjedz twój papier Woźny niby jeść zaczął jak człowiek roztropny Aż skradłszy się do okna wpadł w ogród konopny Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem Opędzać się od pozwów szablą lub nahajem I ledwie woźny czasem usłyszał łajanie Ale Protazy o tej obyczajów zmianie Wiedzieć nie mógł bo dawno już pozwów nie naszał Choć zawsze gotów choć się Sędziemu sam wpraszał Sędzia dotąd przez winny wzgląd na lata stare Odmawiał jego prośbom dziś przyjął ofiarę Dla naglącej potrzeby Woźny patrzy czuwa Cicho wszędzie w konopie z wolna ręce wsuwa I rozchylając gęstwę badylów w jarzynie Jako rybak pod wodą nurkujący płynie Wzniosł głowę cicho wszędzie do okien się skrada Cicho wszędzie przez okna głąb pałacu bada Pusto wszędzie Na ganek wchodzi nie bez strachu Odmyka klamkę pusto jak w zaklętym gmachu Dobywa pozew czyta głośno oświadczenie A wtem usłyszał tarkot uczuł serca drżenie Chciał uciec gdy ode drzwi zaszła mu osoba Szczęściem znajoma Robak Zdziwili się oba Widno że Hrabia kędyś ruszył z całym dworem I bardzo śpieszył bo drzwi zostawił otworem Widać że się uzbrajał leżały dwururki I sztućce na podłodze dalej sztenfle kurki I narzędzia ślusarskie którymi rynsztunki Poprawiano proch papier robiono ładunki Czy Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy Ale po cóż broń ręczna Tu szabla bez głowy Zardzewiała tam leży szpada bez temlaku Zapewne wybierano oręż z tego braku I poruszono nawet stare broni składy Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady A potem do folwarku wybrał się na wzwiady Szukając sług żeby się rozpytać o Hrabię W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie Od których słyszy że pan i dworska drużyna Ruszyli tłumnie zbrojnie drogą do Dobrzyna Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński Zaścianek Męstwem swoich szlachciców pięknością szlachcianek Niegdyś możny i ludny bo gdy król Jan Trzeci Obwołał pospolite ruszenie przez wici Chorąży wojewodztwa z samego Dobrzyna Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty Dziś rodzina Zmniejszona zubożała dawniej w pańskich dworach Lub wojsku na zajazdach sejmikowych zborach Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie Teraz zmuszeni sami pracować na siebie Jako zaciężne chłopstwo tylko że siermięgi Nie noszą lecz kapoty białe w czarne pręgi A w niedzielę kontusze Strój także szlachcianek Najuboższych różni się od chłopskich katanek Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach Bydło pasą nie w łapciach z kory lecz w trzewiczkach I żną zboże a nawet przędą w rękawiczkach Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią Językiem swoim tudzież wzrostem i postacią Czysta krew lacka wszyscy mieli czarne włosy Wysokie czoła czarne oczy orle nosy Z Dobrzyńskiej ziemi ród swój starożytny wiedli A choć od lat czterystu na Litwie osiedli Zachowali mazurską mowę i zwyczaje Jeśli który z nich dziecku imię na chrzcie daje Zawsze zwykł za patrona brać koronijasza Świętego Bartłomieja albo Matyjasza Tak syn Macieja zawżdy zwał się Bartłomiejem A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny Brali różne przydomki od jakiej zalety Lub wady tak mężczyźni jako i kobiety Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków Na znak pogardy albo szacunku spółziomków Czasem jeden że szlachcic inaczej w Dobrzynie A pod innym nazwiskiem u sąsiadów słynie Dobrzyńskich naśladując inna szlachta bliska Brała również przydomki zwane imioniska Teraz ich każda prawie używa rodzina A rzadki wie iż mają początek z Dobrzyna I były tam potrzebne kiedy w reszcie kraju Głupim naśladownictwem weszły do zwyczaju Więc Matyjasz Dobrzyński który stał na czele Całej rodziny zwan był Kurkiem na kościele Potem z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem Odmieniwszy przydomek ochrzcił się Zabokiem Toż Królikiem Dobrzyńscy mianują go sami A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami Jak on nad Dobrzyńskimi dom jego nad siołem Panował stojąc między karczmą i kościołem Widać rzadko zwiedzany mieszka w nim hołota Bo brama sterczy bez wrot ogrody bez płota Nie zasiane na grzędach już porosły brzozki Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski Iż kształtniejszy od innych chat bardziej rozległy I prawą stronę gdzie jest świetlica miał z cegły Obok lamus spichrz gumno obora i stajnie Wszystko w kupie jak bywa u szlachty zwyczajnie Wszystko nadzwyczaj stare zgniłe domu dachy Świeciły się jak gdyby od zielonej blachy Od mchu i trawy która buja jak na łące Po strzechach gumien niby ogrody wiszące Różnych roślin pokrzywa i krokos czerwony Żółta dziewanna szczyru barwiste ogony Gniazda ptastwa różnego w strychach gołębniki W oknach gniazda jaskółcze u progu króliki Białe skaczą i ryją w nie deptanej darni Słowem dwór na kształt klatki albo królikarni A dawniej był obronny Pełno wszędzie śladów Że wielkich i że częstych doznawał napadów Pod bramą dotąd w trawie jak dziecięca głowa Wielka leżała kula żelazna działowa Od czasów szwedzkich niegdyś skrzydło wrót otwarte Bywało o tę kulę jak o głaz oparte Na dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastu Wznoszą się stare szczęty krzyżów kilkunastu Na ziemi nie święconej znak że tu chowano Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną Kto by uważał z bliska lamus spichrz i chatę Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokate Niby rojem owadów czarnych w każdej plamie Siedzi we środku kula jak trzmiel w ziemnej jamie U drzwi domostwa wszystkie klamki ćwieki haki Albo ucięte albo noszą szabel znaki Pewnie tu probowano hartu zygmuntówek Którymi można śmiało ćwieki obciąć z główek Lub hak przerżnąć w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby Nade drzwiami Dobrzyńskich widne były herby Lecz armaturę serów zasłoniły półki I zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki Wewnątrz samego domu w stajni i wozowni Pełno znajdziesz rynsztunków jak w starej zbrojowni Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki Ozdoby czół marsowych dziś Wenery ptaki Gołębie w nich gruchając karmią swe pisklęta W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta I pierścieniasty pancerz służą za drabinę W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę W kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna Odhartowała kładąc je w piec zamiast rożna Buńczukiem łupem z Wiednia otrzepywa żarna Słowem wygnała Marsa Ceres gospodarna I panuje z Pomoną Florą i Wertumnem Nad Dobrzyńskiego domem stodołą i gumnem Ale dziś muszą znowu ustąpić boginie Mars powraca O świcie zjawił się w Dobrzynie Konny posłaniec biega od chaty do chaty Budzi jak na pańszczyznę wstają szlachta braty Napełniają się ciżbą zaścianku ulice Słychać krzyk w karczmie widać w plebaniji świece Biegą jeden drugiego pyta co to znaczy Starzy składają radę młódź konie kulbaczy Kobiety zatrzymują chłopcy się szamocą Rwą się biec bić się ale nie wiedzą z kim o co Muszą chcąc nie chcąc zostać W mieszkaniu plebana Trwa rada długa tłumna strasznie zamieszana Aż nie mogąc zdań zgodzić na koniec stanowi Przełożyć całą sprawę Ojcu Maciejowi Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciej starzec dziarski Niskiego wzrostu dawny konfederat barski Pamiętają i swoi i nieprzyjaciele Jego damaskowaną krzywą karabelę Którą piki i sztyki rzezał na kształt sieczki I której żartem skromne dał imię rózeczki Z konfederata stał się stronnikiem królewskim I trzymał z Tyzenhauzem podskarbim litewskim Lecz gdy król w Targowicy przyjął uczestnictwo Maciej opuścił znowu królewskie stronnictwo I stąd to że przechodził partyi tak wiele Nazywany był dawniej Kurkiem na kościele Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał Przyczynę zmian tak częstych na próżno byś macał Może Maciej zbyt wojnę lubił zwyciężony W jednej stronie znów bitwy szukał z drugiej strony Może bystry polityk duch czasu zbadywał I tam szedł gdzie Ojczyzny dobro upatrywał Kto wie to pewna że go nigdy nie uwiodły Ani chęć osobistej chwały ni zysk podły I że nigdy z moskiewską partyją nie trzymał Na sam widok Moskala pienił się i zżymał By nie spotkać Moskala po kraju zaborze Siedział w domu jak niedźwiedź gdy ssie łapę w borze Ostatni raz wojował poszedłszy z Ogińskim Do Wilna gdzie służyli oba pod Jasińskim I tam z rózeczką cudów dokazał odwagi Wiadomo że sam jeden skoczył z wałów Pragi Bronić pana Pocieja który odbieżany Na placu boju dostał dwadzieście trzy rany Myślano długo w Litwie że obu zabito Wrócili oba każdy pokłuty jak sito Pan Pociej zacny człowiek chciał zaraz po wojnie Obrońcę Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie Dawał mu folwark pięciu dymów w dożywocie I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie Lecz Dobrzyński odpisał Niech Pociej Macieja A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja Odmówił więc folwarku i nie przyjął płacy Sam wróciwszy do domu żył z własnej rąk pracy Sprawując ule dla pszczół lekarstwa dla bydła Szląc na targ kuropatwy które łowił w sidła I polując na źwierza Było dość w Dobrzynie Starych ludzi roztropnych którzy po łacinie Umieli i w palestrze ćwiczyli się z młodu Było dość majętniejszych a z całego rodu Maciek prostak ubogi był najwięcej czczony Nie tylko jako rębacz rózeczką wsławiony Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania Znający dzieje kraju rodziny podania Zarówno świadom prawa jak i gospodarstwa Wiedział także sekreta strzelców i lekarstwa Przyznawano mu nawet czemu pleban przeczy Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy To pewna że powietrza zmiany zna dokładnie I częściej niż kalendarz gospodarski zgadnie Nie dziw tedy że czy to siejbę rozpoczynać Czy wiciny wyprawiać czy zboże zażynać Czy procesować czyli zawierać układy Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady Wpływu takiego starzec bynajmniej nie szukał Owszem chciał się go pozbyć klijentów swych fukał I najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu Rady rzadko udzielał i nie lada komu Ledwie w nieźmiernie ważnych sporach lub umowach Pytany wyrzekł zdanie i w niewielu słowach Myślano że dzisiejszej podejmie się sprawy I stanie swą osobą na czele wyprawy Bo bijatykę lubił nieźmiernie za młodu I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze Nucąc piosenkę Kiedy ranne wstają zorze Rad że się wypogadza mgła nie szła do góry Jak się dziać zwykło kiedy zbierają się chmury Ale coraz spadała wiatr rozwinął dłonie I mgłę muskał wygładzał rozściełał na błonie Tymczasem słonko z góry tysiącem promieni Tło przetyka posrebrza wyzłaca rumieni Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia Dziewica siedząc w dole krośny ujedwabia I tło ręką wygładza tymczasem tkacz z góry Zruca jej nitki srebra złota i purpury Tworząc barwy i kwiaty tak dziś ziemię całą Wiatr tumanami osnuł a słońce dzierzgało Maciej ogrzał się słońcem zakończył pacierze I już się do swojego gospodarstwa bierze Wyniosł traw liścia usiadł przed domem i świsnął Na ten świst rój królików spod ziemi wytrysnął Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę Bielą się długie słuchy pod nimi jaskrawe Przeświecają się oczki jak krwawe rubiny Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny Już króliki na łapkach stoją każdy słucha Patrzy na koniec cała trzódka białopucha Bieży do starca liśćmi kapusty znęcona Do nóg mu na kolana skacze na ramiona On sam biały jak królik lubi ich gromadzić Wkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić A drugą ręką z czapki proso w trawę miota Dla wróblów spada z dachów krzykliwa hołota Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady Nagle króliki znikły w ziemi a gromady Wróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi Którzy szli do folwarku krokami prędkimi Byli to z plebaniji przez szlachty gromadę Posłowie wyprawieni do Maćka po radę Z dala witając starca niskimi ukłony Rzekli Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony Na wieki wieków amen starzec odpowiedział A gdy się o ważności poselstwa dowiedział Prosi do chaty weszli zasiadają ławę Pierwszy z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało Dobrzyńscy prawie wszyscy sąsiadów niemało Z okolicznych zaścianków zbrojni i bezbronni W kałamaszkach i bryczkach i piesi i konni Stawią wozy podjezdki do brzezinek wiążą Ciekawi skutku narad koło domu krążą Już izbę napełnili kupią się do sieni Inni słuchają w okna głowami wciśnieni Księga siódma Rada Zbawienne rady Bartka zwanego Prusak Głos żołnierski Maćka Chrzciciela Głos polityczny pana Buchmana Jankiel radzi ku zgodzie którą Scyzoryk rozcina Rzecz Gerwazego z której okazują się wielkie skutki wymowy sejmowej Protestacja starego Maćka Nagłe przybycie posiłków wojennych zrywa naradę Hejże na Soplice Z kolei Bartek poseł rzecz swą wyprowadzał Ten że często na strugach do Królewca chadzał Nazwany był Prusakiem od swych spółrodaków Przez żart bo nienawidził okropnie Prusaków Choć lubił o nich gadać człek podeszły w lata W podróżach swych dalekich wiele zwiedził świata Gazet pilny czytelnik polityki świadom W niebytność Maćka zwykle przewodził obradom Ten tak rzecz kończył Nie jest to Panie Macieju Bracie mój a nas wszystkich Ojcze Dobrodzieju Nie jest to marna pomoc Ja bym na Francuzów Spuścił się w czasie wojny jak na czterech tuzów Lud bitny a od czasów pana Tadeusza Kościuszki świat takiego nie miał genijusza Wojennego jak wielki Cesarz Bonaparte Pamiętam kiedy przeszli Francuzi przez Wartę Bawiłem za granicą wtenczas w roku Pańskim Tysiącznym osimsetnym szóstym właśnie z Gdańskiem Handlowałem a krewnych mam wielu w Poznańskiem Jeździłem ich odwiedzić więc z panem Józefem Grabowskim który teraz jest rejmentu szefem A podówczas żył na wsi blisko Obiezierza Polowaliśmy sobie na małego źwierza Był pokój w Wielkopolszcze jak teraz na Litwie Wtem nagle rozeszła się wieść o strasznej bitwie Przybiegł do nas posłaniec od pana Towdena Grabowski list przeczytał krzyknął Jena Jena Zbito Prusaków na łeb na szyję wygrana Ja z konia zsiadłszy zaraz padłem na kolana Dziękując Panu Bogu Do miasta jedziemy Niby dla interesu niby nic nie wiemy Aż tu widzimy wszystkie landraty hofraty Komisarze i wszystkie podobne psubraty Kłaniają się nam nisko każdy drży blednieje Jako owad prusaczy gdy wrzątkiem kto zleje My śmiejąc się trąc ręce prosim uniżenie O nowinki pytamy co słychać o Jenie Tu ich strach zdjął dziwią się że o klęsce owej Już wiemy krzyczą Niemcy Achary Got o wej Spuściwszy nos do domów z domów dalej w nogi O to był rwetes Wszystkie wielkopolskie drogi Pełne uciekających niemczyska jak mrowie Pełzną ciągną pojazdy które lud tam zowie Wageny i fornalki mężczyźni kobiety Z fajkami z imbryczkami wleką pudła bety Drapią jak mogą a my milczkiem wchodzim w radę Hajże na koń pomieszać Niemcom rejteradę Nuż landratom tłuc w karki z hofratów drzeć schaby A herów oficyrów łowić za harcaby A jenerał Dąbrowski wpada do Poznania I cesarski przynosi rozkaz do powstania W tydzień jeden tak lud nasz Prusaków wychłostał I wygnał na lekarstwo Niemca byś nie dostał Gdyby się tak obrócić i gracko i raźnie I u nas w Litwie sprawić Moskwie taką łaźnię He co myślisz Macieju Jeśli z Bonapartem Moskwa drze koty to on wojuje nie żartem Bohater pierwszy w świecie a wojsk ma bez liku He cóż myślisz Macieju nasz ojcze Króliku Skończył Czekają wszyscy Macieja wyroku Maciej głowy nie ruszył ani podniosł wzroku Tylko ręką kilkakroć uderzył po boku Jak gdyby szabli szukał od zaboru kraju Szabli nie nosił przecież z dawnego zwyczaju Na wspomnienie Moskala zawsze rękę zwracał Na lewy bok zapewne rózeczki swej macał I stąd był nazywany powszechnie Zabokiem Już wzniósł głowę słuchają w milczeniu głębokiem Maciej oczekiwanie powszechne omylił Nachmurzył brwi i znowu głowę na pierś schylił Na koniec odezwał się z wolna każde słowo Wymawiając z przyciskiem a w takt kiwał głową Cicho skądże ta cała nowina pochodzi Jak daleko Francuzi kto nimi dowodzi Czy już wojnę zaczęli z Moskwą gdzie i o co Którędy mają ciągnąć z jaką idą mocą Wiele piechoty jazdy Kto wie niechaj gada Milczała patrząc na się kolejno gromada Radziłbym rzecze Prusak czekać bernardyna Robaka bo od niego pochodzi nowina Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę I po cichu uzbrajać całą okolicę A tymczasem ostrożnie całą rzecz prowadzić Aby Moskalom naszych zamiarów nie zdradzić He czekać szczekać zwlekać przerwał Maciej drugi Ochrzczony Kropicielem od wielkiej maczugi Którą zwał kropidełkiem miał ją dziś przy sobie Stanął za nią na gałce zwiesił ręce obie Na ręku oparł brodę krzycząc Czekać zwlekać Sejmikować Hem trem brem a potem uciekać Ja w Prusach nie bywałem rozum królewiecki Dobry dla Prus a u mnie jest rozum szlachecki To wiem że kto chce bić się niech kropidło chwyta Kto umierać ten księdza niech woła i kwita Ja chcę żyć bić Bernardyn po co czy my żaki Co mi tam Robak otóż my będziem robaki I dalej Moskwę toczyć trem brem szpiegi wzwiady Wiecie wy co to znaczy Oto że wy dziady Niedołęgi He Bracia to wyżla rzecz tropić Bernardyńska kwestować a moja rzecz kropić Kropić kropić i kwita Tu maczugę głasnął Za nim cały tłum szlachty Kropić kropić wrzasnął Poparł stronę Chrzciciela Bartek zwan Brzytewka Od szabli cienkiej tudzież Maciej zwan Konewka Od sztućca który naszał z gardłem tak szerokiem Że zeń jak z konwi tuzin kulek lał potokiem Oba krzyczeli Wiwat Chrzciciel z Kropidełkiem Prusak chciał mówić ale zgłuszono go zgiełkiem I śmiechem Precz wołano precz Prusaki tchórze Kto tchórz niech w bernardyńskim chowa się kapturze Wtem znowu głowę z wolna podniósł Maciej stary I zaczęły cokolwiek uciszać się gwary Nie drwijcie rzekł z Robaka znam go to ćwik klecha Ten robaczek większego od was zgryzł orzecha Raz go tylko widziałem ledwiem okiem rzucił Poznałem co za ptaszek ksiądz oczy odwrócił Lękając się żebym go nie zaczął spowiadać Ale to rzecz nie moja wiele o tym gadać On tu nie przyjdzie próżno wzywać Bernardyna Jeśli od niego wyszła ta cała nowina To kto wie w jakim celu bo to bies księżyna Jeśli prócz tej nowiny nic więcej nie wiecie Więc po coście tu przyszli i czego wy chcecie Wojny krzyknęli Jakiej spytał Zawołali Wojny z Moskalem bić się Hajże na Moskali Prusak wciąż wołał a głos coraz wyżej wznosił Aż posłuchanie częścią ukłonem wyprosił Częścią zdobył swą mową krzykliwą i cienką I ja chcę bić się wołał tłukąc się w pierś ręką Choć kropidła nie noszę drągiem od wiciny Sprawiłem raz Prusakom czterem dobre chrzciny Którzy mię po pjanemu chcieli w Preglu topić Toś zuch Bartku rzekł Chrzciciel dobrze kropić kropić Ależ najsłodszy Jezu trzeba pierwej wiedzieć Z kim wojna o co trzeba to światu powiedzieć Wołał Prusak bo jakże lud ruszy za nami Gdzie pójdzie kiedy gdzie iść my nie wiemy sami Bracia Szlachta Panowie potrzeba rozsądku Dobrodzieje potrzeba ładu i porządku Chcecie wojny więc zróbmy konfederacyją Obmyślmy gdzie zawiązać i pod laską czyją Tak było w Wielkopolszcze widzim rejteradę Niemiecką cóż my robim wchodzim tajnie w radę Uzbrajamy i szlachtę i włościan gromadę Gotowi Dąbrowskiego czekamy rozkazu Na koniec hajże na koń powstajem od razu Proszę o głos zawołał pan komisarz z Klecka Człowiek młody przystojny ubrany z niemiecka Zwał się Buchman lecz Polak był w Polszcze się rodził Nie wiedzieć pewnie czyli ze szlachty pochodził Lecz o to nie pytano i wszyscy Buchmana Szacowali iż służył u wielkiego pana Był dobry patryjota i pełen nauki Z ksiąg obcych wyuczył się gospodarstwa sztuki I dóbr administracją prowadził porządnie O polityce także wnioskował rozsądnie Pięknie pisać i gładko umiał się wysławiać Zatem umilkli wszyscy kiedy jął rozprawiać Proszę o głos powtórzył po dwakroć odchrząknął Ukłonił się i usty dźwięcznymi tak brząknął Preopinanci moi w swych głosach wymownych Dotknęli wszystkich punktów stanowczych i głownych Dyskusyją na wyższe wznieśli stanowisko Mnie tylko pozostaje w jedno zjąć ognisko Rzucone trafne myśli i rozumowania Mam nadzieję w ten sposób sprzeczne zgodzić zdania Dwie części dyskusyi całej uważałem Podział już jest zrobiony idę tym podziałem Naprzód dlaczego mamy przedsiębrać powstanie W jakim duchu to pierwsze żywotne pytanie Drugie rewolucyjnej władzy się dotycze Podział jest trafny tylko przewrócić go życzę Naprzód zacząć od władzy skoro pojmiem władzę Z niej powstania istotę duch cel wyprowadzę Co do władzy więc kiedy oczyma przebiegam Dzieje całej ludzkości i cóż w nich spostrzegam Oto ród ludzki dziki w lasach rozpierzchniony Skupia się zbiera łączy dla wspólnej obrony Obmyśla ją i to jest najpierwsza obrada Potem każdy wolności własnej cząstkę składa Dla dobra powszechnego to pierwsza ustawa Z której jako ze źródła płyną wszystkie prawa Widzimy tedy że rząd umową się tworzy Nie pochodząc jak mylnie sądzą z woli Bożej Owoż rząd na kontrakcie oparłszy społecznym Podział władzy już tylko jest skutkiem koniecznym Otóż są i kontrakty kijowskie czy mińskie Rzekł stary Maciej owoż i rządy babińskie Panie Buchman czy Bóg nam chciał cara narzucić Czy diabeł ja z Waszecią nie będę się kłócić Panie Buchman gadaj Waść jakby cara zrucić Tu sęk krzyknął Kropiciel gdybym mógł podskoczyć Do tronu i kropidłem plusk raz cara zmoczyć To już by on nie wrócił ni kijowskim traktem Ni mińskim ni za żadnym Buchmana kontraktem Aniby go wskrzesili z mocy bożej popi Ni z mocy Belzebuba ten mi zuch kto kropi Panie Buchman Waścina rzecz bardzo wymowna Ale wymowa szum drum kropić to rzecz głowna To to to pisnął ręce trąc Bartek Brzytewka Od Chrzciciela do Maćka biegając jak cewka Od jednej strony krosien przerzucana w drugą Tylko ty Maćku z rózgą ty Maćku z maczugą Tylko zgodźcie się dalbóg pobijem na druzgi Moskala Brzytew idzie pod komendę Rózgi Komenda przerwał Chrzciciel dobra ku paradzie U nas była komenda w kowieńskiej brygadzie Krótka a węzłowata Strasz sam się nie strachaj Bij nie daj się postępuj często gęsto machaj Szach mach To pisnął Brzytwa to mi regulament Po co tu pisać akta po co psuć atrament Konfederacji trzeba o to cała sprzeczka Jest marszałek nasz Maciej a laska rózeczka Niech żyje krzyknął Chrzciciel Kurek na kościele Szlachta odpowiedziała Wiwant Kropiciele Ale w kątach szmer powstał choć w środku tłumiony Widać że się rozdziela rada na dwie strony Buchman krzyknął Ja zgody nigdy nie pochwalam To mój system Ktoś drugi wrzasnął Nie pozwalam Inni z kątów wtórują Nareszcie głos gruby Ozwał się przybyłego szlachcica Skołuby Cóż to Państwo Dobrzyńscy a to co się święci A my czy to będziemy spod prawa wyjęci Kiedy nas zapraszano z naszego zaścianku A zapraszał nas klucznik Rębajło Mopanku Mówiono nam że wielkie rzeczy dziać się miały Że tu nie o Dobrzyńskich lecz o powiat cały O całą szlachtę idzie toż i Robak bąkał Choć nigdy nie dokończył i zawsze się jąkał I ciemno się tłumaczył wreszcie koniec końców My zjechali sąsiadów wezwali przez gońców Nie sami tu Panowie Dobrzyńscy jesteście Z różnych innych zaścianków jest tu nas ze dwieście Wszyscy więc radźmy Jeśli potrzeba marszałka Głosujmy wszyscy równa u każdego gałka Niech żyje równość Zatem dwaj Terajewicze I czterej Stypułkowscy i trzej Mickiewicze Krzyknęli Wiwat równość stojąc za Skołubą Tymczasem Buchman wołał Zgoda będzie zgubą Kropiciel krzyczał Bez was obejdziem się sami Niech żyje nasz marszałek Maciek nad Maćkami Hej do laski Dobrzyńscy krzyczą Zapraszamy A obca szlachta woła w głos Nie pozwalamy Rozstrycha się tłum na dwie kupy rozdzielony I kiwając głowami w dwie przeciwne strony Tamci Nie pozwalamy ci krzyczą Prosiemy Maciek stary w pośrodku jeden siedział niemy I jedna głowa jego była nieruchoma Przeciw niemu stał Chrzciciel zwieszony rękoma Na maczudze a głową na końcu maczugi Wspartą kręcił jak tykwą wbitą na kij długi I na przemiany to w tył to się naprzód kiwał I ustawicznie Kropić kropić wykrzykiwał Wzdłuż izby zaś przebiegał Brzytewka ruchawy Ciągle od Kropiciela do Macieja ławy Konewka zaś powoli wszerz izbę przechodził Od Dobrzyńskich do szlachty niby to ich godził Jeden wciąż wołał Golić a drugi Zalewać Maciek milczał lecz widno że się zaczął gniewać Ćwierć godziny wrzał hałas gdy nad tłum wrzeszczący Ze środka głów wyskoczył w górę słup błyszczący Był to rapier sążnistej długości szeroki Na całą piędź a sieczny na obadwa boki Widocznie miecz teutoński z norymberskiej stali Ukuty wszyscy milcząc na broń poglądali Była wieść że od przodka Dobrzyńskich ta klinga Wydarta pod Grunwaldem z rąk mistrza Junginga Kto ją podniósł nie widać lecz zaraz zgadniono To Scyzoryk niech żyje Scyzoryk krzykniono Wiwat Scyzoryk klejnot Rębajłów zaścianku Wiwat Rębajło Szczerbiec Półkozic Mopanku Wnet Gerwazy to on był przez tłum się przecisnął Na środek izby wkoło Scyzorykiem błysnął Potem w dół chyląc ostrze na znak powitania Przed Maćkiem rzekł Rózeczce Scyzoryk się kłania Bracia szlachta Dobrzyńscy Ja nie będę radził Nic a nic powiem tylko po com was zgromadził A co robić jak robić decydujcie sami Wiecie słuch dawno chodzi między zaściankami Że się na wielkie rzeczy zanosi na świecie Ksiądz Robak o tym gadał wszakże wszyscy wiecie Wiemy krzyknęli Dobrze Owoż mądrej głowie Ciągnął mówca spojrzawszy bystro dość dwie słowie Nieprawdaż Prawda rzekli Gdy cesarz francuski Rzekł Klucznik stąd przyciąga a stamtąd car ruski Więc wojna car z cesarzem królowie z królami Pójdą za łby jak zwykle między monarchami A nam czy siedzieć cicho Gdy wielki wielkiego Będzie dusić my duśmy mniejszych każdy swego Z góry i z dołu wielcy wielkich małych mali Jak zaczniem ciąć tak całe szelmostwo się zwali I tak zakwitnie szczęście i Rzeczpospolita Nieprawdaż Prawda rzekli jakby z książki czyta Prawda powtórzył Chrzciciel krop a krop i kwita Ja zawsze gotów golić ozwał się Brzytewka Tylko zgódźcie się prosił uprzejmie Konewka Chrzcicielu i Macieju pod czyją iść wodzą Ale mu przerwał Buchman Niech się głupi godzą Dyskusyje publicznej sprawie nie zaszkodzą Proszę milczeć słuchamy sprawa na tym zyska Pan Klucznik ją z nowego zważa stanowiska Owszem zawołał Klucznik u mnie po staremu O wielkich rzeczach myśleć należy wielkiemu Jest na to cesarz będzie król senat posłowie Takie rzeczy Mopanku robią się w Krakowie Lub w Warszawie nie u nas w zaścianku w Dobrzynie Aktów konfederackich nie piszą w kominie Kredą nie na wicinie lecz na pergaminie Nie nam to pisać akta ma Polska pisarzy Koronnych i litewskich tak robili starzy Moja rzecz Scyzorykiem wyrzynać Kropidłem Pluskać dodał Kropiciel I wykalać Szydłem Krzyknął Bartek Szydełko dobywszy swej szpadki Wszystkich was kończył Klucznik biorę tu na świadki Czy Robak nie powiadał że wprzód nim przyjmiecie W dom wasz Napoleona trzeba wymieść śmiecie Słyszeliście to wszyscy a czy rozumiecie Któż jest śmieciem powiatu kto zdradziecko zabił Najlepszego z Polaków kto go okradł zgrabił I jeszcze chce ostatki wydrzeć z rąk dziedzica Któż to mamże wam gadać A jużci Soplica Przerwał Konewka to łotr Oj to ciemiężyciel Pisnął Brzytewka Więc go kropić dodał Chrzciciel Jeśli zdrajca rzekł Buchman więc na szubienicę Hajże krzyknęli wszyscy hajże na Soplicę Lecz Prusak śmiał podjąć się Sędziego obrony I wołał z wzniesionymi ku szlachcie ramiony Panowie Bracia aj aj a na boskie rany Co znowu Panie Klucznik czy Waść opętany Czy o tym była mowa Że ktoś miał wariata Banitę bratem to co karać go za brata To mi po chrześcijańsku Są tu w tym konszachty Hrabiego Żeby Sędzia był ciężki dla szlachty Nieprawda dalibógże to wy tylko sami Pozywacie go a on zgody szuka z wami Ustępuje ze swego jeszcze grzywny płaci Ma proces z Hrabią cóż stąd obadwa bogaci Niechaj pan drze się z panem cóż to do nas braci Pan Sędzia ciemiężyciel On pierwszy zabraniał Ażeby się chłop przed nim do ziemi nie kłaniał Mówiąc że to grzech Nieraz u niego gromada Chłopska ja sam widziałem do stołu z nim siada Płacił za włość podatki a nie tak jest w Klecku Choć tam Waść Panie Buchman rządzisz po niemiecku Sędzia zdrajca My się z nim od infimy znamy Poczciwe było dziecko i dziś taki samy Polskę kocha nad wszystko polskie obyczaje Chowa modom moskiewskim przystępu nie daje Ilekroć z Prus powracam chcąc zmyć się z niemczyzny Wpadam do Soplicowa jak w centrum polszczyzny Tam się człowiek napije nadysze Ojczyzny Dalbóg Dobrzyńscy ja wasz brat ale Sędziego Nie pozwolę pokrzywdzić nie będzie nic z tego Nie tak Panowie Bracia w Wielkopolszcze było Co za duch co za zgoda aż przypomnieć miło Nikt tam podobną fraszką nie śmiał rady mieszać To nie fraszka zawołał Klucznik łotrów wieszać Szmer wzmagał się wtem Jankiel posłuchania prosił Na ławę wskoczył stanął i nad głowy wznosił Brodę jak wiechę co mu aż do pasa wisi Prawą ręką zdjął z wolna z głowy kołpak lisi Lewą ręką jarmułkę zruszoną poprawił Potem lewicę za pas zatknął i tak prawił Kołpakiem lisim w kolej kłaniając się nisko Nu Panowie Dobrzyńscy ja sobie żydzisko Mnie Sędzia ni brat ni swat szanuję Sopliców Jak panów bardzo dobrych i moich dziedziców Szanuję też Dobrzyńskich Bartków i Maciejów Jako dobrych sąsiadów panów dobrodziejów A mówię tak jeżeli Państwo chcą gwałt zrobić Sędziemu to bardzo źle możecie się pobić Zabić a asesory a sprawnik a turma Bo w wiosce u Soplicy jest żołnierzy hurma Wszystko jegry Asesor w domu tylko świśnie Tak wraz przymaszerują stoją jak umyślnie A co będzie A jeśli czekacie Francuza To Francuz jest daleko jeszcze droga duża Ja Żyd o wojnach nie wiem a byłem w Bielicy I widziałem tam żydków od samej granicy Słychać że Francuz stoi nad rzeką Łososną A wojna jeśli będzie to chyba aż wiosną Nu mówię tak czekajcie wszak dwór Soplicowa Nie budka kramna co się rozbierze w wóz schowa I pojedzie dwór jak stał do wiosny stać będzie A pan Sędzia to nie jest żydek na arendzie Nie uciecze to jego można znaleźć wiosną A teraz rozejdźcie się a nie gadać głośno O tym co było bo to gadać to daremno A czyja łaska Panów Szlachty proszę ze mną Moja Siora powiła małego Jankielka Ja dziś traktuję wszystkich a muzyka wielka Każę przynieść kozice basetlę dwie skrzypiec A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec I nowego mazurka mam nowe mazurki A wyuczyłem śpiewać fein moje bachurki Wymowa lubianego powszechnie Jankiela Trafiała do serc powstał krzyk oklask wesela Szmer przyzwolenia nawet za domem się szerzył Gdy Gerwazy w Jankiela Scyzorykiem zmierzył Żyd skoczył wpadł w tłum Klucznik wołał Precz stąd Żydzie Nie tkaj palców między drzwi nie o ciebie idzie Panie Prusak że Waszeć sędziowską handlujesz Parą wicin mizernych to już zań gardłujesz Zapomniałeś Mopanku że ojciec Waszécin Spławiał do Prus dwadzieście Horeszkowskich wicin Stąd się zbogacił i on i jego rodzina Ba nawet wszyscy ilu was tu jest z Dobrzyna Bo pamiętacie starzy słyszeliście młodzi Że Stolnik był was wszystkich ojciec i dobrodziej Kogoż on komisarzem słał do swych dóbr pińskich Dobrzyńskiego Rachmistrzów kogo miał Dobrzyńskich Marszałkostwa kredensu nie zwierzał nikomu Tylko Dobrzyńskim pełno Dobrzyńskich miał w domu On forytował wasze w trybunałach sprawy On wyrabiał u króla dla was chleb łaskawy Dzieci wasze kopami pomieszczał w konwikcie Pijarskim na swym koszcie odzieży i wikcie Dorosłych promowował także swym nakładem A dlaczego to robił że wam był sąsiadem Dziś Soplica kopcami tyka waszych granic Cóż kiedy wam dobrego zrobił on Nic a nic Przerwał Konewka bo to wyrosło z szlachciury A jak dmie się phu phu phu jak nos drze do góry Pamiętacie prosiłem na córki wesele Poję nie chce pić mówi Nie piję tak wiele Jak wy szlachta wy szlachta ciągniecie jak bąki Ot magnat delikacik z marymonckiej mąki Nie pił leliśmy w gardło krzyczał Gwałt się dzieje Czekaj no niech no ja mu z Konewki naleję Filut zawołał Chrzciciel oj i ja go kropnę Za swoje Mój syn było to dziecko roztropne Teraz tak zgłupiał że go nazywają Sakiem A z przyczyny Sędziego został głupcem takim Mówiłem Po co tobie leźć do Soplicowa Jeżeli cię tam złowię niech cię Bóg uchowa On znowu smyk do Zosi dybie przez konopie Złowiłem go a zatem za uszy i kropię A on beczy i beczy jak maleńkie chłopię Ojcze choć zabij muszę tam iść a wciąż szlocha Co tobie a on mówi że tę Zosię kocha Chciałby popatrzeć na nią Żal mi nieboraka Mówię Sędziemu Sędzio daj Zosię dla Saka On mówi Jeszcze mała czekaj ze trzy lata Jak sama zechce Łotr łże już ją komuś swata Słyszałem już ja się tam na wesele wkręcę Ja im łoże małżeńskie kropidłem poświęcę I taki łotr zawołał Klucznik ma panować I dawnych panów lepszych od siebie rujnować A Horeszków i pamięć i imię zaginie Gdzież jest wdzięczność na świecie nie ma jej w Dobrzynie Bracia chcecie bój z ruskim wieść imperatorem A boicie się wojny z Soplicowskim dworem Strach wam turmy czyż to ja wzywam na rozboje Broń Boże Szlachta Bracia ja przy prawie stoję Wszak Hrabia wygrał zyskał dekretów niemało Tylko je egzekwować tak dawniej bywało Trybunał pisał dekret szlachta wypełniała A szczególniej Dobrzyńscy i stąd wasza chwała Urosła w Litwie Wszakże to Dobrzyńscy sami Bili się na zajeździe ryskim z Moskalami Których przywiódł jenerał ruski Wojniłowicz I łotr przyjaciel jego pan Wołk z Ługomowicz Pamiętacie jak Wołka wzięliśmy w niewolę Jak chcieliśmy go wieszać na belce w stodole Iż był tyran dla chłopstwa a sługa Moskali Ale się chłopi głupi nad nim zlitowali Upiec go muszę kiedyś na tym Scyzoryku Nie wspomnę innych wielkich zajazdów bez liku Z których wyszliśmy zawsze jak szlachcie przystało I z zyskiem i aplauzem powszechnym i z chwałą Po cóż o tym wspominać dziś darmo pan Hrabia Sąsiad wasz sprawę toczy dekrety wyrabia Już nikt z was pomóc nie chce biednemu sierocie Dziedzic Stolnika tego który żywił krocie Dziś nie ma przyjaciela oprócz mnie Klucznika I ot tego wiernego mego Scyzoryka I Kropidła rzekł Chrzciciel gdzie ty Gerwazeńku Tam i ja póki ręka póki plusk plask w ręku Co dwaj to dwaj Dalibóg mój Gerwazy ty miecz Ja mam Kropidło dalbóg ja kropię a ty siecz I tak szach mach plusk i plask oni niech gawędzą Toć i Bartka rzekł Brzytwa bracia nie odpędzą Już co wy namydlicie to ja wszystko zgolę I ja przydał Konewka z wami ruszyć wolę Gdy ich nie można zgodzić na obiór marszałka Co mi tam głosy gałki u mnie insza gałka Tu wydobył z kieszeni garść kul dzwonił nimi Ot gałki krzyknął w Sędzię gałkami wszystkimi Do was wołał Skołuba do was się łączymy Gdzie wy krzyknęła szlachta gdzie wy to tam i my Niech żyją Horeszkowie wiwant Półkozice Wiwat Klucznik Rębajło Hajże na Soplicę I tak wszystkich pociągnął wymowny Gerwazy Bo wszyscy ku Sędziemu mieli swe urazy Jak zwyczajnie w sąsiedztwie to o szkodę skargi To o wyręby to o granice zatargi: Jednych gniew drugich tylko podburzała zawiść Bogactw Sędziego wszystkich zgodziła nienawiść Cisną się do Klucznika podnoszą do góry Szable pałki Aż Maciek dotychczas ponury Nieruchomy wstał z ławy i wolnymi kroki Wyszedł na środek izby i podparł się w boki I spojrzawszy przed siebie i kiwając głową Zabrał głos wymawiając z wolna każde słowo Z przestankiem i przyciskiem A głupi a głupi A głupi wy na kim się mleło na was skrupi To póki o wskrzeszeniu Polski była rada O dobru pospolitym głupi u was zwada Nie można było głupi ani się rozmówić Głupi ani porządku ani postanowić Wodza nad wami głupi a niech no kto podda Osobiste urazy głupi u was zgoda Precz stąd bo jakem Maciek was do milijonów Kroćset kroci tysięcy fur beczek furgonów Diabłów Ucichli wszyscy jak rażeni gromem Ale razem straszliwy powstał krzyk za domem: Wiwat Hrabia On wjeżdżał na folwark Maciejów Sam zbrojny za nim zbrojnych dziesięciu dżokejów Hrabia siedział na dzielnym koniu w czarnym stroju Na sukni orzechowy płaszcz włoskiego kroju Szeroki bez rękawów jak wielka opona Spięty klamrą u szyi spadał przez ramiona Kapelusz miał okrągły z piórem w ręku szpadę Okręcił się i szpadą powitał gromadę Wiwat Hrabia krzyknęli z nim żyć i umierać Szlachta zaczęła z chaty przez okna wyzierać I za Klucznikiem coraz ku drzwiom się napierać Klucznik wyszedł a za nim tłum przeze drzwi runął Maciek resztę wypędził drzwi zamknął zasunął I przez okno wyjrzawszy raz jeszcze rzekł Głupi A tymczasem się szlachta do Hrabiego kupi Idą w karczmę Gerwazy wspomniał dawne czasy Kazał sobie trzy podać od kontuszów pasy Na nich ze sklepu karczmy beczki wydobywa Trzy jedną miodu drugą wódki trzecią piwa Wyjął goździe wnet z szumem trysnęły trzy strugi Jeden biały jak srebro krwawnikowy drugi Trzeci żółty troistą grają w górze tęczą A spadając w sto kubków we sto szklanek brzęczą Wre szlachta tamci piją ci Hrabiemu życzą Lat setnych wszyscy Hajże na Soplicę krzyczą Jankiel wymknął się milczkiem oklep Prusak równie Nie słuchany choć jeszcze rozprawiał wymownie Chciał zmykać szlachta w pogoń wołając że zdradził Mickiewicz stał z daleka ni krzyczał ni radził Ale z miny poznano że coś złego knuje Więc do kordów i hajże On się rejteruje Odcina się już ranny przyparty do płotów Gdy mu skoczył na odsiecz Zan i trzech Czeczotów Za czym rozjęto szlachtę ale w tym rozruchu Dwóch było ciętych w ręce ktoś dostał po uchu Reszta wsiadała na koń Hrabia i Gerwazy Porządkują rozdają oręże rozkazy W końcu wszyscy przez długą zaścianku ulicę Puścili się w cwał krzycząc Hajże na Soplicę Księga ósma Zajazd Astronomia Wojskiego Uwaga Podkomorzego nad kometami Tajemnicza scena w pokoju Sędziego Tadeusz chcąc zręcznie wyplątać się wpada w wielkie kłopoty Nowa Dydo Zajazd Ostatnia woźnieńska protestacja Hrabia zdobywa Soplicowo Szturm i rzeź Gerwazy piwnicznym Uczta zajazdowa Przed burzą bywa chwila cicha i ponura Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura Stanie i grożąc twarzą dech wiatrów zatrzyma Milczy obiega ziemię błyskawic oczyma Znacząc te miejsca gdzie wnet ciśnie grom po gromie Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie Myśliłbyś że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń Ścięło usta i wzniosło duchy w kraje marzeń Po wieczerzy i Sędzia i goście ze dworu Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą Całe grono z posępną i cichą postawą Pogląda w niebo które zdawało się zniżać Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi przybliżać Aż oboje skrywszy się pod zasłonę ciemną Jak kochankowie wszczęli rozmowę tajemną Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych Szeptach szmerach i słowach na wpół wymówionych Z których składa się dziwna muzyka wieczoru Zaczął ją puszczyk jęcząc na poddaszu dworu Szepnęły wiotkim skrzydłem niedoperze lecą Pod dom gdzie szyby okien twarze ludzi świecą Niżej zaś niedoperzów siostrzyczki ćmy rojem Wiją się przywabione białym kobiet strojem Mianowicie przykrzą się Zosi bijąc w lice I w jasne oczki które biorą za dwie świéce Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera Kręci się grając jako harmoniki sfera Ucho Zosi rozróżnia śród tysiąca gwarów Akord muszek i półton fałszywy komarów W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty Już trzykroć wrzasnął derkacz pierwszy skrzypak łąki Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki Już bekasy do góry porwawszy się wiją I bekając raz po raz jak w bębenki biją Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy Odezwały się chorem podwójnym dwa stawy Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora Milczące przez dzień cały grające z wieczora Jeden staw co toń jasną i brzeg miał piaszczysty Modrą piersią jęk wydał cichy uroczysty Drugi staw z dnem błotnistym i gardzielem mętnym Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym W obu stawach piały żab niezliczone hordy Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy Ten fortissimo zabrzmiał tamten nuci z cicha Ten zdaje się wyrzekać tamten tylko wzdycha Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola Jak grające na przemian dwie arfy Eola Mrok gęstniał tylko w gaju i około rzeczki W łozach błyskały wilcze oczy jako świeczki A dalej u ścieśnionych widnokręgu brzegów Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił One teraz z pomroku odkryte w połowie Drzemały obok siebie jako małżonkowie Szczęśliwi niebo w czyste objęło ramiona Ziemi pierś co księżycem świeci posrebrzona Już naprzeciw księżyca gwiazda jedna druga Błysnęła już ich tysiąc już milijon mruga Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele Zwani niegdyś u Słowian Lele i Polele Teraz ich w zodyjaku gminnym znów przechrzczono Jeden zowie się Litwą a drugi Koroną Dalej niebieskiej Wagi dwie szale błyskają Na nich Bóg w dniu stworzenia starzy powiadają Ważył z kolei wszystkie planety i ziemię Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię Potem wagi złociste zawiesił na niebie Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie Na północ świeci okrąg gwiaździstego Sita Przez które Bóg jak mówią przesiał ziarnka żyta Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca Nieco wyżej Dawida wóz gotów do jazdy Długi dyszel kieruje do polarnej gwiazdy Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym Że niesłusznie pospólstwo zwie go Dawidowym Gdyż to jest wóz Anielski Na nim to przed czasy Jechał Lucyper Boga gdy wyzwał w zapasy Mlecznym gościńcem pędząc w cwał w niebieskie progi Aż go Michał zbił z wozu a wóz zrucił z drogi Teraz popsuty między gwiazdami się wala Naprawiać go archanioł Michał nie pozwala I to wiadomo także u starych Litwinów A wiadomość tę pono wzięli od rabinów Że ów zodyjakowy Smok długi i gruby Który gwiaździste wije po niebie przeguby Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie Jest nie wężem lecz rybą Lewiatan się zowie Przed czasy mieszkał w morzach ale po potopie Zdechł z niedostatku wody więc na niebios stropie Tak dla osobliwości jako dla pamiątki Anieli zawiesili jego martwe szczątki Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele Wykopane olbrzymów żebra i piszczele Takie gwiazd historyje które z książek zbadał Albo słyszał z podania Wojski opowiadał Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wojski stary I nie mógł w niebie dojrzeć nic przez okulary Lecz na pamięć znał imię i kształt każdej gwiazdy Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy Dziś mało go słuchano nie zważano wcale Na Sito ni na Smoka ani też na Szale Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebie Nowy gość dostrzeżony niedawno na niebie Był to kometa pierwszej wielkości i mocy Zjawił się na zachodzie leciał ku północy Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią Obwinął nim gwiazd krocie zagarnął jak siecią I ciągnie je za sobą a sam wyżej głową Mierzy na północ prosto w gwiazdę biegunową Z niewymownym przeczuciem cały lud litewski Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski Biorąc złą wróżbę z niego tudzież z innych znaków Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków Które na pustych polach gromadząc się w kupy Ostrzyły dzioby jakby czekając na trupy Zbyt często postrzegano że psy ziemię ryły I jak gdyby śmierć wietrząc przeraźliwie wyły Co wróży głód lub wojnę a strażnicy boru Widzieli jak przez smętarz szła dziewica moru Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa Różne stąd wnioski tworzył stojący przy płocie Ciwun co przyszedł zdawać sprawę o robocie I pisarz prowentowy w szeptach z Ekonomem Lecz Podkomorzy siedział na przyzbie przed domem Przerwał rozmowę gości znać że głos zabiera Błysnęła przy księżycu wielka tabakiera Cała z szczerego złota z brylantów oprawa We środku za szkłem portret króla Stanisława Zadzwonił w nią palcami zażył i rzekł Panie Tadeuszu Waścine o gwiazdach gadanie Jest tylko echem tego co słyszałeś w szkole Ja o cudzie prostaków poradzić się wolę I ja astronomiji słuchałem dwa lata W Wilnie gdzie Puzynina mądra i bogata Pani oddała dochód z wioski dwiestu chłopów Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów Ksiądz Poczobut człek sławny był obserwatorem I całej Akademiji naonczas rektorem Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił Do klasztoru do cichej celi swej powrócił I tam umarł przykładnie Znam się też z Śniadeckim Który jest mądrym bardzo człekiem chociaż świeckim Owoż astronomowie planetę kometę Uważają tak jako mieszczanie karetę Wiedzą czyli zajeżdża przed króla stolicę Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę Lecz kto w niej jechał po co co z królem rozmawiał Czy król posła z pokojem czy z wojną wyprawiał O to ani pytają Pomnę za mych czasów Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów I za tą niepoczciwą pociągnął karetą Ogon Targowiczanów jak za tą kometą Lud prosty choć w publiczne nie mieszał się rady Zgadnął zaraz że ogon ów jest wróżbą zdrady Słychać że lud dał imię miotły tej komecie I powiada że ona milijon wymiecie A na to rzekł z ukłonem Wojski Prawda Jaśnie Wielmożny Podkomorzy przypominam właśnie Co mnie mówiono niegdyś małemu dziecięciu Pamiętam choć nie miałem wówczas lat dziesięciu Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka Sapiehę pancernego znaku porucznika Co potem był nadwornym marszałkiem królewskim Na koniec umarł wielkim kanclerzem litewskim Miawszy lat sto i dziesięć Ten za króla Jana Trzeciego był pod Wiedniem w chorągwi hetmana Jabłonowskiego owoż ów kanclerz powiadał Że właśnie kiedy na koń król Jan Trzeci wsiadał Gdy nuncyjusz papieski żegnał go na drogę A poseł austryjacki całował mu nogę Podając strzemię poseł zwał się Wilczek hrabia Król krzyknął Patrzcie co się na niebie wyrabia Spójrzą alić nad głowy suwał się kometa Drogą jaką ciągnęły wojska Mahometa Z wschodu na zachód potem i ksiądz Bartochowski Składając panegiryk na tryumf krakowski Pod godłem Orientis Fulmen prawił wiele O tym komecie także czytam o nim w dziele Pod tytułem Janina gdzie jest opisana Cała wyprawa króla nieboszczyka Jana I wyryta chorągiew wielka Mahometa I ów taki jak dziś go widzimy kometa Amen rzekł na to Sędzia ja wróżbę Waszeci Przyjmuję oby z gwiazdą zjawił się Jan Trzeci Jest na zachodzie wielki dziś bohater może Kometa go przywiedzie do nas co daj Boże Na to rzekł Wojski głowę pochyliwszy smutnie Kometa czasem wojny czasem wróży kłótnie Niedobrze iż się zjawił tuż nad Soplicowem Może nam grozi jakiem nieszczęściem domowem Mieliśmy wczora dosyć rozterku i zwady Tak w czasie polowania jako i biesiady Rejent kłócił się z rana z panem Asesorem A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem Pono spór ten ze skóry niedźwiedziej pochodził I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie przeszkodził Ja bym u stołu obu przeciwników zgodził Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy Podobny do zdarzenia wczorajszej wyprawy Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasów Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów Przypadek był takowy Jenerał Podolskich Ziem przejeżdżał z Wołynia do swoich dóbr polskich Czy też gdy dobrze pomnę na sejm do Warszawy Po drodze zwiedzał szlachtę już to dla zabawy Już dla popularności wstąpił więc do pana Tadeusza dziś świętej pamięci Rejtana Który był potem naszym nowogrodzkim posłem I w którego ja domu od dzieciństwa wzrosłem Owoż Rejtan na przyjazd księcia Jenerała Zaprosił gości liczna szlachta się zebrała Było teatrum Książę kochał się w teatrze Fajerwerk dawał Kaszyc który mieszka w Jatrze Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał a kapele Ogiński i pan Sołtan co mieszka w Zdzięciele Słowem dawano huczne nad spodziw zabawy W domu a w lasach wielkie robiono obławy Wiadomo zaś Waszmościom jest że prawie wszyscy Ile ich zapamiętać można Czartoryscy Choć idą z Jagiellonów krwi lecz do myślistwa Nie są bardzo pochopni pewno nie z lenistwa Lecz z gustów cudzoziemskich i książę Jenerał Częściej do książek niźli do psiarni zazierał I do alkówek damskich częściej niż do lasów W świcie Księcia był książę niemiecki Denassów O którym powiadano że w Libijskiej ziemi Goszcząc polował niegdyś z królmi murzyńskiemi I tam tygrysa spisą w ręcznym boju zwalił Z czego się bardzo książę ów Denassów chwalił U nas zaś polowano na dziki w tę porę Rejtan zabił ze sztućca ogromną maciorę Z wielkim niebezpieczeństwem bo z bliska wypalił Każdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił Tylko Niemiec Denassów obojętnie słuchał Pochwał takich i chodząc pod nos sobie dmuchał Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko Biała broń śmiałą rękę i zaczął szeroko Znowu gadać o swojej Libiji i śpisie O swych królach murzyńskich i o swym tygrysie Markotno to się stało panu Rejtanowi Był człek żywy uderzył po szabli i mówi Mości Książę kto patrzy śmiele walczy śmiele Warte dziki tygrysów a spis karabele I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt żwawy Szczęściem książę Jenerał przerwał te rozprawy Godząc ich po francusku co tam gadał nie wiem Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem Bo Rejtan wziął do serca okazyi czekał I dobrą sztukę spłatać Niemcowi przyrzekał Tej sztuki ledwie własnym nie przypłacił zdrowiem A spłatał ją nazajutrz jak to wnet opowiem Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę wznosił I u Podkomorzego tabakiery prosił Długo zażywa kończyć powieści nie raczy Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy Zaczynał wreszcie kiedy znowu mu przerwano Powieść taką ciekawą tak pilnie słuchaną Bo do Sędziego nagle ktoś przysłał człowieka Donosząc że z niezwłocznym interesem czeka Sędzia dając dobranoc żegnał całe grono Natychmiast się po różnych stronach rozpierzchniono Ci spać do domu tamci w stodole na sianie Sędzia szedł podróżnemu dawać posłuchanie Inni już śpią Tadeusz po sieniach się zwija Chodząc jako wartownik około drzwi stryja Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukać Dziś jeszcze nim spać pójdzie nie śmie do drzwi stukać Sędzia drzwi na klucz zamknął z kimś tajnie rozmawia Tadeusz końca czeka a ucha nadstawia Słyszy wewnątrz szlochanie nie trącając klamek Ostrożnie dziurką klucza zagląda przez zamek Widzi rzecz dziwną Sędzia i Robak na ziemi Klęczeli objąwszy się i łzami rzewnemi Płakali Robak ręce Sędziego całował Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował Wreszcie po ćwierćgodzinnym przerwaniu rozmowy Robak po cichu tymi odezwał się słowy Bracie Bóg wie żem dotąd tajemnic dochował Którem z żalu za grzechy w spowiedzi ślubował Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały Nie służąc pysze ziemskiej nie szukając chwały Żyłem dotąd i chciałem umrzeć bernardynem Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem Ale nawet przed tobą i przed własnym synem Wszakże ksiądz prowincyjał dał mi pozwolenie In articulo mortis zrobić objawienie Kto wie czy wrócę żywy kto wie co się stanie W Dobrzynie Bracie wielkie wielkie zamieszanie Francuz jeszcze daleko nim przeminie zima Trzeba czekać a szlachta pono nie dotrzyma Możem zanadto czynnie z powstaniem się krzątał Pono źle zrozumieli Klucznik wszystko splątał Ten wariat Hrabia słyszę pobiegł do Dobrzyna Nie mogłem go uprzedzić ważna w tym przyczyna Stary Maciek mnie poznał a jeśli odkryje Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję Nic Klucznika nie wstrzyma mniejsza o mą głowę Lecz tym odkryciem spisku zerwałbym osnowę Przecież dziś tam być muszę widzieć co się dzieje Choćbym zginął beze mnie szlachta oszaleje Bądź zdrów najmilszy bracie bądź zdrów śpieszyć muszę Jeśli zginę ty jeden westchniesz za mą duszę W przypadku wojny tobie cała tajemnica Wiadoma kończ com zaczął pomnij żeś Soplica Tu Ksiądz łzy otarł habit zapiął kaptur włożył I okienicę tylną po cichu otworzył Widać było że oknem do ogrodu skakał Sędzia zostawszy jeden siadł w krześle i płakał Chwilę czekał Tadeusz nim w klamkę zadzwonił Otworzono mu cicho wszedł nisko się skłonił Stryjaszku Dobrodzieju rzekł ledwie dni kilka Przebawiłem tu dni te minęły jak chwilka Nie miałem czasu z twoim domem się nacieszyć I z tobą a odjeżdżać muszę muszę śpieszyć Zaraz dzisiaj Stryjaszku a jutro najdalej Wszak pamiętacie żeśmy Hrabiego wyzwali Bić się z nim to rzecz moja posłałem wyzwanie W Litwie jest zakazane pojedynkowanie Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa Hrabia prawda fanfaron lecz mu nie brak męstwa Na miejsce naznaczone zapewne się stawi Rozprawim się a jeśli Bóg pobłogosławi Ukarzę go a potem za Łososny brzegi Przepłynę gdzie mnie bratnie czekają szeregi Słyszałem że mi ojciec testamentem kazał Służyć w wojsku a nie wiem kto testament zmazał Mój Tadeuszku rzekł stryj czy Waszeć kąpany W gorącej wodzie czy też kręcisz jak lis szczwany Co indziej kitą wije a sam indziej bieży Wyzwaliśmy zapewne i bić się należy Ale jechać dziś skądżeś Waszeć tak się zaciął Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł Układać się wszak Hrabia może nas przeprosić Deprekować czekaj Waść czasu jeszcze dosyć Chyba inny giez jaki Waści stąd wygania To gadaj szczerze po co takie omawiania Jestem twój stryj choć stary znam co serce młode Byłem ci ojcem mówiąc gładził go pod brodę Już w ucho szepnął o tym mnie mój palec mały Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały Za katy prędko teraz młodź do dam się bierze No Tadeuszku przyznaj mi się Waść a szczerze Jużci bąkał Tadeusz prawda są przyczyny Inne kochany Stryju może z mojej winy Omyłka cóż nieszczęście już trudno naprawić Nie drogi Stryju dłużej nie mogę tu bawić Błąd młodości Stryjaszku nie pytaj o więcej Ja muszę z Soplicowa wyjeżdżać co prędzej Ho rzekł stryj pewnie jakieś miłośne zatargi Uważałem że Waszeć wczora gryzłeś wargi Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę Widziałem że i ona miała kwaśną minkę Znam ja te wszystkie głupstwa kiedy dzieci para Kocha się to tam u nich nieszczęść co niemiara To cieszą się to znowu trapią się i smucą To znowu Bóg wie o co do zębów się skłócą To stojąc w kątkach jakby mruki nie gadają Do siebie czasem nawet w pole uciekają Jeżeli na was raptus podobny napada Bądźcie tylko cierpliwi już jest na to rada Biorę na siebie wkrótce przywieść was do zgody Znam ja te wszystkie głupstwa wszakże byłem młody Powiedz mi Wasze wszystko ja może nawzajem Coś odkryję i tak się oba poprzyznajem Stryjaszku rzekł Tadeusz całując mu rękę I rumieniąc się powiem prawdę tę panienkę Zosię wychowanicę Stryja podobałem Bardzo choć tylko parę razy ją widziałem A mówią że Stryj dla mnie za żonę przeznacza Podkomorzankę piękną i córkę bogacza Teraz nie mogłbym z panną Różą się ożenić Kiedy kocham tę Zosię trudno serce zmienić Nieuczciwie żeniąc się z jedną kochać drugą Czas może mnie uleczy wyjadę na długo Tadeuszku stryj przerwał to mi dziwny sposób Kochania się uciekać od kochanych osób Dobrze żeś szczery widzisz głupstwo byś wypłatał Odjeżdżając a co Waść powiesz gdybym swatał Sam Waci Zosię He cóż nie skoczysz z radości Tadeusz rzekł po chwili Dobroć Jegomości Dziwi mnie lecz cóż łaska Stryja Dobrodzieja Nie przyda się już na nic Ach próżna nadzieja Bo pani Telimena nie odda mi Zosi Będziem prosić rzekł Sędzia Nikt jej nie uprosi Przerwał prędko Tadeusz nie czekać nie mogę Stryjaszku muszę prędko jutro jechać w drogę Daj mi tryjaszku tylko twe błogosławieństwo Wszystko przygotowałem jadę zaraz w Księstwo Sędzia wąs kręcąc z gniewem na chłopca spozierał To Waść tak szczery takeś mi serce otwierał Naprzód ów pojedynek potem znowu miłość I ten wyjazd oj jest tu w tym jakaś zawiłość Już mnie gadano jużem kroki Waści badał Asan bałamut i trzpiot Asan kłamstwa gadał A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem O Tadeuszku jeśli może Asan Zosię Zbałamucił i teraz uciekasz młokosie To się Waci nie uda lubisz czy nie lubisz Zapowiadam Asanu że Zosię poślubisz A nie to bizun jutro staniesz na kobiercu I gada mnie o czuciach o niezmiennym sercu Łgarz jesteś pfe ja z Waści Panie Tadeuszu Zrobię śledztwo ja Waści jeszcze natrę uszu Dziś dość miałem kłopotów aż mi głowa boli Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli Idź mi Waść spać To mówiąc drzwi na wściąż otwierał I zawołał Woźnego żeby go rozbierał Tadeusz cicho wyszedł opuściwszy głowę Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę Pierwszy raz połajany tak ostro ocenił Słuszność wyrzutów sam się przed sobą rumienił Co począć jeśli Zosia o wszystkim się dowie Prosić o rękę a cóż Telimena powie Nie czuł że nie mógł dłużej zostać w Soplicowie Tak zadumany ledwie zrobił kroków parę Gdy mu coś drogę zaszło spójrzał widzi marę Całą w bieliźnie długą wysmukłą i cienką Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką Od której odbijał się drżący blask miesięczny I przystąpiwszy cicho jęknęła Niewdzięczny Szukałeś wzroku mego teraz go unikasz Szukałeś rozmów ze mną dziś uszy zamykasz Jakby w słowach we wzroku mym była trucizna Dobrze mi tak wiedziałam kto jesteś mężczyzna Nie znając kokieterii nie chciałam cię dręczyć Uszczęśliwiłam takżeś umiał mnie zawdzięczyć Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził Żeś je zdobył zbyt łacno zbyt prędkoś nim wzgardził Dobrze mi tak lecz straszną nauczona probą Wierz mi iż więcej niż ty gardzę sama sobą Telimeno Tadeusz rzekł dalbóg nietwarde Mam serce ani ciebie unikam przez wzgardę Ale uważ no sama wszak nas widzą śledzą Czyż można tak otwarcie cóż ludzie powiedzą Wszak to nieprzyzwoicie to dalbóg jest grzechem Grzechem odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem Niewiniątko baranek Ja będąc kobietą Jeśli z miłości nie dbam choćby mię odkryto Choćby mię osławiono a ty ty mężczyzna Cóż szkodzi z was któremu chociaż się i przyzna Że ma romans z dziesięciu razem kochankami Mów prawdę chcesz mnie rzucić Zalała się łzami Telimeno cóż by świat mówił o człowieku Rzekł Tadeusz który by teraz w moim wieku Zdrów żył na wsi kochał się kiedy tyle młodzi Tylu żonatych od żon od dzieci uchodzi Za granicę pod znaki narodowe bieży Choćbym chciał zostać czy to ode mnie zależy Ojciec mnie testamentem kazał abym służył W wojsku polskim teraz stryj ten rozkaz powtórzył Jutro jadę zrobiłem już postanowienie I dalbóg Telimeno już go nie odmienię Ja rzekła Telimena nie chcę ci zagradzać Drogi do sławy szczęściu twojemu przeszkadzać Jesteś mężczyzną znajdziesz kochankę godniejszą Serca twojego znajdziesz bogatszą piękniejszą Tylko dla mej pociechy niech wiem przed rozstaniem Że twoja skłonność była prawdziwym kochaniem Że to nie był żart tylko nie rozpusta płocha Lecz miłość niech wiem że mnie mój Tadeusz kocha Niech słowo kocham jeszcze raz z ust twych usłyszę Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę Przebaczę łacniej chociaż przestaniesz mnie kochać Pomnąc jakeś mnie kochał I zaczęła szlochać Tadeusz widząc że tak płacze i tak błaga Czule i tylko takiej drobnostki wymaga Wzruszył się przejęły go szczery żal i litość I jeżeliby badał serca swego skrytość Może by się w tej chwili i sam nie dowiedział Czyli ją kochał czy nie Więc żywo powiedział Telimeno bogdaj mnie jasny piorun ubił Jeśli nieprawda żem cię dalbóg bardzo lubił Czy kochał krótkie z sobą spędziliśmy chwile Ale one mnie przeszły tak słodko tak mile Że będą długo zawsze myśli mej przytomne I dalibógże nigdy ciebie nie zapomnę Telimena skoczywszy padła mu na szyję Tegom się spodziewała kochasz mię więc żyję Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić Gdy mnie kochasz mój drogi czyż możesz mnie rzucić Tobie oddałam serce oddam ci majątek Pójdę za tobą wszędzie każdy świata kątek Będzie mnie z tobą miły z najdzikszej pustyni Miłość wierzaj mi ogród rozkoszy uczyni Tadeusz wydarłszy się z objęcia przemocą Jak to rzekł czyś z rozumu obrana gdzie po co Jechać za mną Ja będąc sam prostym żołnierzem Włóczyć czy markietankę To my się pobierzem Rzekła mu Telimena Nie nigdy zawoła Tadeusz ja żenić się nie mam teraz zgoła Zamiaru ni kochać się fraszki dajmy pokój Proszę cię moja droga rozmyśl się uspokój Ja jestem tobie wdzięczen ale niepodobna Żenić się kochajmy się ale tak z osobna Zostać dłużej nie mogę nie nie jechać muszę Bądź zdrowa Telimeno moja jutro ruszę Rzekł nasuwał kapelusz odwracał się bokiem Chcąc iść lecz go wstrzymała Telimena okiem I twarzą jak Meduzy głową musiał zostać Mimowolnie poglądał z trwogą na jej postać Stała blada bez ruchu bez tchu i bez życia Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy Tego chciałam krzyknęła ha języku smoczy Serce jaszczurze To nic żem tobą zajęta Wzgardziła Asesora Hrabię i Rejenta Żeś mnie uwiódł i teraz porzucasz sierotę To nic jesteś mężczyzną znam waszą niecnotę Wiem że jak inni tak ty mógłbyś wiarę złamać Lecz nie wiedziałam że tak podle umiesz kłamać Słuchałam pode drzwiami stryja więc to dziecko Zosia wpadła ci w oko i na nią zdradziecko Dybiesz Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał A jużeś pod jej bokiem nowych ofiar szukał Uciekaj lecz cię moje dościgną przeklęctwa Lub zostań wydam światu twoje bezeceństwa Twe sztuki już nie zwiodą innych jak mnie zwiodły Precz gardzę tobą jesteś kłamca człowiek podły Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica I której żaden nigdy nie słyszał Soplica Zadrżał Tadeusz twarz mu pobladła jak trupia Tupnąwszy nogą usta przyciąwszy rzekł Głupia Odszedł lecz wyraz podłość echem się powtórzył W sercu wzdrygnął się młodzian czuł że nań zasłużył Czuł że wyrządził wielką krzywdę Telimenie Że go słusznie skarżyła mówiło sumnienie Lecz czuł że po tych skargach tym mocniej ją zbrzydził O Zosi ach pomyśleć nie ważył się wstydził Przecież ta Zosia taka piękna taka miła Stryj swatał ją może by jego żoną była Gdyby nie szatan co go plącząc w grzech za grzechem W kłamstwo za kłamstwem wreszcie odstąpił z uśmiechem Złajany pogardzony od wszystkich w dni parę Zmarnował przyszłość Uczuł słuszną zbrodni karę W tej burzy uczuć jakby kotwica spoczynku Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku Zamordować Hrabiego łotra krzyknął w gniewie Zginąć albo zemścić się A za co sam nie wie I ten gniew wielki jak się zajął w mgnieniu oka Tak wywietrzał znow zdjęła go żałość głęboka Myślił jeśli prawdziwe było postrzeżenie Że Hrabia z Zosią jakieś ma porozumienie I cóż stąd może Hrabia kocha Zosię szczerze Może go ona kocha za męża wybierze Jakimże prawem chciałbym zerwać to zamęście I sam nieszczęśnik wszystkich mam zaburzać szczęście Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu Chyba ucieczkę prędką gdzie chyba do grobu Więc kułak przycisnąwszy na schylonym czole Biegł ku łąkom gdzie stawy błyszczały się w dole I stanął nad błotnistym w zielonawe tonie Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie Z rozkoszą ciągnął piersią i otworzył usta Ku nim bo samobójstwo jak każda rozpusta Jest wymyślną on w głowy szalonym zawrocie Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie Lecz Telimena z dzikiej młodzieńca postawy Zgadując rozpacz widząc że pobiegł nad stawy Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała Przelękła się w istocie dobre serce miała Żal jej było że inną śmiał Tadeusz lubić Chciała go skarać ale nie myśliła zgubić Więc puściła się za nim wznosząc ręce obie Krzycząc Stój głupstwo kochaj czy nie żeń się sobie Czy jedź tylko stój Ale on już szybkim biegiem Wyprzedził ją daleko już stanął nad brzegiem Dziwnym zrządzeniem losów po tym samym brzegu Jechał Hrabia na czele dżokejów szeregu A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej I harmoniją cudną orkiestry podwodnej Owych chorów co brzmiały jak arfy eolskie Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie Oczy wodził po polach po niebios obszarze Pewnie układał w myśli nocne peizaże Zaiste okolica była malownicza Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza Jako para kochanków prawy staw miał wody Gładkie i czyste jako dziewicze jagody Lewy ciemniejszy nieco jako twarz młodziana Smagława i już męskim puchem osypana Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło Jak gdyby włosem jasnym a lewego czoło Najeżone łozami wierzbami czubate Oba stawy ubrane w zieloności szatę Z nich dwa strugi jak ręce związane pospołu Ściskają się strug dalej upada do dołu Upada lecz nie ginie bo w rowu ciemnotę Unosi na swych falach księżyca pozłotę Woda warstami spada a na każdej warście Połyskają się blasku miesięcznego garście Światło w rowie na drobne drzazgi się roztrąca Chwyta je i w głąb niesie toń uciekająca A z góry znów garściami spada blask miesiąca Myślałbyś że u stawu siedzi Świtezianka Jedną ręką zdrój leje z bezdennego dzbanka A drugą ręką w wodę dla zabawki miota Brane z fartuszka garście zaklętego złota Dalej z rowu wybiegłszy strumień na równinie Rozkręca się ucisza lecz widać że płynie Bo na jego ruchomej drgającej powłoce Wzdłuż miesięczne światełko drgające migoce Jako piękny wąż żmudzki zwany giwojtosem Chociaż zdaje się drzemać leżąc między wrzosem Pełźnie bo na przemiany srebrzy się i złoci Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci Tak strumień kręcący się chował się w olszynach Które na widnokręgu czerniały kończynach Wznosząc swe kształty lekkie niewyraźne oku Jak duchy na wpół widne na poły w obłoku Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi Jako stary opiekun co kochanków śledzi Podsłuchał ich rozmowę gniewa się szamoce Trzęsie głową rękami i groźby bełkoce Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło I palczastą swą pięścią wykręcając wkoło Ledwo kleknął i szczęki zębowate ruszył Zaraz miłośną stawów rozmowę zagłuszył I zbudził Hrabię Hrabia widząc że tak blisko Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko Krzyczy Do broni łapaj Skoczyli dżokeje Nim Tadeusz rozeznać mógł co się z nim dzieje Już go chwycili biegą do dworu w podwórze Wpadają dwór budzi się psy w hałas w krzyk stróże Wyskoczył wpół ubrany Sędzia widzi zgraję Zbrojną myśli że zbójcy aż Hrabię poznaje Co to jest pyta Hrabia szpadą nad nim mignął Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął Soplico rzekł odwieczny wrogu mej rodziny Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru Nim pomszczę się obelgi mojego honoru Lecz Sędzia żegnając się krzyknął W imię Ojca I Syna tfu Mospanie Hrabia czy Waść zbojca Przebóg czy to się zgadza z Pana urodzeniem Wychowaniem i z Pana na świecie znaczeniem Nie pozwolę skrzywdzić się Wtem Sędziego słudzy Biegli jedni z kijami ze strzelbami drudzy Wojski stojąc z daleka poglądał ciekawie W oczy panu Hrabiemu a nóż miał w rękawie Już mieli zacząć bitwę lecz Sędzia przeszkodził Próżno było bronić się nowy wróg nadchodził Postrzeżono w olszynie blask wystrzał rusznicy Most na rzece zahuczał tętentem konnicy I Hajże na Soplicę tysiąc głosów wrzasło Wzdrygnął się Sędzia poznał Gerwazego hasło Nic to zawołał Hrabia będzie tu nas więcéj Poddaj się Sędzio to są moi sprzymierzeńcy Wtem Asesor nadbiegał krzycząc Areszt kładę W imię Imperatorskiej Mości oddaj szpadę Panie Hrabio bo wezwę wojskowej pomocy A wiesz Pan że kto zbrojnie śmie napadać w nocy Zastrzeżono tysiącznym dwóchsetnym ukazem Że jak zło Wtem go Hrabia w twarz uderzył płazem Padł zgłuszony Asesor i skrył się w pokrzywy Wszyscy myśleli że był ranny lub nieżywy Widzę rzekł Sędzia że się na rozbój zanosi Jęknęli wszyscy wszystkich zagłuszył wrzask Zosi Która krzyczała Sędzię objąwszy rękami Jako dziecko od Żydów kłute igiełkami Tymczasem Telimena wpadła między konie Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie Na twój honor krzyknęła przeraźliwym głosem Z głową w tył wychyloną z rozpuszczonym włosem Przez wszystko co jest świętym na klęczkach błagamy Hrabio śmieszże odmówić proszą ciebie damy Okrutniku nas pierwej musisz zamordować Padła zemdlona Hrabia skoczył ją ratować Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną Panno Zofijo rzecze Pani Telimeno Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami Soplicowie jesteście moimi więźniami Tak zrobiłem we Włoszech kiedy pod opoką Którą Sycylijanie zwą Birbante rokką Zdobyłem tabor zbójców zbrojnych mordowałem Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem Szli za końmi i tryumf mój zdobili świetny Potem ich powieszono u podnoża Etny Było to osobliwe szczęście dla Sopliców Że Hrabia mając lepsze konie od szlachciców I chcąc spotkać się pierwszy zostawił ich w tyle I biegł przed resztą jazdy przynajmniej o milę Ze swym dżokejstwem które posłuszne i karne Stanowiło niejako wojsko regularne Gdy inna szlachta była zwyczajem powstania Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu Przemyślał jak by skończyć bój bez krwi rozlewu Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe Jako więźniów wojennych u drzwi stawi straże Wtem Hajże na Sopliców wpada szlachta hurmem Obstępuje dwór wkoło i bierze go szturmem Tym łacniej że wódz wzięty i pierzchła załoga Lecz zdobywcy chcą bić się wyszukują wroga Do domu nie wpuszczeni biegą do folwarku Do kuchni Gdy do kuchni weszli widok garków Ogień ledwie zagasły potraw zapach świeży Chrupanie psów gryzących ostatki wieczerzy Chwyta wszystkich za serca myśl wszystkich odmienia Studzi gniewy zapala potrzebę jedzenia Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem Jeść jeść po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem Odpowiedziano Pić pić Między szlachty zgrają Stają dwa chory ci pić a ci jeść wołają Odgłos leci echami gdzie tylko dochodzi Wzbudza oskomę w ustach głód w żołądkach rodzi I tak na dane z kuchni hasło niespodzianie Rozeszła się armija na furażowanie Gerwazy od pokojów Sędziego odparty Ustąpić musiał przez wzgląd dla hrabiowskiej warty Więc nie mogąc zemścić się na nieprzyjacielu Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie Chce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie Legalnie i formalnie więc za Woźnym biega Aż go po długich śledztwach za piecem dostrzega Wnet porywa za kołnierz na dziedziniec wlecze I zmierzywszy mu w piersi Scyzoryk tak rzecze Panie Woźny pan Hrabia śmie Waćpana prosić Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosić Intromisyją Hrabi do zamku do dworu Sopliców do wsi gruntów zasianych ugoru Słowem cum gais boris et graniciebus Kmetonibus scultetis et omnibus rebus Et quibusdam aliis Jak tam wiesz tak szczekaj Nic nie opuszczaj Panie Kluczniku zaczekaj Rzekł śmiało ręce za pas włożywszy Protazy Gotów jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy Ale ostrzegam że akt nie będzie miał mocy Wymuszony przez gwałty ogłoszony w nocy Co za gwałty rzekł Klucznik tu nie ma napaści Wszak proszę Pana grzecznie jeśli ciemno Waści To Scyzorykiem skrzesam ognia że Waszeci Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci Gerwazeńku rzekł Woźny po co się tak dąsać Jestem woźny nie moja rzecz sprawę roztrząsać Wszak wiadomo że strona woźnego zaprasza I dyktuje mu co chce a woźny ogłasza Woźny jest posłem prawa a posłów nie karzą Nie wiem tedy za co mnie trzymacie pod strażą Wnet akt spiszę niech mi kto latarkę przyniesie A tymczasem ogłaszam Bracia uciszcie się I by donośniej mówić wstąpił na stos wielki Belek pod płotem sadu suszyły się belki Wlazł na nie i zarazem jakby go wiatr zdmuchnął Zniknął z oczu słyszano jak w kapustę buchnął Widziano po konopiach ciemnych jego biała Konfederatka niby gołąb przeleciała Konewka strzelił w czapkę ale chybił celu Wtem zatrzeszczały tyki już Protazy w chmielu Protestuję zawołał pewny był ucieczki Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki Po tej protestacyi która się ozwała Jak na zdobytych wałach ostatni strzał działa Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze Szlachta głodna plądruje zabiera co może Kropiciel stanowisko zająwszy w oborze Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił A Brzytewka im szablę w gardzielach utopił Szydełko równie czynnie używał swej szpadki Kabany i prosięta koląc pod łopatki Już rzeź zagraża ptastwu czujne gęsi stado Co niegdyś ocaliło Rzym przed Galów zdradą Darmo gęga o pomoc zamiast Manlijusza Wpada w kotuch Konewka jedne ptaki zdusza A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza Próżno gęsi szyjami wywijając chrypią Próżno gęsiory sycząc napastnika szczypią On bieży osypany iskrzącym się puchem Unoszony jak kółmi gęsich skrzydeł ruchem Zdaje się być chochlikiem skrzydlatym złym duchem Ale rzeź najstraszniejsza chociaż najmniej krzyku Między kurami Młody Sak wpadł do kurniku I z długiego biczyska porobiwszy petle Drzemiące ptastwo śledzi przy latarki świetle I z drabinek stryczkami łowiąc ciągnie z góry Kogutki i szurpate i czubate kury Jedne po drugich dusi i składa do kupy Ptastwo piękne karmione perłowymi krupy Niebaczny Saku jakiż zapał cię unosi Nigdy już odtąd gniewnej nie przebłagasz Zosi Gerwazy przypomina starodawne czasy Każe sobie podawać od kontuszów pasy I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa Beczki starej siwuchy dębniaku i piwa Jedne wnet odgwożdżono a drugie ochoczo Szlachta gęsta jak mrowie porywają toczą Do zamku tam na nocleg cały tłum się zbiera Tam założona główna Hrabiego kwatera Nakładają sto ognisk warzą skwarzą pieką Gną się stoły pod mięsem trunek płynie rzeką Chce szlachta noc tę przepić przejeść i prześpiewać Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać Oko gaśnie za okiem i cała gromada Kiwa głowami każdy gdzie siedział tam pada Ten z misą ten nad kuflem ten przy wołu ćwierci Tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen brat śmierci Księga dziewiąta Bitwa O niebezpieczeństwach wynikających z nieporządnego obozowania Odsiecz niespodziana Smutne położenie szlachty Odwiedziny kwestarskie są wróżbą ratunku Major Płut zbytnią zalotnością ściąga na siebie burzę Wystrzał z krócicy hasło boju Czyny Kropiciela czyny i niebezpieczeństwa Maćka Konewka zasadzką ocala Soplicowo Posiłki jezdne atak na piechotę Czyny Tadeusza Pojedynek dowódców przerwany zdradą Wojski stanowczym manewrem przechyla szalę boju Czyny krwawe Gerwazego Podkomorzy zwyciężca wspaniałomyślny A chrapali tak twardym snem że ich nie budzi Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi Którzy wpadli na szlachtę jak pająki ścienne Nazwane kosarzami na muchy wpółsenne Zaledwie która bzyknie już długimi nogi Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy Żaden nie bzyka leżą wszyscy jak bez duszy Chociaż byli chwytani silnymi rękoma I przewracani jako na przewiąsłach słoma Tylko jeden Konewka któremu w powiecie Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie Konewka co mógł wypić lipcu dwa antały Nim mu splątał się język i nogi zachwiały Ten choć długo ucztował i usnął głęboko Dawał przecie znak życia przemknął jedno oko I widzi istne zmory dwie okropne twarze Tuż nad sobą a każda ma wąsów po parze Dyszą nad nim ust jego tykają wąsami I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami Zląkł się chciał przeżegnać się darmo rękę chwyta Ręka prawa jak gdyby do boku przybita Ruszył lewą niestety czuje że go duchy Spowiły ciasno jako niemowlę w pieluchy Zląkł się jeszcze okropniej wnet oko zawiera Leży nie dysząc stygnie ledwie nie umiera Lecz Kropiciel zerwał się bronić się po czasie Bo już był skrępowany we swym własnym pasie Przecież zwinął się i tak sprężyście podskoczył Że padł na piersi sennych po głowach się toczył Miotał się jako szczupak gdy się w piasku rzuca A ryczał jako niedźwiedź bo miał silne płuca Ryczał Zdrada Wnet cała zbudzona gromada Chorem odpowiedziała Zdrada gwałtu zdrada Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali Kędy Hrabia Gerwazy i dżokeje spali Przebudza się Gerwazy darmo się wydziera Związany w kij do swego własnego rapiera Patrzy widzi przy oknie ludzi uzbrojonych W czarnych krótkich kaszkietach w mundurach zielonych Jeden z nich opasany szarfą trzymał szpadę I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę Szepcąc Wiąż wiąż Dokoła leżą jak barany Dżokeje w pętach Hrabia siedzi nie związany Lecz bezbronny przy nim dwaj z gołymi bagnety Stoją drabi poznał ich Gerwazy niestety Moskale Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach A przecież się uwalniał wiedział o sposobie Rwania więzów był silny bardzo ufał sobie Przemyślał ratować się milczkiem oczy zmrużył Niby śpi z wolna ręce i nogi przedłużył Dech wciągnął brzuch i piersi ścisnął co najwężej Aż jednym razem kurczy wydyma się pręży Jak wąż głowę i ogon gdy chowa w przeguby Tak Gerwazy z długiego stał się krótki gruby Rozciągnęły się nawet skrzypnęły powrozy Ale nie pękły Klucznik ze wstydu i zgrozy Przewrócił się i w ziemię schowawszy twarz gniewną Zamknąwszy oczy leżał nieczuły jak drewno Wtem ozwały się bębny naprzód z rzadka potem Coraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem Na ten apel rozkazał oficer Moskali Dżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali Szlachtę wieść na dwór kędy stała druga rota Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota Sztab stał we dworze a z nim zbrojnej szlachty wiele Podhajscy Birbaszowie Hreczechy Biergele Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził Asesor li czy Jankiel różnie słychać o tem Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas ni potem Już też i słońce wschodzi krwawo się czerwieni Brzegiem tępym jak gdyby odartym z promieni Na wpół widne na poły w czerni chmur się chowa Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu Gęste i poszarpane jako bryły lodu Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny I tak dzień na przemiany był chłodny i słotny Tymczasem Major belki schnące pode dworem Każe wlec w każdej belce wysiekać toporem Półokrągłe otwory w te otwory wtyka Nogi więźniów i drugą belką je zamyka Oba drewna goździami przebite po rogach Ścisnęły się jako psie paszczęki na nogach Zaś powrozami mocniej sznurowano ręce Na plecach szlachty Major ku większej ich męce Kazał pierwej poździerać z głów konfederatki Z pleców płaszcze kontusze nawet taratatki Nawet żupany I tak szlachta skuta w kłodzie Siedziała rzędem dzwoniąc zębami na chłodzie I na deszczu bo coraz wzmagała się słota Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi I Telimena łączy prośby do łez Zosi Ażeby miano większy wzgląd na niewolników Wprawdzie oficer rotny pan Nikita Ryków Moskal lecz dobry człowiek dał się udobruchać Cóż kiedy sam majora Płuta musiał słuchać Ten Major Polak rodem z miasteczka Dzierowicz Nazywał się jak słychać po polsku Płutowicz Lecz przechrzcił się łotr wielki jak się zwykle dzieje Z Polakiem który w carskiej służbie zmoskwicieje Płut stał z fajką przed frontem w boki się podpierał I gdy mu kłaniano się nos w górę zadzierał A za odpowiedź na znak gniewnego humoru Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza I Asesora także na bok odprowadza Przemyślają jak by rzecz zakończyć bez sądu A co jeszcze ważniejsza bez mieszań się rządu Więc do majora Płuta rzekł kapitan Ryków Panie Major co nam z tych wszystkich niewolników Oddamy pod sąd będzie szlachcie wielka bieda A Panu Majorowi nikt za to nic nie da Wiesz co Major ot lepiej tę sprawę zagodzić Pan Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić My powiemy że my tu przyszli dla wizyty A tak i kozy całe i wilk będzie syty Przysłowie ruskie wszystko można lecz ostrożnie I to przysłowie sobie piecz na carskim rożnie I to przysłowie lepsza zgoda od niezgody Zaplątaj dobrze węzeł końce wsadź do wody Raportu nie podamy tak się nikt nie dowie Bóg dał ręce żeby brać to ruskie przysłowie Słysząc to Major wstaje i od gniewu parska Czy ty oszalał Ryków to służba cesarska A służba nie jest drużba stary głupi Ryków Czy ty oszalał ja mam puszczać buntowników W takim wojennym czasie Ha pany Polaki Ja was nauczę buntu Ha szlachta łajdaki Dobrzyńscy oj ja znam was niech łajdaki mokną I zaśmiał się na całe gardło patrząc w okno Wszakże ten sam Dobrzyński co siedzi w surducie Hej zdjąć mu surdut w roku przeszłym na reducie Zaczął ze mną tę kłótnię kto zaczął on nie ja On gdy tańczyłem krzyknął Precz za drzwi złodzieja Że wtenczas za pułkowej okradzenie kasy Byłem pod śledztwem miałem wielkie ambarasy A jemu co do tego Ja tańczę mazura On krzyczy z tyłu Złodziej szlachta za nim Ura Skrzywdzili mnie a co wpadł w me szpony szlachciura Mówiłem Ej Dobrzyński ej przyjdzie do woza Koza a co Dobrzyński widzisz będzie łoza Potem Sędziemu szepnął schyliwszy się w ucho Jeśli chcesz Sędzio żeby to uszło na sucho Za każdą głowę tysiąc rubelków gotówką Tysiąc rubelków Sędzio to ostatnie słówko Sędzia chciał targować się lecz Major nie słuchał Znowu biegał po izbie dymem gęsto buchał Podobny do szmermelu albo do rakiety Chodziły za nim prosząc i płacząc kobiety Majorze mówił Sędzia choć pozwiesz do prawa Cóż wygrasz tu nie zaszła żadna bitwa krwawa Nie było ran że zjedli kury i półgąski Za to wedle statutu zapłacą nawiązki Ja na pana Hrabiego nie zanoszę skargi To tylko były zwykłe sąsiedzkie zatargi A czy Sędzia rzekł Major Żółtą Księgę czytał Co to za Żółta Księga pan Sędzia zapytał Księga rzekł Major lepsza niż wasze statuty A w niej pisze co słowo stryczek Sybir knuty Księga ustaw wojennych teraz w Litwie całéj Ogłoszonych już pod stół wasze trybunały Podług ustaw wojennych za takową psotę Pójdziecie już to najmniej w sybirną robotę Apeluję rzekł Sędzia do gubernatora Apeluj rzekł Płut choćby do Imperatora Wiesz że gdy Imperator zatwierdza ukazy Z łaski swej często karę powiększa dwa razy Apelujcie ja może wynajdę w potrzebie Mospanie Sędzio dobry kruczek i na ciebie Wszak Jankiel szpieg którego już rząd dawno śledzi Jest twoim domownikiem w karczmie twojej siedzi Mogę teraz was wszystkich wziąć w areszt od razu Mnie rzekł Sędzia brać w areszt jak śmiesz bez rozkazu I przychodziło coraz do żywszego sporu Gdy nowy gość zajechał na dziedziniec dworu Wjazd tłumny dziwny Przodem niby laufer bieży Ogromny czarny baran a łeb mu się jeży Czterma rogami z których dwa jako kabłąki Kręcą się koło uszu ubrane we dzwonki A dwa od czoła na bok wysuwając końce Wstrząsają kulki krągłe mosiężne brzęczące Za baranem szły woły trzoda owiec kozy Za bydłem cztery ciężko pakowane wozy Wszyscy odgadli że to wjazd księdza Kwestarza Więc pan Sędzia powinność znając gospodarza Stał w progu witać gościa Ksiądz na pierwszej bryce Jechał kapturem na wpół zasłoniwszy lice Ale go wnet poznano bo gdy więźniów minął Zwrócił się ku nim twarzą palcem na znak skinął I drugiej bryki furman równie był poznany Stary Maciek Rózeczka za chłopa przebrany Szlachta zaczęła krzyczeć skoro się pokazał On rzekł Głupi i ręką milczenie nakazał Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym A tymczasem Podhajscy i Isajewicze Birbasze Wilbikowie Biergele Kotwicze Widząc szlachtę Dobrzyńskich w tak ciężkiej niewoli Zaczęli z dawnych gniewów ostygać powoli Bo szlachta polska chociaż niezmiernie kłótliwa I porywcza do bitew przecież nie jest mściwa Biegą więc do Macieja starego po radę On koło wozów całą ustawia gromadę Każe czekać Bernardyn wstąpił do pokoju Zaledwie go poznano choć nie zmienił stroju Tak przybrał inną postać zwyczajnie ponury Zamyślony a teraz głowę wzniósł do góry I z miną rozjaśnioną jak kwestarz rubacha Nim zaczął gadać długo śmiał się Cha cha cha cha Kłaniam kłaniam cha cha cha wyśmienicie przednie Panowie oficery kto poluje we dnie Wy w nocy dobry połów widziałem źwierzynę Oj skubać skubać szlachtę oj drzeć z nich łupinę Oj weźcież ich na munsztuk bo też szlachta bryka Winszuję ci Majorze żeś złowił Hrabika To tłuścioszek to bogacz panicz z antenatów Nie wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów A jak weźmiesz na klasztor daj jakie trzy grosze I dla mnie bo ja zawżdy za twą duszę proszę Jakem bernardyn bardzo myślę o twej duszy Śmierć i sztabs oficerów porywa za uszy Dobrze napisał Baka że śmierć dżga za katy W szkarłaty i po suknie nieraz dobrze stuknie I po płótnie tak utnie jak i po kapturze I po fryzurze równie jak i po mundurze Śmierć matula powiada Baka jak cebula Łzy wyciska gdy ściska a równie przytula I dziecko co się lula i zucha co hula Ach ach Majorze dzisiaj żyjem jutro gnijem To tylko nasze co dziś zjemy i wypijem Panie Sędzio wszakże to czas podobno śniadać Siadam za stół i proszę wszystkich ze mną siadać Majorze gdyby zrazów Panie Poruczniku Co myślisz gdyby wazę dobrego ponczyku To prawda Ojcze rzekli dwaj oficerowie Czas by już zjeść i wypić Pana Sędzi zdrowie Zdziwili się domowi patrząc na Robaka Skąd mu się wzięła mina i wesołość taka Sędzia wnet kucharzowi powtórzył rozkazy Wniesiono wazę cukier butelki i zrazy Płut i Ryków tak czynnie zaczęli się zwijać Tak łakomie połykać i gęsto zapijać Że w pół godziny zjedli dwadzieście trzy zrazy I wychylili ponczu ogromne pół wazy Więc Major syt i wesół w krześle się rozwalił Dobył fajkę biletem bankowym zapalił I otarłszy śniadanie z ust końcem serwety Obrócił śmiejące się oczy na kobiety I rzekł Ja piękne Panie lubię was jak wety Na me szlify majorskie gdy człek zjadł śniadanie Najlepszą jest po zrazach zakąską gadanie Z paniami tak pięknymi jak wy piękne Panie Wiecie co grajmy w karty w welba cwelba w wista Albo pójdźmy mazurka he do diabłów trzysta Wszak ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta Za czym ku damom bliżej schylił się wygięty I puszczał na przemiany dym i komplementy Tańczyć zawołał Robak gdy wychylę flaszę To i ja choć ksiądz habit czasami podkaszę I potańczę mazurka Ale wiesz Majorze My tu pijem a jegry tam marzną na dworze Hulać to hulać Sędzio daj beczkę siwuchy Major pozwoli niechaj piją jegry zuchy Prosiłbym rzecze Major lecz w tym nie ma musu Daj Sędzio szepnął Robak beczkę spirytusu I tak kiedy we dworze sztab wesoło łyka Za domem zaczęła się w wojsku pijatyka Ryków kapitan milczkiem kielichy wychylał Lecz Major pił i razem damom się przymilał A wzmagał się w nim coraz tańcowania zapał Rzucił fajkę i rękę Telimeny złapał Chciał tańczyć lecz uciekła więc podszedł do Zosi Kłaniając się słaniając do mazurka prosi Hej ty Ryków przestańże tam trąbić na fajce Precz fajka wszak ty dobrze grasz na bałabajce Widzisz no tam gitarę pódź no weź gitarę I mazurka ja Major idę w pierwszą parę Kapitan wziął gitarę i struny przykręcał Płut znowu Telimenę do tańca zachęcał Słowo majorskie Panno nie Rosyjaninem Jestem jeżeli kłamię chcę być sukinsynem Jeżeli kłamię spytaj a oficerowie Wszyscy poświadczą cała armija to powie Że w tej drugiej armiji w korpusie dziewiątym W drugiej pieszej dywizji w pułku pięćdziesiątym Jegierskim major Płut jest pierwszy mazurzysta Pódźże Panienko nie bądź taka narowista Bo ja po oficersku ukarzę Panienkę To mówiąc skoczył chwycił Telimeny rękę I szerokim całusem w białe ramię klasnął Gdy Tadeusz przypadłszy z boku w twarz mu trzasnął I całus i policzek ozwały się razem Jeden za drugim jako wyraz za wyrazem Major osłupiał oczy przetarł z gniewu blady Zawołał Bunt buntownik i dobywszy szpady Biegł przebić wtem Ksiądz dostał z rękawa krócicę Pal Tadeuszku krzyknął pal jak w jasną świécę Tadeusz wnet pochwycił wymierzył wypalił Chybił ale Majora zgłuszył i osmalił Porywa się z gitarą Ryków Bunt bunt woła Wpada na Tadeusza lecz Wojski zza stoła Machnął ręką na odlew nóż w powietrzu świsnął Między głowy i pierwej uderzył niż błysnął Uderza w dno gitary na wylot ją wierci Schylił się na bok Ryków i tak uszedł śmierci Lecz strwożył się krzyknąwszy Jegry bunt Jej Bogu Dobył szpady broniąc się zbliżał się do progu Wtem z drugiej strony izby wpada szlachty wiele Przez okna z rapierami Rózeczka na czele Płut w sieni Ryków za nim wołają żołnierzy Już trzech najbliższych domu na pomoc im bieży Już przeze drzwi włażą trzy błyszczące bagnety A za nimi trzy czarne schylone kaszkiety Maciek stał u drzwi z Rózgą wzniesioną do góry Lgnąc do ściany czatował jako kot na szczury Aż ciął okropnie może głowy by trzy zwalił Lecz stary czy nie dojrzał czy zbyt się zapalił Bo nim szyje wytknęli rąbnął po kaszkietach Zdarł je Rózga spadając brząkła po bagnetach Moskale cofają się Maciek ich wygania Na dziedziniec Tam jeszcze więcej zamieszania Tam stronnicy Sopliców pracują w zawody Nad rozkuciem Dobrzyńskich rozrywają kłody Widząc to jegry za broń porywają biegą Sierżant wpadłszy bagnetem przebił Podhajskiego Dwóch drugich szlachty zranił do trzeciego strzela Uciekają było to przy kłodzie Chrzciciela Ten już miał ręce wolne gotowe ku walce Wstał podniósł dłoń i zwinął w kłębek długie palce I z góry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina Że twarz jego i skroń wbił w zamek karabina Trzasł zamek lecz zalany krwią proch już nie spalił Sierżant u nóg Chrzciciela na swą broń się zwalił Chrzciciel schyla się chwyta karabin za rurę I wijąc jak kropidłem podnosi go w górę Robi młynka dwóch zaraz szeregowych zwala Po ramionach i w głowę ugadza kaprala Reszta zlękła od kłody cofa się z przestrachem Tak Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem Za czym rozbito kłodę rozcięto powrozy Szlachta już wolna wpada na kwestarskie wozy Z nich dobywa rapiery pałasze tasaki Kosy strzelby Konewka znalazł dwa szturmaki I worek kul wsypał je do swego szturmaka Drugi równie nabiwszy ustąpił dla Saka Jegrów więcej przybywa mieszają się tłuką Szlachta w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką Jegry nie mogą strzelać już walczą wręcz z bliska Już stal ząb za ząb o stal porwawszy się pryska Bagnet o szablę kosa o gifes się łamie Pięść spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię Lecz Ryków z częścią jegrów pobiegł gdzie stodoła Tyka płotów tam staje na żołnierzy woła Ażeby zaprzestali bitwę tak bezładną Gdzie nie używszy broni pod pięściami padną Gniewny że sam nie może dać ognia bo w tłumie Moskalów od Polaków rozróżnić nie umie Woła Stroj się co znaczy formuj się do szyku Ale komendy jego nie słychać śród krzyku Stary Maciek do ręcznych zapasów niezdolny Rejterował się czyniąc przed sobą plac wolny Na prawo i na lewo tu końcem szablicy Uciera bagnet z rury jako knot ze świecy Tam machnąwszy na odlew ścina albo kole I tak ostrożny Maciek ustępuje w pole Lecz z największym na niego naciera uporem Stary Gifrejter co był pułku instruktorem Wielki mistrz na bagnety zebrał się sam w sobie Skurczył się a karabin porwał w ręce obie Prawą u zamka lewą w pół rury porywa Kręci się podskakuje czasem przysiadywa Lewą rękę opuszcza a broń z prawej ręki Suwa naprzód jak żądło z wężowej paszczęki I znowu ją w tył cofa na kolanie wspiera I tak kręcąc się skacząc na Maćka naciera Ocenił przeciwnika zręczność Maciek stary I lewą ręką włożył na nos okulary Prawą rękojeść Rózgi tuż przy piersiach trzyma Cofa się Gifrejtera ruch śledząc oczyma Sam słania się na nogach jakby był pijany Gifrejter bieży prędzej i pewny wygranej Żeby uchodzącego tym łacniej dosięgnął Powstał i całą prawą rękę wzdłuż wyciągnął Popychając karabin a tak się wysilił Pchnięciem i wagą broni że się aż pochylił Maciek tam kędy bagnet wkłada się na rurę Podstawia swą rękojeść podbija broń w górę I wnet spuszczając Rózgę tnie Moskala w rękę Raz i znowu na odlew przecina mu szczękę Tak padł Gifrejter fechmistrz najpierwszy z Moskalów Kawaler trzech krzyżyków i czterech medalów Tymczasem koło kłodek lewe szlachty skrzydło Już jest bliskie zwycięstwa tam walczył Kropidło Widny z dala tam Brzytwa wił się śród Moskali Ten ich w pół ciała rzeza tamten w głowy wali Jako machina którą niemieccy majstrowie Wymyślili i która młockarnią się zowie A jest razem sieczkarnią ma cepy i noże Razem i słomę kraje i wybija zboże Tak pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu Mordując nieprzyjaciół ten z góry ten z dołu Lecz Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo Bieży na prawe skrzydło gdzie niebezpieczeństwo Nowe grozi Maćkowi śmierci Gifrejtera Mszcząc się Proporszczyk z długim szpontonem naciera Szponton jest to zarazem dzida i siekiera Teraz już zaniedbany i tylko na flocie Używają go wówczas służył i piechocie Proporszczyk człowiek młody zręcznie się uwijał Ilekroć mu przeciwnik broń na bok odbijał On cofał się młodego nie mógł Maciek zgonić I tak nie raniąc musiał tylko siebie bronić Już mu Proporszczyk dzidą lekką ranę zadał Już wznosząc w górę berdysz do cięcia się składał Chrzciciel nie zdoła dobiec lecz staje w pół drogi Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi Skruszył kość już Proporszczyk szponton z rąk upuszcza Słania się wpada Chrzciciel za nim szlachty tłuszcza A za szlachtą Moskale od lewego skrzydła Biegą zmieszani wszczął się bój koło Kropidła Chrzciciel który w obronie Maćka oręż stracił Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił Bo przypadło nań z tyłu dwóch silnych Moskali I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali Upiąwszy się nogami ciągną jako liny Sprężyste uwiązane do masztu wiciny Daremnie w tył Kropiciel ciska ślepe razy Chwieje się a wtem postrzegł że blisko Gerwazy Walczy zawołał Jezus Maria Scyzoryku Klucznik trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku Odwrócił się i spuścił ostrze płytkiej stali Między głowę Chrzciciela i ręce Moskali Cofnęli się wydawszy przeraźliwe głosy Lecz jedna ręka mocniej wplątana we włosy Została się wisząca i krwią buchająca Tak orlik jedną szponę gdy wbije w zająca Drugą by wstrzymać zwierza o drzewo uczepi A zając targnąwszy się orła wpół rozszczepi Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie A lewą zakrwawioną źwierz na pola niesie Kropiciel wolny oczy obraca dokoła Ręce wyciąga broni szuka broni woła Tymczasem grzmi pięściami stojąc mocno w kroku I pilnując się z bliska Gerwazego boku Aż Saka syna swego postrzega w natłoku Sak prawą ręką szturmak wymierza a lewą Ciągnie za sobą długie sążniowate drzewo Uzbrojone w krzemienie i w guzy i sęki Nikt by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki Chrzciciel gdy miłą broń swą swe Kropidło zoczył Chwycił je ucałował z radości podskoczył Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył Co potem dokazywał jakie klęski szerzył Daremnie śpiewać nikt by muzie nie uwierzył Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiecie Która stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie Widziała jako Dejów moskiewski jenerał Wchodząc z pułkiem kozaków już bramę otwierał I jak jeden mieszczanin zwany Czarnobacki Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki Dosyć że się tak stało jak przewidział Ryków Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych Wielu pierzchło skryło się w sad w chmiele nad rzekę Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela Ci do beczek ci łupy rwą z nieprzyjaciela Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela On dotąd sam nie walczył bo bronią kanony Księdzu bić się lecz jako człowiek doświadczony Dawał rady plac boju z różnych stron obchodził Wzrokiem ręką walczących zachęcał przywodził I teraz woła aby do niego się łączyć Uderzyć na Rykowa zwycięstwo dokończyć Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa Że jeżeli broń złoży życie swe zachowa Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać Robak każe otoczyć resztę i wysiekać Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu Zebrawszy koło siebie z pół batalijonu Krzyknął Za broń wnet szereg karabiny chwyta Chrząsnęła broń a była już dawno nabita Krzyknął Cel rury rzędem zabłysnęły długim Krzyknął Ognia koleją grzmią jeden po drugim Ten strzela ten nabija ten chwyta do ręki Słychać świsty kul zamków chrzęsty sztenflów dźwięki Cały szereg zdaje się być ruchawym płazem Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem Prawda że jegry byli mocnym trunkiem pijani Źle mierzą i chybiają rzadko który rani Ledwie który zabije przecież dwóch Maciejów Już zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela Ale starsi wstrzymują kule gęsto świszczą Rażą spędzają wkrótce dziedziniec oczyszczą Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić Tadeusz który został w domu kobiet bronić Z rozkazu stryja słysząc że coraz to gorzej Wre bitwa wybiegł za nim wybiegł Podkomorzy Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę Śpieszy łączy się z szlachtą i staje na czele Bieży broń wzniosłszy szlachta rusza jego śladem Jegry przypuściwszy ich sypnęli kul gradem Legł Isajewicz Wilbik Brzytewka raniony Za czym wstrzymują szlachtę Robak z jednej strony A z drugiej Maciej szlachta ostyga w zapale Ogląda się cofa się widzą to Moskale Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać Formuj się do ataku zawołał na sztyki Naprzód Wnet szereg rury wytknąwszy jak tyki Schyla głowy zrusza się i przyśpiesza kroku Darmo szlachta wstrzymuje z przodu strzela z boku Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu Kapitan pokazując szpadą na drzwi dworu Krzyczy Sędzio poddaj się bo dwór spalić każę Pal woła Sędzia ja cię w tym ogniu usmażę O dworze Soplicowski jeśli dotąd całe Świecą się pod lipami twoje ściany białe Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada Za gościnnymi stoły Sędziego zasiada Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie Bez niego już by było dziś po Soplicowie Konewka dotąd małe dał męstwa dowody Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę Nie chciał bić się powiadał że sobie nie ufa Na czczo szedł więc gdzie stała spirytusu kufa Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił Poprawił czapkę z kolan wziął do rąk Konewkę Zmacał sztenflem naboju podsypał panewkę I spojrzał na plac boju widzi że błyszcząca Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca Przeciw tej fali płynie schyla się do ziemi I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi Środkiem dziedzińca aż tam gdzie rosła pokrzywa Zasadza się a Saka gestami przyzywa Sak broniąc dworu stanął z szturmakiem u proga Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga Od której choć w zalotach został pogardzony Kochał ją zawsze zginąć rad dla jej obrony Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali Sak puszcza drugi tuzin jegry się zmięszali Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija Cofa się rzuca rannych Chrzciciel ich dobija Stodoła już daleko bojąc się odwodu Długiego Ryków skoczył pod parkan ogrodu Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu Szykuje lecz szyk zmienia z jednego szeregu Robi trójkąt klin ostry wystawując z przodu A dwa boki opiera o parkan ogrodu Dobrze zrobił bo jazda nań od zamku wali Hrabia który był w zamku pod strażą Moskali Gdy pierzchła straż zlękniona dworzan na koń wsadził I słysząc strzały w ogień jazdę swą prowadził Sam na czele z żelazem nad głowę wzniesionem Wtem Ryków krzyknął Ognia pół batalijonem Przeleciała po zamkach wzdłuż nitka ognista I z czarnych rur wytkniętych świsnęło kul trzysta Trzech jezdnych padło rannych jeden trupem leży Padł koń Hrabi spadł Hrabia Klucznik krzycząc bieży Na ratunek bo widzi jegry na cel wzięli Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli Robak był bliższy Hrabię ciałem swym zakrywa Dostał za niego postrzał spod konia dobywa Uprowadza a szlachcie każe się rozstąpić Lepiej mierzyć postrzałów nadaremnych skąpić Kryć się za płoty studnię za ściany obory Hrabia z jazdą ma czekać sposobniejszej pory Plany Robaka pojął i wykonał cudnie Tadeusz stał ukryty za drewnianą studnię A że trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki Mógł trafić do rzuconej w powietrze złotówki Okropnie razi Moskwę starszyznę wybiera Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera Potem z dwóch rur raz po raz dwóch sierżantów sprząta Mierzy to po galonach to w środek trójkąta Gdzie stał sztab za czym Ryków gniewa się i dąsa Tupa nogami szpady swej rękojeść kąsa Majorze Płucie woła co to z tego będzie Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie Więc Płut na Tadeusza krzyknął z wielkim gniewem Panie Polak wstydź się Pan chować się za drzewem Nie bądź tchórz wyjdź na środek bij się honorowie Po żołniersku A na to Tadeusz odpowie Majorze jeśli jesteś tak śmiałym rycerzem A czegoż ty się chowasz za jegrów kołnierzem Nie tchórzę ja przed tobą wynidź no zza płotów Dostałeś w twarz jam przecie bić się z tobą gotów Po co krwi rozlew między nami była zwada Niechajże ją rozstrzygnie pistolet lub szpada Daję ci broń na wybór od działa do szpilki A nie to was wystrzelam jako w jamie wilki I to mówiąc wystrzelił a tak dobrze mierzył Że porucznika obok Rykowa uderzył Majorze szepnął Ryków wyjdź na pojedynek I pomścij się za jego raniejszy uczynek Jeśli tego szlachcica kto inny zabije To Major widzi Major hańby swej nie zmyje Trzeba tego szlachcica na pole wywabić Nie można z karabina to choć szpadą zabić Co puka to nie sztuka to wolę co kole Mówił stary Suworów wyjdź Majorze w pole Bo on nas powystrzela patrz bierze do celu Na to rzekł Major Ryków miły przyjacielu Ty jesteś zuch na szpady wyjdź ty bracie Ryków Lub wiesz co wyszlem kogo z naszych poruczników Ja major ja nie mogę odstąpić żołnierzy Do mnie batalijonu komenda należy Słysząc to Ryków szpadę podniósł wyszedł śmiało Kazał ognia zaprzestać machnął chustką białą Pyta się Tadeusza jaką broń podoba Po układach na szpady zgodzili się oba Tadeusz broni nie miał gdy szukano szpady Wyskoczył Hrabia zbrojny i zerwał układy Panie Soplico wołał z przeproszeniem Pana Pan wyzwałeś Majora ja do Kapitana Mam dawniejszą urazę on do zamku mego Mów Pan przerwał Protazy do zamku naszego On wpadł rzekł kończąc Hrabia na czele złodziejów On poznałem Rykowa wiązal mych dżokejów Skarzę go jakom zbójców skarał pod opoką Którą Sycylijanie zwą Birbante rokko Uciszyli się wszyscy ustało strzelanie Wojska ciekawe patrzą na wodzów spotkanie Hrabia i Ryków idą obróceni bokiem Prawą ręką i prawym grożąc sobie okiem Wtem lewymi rękami odkrywają głowy I kłaniają się grzecznie zwyczaj honorowy Nim przyjdzie do zabójstwa naprzód się przywitać Już spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać Rycerze wznosząc nogi prawymi kolany Przyklękają w przód i w tył skacząc na przemiany Ale Płut Tadeusza widząc przed swym frontem Naradzał się po cichu z gifrejterem Gontem Który w rocie uchodził za pierwszego strzelca Gonto rzekł Major widzisz ty tego wisielca Jeśli mu wsadzisz kulę tam pod piątym żebrem To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem Gont odwodzi karabin do zamka się chyli Wierni go towarzysze płaszczami okryli Mierzy nie w żebro ale w głowę Tadeusza Strzelił i trafił blisko w środek kapelusza Okręcił się Tadeusz aż Kropiciel wpada Na Rykowa a za nim szlachta krzycząc Zdrada Tadeusz go zasłania ledwie zdołał Ryków Zrejterować się i wpaść we środek swych szyków Znowu Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody I pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody Walczą jak bracia jeden drugiego zachęca Dobrzyńscy widząc jak się Podhajski wykręca Tuż przed szeregiem jegrów i kosą ich kraje Zawołali z radością Niech żyją Podhaje Naprzód bracia Litwini górą górą Litwa Skołubowie zaś widząc jak waleczny Brzytwa Choć ranny leci z szablą wzniesioną do góry Krzyknęli Górą Maćki niech żyją Mazury Dodawszy wzajem serca biegą na Moskali Nadaremnie ich Robak z Maćkiem wstrzymywali Gdy tak na rotę jegrów uderzano z przodu Wojski rzuca plac boju idzie do ogrodu Przy boku jego stąpał ostrożny Protazy A Wojski mu po cichu wydawał rozkazy Stała w ogrodzie prawie pod samym parkanem O który się opierał Ryków swym trójgranem Wielka stara sernica budowana w kratki Z belek na krzyż wiązanych podobna do klatki W niej świeciły się białych serów mnogie kopy Wkoło zaś wahały się suszące się snopy Szałwiji benedykty kardy macierzanki Cała zielna domowa apteka Wojszczanki Sernica w górze miała wszerz sążni półczwarta A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta Niby gniazdo bocianie Stary słup dębowy Pochylił się bo już był wygnił do połowy Groził upadkiem Nieraz Sędziemu radzono Aby zrucił budowę wiekiem nadwątloną Ale Sędzia powiadał że woli poprawiać Aniżeli rozrucać albo też przestawiać Odkładał budowanie do sposobnej pory Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie podpory Tak pokrzepiona ale nietrwała budowa Wyglądała za parkan nad trójkąt Rykowa Ku tej srnicy Wojski z Woźnym milczkiem idą Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopie I kuchcik małe ale bardzo silne chłopię Przyszedłszy drągi wparli w wierzch słupa nadgniły Sami u końców wisząc pchają z całej siły Jako flisy uwięzłą na rapach wicinę Długimi drągi z brzegu pędzą na głębinę Trzasnął słup już sernica chwieje się i wali Z brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali Gniecie rani zabija gdzie stały szeregi Leżą drwa trupy sery białe jako śniegi Krwią i mózgiem splamione Trójkąt w sztuki pryska A już w środku Kropidło grzmi już Brzytwa błyska Siecze Rózga od dworu wpada szlachty tłuszcza A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza Już tylko ośmiu jegrów z sierżantem na czele Bronią się bieży Klucznik oni stoją śmiele Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika On leci na strzał kręcąc ostrze Scyzoryka Widzi to Ksiądz zabiega Klucznikowi drogę Sam pada i podbija Gerwazemu nogę Upadli właśnie kiedy pluton ognia dawał Ledwie ołów prześwisnął już Gerwazy wstawał Już wskoczył w dym dwom jegrom zaraz głowy zmiata Uciekają strwożeni Klucznik goni płata Oni biegą dziedzińcem Gerwazy ich torem Wpadają we drzwi gumna stojące otworem I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał Zniknął w ciemności ale bitwy nie zaniechał Bo przeze drzwi jęk słychać wrzask i gęste razy Wkrótce ucichło wszystko wyszedł sam Gerwazy Z mieczem krwawym Już szlachta odzierżyła pole Porozpędzanych jegrów ściga rąbie kole Ryków sam został krzyczy że broni nie złoży Bije się gdy ku niemu podszedł Podkomorzy I wznosząc karabelę rzekł poważnym tonem Kapitanie nie splamisz czci twojej pardonem Dałeś proby rycerzu nieszczęsny lecz mężny Twojej odwagi porzuć odpór niedołężny Złóż broń nim cię naszymi szablami rozbroim Zachowasz życie i cześć jesteś więźniem moim Ryków Podkomorzego zwalczony powagą Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą Skrwawioną po rękojeść i rzekł Lachy braty Oj biada mnie żem nie miał choć jednej armaty Dobrze mówił Suworów Pomnij Ryków kamrat Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat Cóż jegry byli pjani Major pić pozwolił Och major Płut on dzisiaj bardzo poswawolił On odpowie przed carem bo on miał komendę Ja Panie Podkomorzy wasz przyjaciel będę Ruskie przysłowie mówi Kto się mocno lubi Ten Panie Podkomorzy i mocno się czubi Wy dobrzy do wypitki dobrzy do wybitki Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki Podkomorzy słysząc to karabelę wznasza I przez Woźnego pardon powszechny ogłasza Każe rannych opatrzyć z trupów czyścić pole A jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę Długo szukano Płuta on w krzaku pokrzywy Zarywszy się głęboko leżał jak nieżywy Wyszedł wreszcie ujrzawszy że było po bitwie Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie Księga dziesiąta Emigracja Jacek Narada tycząca się zabezpieczenia losu zwycięzców Układy z Rykowem Pożegnanie Ważne odkrycie Nadzieja Owe obłoki ranne zrazu rozpierzchnione Jak czarne ptaki lecąc w wyższą nieba stronę Coraz się zgromadzały ledwie słońce zbiegło Z południa już ich stado pół niebios obległo Ogromną chmurą wiatr ją pędził coraz chyżej Chmura coraz gęstniała zwieszała się niżej Aż jedną stroną na wpół od niebios oddarta Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta Jak wielki żagiel biorąc wszystkie wiatry w siebie Od południa na zachód leciała po niebie I była chwila ciszy i powietrze stało Głuche milczące jakby z trwogi oniemiało I łany zbóż co wprzódy kładąc się na ziemi I znowu w górę trzęsąc kłosami złotemi Wrzały jak fale teraz stoją nieruchome I poglądają w niebo najeżywszy słomę I zielone przy drogach wierzby i topole Co pierwej jako płaczki przy grobowym dole Biły czołem długimi kręciły ramiony Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony Teraz jak martwe z niemej wyrazem żałoby Stoją na kształt posągów sypilskiej Nioby Jedna osina drżąca wstrząsa liście siwe Bydło zwykle do domu powracać leniwe Teraz zbiega się tłumnie pasterzy nie czeka I opuszczając strawę do domu ucieka Buhaj racicą ziemię kopie orze rogiem I całą trzodę straszy ryczeniem złowrogiem Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko Usta z dziwu otwiera i wzdycha głęboko A wieprz marudzi w tyle dąsa się i zgrzyta I snopy zboża kradnie i na zapas chwyta Ptastwo skryło się w lasy pod strzechy w głąb trawy Tylko wrony stadami obstąpiwszy stawy Przechadzają się sobie poważnymi kroki Czarne oczy kierują na czarne obłoki Wytknąwszy język z suchej szerokiej gardzieli I skrzydła roztaczając czekają kąpieli Lecz i te przewidując nazbyt mocną burzę Już w las ciągną podobne wznoszącej się chmurze Ostatnia z ptaków lotem nieścigłym zuchwała Jaskółka czarny obłok przeszywa jak strzała Wreszcie spada jak kula Właśnie w owej chwili Szlachta z Moskwą okropną walkę zakończyli I chronią się gromadnie w domy i stodoły Opuszczając plac boju gdzie wkrótce żywioły Stoczą walkę Na zachód jeszcze ziemia słońcem ozłocona Świeciła się ponuro żółtawo czerwona Już chmura roztaczając cienie na kształt sieci Wyławia resztki światła a za słońcem leci Jak gdyby je pochwycić chciała przed zachodem Kilka wichrów raz po raz prześwisnęło spodem Jeden za drugim lecą miecąc krople dżdżyste Wielkie jasne okrągłe jak grady ziarniste Nagle wichry zwarły się porwały się w poły Borykają się kręcą świszczącymi koły Krążą po stawach mącą do dna wody w stawach Wpadli na łąki świszczą po łozach i trawach Pryskają łóz gałęzie lecą traw przekosy Na wiatr jako garściami wyrywane włosy Zmieszane z kędziorami snopów wiatry wyją Upadają na rolę tarzają się ryją Rwą skiby robią otwór wichrowi trzeciemu Który wydarł się z roli jak słup czarnoziemu Wznosi się jak ruchoma piramida toczy Łbem grunt wierci z nóg piasek sypie gwiazdom w oczy Co krok wszerz wydyma się roztwiera ku górze I ogromną swą trąbą otrębuje burzę Aż z całym tym chaosem wody i kurzawy Słomy liścia gałęzi wydartej murawy Wichry w las uderzyły i po głębiach puszczy Ryknęły jak niedźwiedzie A już deszcz wciąż pluszczy Jak z sita w gęstych kroplach wtem rykły pioruny Krople zlały się razem to jak proste struny Długim warkoczem wiążą niebiosa do ziemi To jak z wiader buchają warstami całemi Już zakryły się całkiem niebiosa i ziemia Noc je z burzą od nocy czarniejszą zaciemnia Czasem widnokrąg pęka od końca do końca I anioł burzy na kształt niezmiernego słońca Rozświeci twarz i znowu okryty całunem Uciekł w niebo i drzwi chmur zatrzasnął piorunem Znowu wzmaga się burza ulewa nawalna I ciemność gruba gęsta prawie dotykalna Znowu deszcz ciszej szumi grom na chwilę uśnie Znowu wzbudzi się ryknie i znów wodą chluśnie Aż się uspokoiło wszystko tylko drzewa Szumią około domu i szemrze ulewa W takim dniu pożądany był czas najburzliwszy Bo nawałnica boju plac mrokiem okrywszy Zalała drogi mosty zerwała na rzece Z folwarku niedostępną zrobiła fortecę O tym więc co się działo w obozie Soplicy Dziś nie mogła rozejść się wieść po okolicy A właśnie zawisł szlachty los od tajemnicy W izbie Sędziego ważne toczą się narady Bernardyn leżał w łóżku zmordowany blady I skrwawiony lecz całkiem zdrowy na umyśle Daje rozkazy Sędzia wypełnia je ściśle Prosi Podkomorzego przyzywa Klucznika Każe przywieść Rykowa potem drzwi zamyka Godzinę całą trwały tajemne rozmowy Aż je przerwał kapitan Ryków tymi słowy Rzucając na stół kiesę ciężką dukatami Państwo Lachy już jest ta gadka między wami Że każdy Moskal złodziej powiedźcież kto spyta Że znaliście Moskala który zwan Nikita Nikitycz Ryków rotny kapitan miał osim Medalów i trzy krzyże to pamiętać prosim Ten medal za Oczaków ten za Izmaiłów Ten za bitwę pod Nowi ten za Prejsiż Iłów Tamten za Korsakowa sławną rejteradę Spod Zurich a miał także i za męstwo szpadę Także od Feldmarszałka trzy zadowolnienia Dwie pochwały cesarskie i cztery wspomnienia Wszystko na piśmie Ale ale Kapitanie Przerwał Robak i cóż się tedy z nami stanie Jeśli nie chcesz zgodzić się wszakże dałeś słowo Załatwić tę rzecz Prawda słowo dam na nowo Rzecze Ryków ot słowo Co po waszej zgubie Ja człek poczciwy ja was Państwo Lachy lubię Że wy ludzie weseli dobrzy do wypitki I także ludzie śmiali dobrzy do wybitki U nas ruskie przysłowie Kto na wozie jedzie Bywa często pod wozem kto dzisiaj na przedzie Jutro w tyle dziś bijesz jutro ciebie biją Czy o to gniew tak u nas po żołniersku żyją Skąd by się człowiekowi tyle złości wzięło Gniewać się o przegranę Oczakowskie dzieło Było krwawe pod Zurich zbili nam piechotę Pod Austerlicem całą utraciłem rotę A pierwej wasz Kościuszko pod Racławicami Byłem sierżantem wysiekł mój pluton kosami I cóż stąd to ja znowu u Maciejowiców Zabiłem własnym sztykiem dwóch dzielnych szlachciców Jeden był Mokronowski szedł z kosą przed frontem I kanonijerowi uciął rękę z lontem Oj wy Lachy Ojczyzna ja to wszystko czuję Ja Ryków car tak każe a ja was żałuję Co nam do Lachów Niechaj Moskwa dla Moskala Polska dla Lacha ale cóż car nie pozwala Sędzia mu na to rzecze Panie Kapitanie Żeś człek poczciwy wiedzą to wszyscy ziemianie U których na kwaterach stałeś od lat wielu Za ten dar nie gniewaj się dobry przyjacielu Nie chcieliśmy cię skrzywdzić te oto dukaty Śmieliśmy złożyć wiedząc żeś człek niebogaty Ach jegry wołał Ryków cała rota skłuta Moja rota a wszystko z winy tego Płuta On komendant on za to przed carem odpowie A wy te grosze sobie zabierzcie Panowie U mnie jest kapitański mój żołd lada jaki A dosyć mnie na ponczyk i lulkę tabaki A was lubię że z wami sobie zjem popiję Pohulam pogawędzę i tak sobie żyję Otóż ja was obronię i jak będzie śledztwo Słowo uczciwe że dam za wami świadectwo Powiemy że my przyszli tu z wizytą pili Sobie tańczyli trochę sobie podchmielili A Płut przypadkiem ognia zakomenderował Bitwa i batalijon tak jakoś zmarnował Wy Pany tylko śledztwo pomazujcie złotem Będzie kręcić się Ale teraz powiem o tem Co już mówiłem temu szlachcicu co długi Ma rapier że Płut pierwszy komendant ja drugi Płut został żywy może on wam zagiąć kruczka Takiego że zginiecie bo to chytra sztuczka Trzeba mu gębę zatkać bankowym papierem No i cóż Panie szlachcic ty z długim rapierem Czy już byłeś u Płuta czyś się z nim naradził Gerwazy obejrzał się łysinę pogładził Kiwnął niedbale ręką jak gdyby znać dawał Że już wszystko załatwił Lecz Ryków nastawał Cóż czy Płut będzie milczeć czy słowem zaręczył Klucznik zły że go Ryków pytaniami dręczył Poważnie palec wielki ku ziemi naginał A potem machnął ręką jak gdyby przecinał Dalszą rozmowę i rzekł Klnę się Scyzorykiem Że Płut nie wyda gadać już nie będzie z nikim Potem dłonie opuścił i palcami chrząsnął Jak gdyby tajemnicę całą z rąk wytrząsnął Ten ciemny gest pojęli słuchacze i stali Patrząc z dziwem na siebie wzajem się badali I posępne milczenie trwało minut kilka Aż Ryków rzekł Nosił wilk ponieśli i wilka Requiescat in pace dodał Podkomorzy Jużci zakończył Sędzia był w tym palec boży Lecz ja tej krwi nie winien jam o tym nie wiedział Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział Na koniec rzekł spojrzawszy bystro na Klucznika Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem Oj Kluczniku odpowiesz ty ciężko przed Bogiem Jedna jest restrykcyja jeśli popełniono Nie z zemsty głupiej ale pro publico bono Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną I mrugając powtarzał Pro publico bono Więcej nie było mowy o Płucie majorze Nazajutrz daremnie go szukano we dworze Daremnie wyznaczono za trupa nagrodę Major zginął bez śladu jak gdyby wpadł w wodę Co się z nim stało różnie powiadano o tem Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas ni potem Daremnie pytaniami Klucznika dręczono Nic nie wyrzekł prócz tych słów Pro publico bono Wojski był w tajemnicy lecz słowem ujęty Honorowym staruszek milczał jak zaklęty Po zawarciu układów wyszedł z izby Ryków A Robak kazał wezwać szlachtę wojowników Do których Podkomorzy z powagą tak mówi Bracia Bóg dziś naszemu szczęścił orężowi Ale muszę Wać Państwu wyznać bez ogródki Że z tych niewczesnych bojów złe wynikną skutki Zbłądziliśmy i nikt tu z nas nie jest bez winy Ksiądz Robak że zbyt czynnie rozszerzał nowiny Klucznik i szlachta że je pojęła opacznie Wojna z Rosyją jeszcze nieprędko się zacznie Tymczasem kto miał udział najczynniejszy w bitwie Ten nie może bezpieczny zostać się na Litwie Musicie więc do Księstwa uciekać Panowie A mianowicie Maciej co się Chrzciciel zowie Tadeusz Konew Brzytew niech unoszą głowy Za Niemen gdzie ich czeka zastęp narodowy My na was nieobecnych całą winę zwalim I na Płuta tak resztę rodzeństwa ocalim Żegnam was nie na długo są pewne nadzieje Że nam z wiosną swobody zorza zajaśnieje I Litwa co was teraz żegna jak tułaczy Wkrótce jako zwycięskich swych zbawców zobaczy Sędzia wszystko co trzeba zgotuje na drogę I ja pieniędzmi ile zdołam dopomogę Czuła szlachta że mądrze Podkomorzy radził Wiadomo że kto z ruskim carem raz się zwadził Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczérze I musi albo bić się albo gnić w Sybirze Więc nic nie mówiąc smutnie po sobie spojrzeli Westchnęli na znak zgody głowami skinęli Polak chociaż stąd między narodami słynny Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny Gotów zawżdy rzucić go puścić się w kraj świata W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata Walcząc z ludźmi i z losem póki mu śród burzy Przyświeca ta nadzieja że Ojczyźnie służy Oświadczyli że zaraz wyjeżdżać gotowi Tylko to się nie zdało panu Buchmanowi Buchman człowiek rozsądny w bitwę się nie wmieszał Ale słysząc że radzą głosować pośpieszał Znajdował projekt dobrym lecz chciał przeinaczyć Dokładniej go rozwinąć jaśniej wytłumaczyć A naprzód komisyją legalnie wyznaczyć Która by rozważyła emigracji cele Środki sposoby tudzież innych względów wiele Nieszczęściem krótkość czasu była na zawadzie Że się nie stało zadość Buchmanowej radzie Szlachta żegna się śpiesznie i już w drogę rusza Ale Sędzia zatrzymał w izbie Tadeusza I rzekł do Księdza Czas już żebym ci powiedział To o czymem z pewnością wczora się dowiedział Że nasz Tadeusz szczerze zakochany w Zosi Niechajże przed odjazdem o rękę jej prosi Mówiłem z Telimeną już nam nie przeszkadza Zosia także się z wolą opiekunów zgadza Jeśli dziś ślubem pary nie możem uwieńczyć Toć by ich Panie Bracie przynajmniej zaręczyć Przed odjazdem bo serce młode i podróżne Wiesz dobrze jako miewa tentacyje różne A wszakże kiedy okiem rzuci na pierścionek I przypomni młodzieniec że już jest małżonek Zaraz w nim obcych pokus ostyga gorączka Wierzaj mi wielką siłę ma ślubna obrączka Ja sam przed lat trzydziestu wielki afekt miałem Ku pannie Marcie której serce pozyskałem Byliśmy zaręczeni Bóg nie błogosławił Związkowi temu i mnie sierotą zostawił Wziąwszy do chwały swojej nadobną Wojszczankę Przyjaciela mojego córę Hreczeszankę Pozostała mi tylko pamiątka jej cnoty Jej wdzięków i ten oto ślubny pierścień złoty Ilekroć nań spojrzałem zawsze ma nieboga Stawała przed oczyma i tak z łaski Boga Dotąd mej narzeczonej dochowałem wiary I nie bywszy małżonkiem jestem wdowiec stary Chociaż Wojski ma drugą córę dość nadobną I do mojej kochanej Marty dość podobną To mówiąc na pierścionek z czułością spozierał I odwróconą ręką łzy z oczu ocierał Bracie kończył co myślisz zrobim zaręczyny On kocha a mam słowo ciotki i dziewczyny Lecz Tadeusz podbiega i z żywością mówi Czymże zdołam odwdzięczyć dobremu Stryjowi Który tak o me szczęście ustawnie się trudzi Ach dobry Stryju byłbym najszczęśliwszy z ludzi Gdyby mi Zosia była dzisiaj zaręczona Gdybym wiedział że to jest moja przyszła żona Przecież powiem otwarcie dziś te zaręczyny Do skutku przyjść nie mogą są różne przyczyny Nie pytaj więcej jeśli Zosia czekać raczy Może mnie wkrótce lepszym godniejszym obaczy Może stałością na jej wzajemność zarobię Może troszeczką sławy me imię ozdobię Może wkrótce w ojczyste wrócim okolice Wtenczas Stryju wspomnę ci twoje obietnice Wtenczas na klęczkach drogą powitam Zosieńkę I jeśli będzie wolna poproszę o rękę Teraz porzucam Litwę może na czas długi Może Zosi tymczasem podobać się drugi Więzić jej woli nie chcę prosić o wzajemność Na którąm nie zasłużył byłaby nikczemność Gdy te słowa z uczuciem mówił chłopiec młody Zaświeciły mu jako dwie wielkie jagody Pereł dwie łzy na wielkich błękitnych źrenicach I stoczyły się szybko po rumianych licach Ale Zosia ciekawa z głębiny alkowy Śledziła przez szczelinę tajemne rozmowy Słyszała jak Tadeusz po prostu i śmiało Opowiedział swą miłość serce w niej zadrżało I widziała tych wielkich dwoje łez w źrenicach Choć dojść nie mogła wątku w jego tajemnicach Dlaczego ją pokochał dlaczego porzuca Gdzie odjeżdża przecież ją ten odjazd zasmuca Pierwszy raz posłyszała w życiu z ust młodziana Dziwną i wielką nowość że była kochana Biegła więc gdzie stał mały domowy ołtarzyk Wyjęła zeń obrazek i relikwijarzyk Na obrazku tym była święta Genowefa A w relikwiji suknia świętego Józefa Oblubieńca patrona zaręczonej młodzi I z tymi świętościami do pokoju wchodzi Pan odjeżdżasz tak prędko ja Panu na drogę Dam podarunek mały i także przestrogę Niechaj Pan zawsze z sobą relikwije nosi I ten obrazek a niech pamięta o Zosi Niech Pana Pan Bóg w zdrowiu i szczęściu prowadzi I niech prędko szczęśliwie do nas odprowadzi Umilkła i spuściła głowę oczki modre Ledwie stuliła z rzęsów pobiegły łzy szczodre A Zosia z zamkniętymi stojąc powiekami Milczała sypiąc łzami jako brylantami Tadeusz biorąc dary i całując rękę Rzekł Pani już ja muszę pożegnać Panienkę Bądź zdrowa wspomnij o mnie i racz czasem zmówić Pacierz za mnie Zofijo Więcej nie mógł mówić Lecz Hrabia z Telimeną wszedłszy niespodzianie Uważał młodej pary czułe pożegnanie Wzruszył się i rzuciwszy wzrok ku Telimenie Ileż rzekł jest piękności choć w tak prostej scenie Kiedy dusza pasterki z wojownika duszą Jak łódź z okrętem w burzy rozłączyć się muszą Zaiste nic tak uczuć w sercach nie rozpala Jako kiedy się serce od serca oddala Czas jest to wiatr on tylko małą świecę zdmuchnie Wielki pożar od wiatru tym mocniej wybuchnie I moje serce zdolne mocniej kochać z dala Panie Soplico miałem ciebie za rywala Ten błąd był jedną z przyczyn naszej smutnej zwady Która mię przymusiła dostać na was szpady Postrzegam błąd mój boś ty wzdychał ku pasterce Ja zaś tej pięknej Nimfie oddałem me serce Niech we krwi wrogów nasze utoną urazy Nie będziem się zbójczymi rozpierać żelazy Niech się inaczej spór nasz zalotny rozstrzygnie Walczmy kto kogo czuciem miłości wyścignie Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty Pośpieszymy obadwa na miecze na groty Walczmy z sobą stałością żalem i cierpieniem A wrogów naszych mężnym ścigajmy ramieniem Rzekł i na Telimenę spojrzał ale ona Nic nie odpowiadała strasznie zadziwiona Mój Hrabio przerwał Sędzia po co chcesz koniecznie Wyjeżdżać wierz mi w twoich dobrach siedź bezpiecznie Szlachtę biedną rząd mógłby odrzeć i przechłostać Ale ty Hrabio pewien jesteś cały zostać Wiesz w jakim rządzie żyjesz jesteś dość bogaty Wykupisz się od więzień połową intraty To niezgodna rzekł Hrabia z moim charakterem Nie mogę być kochankiem będę bohaterem W miłości troskach sławy zwę pocieszycielki Gdy jestem nędzarz sercem będę ręką wielki Telimena pytała Któż Panu przeszkadza Kochać i być szczęśliwym Mych przeznaczeń władza Rzekł Hrabia ciemność przeczuć które ruchem tajnym Rwą się ku stronom obcym dziełom nadzwyczajnym Wyznaję że dziś chciałem na cześć Telimenie U ołtarzów Hymena zapalić płomienie Ale mi dał zbyt piękny przykład ten młodzieniec Sam dobrowolnie ślubny swój zrywając wieniec I biegąc serca swego doświadczać w przeszkodach Zmiennych losów i w krwawych wojennych przygodach Dziś otwiera się nowa i dla mnie epoka Brzmiała odgłosem broni mej Birbante rokka Oby ten odgłos równie w Polszcze się rozszerzył Skończył i dumnie szpady rękojeść uderzył Jużci rzekł Robak trudno ganić tę ochotę Jedź weź pieniądze możesz usztyftować rotę Jak Włodzimierz Potocki co Francuzów zdziwił Dając na skarb milijon jak książę Radziwiłł Dominik co zastawił dobra swe i sprzęty I dwa uzbroił nowe konne regimenty Jedź jedź a weź pieniądze rąk tam dosyć mamy Ale grosza brak w Księstwie jedź Wasze żegnamy Telimena smutnymi rzuciwszy oczyma Niestety rzekła widzę że cię nic nie wstrzyma Rycerzu mój w wojenne kiedy wstąpisz szranki Obróć czułe spojrzenie na kolor kochanki Tu wstążkę oderwawszy od sukni zrobiła Kokardę i na piersiach Hrabi przyszpiliła Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste Na kopije błyszczące i deszcze siarczyste A kiedy się rozsławisz walecznymi czyny I gdy nieśmiertelnymi przesłonisz wawrzyny Skrwawiony szyszak i hełm twój zwycięstwem hardy I wtenczas jeszcze oko zwróć do tej kokardy Wspomnij czyja ten kolor przyszpiliła ręka Tu mu podała rękę Pan Hrabia przyklęka Całuje Telimena zbliżyła do oka Chustkę a drugim okiem pogląda z wysoka Na Hrabię który żegnał ją mocno wzruszony Ona wzdychała ale ruszyła ramiony Lecz Sędzia rzekł Mój Hrabio spiesz się bo już późno A ksiądz Robak Dość tego wołał z miną groźną Śpiesz się Wasze Tak rozkaz Sędziego i Księdza Rozdziela czułą parę i z izby wypędza Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmował Ze łzami i Robaka w rękę pocałował Robak ku piersiom chłopca przycisnąwszy skronie I na głowie mu na krzyż położywszy dłonie Spójrzał ku niebu i rzekł Synu z Panem Bogiem I zapłakał A już był Tadeusz za progiem Jak to zapytał Sędzia nic mu brat nie powie I teraz biedny chłopiec jeszcze się nie dowie O niczym przed odjazdem Nie rzekł Ksiądz o niczem Płacząc długo z zakrytym rękami obliczem I po cóż by miał wiedzieć biedny że ma ojca Który się skrył przed światem jak łotr jak zabójca Bóg widzi jak pragnąłbym ale z tej pociechy Zrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy Więc rzecze Sędzia teraz czas myśleć o sobie Uważ że człowiek w twoim wieku i chorobie Nie zdołałby z innymi razem emigrować Mówiłeś że wiesz domek gdzie się masz przechować Powiedz gdzie śpieszmy czeka zaprzężona bryka Czy nie najlepiej w puszczę do chaty leśnika Robak kiwając głową rzekł Do jutra rana Mam czas teraz mój bracie poślij do plebana Aby tu jak najrychlej przybył z wijatykiem Oddal stąd wszystkich zostań tyko sam z Klucznikiem Zamknij drzwi Sędzia spełnił Robaka rozkazy I usiada na łóżku przy nim a Gerwazy Stoi łokieć przytwierdza na głowni rapiera A czoło pochylone na dłoniach opiera Robak nim zaczął mówić w Klucznika oblicze Wzrok utkwił i milczenie chował tajemnicze A jako chirurg naprzód miękką rękę składa Na ciele chorującym nim ostrzem raz zada Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził Długo nimi po oczach Gerwazego wodził Na koniec jakby ślepym chciał uderzyć ciosem Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem Jam jest Jacek Soplica Klucznik na to słowo Pobladnął pochylił się i ciała połową Wygięty naprzód stanął zwisł na jednej nodze Jak głaz lecący z góry zatrzymany w drodze Oczy roztwierał usta szeroko rozszerzał Grożąc białymi zęby a wąsy najeżał Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymał Kolanami i głownię prawą ręką imał Cisnąc ją rapier z tyłu za nim wyciągniony Długim czarnym swym końcem chwiał się w różne strony I Klucznik był podobny rysiowi rannemu Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu Wydyma się kłębuszkiem mruczy krwawe ślepie Wyiskrza wąsy rusza i ogonem trzepie Panie Rębajło rzekł Ksiądz już mię nie zatrwożą Gniewy ludzkie bo jestem już pod ręką Bożą Zaklinam cię na imię Tego co świat zbawił I na krzyżu zabójcom swoim błogosławił I przyjął prośbę łotra byś się udobruchał I to co mam powiedzieć cierpliwie wysłuchał Sam przyznałem się muszę dla ulgi sumnienia Pozyskać a przynajmniej prosić przebaczenia Posłuchaj mej spowiedzi potem zrobisz sobie Ze mną co zechcesz I tu złożył ręce obie Jak do pacierza Klucznik cofnął się zdumiony Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony A Ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłość Opowiadać i swoją z jego córką miłość I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi Lecz mówił nieporządnie często mięszał skargi I żale we swą spowiedź często rzecz przecinał Jak gdyby już ją kończył i znowu zaczynał Klucznik dzieje Horeszków znający dokładnie Całą tę powieść chociaż splątaną bezładnie Porządkował w pamięci i dopełniać umiał Lecz Sędzia wielu rzeczy zgoła nie rozumiał Oba pilnie słuchali pochyliwszy głowy A Jacek mówił coraz wolniejszymi słowy I często zarywał się Wszak sam wiesz Gerwazeńku jak Stolnik zapraszał Często mnie na biesiady zdrowie moje wnaszał Krzyczał nieraz do góry podniósłszy szklenicę Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę Jak on mnie ściskał Wszyscy którzy to widzieli Myślili że on ze mną duszą się podzieli On przyjaciel on wiedział co się wtenczas działo W duszy mojej Tymczasem już szeptała o tym okolica Jaki taki gadał mi Ej panie Soplica Daremnie konkurujesz dygnitarskie progi Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi Ja śmiałem się udając że drwiłem z magnatów I z córek ich i nie dbam o arystokratów Że jeśli bywam u nich z przyjaźni to robię A za żonę nie pojmę tylko równą sobie Przecie bodły mi duszę do żywca te żarty Byłem młody odważny świat był mnie otwarty W kraju gdzie jako wiecie szlachcic urodzony Jest zarówno z panami kandydat korony Wszakże Tęczyński niegdyś z królewskiego domu Żądał córy a król mu oddał ją bez sromu Sopliców czyż nie równe Tęczyńskim zaszczyty Krwią herbem wierną służbą Rzeczypospolitej Jak łatwo może człowiek popsuć szczęście drugim W jednej chwili a życiem nie naprawi długim Jedno słowo Stolnika jakże byśmy byli Szczęśliwi kto wie może dotąd byśmy żyli Może i on przy swoim kochanym dziecięciu Przy swojej pięknej Ewie przy swym wdzięcznym zięciu Zestarzałby spokojny może wnuki swoje Kołysałby teraz co nas zgubił oboje I sam i to zabójstwo i wszystkie następstwa Tej zbrodni wszystkie moje biedy i przestępstwa Ja skarżyć nie mam prawa ja jego morderca Ja skarżyć nie mam prawa przebaczam mu z serca Ale i on Żeby już raz otwarcie był mnie zrekuzował Bo znał nasze uczucia gdyby nie przyjmował Mych odwiedzin to kto wie może bym odjechał Pogniewał się połajał w końcu go zaniechał Ale on chytrze dumny wpadł na koncept nowy Udawał że mu nawet nie przyszło do głowy Żeby ja mógł się starać o związek takowy A byłem mu potrzebnym miałem zachowanie U szlachty i lubili mnie wszyscy ziemianie Więc on niby miłości mojej nie dostrzegał Przyjmował mnie jak dawniej a nawet nalegał Abym częściej przyjeżdżał a ilekroć sami Byliśmy widząc oczy me przyćmione łzami I pierś zbyt pełną i już wybuchnąć gotową Chytry starzec wnet wrzucił obojętne słowo O procesach sejmikach łowach Ach nieraz przy kieliszkach gdy się tak rozrzewniał Gdy mię tak ściskał i o przyjaźni zapewniał Potrzebując mej szabli lub kreski na sejmie Gdy musiałem nawzajem ściskać go uprzejmie To tak we mnie złość wrzała że ja obracałem Ślinę w gębie a dłonią rękojeść ściskałem Chcąc plunąć na tę przyjaźń i wnet szabli dostać Ale Ewa zważając mój wzrok i mą postać Zgadywała nie wiem jak co się we mnie działo Patrzyła błagająca lice jej bledniało A był to taki piękny gołąbek łagodny I wzrok miała uprzejmy taki tak pogodny Taki anielski że już nie wiem już nie miałem Odwagi zagniewać ją zatrwożyć milczałem I ja zawadyjaka sławny w Litwie całej Co przede mną największe pany nieraz drżały Com nie żył dnia bez bitki co nie Stolnikowi Ale bym się pokrzywdzić nie dał i królowi Co we wściekłość najmniejsza wprawiała mię sprzeczka Ja wtenczas zły i pjany milczał jak owieczka Jak gdybym Sanktissimum ujrzał Ileż to razy chciałem serce me otworzyć I już się nawet przed nim do prośb upokorzyć Lecz spojrzawszy mu w oczy spotkawszy wejrzenia Zimne jak lód wstyd mi było mojego wzruszenia Śpieszyłem znowu jak najzimniej dyskurować O sprawach o sejmikach a nawet żartować Wszystko to prawda z pychy żeby nie ubliżyć Imieniowi Sopliców żeby się nie zniżyć Przed panem prośbą próżną nie dostać odmowy Bo jakież by to były między szlachtą mowy Gdyby wiedziano że ja Jacek Soplicy Horeszkowie odmówili dziewkę Że mnie Jackowi czarną podano polewkę W końcu sam już nie wiedząc jak sobie poradzić Umyśliłem ze szlachty mały pułk zgromadzić I opuścić na zawsze powiat i Ojczyznę Wynieść się gdzie na Moskwę lub na Tatarszczyznę I zacząć wojnę Jadę pożegnać Stolnika W nadziei że gdy ujrzy wiernego stronnika Dawnego przyjaciela prawie domownika Z którym pił i wojował przez tak długie lata Teraz żegnającego i kędyś w kraj świata Jadącego że może starzec się poruszy I pokaże mi przecież trochę ludzkiej duszy Jak ślimak rogów Ach kto choć na dnie serca ma dla przyjaciela Choćby iskierkę czucia gdy się z nim rozdziela Dobędzie się iskierka ta przy pożegnaniu Jako ostatni płomyk życia przy skonaniu Raz ostatni dotknąwszy przyjaciela skroni Częstokroć najzimniejsze oko łzę uroni Biedna słysząc o moim odjeździe pobladła Bez przytomności ledwie że trupem nie padła Nie mogła nic przemówić aż się jej rzuciły Strumieniem łzy poznałem jak byłem jej miły Pomnę pierwszy raz w życiu jam się łzami zalał Z radości i z rozpaczy zapomniał się szalał Już chciałem znowu upaść ojcu jej pod nogi Wić się jak wąż u kolan wołać Ojcze drogi Weź za syna lub zabij Wtem Stolnik posępny Zimny jako słup soli grzeczny obojętny Wszczął dyskurs o czym o czym o córki weselu W tej chwili O Gerwazy uważ przyjacielu Masz ludzkie serce Stolnik rzekł Panie Soplica Właśnie przyjechał do mnie swat Kasztelanica Ty jesteś mój przyjaciel cóż ty mówisz na to Wiesz Wasze że mam córkę piękną i bogatą A kasztelan witebski wszakże to w senacie Niskie drążkowe krzesło cóż mi radzisz bracie Nie pamiętam już zgoła co mu na to rzekłem Podobno nic na konia wsiadłem i uciekłem Jacku zawołał Klucznik mądre ty przyczyny Wynajdujesz cóż one nie zmniejszą twej winy Bo wszakże zdarzało się już nieraz na świecie Że kto pokochał pańskie lub królewskie dziecię Starał się gwałtem zdobyć przemyślał wykradać Mścił się otwarcie ale tak chytrze śmierć zadać Panu polskiemu w Polszcze i w zmowie z Moskalem Nie byłem w zmowie Jacek odpowiedział z żalem Gwałtem porwać wszak mógłbym zza krat i zza klamek Wydarłbym ją rozbiłbym w puch ten jego zamek Miałem za sobą Dobrzyn i cztery zaścianki Ach gdyby ona była jak nasze szlachcianki Silna i zdrowa gdyby ucieczki pogoni Nie zlękła się i mogła słuchać szczęku broni Lecz ona biedna tak ją rodzice pieścili Słaba lękliwa był to robaczek motyli Wiosenna gąsieniczka i tak ją zagrabić Dotknąć ją zbrojną ręką byłoby ją zabić Nie mogłem Nie Mścić się otwarcie szturmem zamek zwalić w gruzy Wstyd boby powiedziano żem mścił się rekuzy Kluczniku twoje serce poczciwe nie umie Uczuć ile jest piekła w obrażonej dumie Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić Zemścić się krwawo ale powód zemsty taić Nie bywać w zamku miłość z serca wykorzenić Puścić w niepamięć Ewę z inną się ożenić A potem potem jaką wynaleźć zaczepkę Pomścić się I zdało mi się zrazu żem już serce zmienił I rad byłem z wymysłu i jam się ożenił Z pierwszą którąm napotkał dziewczyną ubogą Źlem zrobił jakże byłem ukarany srogo Nie kochałem jej biedna matka Tadeusza Najprzywiązańsza do mnie najpoczciwsza dusza Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił Byłem jakby szalony darmom siebie musił Zająć się gospodarstwem albo interesem Wszystko na próżno Zemsty opętany biesem Zły opryskliwy znaleźć nie mogłem pociechy W niczym na świecie i tak z grzechów w nowe grzechy Zacząłem pić I tak niedługo żona ma z żalu umarła Zostawiwszy to dziecię a mnie rozpacz żarła Jakże mocno musiałem kochać tę niebogę Tyle lat gdziem ja nie był a dotąd nie mogę Jej zapomnieć i zawżdy jej postać kochana Stoi mi przed oczyma jakby malowana Piłem nie mogłem zapić pamięci na chwilę Ani pozbyć się chociaż przebiegłem ziem tyle Teraz oto w habicie jestem Bożym sługą Na łożu we krwi O niej mówiłem tak długo W tej chwili o tych rzeczach mówić Bóg wybaczy Musicie wiedzieć w jakim żalu i rozpaczy Popełniłem Było to właśnie wkrótce po jej zaręczynach Wszędzie gadano tylko o jej zaręczynach Powiadano że Ewa gdy brała obrączkę Z rąk Wojewody mdlała że wpadła w gorączkę Że ma początki suchot że ustawnie szlocha Zgadywano że kogoś potajemnie kocha Ale Stolnik jak zawsze spokojny wesoły Dawał na zamku bale zbierał przyjacioły Mnie już nie prosił na cóż byłem mu potrzebny Mój bezład w domu bieda mój nałóg haniebny Podały mnie na wzgardę i na śmiech przed światem Mnie com niegdyś rzec mogę trząsł całym powiatem Mnie którego Radziwiłł nazywał kochanku Mnie com kiedy wyjeżdżał z mojego zaścianku To liczniejszy dwór miałem niżeli książęcy Kiedym szablę dostawał to kilka tysięcy Szabel błyszczało wkoło strasząc zamki pańskie A potem ze mnie dzieci śmiały się włościańskie Tak zrobiłem się nagle w oczach ludzkich lichy Jacek Soplica Kto zna co jest czucie pychy Tu Bernardyn osłabiał i upadł na łoże A Klucznik rzekł wzruszony Wielkie sądy Boże Prawda prawda więc to ty i tyżeś to Jacku Soplico pod kapturem żyłeś po żebracku Ty którego pamiętam gdy zdrowy rumiany Piękny szlachcic gdy tobie pochlebiały pany Gdy za tobą kobiety szalały Wąsalu Nie tak to dawno takeś zestarzał się z żalu Jakżem ciebie nie poznał po owym wystrzale Kiedyś tak do niedźwiedzia trafił doskonale Bo nad ciebie nie miała strzelca Litwa nasza Byłeś także po Maćku pierwszy do pałasza Prawda o tobie niegdyś śpiewały szlachcianki Oto Jacek wąs kręci trzęsą się zaścianki A komu na swym wąsie węzełek zawiąże Ten zadrży choćby to był sam Radziwiłł książę Zawiązałeś ty węzeł i mojemu Panu Nieszczęśniku i tyżeś do takiego stanu Jacek Wąsal kwestarzem wielkie sądy boże I teraz ha bezkarnie ujść tobie nie może Przysiągłem kto Horeszków krwi kroplę wysączył Tymczasem Ksiądz na łożu usiadł i tak kończył Jeździłem koło zamku ile biesów w głowie I w sercu miałem kto ich imiona wypowie Stolnik zabija dziecię własne mnie już zabił Zniszczył jadę pod bramę szatan mię tam wabił Patrz jak on hula co dzień w zamku pijatyka Ile świec w oknach jaka brzmi w salach muzyka I ten zamek na łysą głowę mu nie runie Pomyśl o zemście to wnet szatan broń podsunie Ledwiem pomyślił szatan nasyła Moskali Stałem patrząc wiesz jak wasz zamek szturmowali Bo fałsz żebym był w jakiej z Moskalami zmowie Patrzyłem różne myśli snuły się po głowie Zrazu z uśmiechem głupim jak na pożar dziecko Patrzyłem potem radość uczułem zbójecką Czekając rychło zacznie palić się i walić Czasem myśl przychodziła skoczyć ją ocalić Nawet Stolnika Broniliście się ty wiesz dzielnie i przytomnie Zdziwiłem się Moskale padali wkoło mnie Bydlęta źle strzelają na widok ich klęski Złość mię znowu porwała Ten Stolnik zwycięski I tak że mu na świecie wszystko się powodzi I z tej strasznej napaści z tryumfem wychodzi Odjeżdżałem ze wstydem właśnie był poranek Wtem ujrzałem poznałem wystąpił na ganek I brylantową szpinką ku słońcu migotał I wąs pokręcał dumnie i wzrok dumny miotał I zdało mi się że mnie szczególniej urągał Że mnie poznał i ku mnie rękę tak wyciągał Szydząc i grożąc Chwytam karabin Moskala Ledwiem przyłożył prawie nie mierzył wypala Wiesz Przeklęta broń ognista kto mieczem zabija Musi składać się natrzeć odbija wywija Może rozbroić wroga miecz w pół drogi wstrzymać Ale ta broń ognista dosyć zamek imać Chwila jedna iskierka Czyż uciekałem kiedyś mierzył do mnie z góry Utkwiłem oczy we dwie twojej broni rury Rozpacz jakiś żal dziwny do ziemi mnie przybił Czemuż ach mój Gerwazy czemuś wtenczas chybił Łaskę byś zrobił widać za pokutę grzechu Trzeba było Tu znowu brakło mu oddechu Bóg widzi rzecze Klucznik szczerze trafić chciałem Ileż ty krwi wylałeś twoim jednym strzałem Ileż klęsk spadło na nas i na twą rodzinę A wszystko to przez Waszą Panie Jacku winę A wszakże gdy dziś jegry Hrabię na cel wzięli Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli Tyś go zasłonił i gdy Moskal do mnie palił Tyś mię rzucił o ziemię tak nas dwóch ocalił Jeśli prawda że jesteś księdzem zakonnikiem Jużci sukienka broni cię przed Scyzorykiem Bądź zdrów więcej na waszym nie postanę progu Z nami kwita zostawmy resztę Panu Bogu Jacek rękę wyciągnął cofnął się Gerwazy Nie mogę rzekł bez mego szlachectwa obrazy Dotykać rękę takim morderstwem skrwawioną Z prywatnej zemsty nie zaś pro publico bono Ale Jacek z poduszek na łoże upadłszy Zwrócił się ku Sędziemu a był coraz bladszy I niespokojnie pytał o księdza plebana I wołał na Klucznika Zaklinam Waćpana Abyś został wnet skończę ledwie mam dość mocy Zakończyć Panie Klucznik ja umrę tej nocy Co bracie krzyknął Sędzia widziałem wszak rana Niewielka co ty mówisz po księdza plebana Może źle opatrzono zaraz po doktora W apteczce jest Ksiądz przerwał Bracie już nie pora Miałem tam strzał dawniejszy dostałem pod Jena Źle zgojony a teraz draśniono gangrena Już tu znam się na ranach patrz jaka krew czarna Jak sadza co tu doktor ale to rzecz marna Raz umieramy jutro czy dziś oddać duszę Panie Klucznik przebaczysz mnie ja skończyć muszę Jest w tym zasługa nie chcieć zostać winowajcą Narodowym choć naród okrzyczy cię zdrajcą Zwłaszcza w kim taka jaka była we mnie duma Imię zdrajcy przylgnęło do mnie jako dżuma Odwracali ode mnie twarz obywatele Uciekali ode mnie dawni przyjaciele Kto był lękliwy z dala witał się i stronił Nawet lada chłop lada Żyd choć się pokłonił To mię z boku szyderskim przebijał uśmiechem Wyraz zdrajca brzmiał w uszach odbijał się echem W domie w polu ten wyraz od rana do mroku Wił się przede mną jako plama w chorym oku Przecież nie byłem zdrajcą kraju Moskwa mnie uważała gwałtem za stronnika Dano Soplicom znaczną część dóbr nieboszczyka Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczycić Urzędem Gdybym wtenczas chciał się przemoskwicić Szatan radził już byłem możny i bogaty Gdybym został Moskalem najpierwsze magnaty Szukałyby mych względów nawet szlachta braty Nawet gmin który swoim tak łacnie uwłacza Tym którzy Moskwie służą szczęśliwszym przebacza Wiedziałem to a przecież nie mogłem Uciekłem z kraju Gdziem nie był com nie cierpiał Ale Bóg raczył lekarstwo jedyne objawić Poprawić się potrzeba było i naprawić Ile możności to Córka Stolnika ze swym mężem wojewodą Gdzieś w Sybir wywieziona tam umarła młodo Zostawiła tę w kraju córkę małą Zosię Kazałem ją hodować Bardziej niźli z miłości może z głupiej pychy Zabiłem więc pokora wszedłem między mnichy Ja niegdyś dumny z rodu ja com był junakiem Spuściłem głowę kwestarz zwałem się Robakiem Że jako robak w prochu Zły przykład dla Ojczyzny zachętę do zdrady Trzeba było okupić dobrymi przykłady Krwią poświęceniem się Biłem się za kraj gdzie jak zmilczę nie dla chwały Ziemskiej biegłem tylekroć na miecze na strzały Milej sobie wspominam nie dzieła waleczne I głośne ale czyny ciche użyteczne I cierpienia których nikt Udało mi się nieraz do kraju przedzierać Rozkazy wodzów nosić wiadomości zbierać Układać zmowy znają i Galicyjanie Ten kaptur mnisi znają i Wielkopolanie Pracowałem przy taczkach rok w pruskiej fortecy Trzy razy Moskwa kijmi zraniła me plecy Raz już wiedli na Sybir potem Austryjacy W Szpilbergu zakopali mnie w lochach do pracy W carcer durum a Pan Bóg wybawił mię cudem I pozwolił umierać między swoim ludem Z Sakramentami Może i teraz kto wie możem znowu zgrzeszył Możem nad rozkaz wodzów powstanie przyśpieszył Ta myśl że dom Sopliców pierwszy się uzbroi Że pierwszą Pogoń w Litwie zatkną krewni moi Ta myślzdaje się czysta Chciałeś zemsty masz boś ty był narzędziem kary Bożej twoim Bóg mieczem rozciął me zamiary Tyś wątek spisku tyle lat snowany splątał Cel wielki który całe życie me zaprzątał Ostatnie moje ziemskie uczucie na świecie Którem tulił hodował jak najmilsze dziecię Tyś zabił w oczach ojca a jam ci przebaczył Ty Oby tylko równie Bóg przebaczyć raczył Przerwał Klucznik jeżeli masz przyjąć wijatyk Księże Jacku toć ja nie luter nie syzmatyk Kto umierającego smuci wiem że grzeszy Powiem tobie coś pewnie to ciebie pocieszy Kiedy nieboszczyk Pan mój upadał zraniony A ja klęcząc nad jego piersią pochylony I miecz maczając w ranę zemstę zaprzysiągnął Pan głowę wstrząsnął rękę ku bramie wyciągnął W stronę gdzie stałeś i krzyż w powietrzu naznaczył Mówić nie mógł lecz dał znak że zbójcy przebaczył Ja też pojąłem ale tak się z gniewu wściekłem Że o tym krzyżu nigdy i słowa nie rzekłem Tu rozmowę przerwały chorego cierpienia I nastąpiła długa godzina milczenia Oczekują plebana Podkowy zagrzmiały Zastukał do komnaty Arendarz zdyszały List ma ważny samemu Jackowi pokaże Jacek bratu oddaje głośno czytać każe List od Fiszera który był natenczas szefem Sztabu armiji polskiej pod Księciem Józefem Donosi że w cesarskim tajnym gabinecie Stanęła wojna Cesarz już po całym świecie Ogłasza ją sejm walny w Warszawie zwołany I skonfederowane Mazowieckie Stany Wyrzeką uroczyście przyłączenie Litwy Jacek słuchając cicho odmówił modlitwy Przycisnąwszy do piersi święconą gromnicę Podniósł w niebo zatlone nadzieją źrenice I zalał się ostatnich łez rozkosznych zdrojem Teraz rzekł Panie sługę Twego puść z pokojem Wszyscy uklękli a wtem ozwał się pod progiem Dzwonek znak że przyjechał pleban z Panem Bogiem Właśnie już noc schodziła i przez niebo mleczne Różowe biegą pierwsze promyki słoneczne Wpadły przez szyby jako strzały brylantowe Odbiły się na łożu o chorego głowę I ubrały mu złotem oblicze i skronie Że błyszczał jako święty w ognistej koronie Księga jedenasta Rok 1812 Wróżby wiosenne Wkroczenie wojsk Nabożeństwo Rehabilitacja urzędowa śp Jacka Soplicy Z rozmów Gerwazego i Protazego wnosić można bliski koniec procesu Umizgi ułana z dziewczyną Rozstrzyga się spór o Kusego i Sokoła Za czym goście zgromadzają się na biesiadę Przedstawienie wodzom par narzeczonych O roku ów kto ciebie widział w naszym kraju Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju A żołnierz rokiem wojny dotąd lubią starzy O tobie bajać dotąd pieśń o tobie marzy Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem I poprzedzony głuchą wieścią między ludem Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem Jakieś dziwne przeczucie jak przed świata końcem Jakieś oczekiwanie tęskne i radosne Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę Uważano że chociaż zgłodniałe i chude Nie biegło na ruń co już umaiła grudę Lecz kładło się na rolę i schyliwszy głowy Ryczało albo żuło swój pokarm zimowy I wieśniacy ciągnący na jarzynę pługi Nie cieszą się jak zwykle z końca zimy długiej Nie śpiewają piosenek pracują leniwo Jakby nie pamiętali na zasiew i żniwo Co krok wstrzymują woły i podjezdki w bronie I poglądają z trwogą ku zachodniej stronie Jakby z tej strony miał się objawić cud jaki I uważają z trwogą wracające ptaki Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny I rozpiął skrzydła białe wczesny sztandar wiosny A za nim krzykliwymi nadciągnąwszy pułki Gromadziły się ponad wodami jaskółki I z ziemi zmarzłej brały błoto na swe domki W wieczór słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki I stada dzikich gęsi szumią ponad lasem I znużone na popas spadają z hałasem A w głębi ciemnej nieba wciąż jęczą żurawie Słysząc to nocni stróże pytają w obawie Skąd w królestwie skrzydlatym tyle zamieszania Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania Aż oto nowe stada jakby gilów siewek I szpaków stada jasnych kit i chorągiewek Zajaśniały na wzgórkach spadają na błonie Konnica dziwne stroje nie widziane bronie Pułk za pułkiem a środkiem jak stopione śniegi Płyną drogami kute żelazem szeregi Z lasów czernią się czapki rzęd bagnetów błyska Roją się niezliczone piechoty mrowiska Wszyscy na północ rzekłbyś iż wonczas z wyraju Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju Pędzony niepojętą instynktową mocą Konie ludzie armaty orły dniem i nocą Płyną na niebie górą tu i ówdzie łuny Ziemia drży słychać biją stronami pioruny Wojna wojna Nie było w Litwie kąta ziemi Gdzie by jej huk nie doszedł pomiędzy ciemnemi Puszczami chłop którego dziady i rodzice Pomarli nie wyjrzawszy za lasu granice Który innych na niebie nie rozumiał krzyków Prócz wichrów a na ziemi prócz bestyi ryków Gości innych nie widział oprócz spółleśników Teraz widzi na niebie dziwna łuna pała W puszczy łoskot to kula od jakiegoś działa Zbłądziwszy z pola bitwy dróg w lesie szukała Rwąc pnie siekąc gałęzie Żubr brodacz sędziwy Zadrżał we mchu najeżył długie włosie grzywy Wstaje na wpół na przednich nogach się opiera I potrząsając brodą zdziwiony spoziera Na błyskające nagle między łomem zgliszcze Był to zbłąkany granat kręci się wre świszcze Pękł z hukiem jakby piorun żubr pierwszy raz w życiu Zląkł się i uciekł w głębszym schować się ukryciu Bitwa gdzie w której stronie pytają młodzieńce Chwytają broń kobiety wznoszą w niebo ręce Wszyscy pewni zwycięstwa wołają ze łzami Bóg jest z Napoleonem Napoleon z nami O wiosno kto cię widział wtenczas w naszym kraju Pamiętna wiosno wojny wiosno urodzaju O wiosno kto cię widział jak byłaś kwitnąca Zbożami i trawami a ludźmi błyszcząca Obfita we zdarzenia nadzieją brzemienna Ja ciebie dotąd widzę piękna maro senna Urodzony w niewoli okuty w powiciu Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu Soplicowo leżało tuż przy wielkiej drodze Którą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze Nasz Książę Józef i król westfalski Hieronim Już zajęli część Litwy od Grodna po Słonim Gdy król rozkazał wojsku dać trzy dni wytchnienia Ale polscy żołnierze mimo utrudzenia Skarżyli się że król im marszu nie dozwala Tak radzi by co prędzej doścignąć Moskala W mieście pobliskim stanął główny sztab książęcy A w Soplicowie obóz czterdziestu tysięcy I ze sztabami swymi jenerał Dąbrowski Kniaziewicz Małachowski Giedrojć i Grabowski Późno było gdy weszli więc każdy gdzie może Zabierają kwatery w zamczysku we dworze Skoro dano rozkazy rozstawiono czaty Każdy strudzony poszedł spać do swej komnaty Z nocą wszystko ucichło obóz dwór i pole Widać tylko jak cienie błądzące patrole I gdzieniegdzie błyskania ognisk obozowych Słychać kolejne hasła stanowisk wojskowych Spali gospodarz domu wodze i żołnierze Oczu tylko Wojskiego sen słodki nie bierze Bo Wojski ma na jutro biesiadę wyprawić Którą chce dom Sopliców na wiek wieków wsławić Biesiadę godną miłych sercom polskim gości I odpowiedną wielkiej dnia uroczystości Co jest świętem kościelnym i świętem rodziny Jutro odbyć się mają trzech par zaręczyny Zaś jenerał Dąbrowski oświadczył z wieczora Że chce mieć obiad polski Choć spóźniona pora Wojski zebrał co prędzej z sąsiedztwa kucharzy Pięciu ich było służą on sam gospodarzy Jako kuchmistrz białym się fartuchem opasał Wdział szlafmycę a ręce do łokciów zakasał W ręku ma plackę muszą owad lada jaki Odpędza wpadający chciwie na przysmaki Drugą ręką przetarte okulary włożył Dobył z zanadrza księgę odwinął otworzył Księga ta miała tytuł Kucharz doskonały W niej spisane dokładnie wszystkie specyjały Stołów polskich podług niej Hrabia na Tęczynie Dawał owe biesiady we włoskiej krainie Którym się Ojciec Święty Urban Ósmy dziwił Podług niej później Karol Kochanku Radziwiłł Gdy przyjmował w Nieświżu króla Stanisława Sprawił pamiętną ową ucztę której sława Dotąd żyje na Litwie we gminnej powieści Co Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści To natychmiast kucharze robią umiejętni Wre robota pięćdziesiąt nożów w stoły tętni Zwijają się kuchciki czarne jak szatany Ci niosą drwa ci z mlekiem i z winem sagany Leją w kotły skowrody w rondle dym wybucha Dwóch kuchcików przy piecu siedzi w mieszki dmucha Wojski ażeby ogień tym łacniej rozpalać Rozkazał stopionego masła na drwa nalać Zbytek ten dozwolony jest w dostatnim domu Kuchciki sypią w ogień suche pęki łomu Inni na rożny sadzą ogromne pieczenie Wołowe sarnie combry dzicze i jelenie Ci skubią stosy ptastwa lecą puchów chmury Obnażają się głuszce cietrzewie i kury Lecz kur niewiele było od owej wyprawy Którą w czasie zajazdu Dobrzyński Sak krwawy Zrobił na kurnik kędy Zosi gospodarstwo Zniszczył nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo Jeszcze nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo Sławne niegdyś ze drobiu swego Soplicowo Zresztą zaś mięs wszelkich był wielki dostatek Co się zgromadzić dało i z domu i z jatek I z lasów i z sąsiedztwa z bliska i z daleka Rzekłbyś ptasiego tylko niedostaje mleka Dwie rzeczy których hojny pan uczty szuka Łączą się w Soplicowie dostatek i sztuka Już wschodził uroczysty dzień Najświętszej Panny Kwietnej pogoda była prześliczna czas ranny Niebo czyste wokoło ziemi obciągnięte Jako morze wiszące ciche wklęsło wgięte Kilka gwiazd świeci z głębi jako perły ze dna Przez fale z boku chmurka biała sama jedna Podlatuje i skrzydła w błękicie zanurza Podobne do niknących piór Anioła Stróża Który nocną modlitwą ludzi przytrzymany Spóźnił się śpieszy wracać między spółniebiany Już ostatnie perły gwiazd zamierzchły i na dnie Niebios zgasły i niebo środkiem czoła blednie Prawą skronią złożone na wezgłowiu cieni Jeszcze smagławe lewą coraz się rumieni A dalej okrąg jakby powieka szeroka Rozsuwa się i w środku widać białek oka Widać tęczę źrenicę już promień wytrysnął Po okrągłych niebiosach wygięty przebłysnął I w białej chmurce jako złoty grot zawisnął Na ten strzał na dnia hasło pęk ogniów wylata Tysiąc rac krzyżuje się po okręgu świata A oko słońca weszło Jeszcze nieco senne Przymruża się drżąc wstrząsa swe rzęsy promienne Siedmią barw błyszczy razem szafirowe razem Razem krwawi się w rubin i żółknie topazem Aż rozlśniło się jako kryształ przezroczyste Potem jak brylant światłe na koniec ogniste Jak księżyc wielkie jako gwiazda migające Tak po nieźmiernym niebie szło samotne słońce Dziś pospólstwo litewskie z całej okolicy Zebrało się przed wschodem wokoło kaplicy Jak gdyby na nowego ogłoszenie cudu Zbiór ten pochodził w części z pobożności ludu A w części z ciekawości bo dziś w Soplicowie Na nabożeństwie mają być jenerałowie Sławni dowódcy owi naszych legijonów Których lud znał imiona i czcił jak patronów Których wszystkie tułactwa wyprawy i bitwy Były ewangeliją narodową Litwy Już przyszło oficerów kilku tłum żołnierzy Lud ich otacza patrzy ledwie oczom wierzy Oglądając rodaków mundury noszących Zbrojnych wolnych i polskim językiem mówiących Wyszła msza nie obejmie świątynia maleńka Całego zgromadzenia lud na trawie klęka Patrząc we drzwi kaplicy odkrywają głowy Włos litewskiego ludu biały albo płowy Pozłacał się jako łan dojrzałego żyta Gdzieniegdzie kraśna główka dziewicza wykwita Ubrana w świeże kwiaty albo w pawie oczy I wstęgi rozplecione ozdoby warkoczy Śród głów męskich jak w zbożu bławat i kąkole Klęczący różnobarwny tłum okrywa pole A na głos dzwonka niby na wiatru powianie Chylą się wszystkie głowy jak kłosy na łanie Wieśniaczki dziś na ołtarz Matki Zbawiciela Niosą pierwszy dar wiosny świeże snopki ziela Wszystko wkoło ubrane w bukiety i w wianki Ołtarz obraz a nawet dzwonnica i ganki Czasem poranny wietrzyk gdy ze wschodu wionie Zrywa wianki i rzuca na klęczących skronie I rozlewa jak z mszalnej kadzielnicy wonie A gdy w kościele było po mszy i kazaniu Wyszedł przewodniczący całemu zebraniu Podkomorzy niedawno przez powiatu stany Zgodnie konfederackim marszałkiem obrany Miał mundur województwa żupan złotem szyty Kontusz gredyturowy z frędzlą i pas lity Przy którym karabela z głownią jaszczurową Na szyi świecił wielką szpinką brylantową Konfederatka biała a na niej pęk gruby Drogich piórek były to białych czapel czuby Na fest kładnie się tylko kitka tak bogata Której każde pióreczko kosztuje dukata Tak ubrany na wzgórek wstąpił przed kościołem Wieśniacy i żołnierstwo ścisnęło się kołem On rzekł Bracia ogłosił wam ksiądz na ambonie Wolność którą Cesarz Król przywrócił Koronie A teraz Litewskiemu Księstwu Polszcze całej Przywraca słyszeliście rządowe uchwały I zwołujące walny sejm uniwersały Ja tylko mam słów parę przemówić do gminy W rzeczy która się tycze Sopliców rodziny Tutejszych panów Cała pomni okolica Co tu zbroił nieboszczyk pan Jacek Soplica Ale kiedy o grzechach jego wszyscy wiecie Czas i zasługi jego ogłosić na świecie Obecni tu są naszych wojsk jenerałowie Od których usłyszałem wszystko co wam mówię Ten Jacek nie był umarł jak głoszono w Rzymie Tylko odmienił życie dawne stan i imię A wszystkie przeciw Bogu i Ojczyźnie winy Zgładził przez żywot święty i przez wielkie czyny On to pod Hohenlinden gdy Ryszpans jenerał Na pół pobity już się do odwrotu zbierał Nie wiedząc że Kniaziewicz ciągnie ku odsieczy On to Jacek zwan Robak śród grotów i mieczy Przeniósł od Kniaziewicza listy Ryszpansowi Donoszące że nasi biorą tył wrogowi On potem w Hiszpaniji gdy nasze ułany Zdobyły Samosiery grzbiet oszańcowany Obok Kozietulskiego był ranny dwa razy Następnie jak wysłaniec z tajnymi rozkazy Biegał po różnych stronach ducha ludzi badać Towarzystwa tajemne wiązać i zakładać Na koniec w Soplicowie w swym ojczystym gnieździe Gdy gotował powstanie zginął na zajeździe Właśnie o jego śmierci nadeszła wiadomość Do Warszawy w tę chwilę gdy Cesarz Jegomość Raczył mu dać za dawne czyny bohaterskie Legiji honorowej znaki kawalerskie Owoż te wszystkie rzeczy mając na uwadze Ja reprezentujący województwa władzę Moją konfederacką ogłaszam wam laską Że Jacek wierną służbą i cesarską łaską Zniósł infamiji plamę powraca do cześci I znowu się w rzęd prawych patryjotów mieści Więc kto będzie śmiał Jacka zmarłego rodzinie Wspomnieć kiedy o dawnej zagładzonej winie Ten podpadnie za karę takiego wyrzutu Gravis notae maculae wedle słów Statutu Karzących tak militem jak i skartabella Co by siał infamiją na obywatela A że teraz jest równość więc artykuł trzeci Obowiązuje równie i mieszczan i kmieci Ten wyrok marszałkowski pan Pisarz umieści W aktach Jeneralności a Woźny obwieści Co się tycze legiji honorowej krzyża Że późno przyszedł nic to sławie nie ubliża Jeśli Jackowi nie mógł służyć ku ozdobie Niech służy ku pamiątce wieszam go na grobie Trzy dni tu będzie wisiał potem do kaplicy Złoży się jako wotum dla Boga Rodzicy To powiedziawszy order wydobył z pokrowca I zawiesił na skromnym krzyżyku grobowca Uwiązaną w kokardę wstążeczkę czerwoną I krzyż biały gwiaździsty ze złotą koroną Przeciw słońcu promienie gwiazdy zajaśniały Jako ostatni odbłysk ziemskiej Jacka chwały Tymczasem lud na klęczkach Anioł Pański mowi Upraszając o wieczny pokój grzesznikowi Sędzia obchodzi gości i wiejską gromadę Wszystkich do Soplicowa wzywa na biesiadę Ale na przyzbie domu usiedli dwaj starce Mając u kolan pełne miodu dwa półgarce Patrzą w sad gdzie śród pączków barwistego maku Stał ułan jak słonecznik w błyszczącym kołpaku Strojnym blachą złocistą i piórem koguta Przy nim dziewczę w zielonej sukience jak ruta Pozioma wznosi oczki błękitne jak bratki Ku oczom chłopca dalej panny rwały kwiatki Po ogrodzie umyślnie odwracając głowy Od kochanków żeby im nie mieszać rozmowy Ale starce miód piją tabakierką z kory Częstując się nawzajem toczą rozhowory Tak tak mój Protazeńku rzekł klucznik Gerwazy Tak tak mój Gerwazeńku rzekł woźny Protazy Tak to tak powtórzyli zgodnie kilka razy Kiwając w takt głowami wreszcie Woźny rzecze iż proces nasz kończy się dziwnie ja nie przeczę Wszakże były przykłady pamiętam procesy W których się działy gorsze niż u nas ekscesy A intercyza cały zakończyła kłopot Tak z Borzdobohatymi pogodził się Łopot Krepsztulowie z Kupściami Putrament z Pikturną Z Odyńcami Mackiewicz z Kwileckimi Turno Co mówię wszak Polacy miewali zamieszki Z Litwą gorsze niżeli z Soplicą Horeszki A gdy na rozum wzięła królowa Jadwiga To się bez sądów owa skończyła intryga Dobrze gdy strony mają panny albo wdowy Na wydaniu to zawsze kompromis gotowy Najdłuższy proces zwykle bywa z duchowieństwem Katolickim albo też z bliskim pokrewieństwem Bo wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem Stąd to Lachy z Rusami w sporach nieskończonych Idąc z Lecha i Rusa dwu braci rodzonych Stąd się tyle procesów litewskich ciągnęło Długo z księżmi Krzyżaki aż wygrał Jagiełło Stąd na koniec pendebat długo przed aktami Sławny ów proces Rymszów z dominikanami Aż wygrał wreszcie syndyk klasztorny ksiądz Dymsza Skąd jest przysłowie większy Pan Bóg niż pan Rymsza Ja zaś dołożę lepszy miód od Scyzoryka To mówiąc półgarcówką przepił do Klucznika Prawda prawda rzekł na to Gerwazy wzruszony Dziwneć to były losy tej naszej Korony I naszej Litwy wszak to jak małżonków dwoje Bóg złączył a czart dzieli Bóg swoje czart swoje Ach bracie Protazeńku że to oczy nasze Widzą że znowu do nas ci Koronijasze Zawitali Służyłem ja z nimi przed laty Pamiętam dzielne były z nich konfederaty Gdyby nieboszczyk pan mój Stolnik dożył chwili O Jacku Jacku lecz cóż będziemy kwilili Skoro dziś znowu Litwa łączy się z Koroną Toć tym samym już wszystko zgodzono zgładzono I to dziw rzekł Protazy że o tej to Zosi O której rękę teraz nasz Tadeusz prosi Było przed rokiem omen jakoby znak z nieba Panną Zofiją przerwał Klucznik zwać ją trzeba Bo już dorosła nie jest dziewczyną maluczką Przy tym z krwi dygnitarskiej jest Stolnika wnuczką Owoż kończył Protazy był to znak proroczy O jej losie widziałem znak na własne oczy Przed rokiem tu siedziała w święto czeladź nasza Pijąc miód alić patrzym pęc pada z poddasza Dwóch wróblów bijących się oba samcy stare Jeden młodszy cokolwiek miał podgarle szare Drugi czarne dalejże tłuc się po podwórzu Przewracać kulki że aż zaryli się w kurzu My patrzym a tymczasem szepcą sobie sługi Że ten czarny niech będzie Horeszko a drugi Soplica więc ilekroć szary był na górze Krzyczą 'Wiwat Soplica pfe Horeszki tchórze' A gdy spadał wołali 'Popraw się Soplica Nie daj się magnatowi to wstyd na szlachcica' Tak śmiejąc się czekamy kto kogo pokona Wtem Zosieńka nad ptastwem litością wzruszona Podbiegła i nakryła rączką te rycerze Jeszcze się w ręku bili aż leciało pierze Taka była zawziętość w tym maleńkim lichu Baby patrząc na Zosię gadały po cichu Że pewnie przeznaczeniem będzie tej dziewczyny Pogodzić dwie od dawna zwaśnione rodziny A widzę że się dzisiaj ziścił omen babi Prawdać to że naonczas myślano o Hrabi Nie zaś o Tadeuszu Na to Klucznik rzecze Dziwne są sprawy w świecie kto wszystko dociecze Ja też powiem Waszeci rzecz choć nie tak cudną Jak ów omen a przecież do pojęcia trudną Wiesz iż dawniej rad bym był Sopliców rodzinę W łyżce wody utopić a tego chłopczynę Tadeusza od dziecka nieźmierniem polubił Uważałem że gdy się z chłopiętami czubił Zawsze ich zbił więc ilekroć do zamku biegał Jam go zawsze do trudnych imprezów podżegał Wszystko mu się udało czy wydrzeć gołębie Na wieży czy jemiołę oberwać na dębie Czyli z najwyższej sosny złupić wronie gniazdo Wszystko umiał myśliłem pod szczęśliwą gwiazdą Urodził się ten chłopiec szkoda że Soplica Któż by zgadł że w nim zamku powitam dziedzica Męża panny Zofiji mej Wielmożnej Pani Tu skończyli rozmowę piją zadumani Słychać tylko niekiedy te krótkie wyrazy Tak tak Panie Gerwazy Tak Panie Protazy Przyzba tykała kuchni której okna stały Otworem i dym jako z pożaru buchały Aż z kłębów dymu niby biała gołębica Mignęła świecąca się kuchmistrza szlafmyca Wojski przez okno kuchni ponad starców głowy Wytknąwszy głowę milczkiem słuchał ich rozmowy I podał im nareszcie filiżanki spodek Pełen biszkoktów mówiąc Zakąście wasz miodek A ja wam też opowiem historią ciekawą Sporu który miał bitwą zakończyć się krwawą Gdy polujący w głębi Nalibockich lasów Rejtan wypłatał sztukę książęciu Denassów Tej sztuki omal własnym nie przypłacił zdrowiem Jam kłótnię panów zgodził jak to wam opowiem Ale Wojskiego powieść przerwali kucharze Pytając komu serwis ustawiać rozkaże Wojski odszedł a starcy zaczerpnąwszy miodu Zadumani zwrócili oczy w głąb ogrodu Gdzie ów dorodny ułan rozmawiał z panienką Właśnie ułan ująwszy jej dłoń lewą ręką Prawą miał na temlaku widać że był ranny Z takimi odezwał się słowami do panny Zofijo musisz to mnie koniecznie powiedzieć Nim zamienim pierścionki muszę o tym wiedzieć I cóż że przeszłej zimy byłaś już gotowa Dać słowo mnie Ja wtenczas nie przyjąłem słowa Bo i cóż mi po takim wymuszonym słowie Wtenczas bawiłem bardzo krótko w Soplicowie Nie byłem taki próżny ażebym się łudził Żem jednym mem spojrzeniem miłość w tobie wzbudził Ja nie fanfaron chciałem mą własną zasługą Zyskać twe względy choćby przyszło czekać długo Teraz jesteś łaskawa twe słowo powtórzyć Czymże na tyle łaski umiałem zasłużyć Może mnie bierzesz Zosiu nie tak z przywiązania Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania Ale małżeństwo Zosiu jest rzecz wielkiej wagi Radź się serca własnego niczyjej powagi Tu nie słuchaj ni stryja próśb ni namów cioci Jeśli nie czujesz dla mnie nic oprócz dobroci Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać Więzić twej woli nie chcę będziem Zosiu czekać Nic nas nie nagli zwłaszcza że wczora wieczorem Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem W pułku tutejszym nim się z mych ran nie wyleczę I cóż kochana Zosiu Na to Zosia rzecze Wznosząc głowę i patrząc w oczy mu nieśmiało Nie pamiętam już dobrze co się dawniej działo Wiem że wszyscy mówili iż za mąż iść trzeba Za Pana ja się zawsze zgadzam z wolą Nieba I z wolą starszych Potem spuściwszy oczęta Dodała Przed odjazdem jeśli Pan pamięta Kiedy umarł ksiądz Robak w ową burzę nocną Widziałam że Pan jadąc żałował nas mocno Pan łzy miał w oczach te łzy powiem Panu szczerze Wpadły mnie aż do serca odtąd Panu wierzę Że mnie lubisz ilekroć mówiłam pacierze Za Pana powodzenie zawsze przed oczami Stał Pan z tymi dużymi błyszczącymi łzami Potem Podkomorzyna do Wilna jeździła Wzięła mię tam na zimę alem ja tęskniła Do Soplicowa i do tego pokoiku Gdzie mnie Pan naprzód w wieczor spotkał przy stoliku Potem pożegnał nie wiem skąd pamiątka Pana Coś niby jak rozsada w jesieni zasiana Przez całą zimę w moim sercu się krzewiła Że jako mówię Panu ustawniem tęskniła Do tego pokoiku i coś mi szeptało Że tam znów Pana znajdę i tak się też stało Mając to w głowie często też miałam na ustach Imię Pana było to w Wilnie na zapustach Panny mówiły że ja jestem zakochana Jużci jeżeli kocham to już chyba Pana Tadeusz rad z takiego miłości dowodu Wziął ją pod rękę ścisnął i wyszli z ogrodu Do pokoju damskiego do owej komnaty Kędy Tadeusz mieszkał przed dziesięcią laty Teraz bawił tam Rejent cudnie wystrojony I usługiwał damie swojej narzeczonej Biegając i podając sygnety łańcuszki Słoiki i flaszeczki i proszki i muszki Wesoł na pannę młodą patrzył tryumfalnie Panna młoda kończyła robić gotowalnię Siedziała przed źwierciadłem radząc się bóstw wdzięku Pokojowe zaś jedne z żelazkami w ręku Odświeżają nadstygłe warkoczów pierścionki Drugie klęcząc pracują około falbonki Gdy się tak Rejent bawi ze swą narzeczoną Kuchcik stuknął doń w okno kota postrzeżono Kot wykradłszy się z łozy prześmignął po łące I wskoczył w sad pomiędzy jarzyny wschodzące Tam siedzi wystraszyć go łacno z rozsadniku I uszczuć postawiwszy charty na przesmyku Bieży Asesor ciągnąc za obróż Sokoła Pośpiesza za nim Rejent i Kusego woła Wojski obu z chartami przy płocie ustawił A sam się z placką muszą do sadu wyprawił Depcąc świszcząc i klaszcząc bardzo źwierza trwoży Szczwacze trzymając każdy charta na obroży Ukazują palcami skąd zając wyruszy Cmokają z cicha charty nadstawiły uszy Wytknęły pyski na wiatr i drżą niecierpliwie Jak dwie strzały złożone na jednej cięciwie Wtem Wojski krzyknął Wycz ha Zając smyk zza płotu Na łąkę charty za nim i wnet bez obrotu Sokół i Kusy razem spadli na szaraka Ze dwóch stron w jednej chwili jak dwa skrzydła ptaka I zęby mu jak szpony zatopili w grzbiecie Kot jęknął raz jak nowo narodzone dziecię Żałośnie biegą szczwacze już leży bez ducha A charty mu sierć białą targają spod brzucha Szczwacze pogłaskali psy a Wojski tymczasem Dobył nożyk strzelecki wiszący za pasem Oderznął skoki i rzekł Dziś równą odprawę Wezmą pieski bo równą pozyskali sławę Równa ich była rączość równa była praca Godzien jest pałac Paca godzien Pac pałaca Godni są szczwacze chartów godne szczwaczów charty Otoż skończony spór wasz długi i zażarty Ja któregoście sędzią zakładu obrali Wydaję wreszcie wyrok obaście wygrali Wracam fanty niech każdy przy swoim zostanie A wy podpiszcie zgodę Na starca wezwanie Szczwacze zwrócili na się rozjaśnione lice I długo rozdzielone złączyli prawice Wtem rzekł Rejent Stawiłem niegdyś konia z rzędem Opisałem się także przed ziemskim urzędem Iż pierścień mój sędziemu w salarijum złożę Fant postawiony w zakład wracać się nie może Pierścień niechaj Pan Wojski na pamiątkę przymie I każe na nim wyryć albo swoje imię Lub gdy zechce herbowne Hreczechów ozdoby Krwawnik jest gładki złoto jedenastej proby Konia teraz ułani pod jazdę zabrali Rzęd został przy mnie każdy znawca ten rzęd chwali Iż jest wygodny trwały a piękny jak cacko Kulbaczka wąska modą z turecka kozacką Kula na przodzie w kuli są drogie kamienie Poduszeczka z rubrontu wyścieła siedzenie A kiedy na łęk wskoczysz na tym miękkim puszku Między kulami siedzisz wygodnie jak w łóżku A gdy w galop puścisz się tu rejent Bolesta Który jako wiadomo bardzo lubił gesta Rozstawił nogi jakby na konia wskakiwał Potem galop udając powoli się kiwał A gdy w galop puścisz się natenczas z czapraka Blask bije jakby złoto kapało z rumaka Bo tabenki są gęsto złotem nakrapiane I szerokie strzemiona srebrne pozłacane Na rzemieniach musztuka i na uździenicy Połyskają guziki perłowej macicy U napierśnika wisi księżyc w kształt Leliwy To jest w kształt nowiu Cały ten sprzęt osobliwy Zdobyty jak wieść niesie w boju podhajeckim Na jakimś bardzo znacznym szlachcicu tureckim Przyjm Asesorze w dowód mojego szacunku A na to rzekł Asesor wesoł z podarunku Ja niegdyś darowane od księcia Sanguszki Stawiłem w zakład moje prześliczne obróżki Jaszczurem wykładane z kolcami ze złota I utkaną z jedwabiu smycz której robota Równie droga jak kamień co się na niej świeci Chciałem sprzęt ten zostawić w dziedzictwie dla dzieci Dzieci pewnie mieć będę wiesz że się dziś żenię Ale ten sprzęt Rejencie proszę uniżenie Bądź łaskaw przyjąć w zamian za twój rzęd bogaty I na pamiątkę sporu co długimi laty Toczył się i nareszcie zakończył zaszczytnie Dla nas obu Niech zgoda między nami kwitnie Więc wracali do domu oznajmić za stołem Że się skończył spór między Kusym i Sokołem Była wieść że zająca tego Wojski w domu Wyhodował i w ogród puścił po kryjomu Ażeby szczwaczów zgodzić zbyt łatwą zdobyczą Staruszek tak swą sztukę zrobił tajemniczo Że oszukał zupełnie całe Soplicowo Kuchcik w lat kilka później szepnął o tym słowo Chcąc Asesora skłócić z Rejentem na nowo Ale próżno krzywdzące chartów wieści szerzył Wojski zaprzeczył i nikt kuchcie nie uwierzył Już goście zgromadzeni w wielkiej zamku sali Czekając uczty wkoło stołu rozmawiali Gdy pan Sędzia w mundurze wojewódzkim wchodzi I pana Tadeusza z Zofiją przywodzi Tadeusz lewą dłonią dotykając głowy Pozdrowił swych dowódców przez ukłon wojskowy Zofija z opuszczonym ku ziemi wejrzeniem Zapłoniwszy się gości witała dygnieniem Od Telimeny pięknie dygać wyuczona Miała wianek na głowie jako narzeczona Zresztą ubior ten samy w jakim dziś w kaplicy Składała snop wiosenny dla Boga Rodzicy Użęła znów dla gości nowy snopek ziela Jedną ręką zeń kwiaty i trawy roździela Drugą swój sierp błyszczący poprawia na głowie Brali ziółka całując jej ręce wodzowie Zosia znowu dygała w kolej zapłoniona Wtem jenerał Kniaziewicz wziął ją za ramiona I złożywszy ojcowski całus na jej czole Podniosł w górę dziewczynę postawił na stole A wszyscy klaszcząc w dłonie zawołali Brawo Zachwyceni dziewczyny urodą postawą A szczególnie jej strojem litewskim prostaczym Bo dla tych wodzów którzy w swym życiu tułaczym Tak długo błąkali się w obcych stronach świata Dziwne miała powaby narodowa szata Która im wspominała i młode ich lata I dawne ich miłostki więc ze łzami prawie Skupili się do stołu patrzyli ciekawie Ci proszą aby Zosia wzniosła nieco czoło I oczy pokazała ci ażeby w koło Raczyła się obrócić dziewczyna wstydliwa Obraca się lecz oczy rękami zakrywa Tadeusz patrzył wesoł i zacierał ręce Czy ktoś Zosi poradził wyjść w takiej sukience Czy instynktem wiedziała bo dziewczyna zgadnie Zawsze instynktem co jej do twarzy przypadnie Dosyć że Zosia pierwszy raz w życiu dziś z rana Była od Telimeny za upor łajana Nie chcąc modnego stroju aż wymogła płaczem Że ją tak zostawiono w ubraniu prostaczem Spodniczkę miała długą białą suknię krótką Z zielonego kamlotu z różową obwódką Gorset także zielony różowymi wstęgi Od łona aż do szyi sznurowany w pręgi Pod nim pierś jako pączek pod listkiem się tuli Od ramion świecą białe rękawy koszuli Jako skrzydła motyle do lotu wydęte U dłoni skarbowane i wstążką opięte Szyja także koszulką obciśniona wąską Kołnierzyk zadzierzgniony różową zawiązką Zauszniczki wyrznięte sztucznie z pestek wiszni Których się wyrobieniem Sak Dobrzyński pyszni Były tam dwa serduszka z grotem i płomykiem Dane dla Zosi gdy Sak był jej zalotnikiem Na kołnierzyku wiszą dwa sznurki bursztynu Na skroniach zielonego wianek rozmarynu Wstążki warkoczów Zosia rzuciła na barki A na czoło włożyła zwyczajem żniwiarki Sierp krzywy świeżym żęciem traw oszlifowany Jasny jak nów miesięczny nad czołem Dyjany Wszyscy chwalą klaskają Jeden z oficerów Dobył z kieszeni portefeuille z plikami papierów Rozłożył je ołówek przyciął w ustach zmoczył Patrzy w Zosię rysuje Ledwie Sędzia zoczył Papiery i ołówki poznał rysownika Choć go bardzo odmienił mundur pułkownika Bogate szlify mina prawdziwie ułańska I wąsik poczerniony i bródka hiszpańska Sędzia poznał Jak się masz mój Jaśnie Wielmożny Hrabio i w ładownicy masz twój sprzęt podróżny Do malarstwa W istocie był to Hrabia młody Niedawny żołnierz lecz że wielkie miał dochody I swoim kosztem cały pułk jazdy wystawił I w pierwszej zaraz bitwie wybornie się sprawił Cesarz go pułkownikiem dziś właśnie mianował Więc Sędzia witał Hrabię i rangi winszował Ale Hrabia nie słuchał a pilnie rysował Tymczasem weszła druga para narzeczona Asesor niegdyś cara dziś Napoleona Wierny sługa żandarmów oddział miał w komendzie A choć ledwie dwadzieście godzin był w urzędzie Już włożył mundur siny z polskimi wyłogi I ciągnął krzywą szablę i dzwonił w ostrogi Obok poważnym krokiem szła jego kochanka Ubrana bardzo strojnie Tekla Hreczeszanka Bo Asesor już dawno Telimenę rzucił I aby tę kokietkę tym mocniej zasmucił Ku Wojszczance afekty serdeczne obrócił Panna nie nadto młoda już pono półwieczna Lecz gospodyni dobra osoba stateczna I posażna bo oprocz swej dziedzicznej wioski Sumką z daru Sędziego powiększała wnioski Trzeciej pary daremnie czekają czas długi Sędzia niecierpliwi się i wysyła sługi Wracają powiadają że trzeci małżonek Pan Rejent szczując kota zgubił swój pierścionek Ślubny szuka na łące a Rejenta dama Jeszcze u gotowalni choć śpieszy się sama I choć jej pomagają służebne kobiety Nie mogła w żaden sposób skończyć toalety Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą Księga dwunasta Kochajmy się Ostatnia uczta staropolska Arcyserwis Objaśnienie jego figur Jego ruchy Dąbrowski udarowany Jeszcze o Scyzoryku Kniaziewicz udarowany Pierwszy akt urzędowy Tadeusza przy objęciu dziedzictwa Uwagi Gerwazego Koncert nad koncertami Polonez Kochajmy się Na koniec z trzaskiem sali drzwi na wściąż otwarto Wchodzi pan Wojski w czapce i z głową zadartą Nie wita się i miejsca za stołem nie bierze Bo Wojski występuje w nowym charakterze Marszałka dworu laskę ma na znak urzędu I tą laską z kolei jako mistrz obrzędu Wskazuje wszystkim miejsca i gości usadza Naprzód jako najpierwsza województwa władza Podkomorzy Marszałek wziął miejsce zaszczytne Ze słoniowym poręczem krzesło aksamitne Obok na prawej stronie jenerał Dąbrowski Na lewej siadł Kniaziewicz Pac i Małachowski Śród nich Podkomorzyna dalej inne panie Oficerowie pany szlachta i ziemianie Mężczyźni i kobiety na przemian po parze Usiadają porządkiem gdzie Wojski ukaże Pan Sędzia skłoniwszy się opuścił biesiadę On na dziedzińcu włościan traktował gromadę Zebrawszy ich za stołem na dwa staje długim Sam siadł na jednym końcu a pleban na drugim Tadeusz i Zofija do stołu nie siedli Zajęci częstowaniem włościan chodząc jedli Starożytny był zwyczaj iż dziedzice nowi Na pierwszej uczcie sami służyli ludowi Tymczasem goście potraw czekający w sali Z zadziwieniem na wielki serwis poglądali Którego równie drogi kruszec jak robota Jest podanie że książę Radziwiłł Sierota Kazał ten sprzęt na urząd w Wenecyi zrobić I wedle własnych planów po polsku ozdobić Serwis potem zabrany czasu wojny szwedzkiéj Przeszedł nie wiedzieć jaką drogą w dom szlachecki Dziś ze skarbca dobyty zajął środek stoła Ogromnym kręgiem na kształt karetnego koła Serwis ten był nalany ode dna po brzegi Piankami i cukrami białymi jak śniegi Udawał przewybornie krajobraz zimowy W środku czerniał ogromny bór konfiturowy Stronami domy niby wioski i zaścianki Okryte zamiast śronu cukrowymi pianki Na krawędziach naczynia stoją dla ozdoby Niewielkie z porcelany wydęte osoby W polskich strojach jakoby aktory na scenie Zdawały się przedstawiać jakoweś zdarzenie Gest ich sztucznie wydany farby osobliwe Tylko głosu im braknie zresztą gdyby żywe Cóż przedstawiają goście pytali ciekawi Za czym Wojski podnosi laskę i tak prawi Tymczasem podawano wódkę przed jedzeniem Za mych Wielce Mościwych Panów pozwoleniem Te persony których tu widzicie bez liku Przedstawiają polskiego historią sejmiku Narady wotowanie tryumfy i waśnie Sam tę scenę odgadłem i Państwu objaśnię Oto na prawo widać liczne szlachty grono Pewnie ich przed sejmikiem na ucztę sproszono Czeka nakryty stolik nikt gości nie sadza Stoją kupkami każda kupka się naradza Patrzcie iż w każdej kupce stoi w środku człowiek Z którego ust otwartych z podniesionych powiek Rąk niespokojnych widać mówca coś tłumaczy I palcem eksplikuje i na dłoni znaczy Ci mówcy zalecają swoich kandydatów Z różnym skutkiem jak widać z miny szlachty bratów Wprawdzie tam w drugiej kupie szlachta pilnie słucha Ten ręce za pas zatknął i przyłożył ucha Ów dłoń przy uchu trzyma i milczkiem wąs kręci Zapewne słowa zbiera i niże w pamięci Cieszy się mówca widząc że są nawróceni Gładzi kieszeń bo kreski ich już ma w kieszeni Lecz za to w trzecim gronie dzieje się inaczéj Tu mówca musi łowić za pasy słuchaczy Patrzcie wyrywają się i cofają uszy Patrzcie jako ten słuchacz od gniewu się puszy Wzniosł ręce grozi mówcy usta mu zatyka Pewnie słyszał pochwały swego przeciwnika Ten drugi pochyliwszy czoło na kształt byka Powiedziałbyś że mówcę pochwyci na rogi Ci biorą się do szabel tamci poszli w nogi Jeden między kupkami szlachcic cichy stoi Widać że człek bezstronny waha się i boi Za kim dać kreskę nie wie i sam z sobą w walce Pyta losu wzniosł ręce wytknął wielkie palce Zmrużył oczy paznokciem do paznokcia mierzy Widać że kreskę swoję kabale powierzy Jeśli palce trafią się da afirmatywę A jeżeli się chybią rzuci negatywę Na lewej druga scena refektarz klasztoru Obrócony na salę szlacheckiego zboru Starsi rzędem na ławach siedzą młodsi stają I ciekawi przez głowy w środek zaglądają W środku marszałek stoi wazon w ręku trzyma Liczy gałki szlachta je pożera oczyma Właśnie wytrząsł ostatnią woźni ręce wznoszą I imię obranego urzędnika głoszą Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa Patrz wytknął głowę oknem z kuchni refektarza Patrz jak oczy wytrzeszczył jak pogląda śmiało Usta otworzył jakby chciał zjeść izbę całą Łatwo zgadnąć że szlachcic ten zawołał Veto Patrzcie jak za tą nagłą do kłótni podnietą Tłoczy się do drzwi ciżba pewnie idą w kuchnię Dostali szable pewnie krwawy bój wybuchnie Lecz tam na korytarzu Państwo uważacie Tego starego księdza co idzie w ornacie To przeor Sanktissimum z ołtarza wynosi A chłopiec w komży dzwoni i na ustąp prosi Szlachta wnet szable chowa żegna się i klęka A ksiądz tam się obraca gdzie jeszcze broń szczęka Skoro przyjdzie wnet wszystkich uciszy i zgodzi Ach wy nie pamiętacie tego Państwo młodzi Jak śród naszej burzliwej szlachty samowładnej Zbrojnej nie trzeba było policyi żadnej Dopóki wiara kwitła szanowano prawa Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława W innych krajach jak słyszę trzyma urząd drabów Policyjantów różnych żandarmów konstabów Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże Żeby w tych krajach była wolność nie uwierzę Wtem dzwoniąc w tabakierę rzekł pan Podkomorzy Panie Wojski niech Wasze na potem odłoży Te historyje prawda że sejmik ciekawy Ale my głodni każ Wać przynosić potrawy Na to Wojski skłaniając aż do ziemi laskę Jaśnie Wielmożny Panie zróbże mi tę łaskę Zaraz dokończę scenę ostatnią sejmików Oto nowy marszałek na ręku stronników Wyniesion z refektarza patrz jak szlachta braty Rzucają czapki usta otwarli wiwaty A tam po drugiej stronie pan przekreskowany Sam jeden czapkę wcisnął na łeb zadumany Żona przed domem czeka zgadła co się dzieje Biedna oto na ręku pokojowej mdleje Biedna Jaśnie Wielmożnej tytuł przybrać miała A znów tylko Wielmożną na lat trzy została Tu Wojski skończył opis i laską znak daje I wnet zaczęli wchodzić parami lokaje Roznoszący potrawy barszcz królewskim zwany I rosoł staropolski sztucznie gotowany Do którego pan Wojski z dziwnymi sekrety Wrzucił kilka perełek i sztukę monety Taki rosoł krew czyści i pokrzepia zdrowie Dalej inne potrawy a któż je wypowie Kto zrozumie nie znane już za naszych czasów Te półmiski kontuzów arkasów blemasów Z ingredyjencyjami pomuchl figatelów Cybetów piżm dragantów pinelów brunelów Owe ryby łososie suche dunajeckie Wyżyny kawijary weneckie tureckie Szczuki główne i szczuki podgłówne łokietne Flądry i karpie ćwiki i karpie szlachetne W końcu sekret kucharski ryba nie krojona U głowy przysmażona we środku pieczona A mająca potrawkę z sosem u ogona Goście ani pytali nazwiska potrawy Ani ich zastanowił ów sekret ciekawy Wszystko prędko z żołnierskim jedli apetytem Kieliszki napełniając węgrzynem obfitym Ale tymczasem wielki serwis barwę zmienił I odarty ze śniegu już się zazielenił Bo lekka ciepłem letnim powoli rozgrzana Roztopiła się lodu cukrowego piana I dno odkryła dotąd zatajone oku Więc krajobraz przedstawił nową porę roku Zabłysnąwszy zieloną różnofarbną wiosną Wychodzą różne zboża jak na drożdżach rosną Pszenicy szafranowej buja kłos złocisty Żyto ubrane w srebra malarskiego listy I gryka wyrabiana sztucznie z czokolady I kwitnące gruszkami i jabłkami sady Ledwie mają czas goście darów lata użyć Darmo proszą Wojskiego żeby je przedłużyć Już serwis jak planeta koniecznym obrotem Zmienia porę już zboża malowane złotem Nabrawszy ciepła w izbie powoli topnieją Już trawy pożółkniały liścia czerwienieją Sypią się rzekłbyś iż wiatr jesienny powiewa Na koniec owe chwilę przedtem strojne drzewa Teraz jakby odarte od wichrów i śronu Stoją nagie były to laski cynamonu Lub udające sosnę gałązki wawrzynu Odziane zamiast kolców ziarenkami kminu Goście pijący wino zaczęli gałązki Pnie i korzenie zrywać i gryźć dla zakąski Wojski obchodził serwis i pełen radości Tryumfujące oczy obracał na gości Henryk Dąbrowski udał wielkie zadziwienie I rzekł Mój Panie Wojski czy to chińskie cienie Czy to Pinety Panu dał w służbę swe bisy Czy dotąd u was w Litwie są takie serwisy I wszyscy takim starym ucztują zwyczajem Powiedz mi bo ja życie strawiłem za krajem Wojski rzekł kłaniając się Nie Jaśnie Wielmożny Jenerale nie jest to żaden kunszt bezbożny Jest to pamiątka tylko owych biesiad sławnych Które dawano w domach panów starodawnych Gdy Polska używała szczęścia i potęgi Com zrobił tom wyczytał z tej tu oto księgi Pytasz czy wszędzie w Litwie ten się zwyczaj chowa Niestety już i do nas włazi moda nowa Niejeden panicz krzyczy że nie cierpi zbytków Je jak Żyd skąpi gościom potraw i napitków Węgrzyna pożałuje a pije szatańskie Fałszywe wino modne moskiewskie szampańskie Potem w wieczor na karty tyle złota straci Że za nie dałbyś ucztę na stu szlachty braci Nawet bo co na sercu mam dziś powiem szczerze Niech tego Podkomorzy za złe mi nie bierze Kiedym ten serwis cudny ze skarbca dobywał To nawet Podkomorzy i on mnie przedrwiwał Mówiąc że to machina zmudna staroświecka Że to ma pozor niby zabawki dla dziecka Nieprzyzwoitej dla tak znakomitych ludzi Sędzio i Sędzia mówił że to gości znudzi A przecież ile wnoszę z Panów zadziwienia Widzę iż ten kunszt piękny godzien był widzenia Nie wiem czy się podobna okazyja zdarzy Częstować w Soplicowie takich dygnitarzy Widzę że Pan Jenerał na biesiadach zna się Niechaj przyjmie tę książkę ona Panu zda się Gdy będziesz dla monarchów zagranicznych grona Dawał ucztę ba nawet dla Napoleona Ale pozwól nim księgę tę Panu poświęcę Niech powiem jakim trafem wpadła w moje ręce Wtem szmer powstał za drzwiami razem głosów wiele Zawołało Niech żyje Kurek na kościele Ciżba tłoczy się w salę a Maciej na czele Sędzia gościa za rękę do stołu prowadził I wysoko pomiędzy wodzami posadził Mówiąc Panie Macieju niedobry sąsiedzie Przyjeżdżasz bardzo poźno prawie po obiedzie Jem wcześnie rzekł Dobrzyński ja tu nie dla jadła Przybyłem tylko że mnie ciekawość napadła Obejrzeć z bliska naszą armię narodową Wiele by gadać jest to ani to ni owo Szlachta mnie obaczyła i gwałtem tu wiedzie A Waszeć za stół sadzasz dziękuję sąsiedzie To wyrzekłszy przewrócił talerz dnem do góry Na znak że jeść nie będzie i milczał ponury Panie Dobrzyński rzekł mu jenerał Dąbrowski Tyż to jesteś ów sławny rębacz Kościuszkowski Ów Maciej zwany Rózga znam ciebie ze sławy I proszę takiś dotąd czerstwy taki żwawy Ileż to lat minęło Patrz jam się podstarzał Patrz i Kniaziewiczowi już się włos poszarzał A ty jeszcze z młodszymi mógłbyś pójść w zapasy I Rózga twoja kwitnie pono jak przed czasy Słyszałem żeś niedawno Moskalów oćwiczył Lecz gdzie są bracia twoi Nieźmiernie bym życzył Widzieć te Scyzoryki i te wasze Brzytwy Ostatnie egzemplarze starodawnej Litwy Jenerale rzekł Sędzia po owym zwycięstwie Prawie wszyscy Dobrzyńscy schronili się w Księstwie Zapewne do którego weszli legijonu W istocie odpowiedział młody szef szwadronu Mam w drugiej kompaniji wąsate straszydło Wachmistrza Dobrzyńskiego co się zwie Kropidło A Mazury zowią go litewskim niedźwiedziem Jeśli Jenerał każe to go tu przywiedziem Jest rzekł porucznik kilku innych rodem z Litwy Jeden żołnierz znajomy pod imieniem Brzytwy I drugi co z tromblonem jeździ na flankiery Są także w pułku strzelców dwa grenadyjery Dobrzyńscy Ale ale o ich naczelniku Rzekł Jenerał chcę wiedzieć o tym Scyzoryku O którym mnie Pan Wojski tyle prawił cudów Jakby o jednym z owych dawnych wielkoludów Scyzoryk rzecze Wojski choć nie egzulował Ale bojąc się śledztwa przed Moskwą się schował Całą zimę nieborak tułał się po lasach Teraz dopiero wyszedł w tych wojennych czasach Mógłby się na co przydać jest rycerskim człekiem Szkoda tylko że trochę przyciśniony wiekiem Lecz owoż on Tu Wojski palcem wskazał w sieni Gdzie czeladź i wieśniacy stali natłoczeni A nad wszystkich głowami łysina błyszcząca Ukazała się nagle jak pełnia miesiąca Trzykroć weszła i trzykroć znikła w głów obłoku Klucznik idąc kłaniał się aż dobył się z tłoku I rzekł Jaśnie Wielmożny Koronny Hetmanie Czy Jenerale mniejsza o tytułowanie Jam jest Rębajło staję na twe zawołanie Z tym moim Scyzorykiem który nie z oprawy Ani z napisów ale z hartu nabył sławy Że nawet o nim Jaśnie Wielmożny Pan wiedział Gdyby on gadać umiał może by powiedział Cokolwiek na pochwałę i tej starej ręki Która służyła długo wiernie Bogu dzięki Ojczyźnie tudzież panów Horeszków rodzinie Czego pamięć dotychczas między ludźmi słynie Mopanku rzadko który pisarz prowentowy Tak zręcznie temperuje pióra jak on głowy Długo liczyć A nosów i uszu bez liku A nie ma żadnej szczerby na tym Scyzoryku I żaden go nie splamił zbojecki uczynek Tylko otwarta wojna albo pojedynek Raz tylko Panie daj mu wieczny odpoczynek Bezbronnego człowieka niestety sprzątniono A i to Bóg mi świadkiem pro publico bono Pokaż no rzekł śmiejąc się jenerał Dąbrowski A to piękny scyzoryk istny miecz katowski I z zadziwieniem wielki rapier opatrywał I innym oficerom w kolej pokazywał Probowali go wszyscy ale ledwie który Z oficerów mógł podnieść ten rapier do góry Mówiono że Dembiński sławny ręki siłą Podźwignąłby szablicę lecz go tam nie było Z obecnych zaś tylko szef szwadronu Dwernicki I dowódca plutonu porucznik Różycki Potrafili obracać tym żelaznym drągiem I tak rapier na probę szedł z rąk do rąk ciągiem Lecz jenerał Kniaziewicz wzrostem najsłuszniejszy Pokazało się iż był w ręku najsilniejszy Ująwszy rapier lekko jakby szpadę dźwignął I nad głowami gości błyskawicą mignął Przypominając polskie fechtarskie wykręty Krzyżową sztukę młyńca cios krzywy raz cięty Cios kradziony i tempy kontrpunktów tercetów Które też umiał bo był ze Szkoły Kadetów Gdy śmiejąc się fechtował Rębajło już klęczał Objął go za kolana i ze łzami jęczał Za każdym zwrotem miecza Pięknie Jenerale Czyś był konfederatem pięknie doskonale To sztych Pułaskich tak się Dzierżanowski składał To sztych Sawy Któż Panu tak rękę układał Chyba Maciej Dobrzyński A to Jenerale Mój wynalazek dalbóg mój ja się nie chwalę To cięcie znane tylko w Rębajłów zaścianku Od mojego imienia zwane cios mopanku Któż to Pana nauczył to jest moje cięcie Moje Wstał Jenerała porwawszy w objęcie Teraz umrę spokojny jest przecie na świecie Człowiek który przytuli moje drogie dziecię Bo wszak nad tym od dawna dzień i noc boleję Czy po śmierci ten rapier mój nie zerdzewieje Otoż nie zerdzewieje Mój Jaśnie Wielmożny Jenerale wybacz mi porzućcie te rożny Niemieckie szpadki to wstyd szlacheckiemu dziecku Nosić ten kijek weźmij szablę po szlachecku Oto ten mój Scyzoryk u nóg Twoich składam To jest co najdroższego na świecie posiadam Nie miałem nigdy żony nie miałem dziecięcia On był żoną i dzieckiem z mojego objęcia Nigdy on nie wychodził od rana do mroku Pieściłem go on w nocy sypiał przy mym boku A kiedym się zestarzał nad łóżkiem na ścianie Wisiał jako nad Żydem Boże przykazanie Myśliłem zakopać go razem z ręką w grobie Lecz znalazłem dziedzica Niechaj służy Tobie Jenerał wpół śmiejąc się a na wpół wzruszony Kolego rzekł jeżeli ustąpisz mnie żony I dziecka to zostaniesz przez resztę żywota Bardzo samotny stary wdowiec i sierota Powiedz czym ci ten drogi dar mam wynagrodzić I czym twoje sieroctwo i wdowstwo osłodzić Czy ja Cybulski rzecze na to Klucznik z żalem Co żonę przegrał grając w mariasza z Moskalem Jak o tym pieśń powiada Ja mam dosyć na tem Że mój Scyzoryk jeszcze zabłyśnie przed światem W takim ręku Niech tylko Jenerał pamięta Aby tasiemka była długa rozciągnięta Bo to długie a zawsze od lewego ucha Ciąć oburącz to przetniesz od głowy do brzucha Jenerał wziął Scyzoryk lecz że bardzo długi Nie mógł nosić w furgonie schowały go sługi Co się z nim stało różnie powiadają o tem Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas ni potem Dąbrowski rzekł do Maćka A ty co Kolego Zdaje się żeś ty nierad z przybycia naszego Milczysz kwaśny i jakże serce ci nie skacze Gdy widzisz orły złote srebrne gdy trębacze Pobudkę Kościuszkowską trąbią ci nad uchem Maćku myśliłem że ty większym jesteś zuchem Jeśli szabli nie weźmiesz i na koń nie siędziesz Przynajmniej z kolegami wesoło pić będziesz Zdrowie Napoleona i Polski nadzieje Ha rzekł Maciej słyszałem widzę co się dzieje Ale Panie dwóch orłów razem się nie gnieździ Łaska pańska Hetmanie na pstrym koniu jeździ Cesarz wielki bohater gadać o tym wiele Pamiętam że Pułascy moi przyjaciele Mawiali poglądając na Dymuryjera Że dla Polski polskiego trzeba bohatera Nie Francuza ani też Włocha ale Piasta Jana albo Józefa lub Maćka i basta Wojsko mówią że polskie lecz te fizyliery Sapery grenadiery i kanonijery Więcej słychać niemieckich tytułów w tym tłumie Niżeli narodowych Kto to już zrozumie A muszą też być z wami Turki czy Tartary Czy syzmatyki co ni Boga ani wiary Sam widziałem kobiety w wioskach napastują Przechodniów odzierają kościoły rabują Cesarz idzie do Moskwy daleka to droga Jeśli Cesarz Jegomość wybrał się bez Boga Słyszałem że już podpadł pod klątwy biskupie Wszystko to jest Tu Maciej chleb umoczył w supie I jedząc nie dokończył ostatniego słowa Nie w smak Podkomorzemu poszła Maćka mowa Młodzież zaczęła szemrać Sędzia przerwał swary Głosząc przybycie trzeciej narzeczonej pary Był to Rejent sam siebie Rejentem ogłosił Nikt go nie poznał dotąd polskie suknie nosił Lecz teraz Telimena przyszła żona zmusza Warunkiem intercyzy wyrzec się kontusza Więc się Rejent rad nierad po francusku przebrał Widno że mu frak duszy połowę odebrał Stąpa jakby kij połknął prosto nieruchawo Jak żuraw nie śmie spójrzeć ni w lewo ni w prawo Mina gęsta lecz z miny widać że jest w męce Nie wie jak się pokłonić gdzie ma podziać ręce On co tak gesty lubił ręce za pas sadził Nie masz pasa tylko się po żołądku gładził Postrzegł omyłkę bardzo zmięszał się spiekł raka I ręce obie schował w jedną kieszeń fraka Idzie jakby przez rózgi śród szeptów i drwinek Wstydząc się za frak jakby za niecny uczynek Aż spotkał oczy Maćka i zadrżał z bojaźni Maciej dotąd z Rejentem żył w wielkiej przyjaźni Teraz wzrok nań obrócił tak ostry i dziki Że Rejent zbladnął zaczął zapinać guziki Myśląc że Maciej wzrokiem suknie z niego złupi Dobrzyński tylko dwakroć wyrzekł głośno Głupi I tak strasznie zgorszył się z Rejenta przebrania Że zaraz wstał od stołu i bez pożegnania Wymknąwszy się wsiadł na koń wrócił do zaścianka A tymczasem Rejenta nadobna kochanka Telimena roztacza blaski swej urody I ubior od stóp do głów co najświeższej mody Jaką miała sukienkę jaki strój na głowie Daremnie pisać pióro tego nie wypowie Chyba pędzel by skreślił te tiule ptyfenie Blondyny kaszemiry perły i kamienie I oblicze różane i żywe wejrzenie Poznał ją zaraz Hrabia z zadziwienia blady Wstał od stołu i szukał koło siebie szpady I tyżeś to zawołał czy mnie oczy łudzą Ty w obecności mojej ściskasz rękę cudzą O niewierna istoto o duszo zmiennicza I nie skryjesz ze wstydu pod ziemię oblicza Takeś twojej tak świeżej niepomna przysięgi O łatwowierny po cóż nosiłem te wstęgi Lecz biada rywalowi co mię tak znieważa Po moim chyba trupie pójdzie do ołtarza Goście powstali Rejent okropnie się zmieszał Podkomorzy rywalów zagodzić pośpieszał Lecz Telimena wziąwszy Hrabiego na stronę Jeszcze szepnęła Rejent nie wziął mię za żonę Jeżeli Pan przeszkadzasz odpowiedzże na to A odpowiedz mi zaraz krótko węzłowato Czy mnie kochasz czyś dotąd serca nie odmienił Czyś gotów żebyś ze mną zaraz się ożenił Zaraz dziś jeśli zechcesz odstąpię Rejenta Hrabia rzekł O kobieto dla mnie niepojęta Dawniej w uczuciach twoich byłaś poetyczną A teraz mi się zdajesz całkiem prozaiczną Cóż są wasze małżeństwa jeśli nie łańcuchy Które związują tylko ręce a nie duchy Wierzaj są oświadczenia nawet bez wyznania Są obowiązki nawet bez obowiązania Dwa serca pałające na dwóch końcach ziemi Rozmawiają jak gwiazdy promieńmi drżącemi Kto wie może dlatego ziemia tak do słońca Dąży i tak jest zawsze miłą dla miesiąca Że wiecznie patrzą na się i najkrótszą drogą Biegą do siebie ale zbliżyć się nie mogą Dość już tego przerwała nie jestem planetą Z łaski Bożej dość Hrabio ja jestem kobietą Już wiem resztę przestań mi pleść ni to ni owo Teraz ostrzegam jeśli piśniesz jedno słowo Ażeby ślub mój zerwać to jak Bóg na niebie Że z tymi paznokciami przyskoczę do ciebie I Nie będę rzekł Hrabia szczęścia Pani kłócił I oczy pełne smutku i wzgardy odwrócił I ażeby ukarać niewierną kochankę Za przedmiot stałych ogniów wziął Podkomorzankę Wojski pragnął młodzieńców poróżnionych zgodzić Przykładami mądrymi więc zaczął wywodzić Historyję o dziku Nalibockich lasów I o kłótni Rejtana z książęciem Denassów Ale goście tymczasem skończyli jeść lody I z zamku na dziedziniec wyszli dla ochłody Tam włość już kończy ucztę krążą miodu dzbany Muzyka już się stroi i wzywa na tany Szukają Tadeusza który stał na stronie I coś pilnego szeptał swojej przyszłej żonie Zofijo muszę ciebie w bardzo ważnej rzeczy Radzić się już pytałem stryja on nie przeczy Wiesz iż znaczna część wiosek które mam posiadać Wedle prawa na ciebie powinna by spadać A chłopi nie są moi lecz twoi poddani Nie śmiałbym ich urządzić bez woli ich pani Teraz kiedy już mamy Ojczyznę kochaną Czyliż wieśniacy zyszczą z tą szczęśliwą zmianą Tyle tylko że pana innego dostaną Prawda że byli dotąd rządzeni łaskawie Lecz po mej śmierci Bóg wie komu ich zostawię Jestem żołnierz jesteśmy śmiertelni oboje Jestem człowiek sam własnych kaprysów się boję Bezpieczniej zrobię kiedy władzy się wyrzekę I oddam los włościanów pod prawa opiekę Sami wolni uczyńmy i włościan wolnemi Oddajmy im w dziedzictwo posiadanie ziemi Na której się zrodzili którą krwawą pracą Zdobyli z której wszystkich żywią i bogacą Lecz muszę ciebie ostrzec że tych ziem nadanie Zmniejszy nasz dochod w miernym musimy żyć stanie Ja przywykłem do życia oszczędnego z młodu Lecz ty Zofijo jesteś z wysokiego rodu W stolicy przepędziłaś twoje młode lata Czyż zgodzisz się żyć na wsi z daleka od świata Jak ziemianka A na to Zosia rzekła skromnie Jestem kobietą rządy nie należą do mnie Wszakże Pan będziesz mężem ja do rady młoda Co Pan urządzisz na to całym sercem zgoda Jeśli włość uwalniając zostaniesz uboższy To Tadeuszu będziesz sercu memu droższy O moim rodzie mało wiem i nie dbam o to Tyle pomnę że byłam ubogą sierotą Że od Sopliców byłam za córkę przybrana W ich domu hodowana i za mąż wydana Wsi nie lękam się jeśli w wielkim mieście żyłam To dawno zapomniałam wieś zawsze lubiłam I wierz mi że mnie moje kogutki i kurki Więcej bawiły niżli owe Peterburki Jeśli czasem tęskniłam do zabaw do ludzi To z dzieciństwa wiem teraz że mnie miasto nudzi Przekonałam się zimą po krótkim pobycie W Wilnie że ja na wiejskie urodzona życie Pośród zabaw tęskniłam znów do Soplicowa Pracy też nie lękam się bom młoda i zdrowa Umiem chodzić około domu nosić klucze Gospodarstwa obaczysz jak ja się wyuczę Gdy Zosia domawiała ostatnie wyrazy Podszedł ku niej zdziwiony i kwaśny Gerwazy Już wiem rzekł Sędzia mówił już o tej wolności Lecz nie pojmuję co to ściąga się do włości Boję się żeby to coś nie było z niemiecka Wszak wolność nie jest chłopska rzecz ale szlachecka Prawda że się wywodzim wszyscy od Adama Alem słyszał że chłopi pochodzą od Chama Żydowie od Jafeta my szlachta od Sema A więc panujem jako starsi nad obiema Jużci pleban inaczej uczy na ambonie Powiada że to było tak w Starym Zakonie Ale skoro Chrystus Pan choć z królów pochodził Między Żydami w chłopskiej stajni się urodził Odtąd więc wszystkie stany porównał i zgodził Niech i tak będzie kiedy inaczej nie można Zwłaszcza że jako słyszę i Jaśnie Wielmożna Pani moja Zofija na wszystko się zgadza Jej rozkazać mnie słuchać jużci przy niej władza Tylko ostrzegam byśmy wolności nie dali Pustej i słownej tylko jako za Moskali Kiedy pan Karp nieboszczyk włościan wyswobodził A Moskal ich podatkiem potrójnym ogłodził Radzę więc aby chłopów starym obyczajem Uszlachcić i ogłosić że im herb nasz dajem Pani udzieli jednym wioskom Półkozica Drugim niech swą Leliwę nada Pan Soplica Natenczas i Rębajło uzna chłopa rownym Gdy go ujrzy szlachcicem wielmożnym herbownym Sejm potwierdzi A niech się mąż Pani nie trwoży Iż oddanie ziem Państwo tak bardzo zuboży Nie da Bóg abym rączki córy dygnitarskiej Widział umozolone w pracy gospodarskiej Jest na to sposób w zamku wiem ja pewną skrzynię W której jest Horeszkowskie stołowe naczynie Przy tym różne sygnety kanaki manele Kity bogate rzędy cudne karabele Skarbczyk Stolnika w ziemi skryty od grabieży Pani Zofiji jako dziedziczce należy Pilnowałem go w zamku jako oka w głowie Od Moskalów i od was Państwo Soplicowie Mam także spory worek mych własnych talarów Uzbieranych z wysługi tudzież z pańskich darów Myśliłem gdy nam zamek wróconym zostanie Obrócić grosz na murów wyreperowanie Nowemu gospodarstwu dziś zda się w potrzebie A więc Panie Soplico wnoszę się do ciebie Będę żył u mej Pani na łaskawym chlebie I kołysząc Horeszków pokolenie trzecie Wprawiać do Scyzoryka Pani mojej dziecię Jeśli syn a syn będzie bo wojny nadchodzą A w czasie wojny zawżdy synowie się rodzą Ledwie ostatnie słowa domówił Gerwazy Gdy poważnymi kroki przystąpił Protazy Skłonił się i wydobył z zanadrza kontusza Panegiryk ogromny w półtrzecia arkusza Skomponował go rymem podoficer młody Który niegdyś w stolicy sławne pisał ody Potem wdział mundur lecz i w wojsku beletrysta Wiersze rabiał już Woźny przeczytał ich trzysta Aż gdy przyszedł do miejsca O ty której wdzięki Budzą bolesną radość i rozkoszne męki Która na szyk Bellony gdy zwrócisz twarz piękną Złamią się wnet oszczepy i tarcze rozpękną Zwalcz dziś Marsa Hymenem srogiej niezgód hydrze Niech dłoń twoja syczące z czoła zmije wydrze Tadeusz i Zofija ustawnie klaskali Niby chwaląc w istocie nie chcąc słuchać daléj Już z rozkazu Sędziego pleban stał na stole I ogłaszał włościanom Tadeusza wolę Zaledwie usłyszeli nowinę poddani Skoczyli do panicza padli do nóg pani Zdrowie Państwu naszemu ze łzami krzyknęli Tadeusz krzyknął Zdrowie Spółobywateli Wolnych równych Polaków Wnoszę Ludu zdrowie Rzekł Dąbrowski lud krzyknął Niech żyją Wodzowie Wiwat Wojsko wiwat Lud wiwat wszystkie Stany Tysiącem głosów zdrowia grzmiały na przemiany Tylko Buchman radości podzielać nie raczył Pochwalał projekt lecz go rad by przeinaczył A naprzód komisyją legalną wyznaczył Która by krótkość czasu była na zawadzie Że nie stało się zadość Buchmanowej radzie Bo na dziedzińcu zamku już stali parami Oficery z damami wiara z wieśniaczkami Poloneza krzyknęli wszyscy w jedno słowo Oficerowie wiodą muzykę wojskową Ale pan Sędzia w ucho rzekł do Jenerała Każ Pan żeby się jeszcze kapela wstrzymała Wiesz że dzisiaj synowca mego zaręczyny A dawnym obyczajem jest naszej rodziny Zaręczać się i żenić przy wiejskiej muzyce Patrz stoi cymbalista skrzypak i kozice Poczciwi muzykanci już się skrzypak zżyma A kobeźnik kłania się i żebrze oczyma Jeżeli ich odprawię biedni będą płakać Lud przy innej muzyce nie potrafi skakać Niechaj ci zaczną niech się i lud podweseli Potem będziem wybornej twej słuchać kapeli Dał znak Skrzypak u sukni zakasał rękawek Ścisnął gryf krzepko oparł brodę o podstawek I smyk jak konia w zawód puścił po skrzypicy Na to hasło stojący obok kobeźnicy Jak gdyby w skrzydła bijąc częstym ramion ruchem Dmą w miechy i oblicza wypełniają duchem Myśliłbyś że ta para w powietrze uleci Podobna do pyzatych Boreasza dzieci Brakło cymbałów Było cymbalistów wielu Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu Jankiel przez całą zimę nie wiedzieć gdzie bawił Teraz się nagle z głównym sztabem wojska zjawił Wiedzą wszyscy że mu nikt na tym instrumencie Nie wyrówna w biegłości w guście i w talencie Proszą ażeby zagrał podają cymbały Żyd wzbrania się powiada że ręce zgrubiały Odwykł od grania nie śmie i panów się wstydzi Kłaniając się umyka gdy to Zosia widzi Podbiega i na białej podaje mu dłoni Drążki którymi zwykle mistrz we struny dzwoni Drugą rączką po siwej brodzie starca głaska I dygając Jankielu mówi jeśli łaska Wszak to me zaręczyny zagrajże Jankielu Wszak nieraz przyrzekałeś grać na mym weselu Jankiel nieźmiernie Zosię lubił kiwnął brodą Na znak że nie odmawia więc go w środek wiodą Podają krzesło usiadł cymbały przynoszą Kładą mu na kolanach on patrzy z rozkoszą I z dumą jak weteran w służbę powołany Gdy wnuki ciężki jego miecz ciągną ze ściany Dziad śmieje się choć miecza dawno nie miał w dłoni Lecz uczuł że dłoń jeszcze nie zawiedzie broni Tymczasem dwaj uczniowie przy cymbałach klęczą Stroją na nowo struny i probując brzęczą Jankiel z przymrużonymi na poły oczyma Milczy i nieruchome drążki w palcach trzyma Spuścił je zrazu bijąc taktem tryumfalnym Potem gęściej siekł struny jak deszczem nawalnym Dziwią się wszyscy lecz to była tylko proba Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba Znowu gra już drżą drążki tak lekkimi ruchy Jak gdyby zadzwoniło w strunę skrzydło muchy Wydając ciche ledwie słyszalne brzęczenia Mistrz zawsze patrzył w niebo czekając natchnienia Spójrzał z góry instrument dumnym okiem zmierzył Wzniosł ręce spuścił razem w dwa drążki uderzył Zdumieli się słuchaczeRazem ze strun wiela Buchnął dźwięk jakby cała janczarska kapela Ozwała się z dzwonkami z zelami z bębenki Brzmi Polonez Trzeciego Maja Skoczne dźwięki Radością oddychają radością słuch poją Dziewki chcą tańczyć chłopcy w miejscu nie dostoją Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły W owe lata szczęśliwe gdy senat i posły Po dniu Trzeciego Maja w ratuszowej sali Zgodzonego z narodem króla fetowali Gdy przy tańcu śpiewano Wiwat Król kochany Wiwat Sejm wiwat Naród wiwat wszystkie Stany Mistrz coraz takty nagli i tony natęża A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża Jak zgrzyt żelaza po szkle przejął wszystkich dreszczem I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem Zasmuceni strwożeni słuchacze zwątpili Czy instrument niestrojny czy się muzyk myli Nie zmylił się mistrz taki on umyślnie trąca Wciąż tę zdradziecką strunę melodyję zmąca Coraz głośniej targając akord rozdąsany Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany Aż Klucznik pojął mistrza zakrył ręką lica I krzyknął Znam znam głos ten to jest Targowica I wnet pękła ze świstem struna złowróżąca Muzyk bieży do prymów urywa takt zmąca Porzuca prymy bieży z drążkami do basów Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów Takt marszu wojna atak szturm słychać wystrzały Jęk dzieci płacze matek Tak mistrz doskonały Wydał okropność szturmu że wieśniaczki drżały Przypominając sobie ze łzami boleści Rzeź Pragi którą znały z pieśni i z powieści Rade że mistrz na koniec strunami wszystkiemi Zagrzmiał i głosy zdusił jakby wbił do ziemi Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia Znowu muzyka inna znów zrazu brzęczenia Lekkie i ciche kilka cienkich strunek jęczy Jak kilka much gdy z siatki wyrwą się pajęczéj Lecz strun coraz przybywa już rozpierzchłe tony Łączą się i akordów wiążą legijony I już w takt postępują zgodzonymi dźwięki Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki O żołnierzu tułaczu który borem lasem Idzie z biedy i z głodu przymierając czasem Na koniec pada u nóg konika wiernego A konik nogą grzebie mogiłę dla niego Piosenka stara wojsku polskiemu tak miła Poznali ją żołnierze wiara się skupiła Wkoło mistrza słuchają wspominają sobie Ów czas okropny kiedy na Ojczyzny grobie Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata Po lądach morzach piaskach gorących i mrozie Pośrodku obcych ludów gdzie często w obozie Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy Tak rozmyślając smutnie pochylili głowy Ale je wnet podnieśli bo mistrz tony wznosi Natęża takty zmienia coś innego głosi I znowu spójrzał z góry okiem struny zmierzył Złączył ręce oburącz w dwa drążki uderzył Uderzenie tak sztuczne tak było potężne Że struny zadzwoniły jak trąby mosiężne I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła Marsz tryumfalny Jeszcze Polska nie zginęła Marsz Dąbrowski do Polski I wszyscy klasnęli I wszyscy Marsz Dąbrowski chorem okrzyknęli Muzyk jakby sam swojej dziwił się piosence Upuścił drążki z palców podniosł w górę ręce Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona Powiewała poważnie broda podniesiona Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca We wzroku ducha pełnym błyszczał żar młodzieńca Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił Zakrył rękami spod rąk łez potok się rzucił Jenerale rzekł Ciebie długo Litwa nasza Czekała długo jak my Żydzi Mesyjasza Ciebie prorokowali dawno między ludem Śpiewaki Ciebie niebo obwieściło cudem Żyj i wojuj o Ty nasz Mówiąc ciągle szlochał Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał Dąbrowski mu podawał rękę i dziękował On czapkę zdjąwszy wodza rękę ucałował Poloneza czas zacząć Podkomorzy rusza I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza I wąsa podkręcając podał rękę Zosi I skłoniwszy się grzecznie w pierwszą parę prosi Za Podkomorzym szereg w pary się gromadzi Dano hasło zaczęto taniec on prowadzi Nad murawą czerwone połyskają buty Bije blask z karabeli świeci się pas suty A on stąpa powoli niby od niechcenia Ale z każdego kroku z każdego ruszenia Można tancerza czucia i myśli wyczytać Oto stanął jak gdyby chciał swą damę pytać Pochyla ku niej głowę chce szepnąć do ucha Dama głowę odwraca wstydzi się nie słucha On zdjął konfederatkę kłania się pokornie Dama raczyła spójrzeć lecz milczy upornie On krok zwalnia oczyma jej spójrzenie śledzi I zaśmiał się na koniec rad z jej odpowiedzi Stąpa prędzej pogląda na rywalów z góry I swą konfederatkę z czaplinymi pióry To na czole zawiesza to nad czołem wstrząsa Aż włożył ją na bakier i podkręcił wąsa Idzie wszyscy zazdroszczą biegą w jego ślady On by rad ze swą damą wymknąć się z gromady Czasem staje na miejscu rękę grzecznie wznosi I żeby mimo przeszli pokornie ich prosi Czasem zamyśla zręcznie na bok się uchylić Odmienia drogę rad by towarzyszów zmylić Lecz go szybkimi kroki ścigają natręty I zewsząd obwijają tanecznymi skręty Więc gniewa się prawicę na rękojeść składa Jakby rzekł Nie dbam o was zazdrośnikom biada Zwraca się z dumą w czole i z wyzwaniem w oku Prosto w tłum tłum tancerzy nie śmie dostać w kroku Ustępują mu z drogi i zmieniwszy szyki Puszczają się znów za nim Brzmią zewsząd okrzyki Ach to może ostatni patrzcie patrzcie młodzi Może ostatni co tak poloneza wodzi I szły pary po parach hucznie i wesoło Rozkręcało się znowu skręcało się koło Jak wąż olbrzymi w tysiąc łamiący się zwojów Mieni się cętkowata różna barwa strojów Damskich pańskich żołnierskich jak łuska błyszcząca Wyzłocona promieńmi zachodniego słońca I odbita o ciemne murawy węzgłowia Wre taniec brzmi muzyka oklaski i zdrowia Tylko kapral Dobrzyński Sak ani kapeli Nie słucha ani tańczy ani się weseli Ręce w tył założywszy stoi zły ponury Wspomina swe dawniejsze do Zosi konkury Jak lubił dla niej nosić kwiaty pleść koszyczki Wybierać gniazda ptasie robić zauszniczki Niewdzięczna chociaż tyle pięknych darów strwonił Choć przed nim uciekała choć mu ojciec bronił On jeszcze ileż razy na parkanie siadał By ją dójrzeć przez okna w konopie się wkradał Żeby patrzeć jak ona pleła swe ogródki Rwała ogórki albo karmiła kogutki Niewdzięczna Spuścił głowę i na koniec świsnął Mazurka potem kaszkiet na uszy nacisnął I szedł w obóz gdzie stała przy armatach warta Tam dla rozerwania się zaczął grać w drużbarta Z wiarusami kielichem osładzając żałość Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość Zosia tańczy wesoło lecz choć w pierwszej parze Ledwie widna z daleka na wielkim obszarze Zarosłego dziedzińca w zielonej sukience Ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce Śród traw i kwiatów krąży niewidzialnym lotem Rządząc tańcem jak anioł nocnych gwiazd obrotem Zgadniesz gdzie jest bo ku niej obrócone oczy Wyciągnięte ramiona ku niej zgiełk się tłoczy Darmo się Podkomorzy zostać przy niej sili Zazdrośnicy już z pierwszej pary go odbili I szczęśliwy Dąbrowski niedługo się cieszył Ustąpił ją drugiemu a już trzeci śpieszył I ten zaraz odbity odszedł bez nadziei Aż Zosia już strudzona spotkała z kolei Tadeusza i dalszej lękając się zmiany I chcąc przy nim pozostać zakończyła tany Idzie do stołu gościom nalewać kielichy Słońce już gasło wieczor był ciepły i cichy Okrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany U góry błękitnawy na zachód różany Chmurki wróżą pogodę lekkie i świecące Tam jako trzody owiec na murawie śpiące Ówdzie nieco drobniejsze jak stada cyranek Na zachód obłok na kształt rąbkowych firanek Przejrzysty sfałdowany po wierzchu perłowy Po brzegach pozłacany w głębi purpurowy Jeszcze blaskiem zachodu tlił się i rozżarzał Aż powoli pożółkniał zbladnął i poszarzał Słońce spuściło głowę obłok zasunęło I raz ciepłym powiewem westchnąwszy usnęło A szlachta ciągle pije i wiwaty wznosi Napoleona Wodzów Tadeusza Zosi Wreszcie z kolei wszystkich trzech par zaręczonych Wszystkich gości obecnych wszystkich zaproszonych Wszystkich przyjaciół których kto żywych spamięta I których zmarłych pamięć pozostała święta I ja tam z gośćmi byłem miód i wino piłem A com widział i słyszał w księgi umieściłem Epilog O tym że dumać na paryskim bruku Przynosząc z miasta uszy pełne stuku Przeklęstw i kłamstwa niewczesnych zamiarów Zapóźnych żalów potępieńczych swarów Biada nam zbiegi żeśmy w czas morowy Lękliwe nieśli za granicę głowy Bo gdzie stąpili rosła przed nim trwoga W każdym sąsiedzi znajdowali wroga Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha I każą oddać co najprędzejducha A gdy na żale tén świat nie ma ucha Gdy ich co chwila nowina przeraża Bijąca z Polski jako dzwon smętarza Gdy im prędkiego zgonu życzą straże Wrogi ich wabią z dala jak grabarze Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą Nie dziw że ludzi świat siebie ohydzą Że utraciwszy rozum w mękach długich Plwają na siebie i żrą jedni drugich Chciałem pominąć ptak małego lotu Pominąć strefy ulewy i grzmotu I szukać tylko cienia i pogody Wieki dzieciństwa domowe zagrody Jedyne szczęście kto w szarej godzinie Z kilku przyjaciół usiadł przy kominie Drzwi od Europy zamykał hałasów Wyrwał się z myślą ku szczęśliwym czasóm I dumał myślił o swojej krainie Ale o krwi tej co się świeżo lała O łzach którymi płynie Polska cała O sławie która jeszcze nie przebrzmiała O nich pomyślić nie mieliśmy duszy Bo naród bywa na takiej katuszy Że kiedy zwróci wzrok ku jego męce Nawet Odwaga załamuje ręce Te pokolenia żałobami czarne Powietrze tylu klątwami ciężarne Tam myśl nie śmiała zwrócić lotów W sferę okropną nawet ptakom grzmotów Matko Polsko Ty tak świeżo w grobie Złożona nie ma sił mówić o tobie Ach czyjeż usta śmią pochlebiać sobie Że dzisiaj znajdą to serdeczne słowo Które rozczula rozpacz marmorową Które z serc wieko podejmie kamienne Rozwiąże oczy tylą łez brzemienne I sprawia że łza przystygła wypłynie Nim się te usta znajdą wiek przeminie Kiedyś gdy zemsty lwie przehuczą ryki Przebrzmi głos trąby przełamią się szyki Gdy orły nasze lotem błyskawicy Spadną u dawnej Chrobrego granicy Gdy ciał podjedzą i krwią całe spłyną I skrzydła wreszcie na spoczynek zwiną Gry wróg ostatni wyda krzyk boleści Umilknie światu swobodę obwieści Wtenczas dębowym liściem uwieńczeni Rzuciwszy miecze siądą rozbrojeni Rycerze nasi zechcą słuchać pieni Gdy świat obecnej doli pozazdrości Będą czas mieli słuchać o przeszłości Wtenczas zapłaczą nad ojców losami I wtenczas łza ta ich lica nie splami Dziś dla nas w świecie nieproszonych gości W całej przeszłości i w całej przyszłości Jedna już tylko jest kraina taka W której jest trochę szczęścia dla Polaka Kraj lat dziecinnych On zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie Nie zaburzony błędów przypomnieniem Nie podkopany nadziei złudzeniem Ani zmieniony wypadków strumieniem Gdziem rzadko płakał a nigdy nie zgrzytał Te kraje rad bym myślami powitał Kraje dzieciństwa gdzie człowiek po świecie Biegł jak po łące a znał tylko kwiecie Miłe i piękne jadowite rzucił Ku pożytecznym oka nie odwrócił Ten kraj szczęśliwy ubogi i ciasny Jak świat jest boży tak on był nasz własny Jakże tam wszystko do nas należało Jak pomnim wszystko co nas otaczało Od lipy która koroną wspaniałą Całej wsi dzieciom użyczała cienia Aż do każdego strumienia kamienia Jak każdy kątek ziemi był znajomy Aż po granicę po sąsiadów domy I tylko krajów tych obywatele Jedni zostali wierni przyjaciele Jedni dotychczas sprzymierzeńcy pewni Bo któż tam mieszkał matka bracia krewni Sąsiedzi dobrzy kogo z nich ubyło Jakże tam o nim często się mówiło Ile pamiątek jaka żałość długa Tam gdzie do pana przywiązańszy sługa Niż w innych krajach małżonka do męża Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża Niż tu syn ojca po psie płaczą szczerze I dłużej niż tu lud po bohaterze I przyjaciele wtenczas pomogli rozmowie I do piosnki rzucali mnie słowo za słowem Jak bajeczne żurawie nad dzikim ostrowem Nad zaklętym pałacem przelatując wiosną I słysząc zaklętego chłopca skargę głośną Każdy ptak chłopcu jedno pióro zrucił On zrobił skrzydła i do swoich wrócił O gdybym kiedy dożył tej pociechy Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy Żeby wieśniaczki kręcąc kołowrotki Gdy odśpiewają ulubione zwrotki O tej dziewczynie co tak grać lubiła Że przy skrzypeczkach gąski pogubiła O tej sierocie co piękna jak zorze Zaganiać gąski szła w wieczornej porze Gdyby też wzięły na koniec do ręki Te księgi proste jako ich piosenki A przy stoliku drzemiący pan włodarz Albo ekonom lub nawet gospodarz Nie bronił czytać i sam słuchać raczył I młodszym rzeczy trudniejsze tłumaczył chwalił piękności a błędom wybaczył Tak za dni moich przy wiejskiej zabawie Czytano nieraz pod lipą na trawie Pieśń o Justynie powieść o Wiesławie I zazdrościła młodzież wieszczów sławie Która tam dotąd brzmi w lasach i w polu I którym droższy niż laur Kapitolu Wianek rękami wieśniaczki osnuty Z modrych bławatków i zielonej ruty