sto lat mijało jak zakon krzyżowy we krwi pogaństwa północnego brodził już prusak szyję uchylił w okowy lub ziemię oddał a z duszą uchodził niemiec za zbiegiem rozpuścił gonitwy więził mordował aż do granic litwy niemen rozdziela litwinów od wrogów po jednej stronie błyszczą świątyń szczyty i szumią lasy pomieszkania bogów po drugiej stronie na pagórku wbity krzyż godło niemców czoło kryje w niebie groźne ku litwie wyciąga ramiona jak gdyby wszystkie ziemie palemona chciał z góry objąć i garnąć pod siebie z tej strony tłumy litewskiej młodzieży w kołpakach rysich w niedźwiedziej odzieży z łukiem na plecach z dłonią pełną grotów snują się śledząc niemieckich obrotów po drugiej stronie w szyszaku i zbroi niemiec na koniu nieruchomy stoi oczy utkwiwszy w nieprzyjaciół szaniec nabija strzelbę i liczy różaniec i ci i owi pilnują przeprawy tak niemen dawniej sławny z gościnności łączący bratnich narodów dzierżawy już teraz dla nich był progiem wieczności i nikt bez straty życia lub swobody nie mógł przestąpić zakazanej wody tylko gałązka litewskiego chmielu wdziękami pruskiej topoli nęcona pnąc się po wierzbach i po wodnym zielu śmiałe jak dawniej wyciąga ramiona i rzekę kraśnym przeskakując wiankiem na obcym brzegu łączy się z kochankiem tylko słowiki kowieńskiej dąbrowy z bracią swoimi zapuszczańskiej góry wiodą jak dawniej litewskie rozmowy lub swobodnymi wymknąwszy się pióry latają w gości na spólne ostrowy a ludzie ludzi rozdzieliły boje dawna prusaków i litwy zażyłość poszła w niepamięć tylko czasem miłość i ludzi zbliża znałem ludzi dwoje o niemnie i wkrótce runą do twych brodów śmierć i pożogą niosące szeregi i twoje dotąd szanowane brzegi topór z zielonych ogołoci wianków huk dział wystraszy słowiki z ogrodów co przyrodzenia związał łańcuch złoty wszystko rozerwie nienawiść narodów wszystko rozerwie lecz serca kochanków złączą się znowu w pieśniach wajdeloty obiór z maryjenburskiej wieży zadzwoniono działa zagrzmiały w bębny uderzono dzień uroczysty w krzyżowym zakonie zewsząd komtury do stolicy śpieszą kędy zebrani w kapituły gronie wezwawszy ducha świętego uradzą na czyich piersiach wielki krzyż zawieszą i w czyje ręce wielki miecz oddadzą na radach spłynął dzień jeden i drugi bo wielu mężów staje do zawodu a wszyscy równie wysokiego rodu i wszystkich równe w zakonie zasługi dotąd powszechna między bracią zgoda nad wszystkich wyżej stawi wallenroda on cudzoziemiec w prusach nieznajomy sławą napełnił zagraniczne domy czy maurów ścigał na kastylskich górach czy otomana przez morskie odmęty w bitwach na czele pierwszy był na murach pierwszy zahaczał pohańców okręty i na turniejach skoro wstąpił w szranki jeżeli raczył przyłbicę odsłonić nikt się nie ważył na ostre z nim gonić pierwsze mu zgodnie ustępując wianki nie tylko między krzyżowymi roty wsławił orężem młodociane lata zdobią go wielkie chrześcijańskie cnoty ubóstwo skromność i pogarda świata konrad nie słynął w przydwornym nacisku gładkością mowy składnością ukłonów ani swej broni dla podłego zysku nie przedał w służbę niezgodnych baronów klasztornym murom wiek poświęcił młody wzgardził oklaski i górne urzędy nawet zacniejsze i słodsze nagrody minstrelów hymny i piękności względy nie przemawiały do zimnego ducha wallenrod pochwał obojętnie słucha na kraśne lica pogląda z daleka od czarującej rozmowy ucieka czy był nieczułym dumnym z przyrodzenia czy stał się z wiekiem bo choć jeszcze młody już włos miał siwy i zwiędłe jagody napiętnowane starością cierpienia trudno odgadnąć zdarzały się chwile w których zabawy młodzieży podzielał nawet niewieścich gwarów słuchał mile na żarty dworzan żartami odstrzelał i sypał damom grzecznych słówek krocie z zimnym uśmiechem jak dzieciom łakocie były to rzadkie chwile zapomnienia i wkrótce lada słówko obojętne które dla drugich nie miało znaczenia w nim obudzało wzruszenia namiętne słowa ojczyzna powinność kochanka o krucyjatach i o litwie wzmianka nagle wesołość wallenroda truły słysząc je znowu odwracał oblicze znowu na wszystko stawał się nieczuły i pogrążał się w dumy tajemnicze może wspomniawszy świętość powołania sam sobie ziemskich słodyczy zabrania jedne znał tylko przyjaźni słodycze jednego tylko wybrał przyjaciela świętego cnotą i pobożnym stanem był to mnich siwy zwano go halbanem on wallenroda samotność podziela on był i duszy jego spowiednikiem on był i serca jego powiernikiem szczęśliwa przyjaźń świętym jest na ziemi kto umiał przyjaźń zabrać ze świętemi tak naczelnicy zakonnej obrady rozpamiętują konrada przymioty ale miał wadę bo któż jest bez wady konrad światowej nie lubił pustoty konrad pijanej nie dzielił biesiady wszakże zamknięty w samotnym pokoju gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty szukał pociechy w gorącym napoju i wtenczas zdał się wdziewać postać nową wtenczas twarz jego bladą i surową jakiś rumieniec chorowity krasił i wielkie niegdyś błękitne źrenice które czas nieco skaził i przygasił ciskały dawnych ogniów błyskawice z piersi żałośnie westchnienie ucieka i łzą perłową nabrzmiewa powieka dłoń lutni szuka usta pieśni leją pieśni nucone cudzoziemską mową lecz je słuchaczów serca rozumieją dosyć usłyszeć muzykę grobową dosyć uważać na śpiewaka postać w licach pamięci widać natężenie brwi podniesione pochyłe wejrzenie chcące z głębiny ziemnej cóś wydostać jakiż być może pieśni jego wątek zapewne myślą w obłędnych pogoniach ściga swą młodość na przeszłości toniach gdzież dusza jego w krainie pamiątek lecz nigdy ręka w muzycznym zapędzie z lutni weselszych tonów nie dobędzie i lica jego niewinnych uśmiechów zdają się lękać jak śmiertelnych grzechów wszystkie uderza struny po kolei prócz jednej struny prócz struny wesela wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela oprócz jednego uczucia nadziei nieraz go bracia zeszli niespodzianie i nadzwyczajnej dziwili się zmianie konrad zbudzony zżymał się i gniewał porzucał lutnię i pieśni nie śpiewał wymawiał głośno bezbożne wyrazy cóś halbanowi szeptał po kryjomu krzyczał na wojska wydawał rozkazy straszliwie groził nie wiadomo komu trwożą się bracia stary halban siada i wzrok zatapia w oblicze konrada wzrok przenikliwy chłodny i surowy pełen jakowejś tajemnej wymowy czy cóś wspomina czyli cóś doradza czy trwogę w sercu wallenroda budzi zaraz mu chmurne czoło wypogadza oczy przygasza i oblicze studzi tak na igrzysku kiedy lwów dozorca sprosiwszy panny damy i rycerze rozłamie kratę żelaznego dworca da hasło trąbą wtem królewskie zwierzę grzmi z głębi piersi strach na widzów pada jeden dozorca kroku nie poruszy spokojnie ręce na piersiach zakłada i lwa potężnie uderzy oczyma tym nieśmiertelnej talizmanem duszy moc bezrozumną na uwięzi trzyma z maryjenburskiej wieży zadzwoniono z obradnej sali idą do kaplicy najpierwszy komtur wielcy urzędnicy kapłani bracia i rycerzy grono nieszpornych modłów kapituła słucha i śpiewa hymny do świętego ducha hymn duchu światło boże gołąbko syjonu dziś chrześcijański świat ziemne podnoże twojego tronu widomą oświeć postacią i roztocz skrzydła nad syjońską bracią spod twych skrzydeł niech wystrzeli słonecznymi promień blaski i kto najświętszej godniejszy łaski temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli a padniem na twarz syny człowieka temu nad kim spoczywa twych skrzydeł opieka synu zbawicielu skinieniem wszechmocnej ręki naznacz kto z wielu najgodniejszy słynąć świętym znakiem twojej męki piotra mieczem hetmanić żołnierstwu twej wiary i przed oczyma pogaństwa rozwinąć królestwa twego sztandary a syn ziemi niech czoło i serce uniża przed tym na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża po modłach wyszli arcykomtur zlecił spocząwszy nieco powracać do choru i znowu błagać aby bóg oświecił kapłanów braci i mężów obioru wyszli nocnymi orzeźwić się chłody jedni zasiedli zamkowy krużganek drudzy przechodzą gaje i ogrody noc była cicha majowej pogody z dala niepewny wyglądał poranek księżyc obiegłszy błonie safirowe z odmiennym licem z różnym blaskiem w oku drzemiąc to w ciemnym to w srebrnym obłoku zniżał swą cichą i samotną głowę jak dumający w pustyni kochanek obiegłszy myślą całe życia koło wszystkie nadzieje słodycze cierpienia to łzy wylewa to spójrzy wesoło wreście ku piersiom zmordowane czoło skłania i wpada w letarg zamyślenia przechadzką inni bawią się rycerze lecz arcykomtur chwil darmo nie traci zaraz halbana i celniejszych braci wzywa do siebie i na stronę bierze aby z daleka od ciekawej rzeszy zasięgnąć rady udzielić przestrogi wychodzi z zamku na równiną śpieszy tak rozmawiając nie pilnując drogi błądzili kilka godzin w okolicy blisko spokojnych jeziora wybrzeży już ranek pora wracać do stolicy stają głos jakiś skąd z narożnej wieży słuchają pilnie to głos pustelnicy w tej wieży dawno przed laty dziesięciu jakaś nieznana pobożna niewiasta z dala przybywszy do maryi miasta czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu czy skażonego sumienia wyrzuty pragnąc ukoić balsamem pokuty pustelniczego szukała ukrycia i tu znalazła grobowiec za życia długo nie chcieli zezwalać kapłani wreszcie stałością prośby przełamani dali jej w wieży samotne schronienie i.edwie stanęła za święconym progiem na próg zwalono cegły i kamienie została sama z myślami i bogiem i bramę co ją od żyjących dzieli chyba w dzień sądny odemkną anieli u góry małe okienko i krata kędy pobożny lud słał pożywienie a niebo wietrzyk i dzienne promienie biedna grzesznico czyż nienawiść świata do tyla umysł skołatała młody że się obawiasz słońca i pogody zaledwie w swoim zamknęła się grobie nikt jej nie widział przy okienku wieży przyjmować w usta wiatru oddech świeży oglądać niebo w pogodnej ozdobie i miłe kwiaty na ziemnym obszarze i stokroć milsze swoich bliźnich twarze wiedziano tylko że jest dotąd w życiu bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma gdy nocą przy jej błąka się ukryciu jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma dźwięk to zapewne pobożnej piosenki i z pruskich wiosek gdy zebrane dzieci igrają w wieczór u bliskiej dąbrowy natenczas z okna cóś białego świeci jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki czy to jej włosa pukiel bursztynowy czyli to połysk drobnej śnieżnej ręki błogosławiącej niewiniątek głowy komtur tamtędy obróciwszy kroki słyszy gdy wieżę narożną pomijał tyś konrad przebóg spełnione wyroki ty masz być mistrzem abyś ich zabijał czyż nie poznają ukrywasz daremnie chociażbyś jak wąż inne przybrał ciało jeszcze by w twojej duszy pozostało wiele dawnego wszak zostało we mnie chociażbyś wrócił po twoim pogrzebie jeszcze krzyżacy poznaliby ciebie słucha rycerstwo to głos pustelnicy spojrzą na kratę zda się pochylona zda się ku ziemi wyciągać ramiona do kogoż pusto w całej okolicy z daleka tylko jakiś blask uderza na kształt płomyka stalowej przyłbicy i cień na ziemi czy to płaszcz rycerza już znikło pewnie złudzenie źrenicy pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany po ziemi ranne przemknęły tumany bracia rzekł halban dziękujmy niebiosom pewnie wyroki niebios nas przywiodły ufajmy wieszczym pustelnicy głosom czy słyszeliście wieszczba o konradzie konrad dzielnego imię wallenroda stójmy brat bratu niechaj rękę poda słowo rycerskie na jutrzejszej radzie on mistrzem naszym zgoda krzykną zgoda i poszli krzycząc długo po dolinie odgłos tryumfu i radości bije konrad niech żyje wielki mistrz niech żyje niech żyje zakon niech pogaństwo zginie halban pozostał mocno zamyślony na wołających okiem wzgardy rzucił spójrzał ku wieży i cichymi tony taką piosenkę odchodząc zanucił pieśń wilija naszych strumieni rodzica dno ma złociste i niebieskie lica piękna litwinka co jej czerpa wody czystsze ma serce śliczniejsze jagody wilija w miłej kowieńskiej dolinie śród tulipanów i narcyzów płynie u nóg litwinki kwiat naszych młodzianów od róż kraśniejszy i od tulipanów wilija gardzi doliny kwiatami bo szuka niemna swego oblubieńca litwince nudno między litwinami bo ukochała cudzego młodzieńca niemen w gwałtowne pochwyci ramiona niesie na skały i dzikie przestworza tuli kochankę do zimnego łona i giną razem w głębokościach morza i ciebie równie przychodzień oddali z ojczystych dolin o litwinko biedna i ty utoniesz w zapomnienia fali ale smutniejsza ale sama jedna serce i potok ostrzegać daremnie dziewica kocha i wilija bieży wilija znikła w ukochanym niemnie dziewica płacze w pustelniczej wieży gdy mistrz praw świętych ucałował księgi skończył modlitwę i wziął od komtura miecz i krzyż wielki znamiona potęgi wzniósł dumnie czoło chociaż troski chmura ciążyła nad nim wkoło okiem strzelił w którym się radość na pół z gniewem żarzy i niewidziany gość na jego twarzy uśmiech przeleciał słaby i znikomy jak blask co chmurę poranną rozdzielił zwiastując razem wschód słońca i gromy ten zapał mistrza to groźne oblicze napełnia serca otuchą nadzieją widzą przed sobą bitwy i zdobycze i hojnie w myśli krew pogańską leją takiemu władcy któż dostoi kroku któż się nie zlęknie jego szabli wzroku drżyjcie litwini już się chwila zbliża gdy z murów wilna błyśnie znamię krzyża nadzieje próżne cieką dni tygodnie upłynął cały długi rok w pokoju litwa zagraża wallenrod niegodnie ani sam walczy ani śle do boju a gdy się zbudzi i cóś działać zacznie stary porządek wywraca opacznie woła że zakon z świętych wyszedł karbów że bracia gwałcą przysiężone śluby módlmy się woła wyrzeczmy się skarbów szukajmy m cnotach i pokoju chluby narzuca posty pokuty ciężary uciech wygody niewinnej zaprzecza lada grzech ściga najsroższymi kary podziemnych lochów wygnania i miecza tymczasem litwin co przed laty z dala omijał bramy zakonnej stolicy teraz dokoła wsi co noc podpala i lud bezbronny chwyta z okolicy pod samym zamkiem dumnie się przechwala że idzie na mszę do mistrza kaplicy pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu drżały na straszny dźwięk żmudzkiego rogu kiedyż być może czas lepszy do wojny litwa szarpana wewnętrzną niezgodą stąd dzielny rusin stąd lach niespokojny stąd krymskie chany lud potężny wiodą witołd zepchnięty od jagiełły z tronu przyjechał szukać opieki zakonu w nagrodę skarby i ziemie przyrzeka i wsparcia dotąd nadaremnie czeka szemrają bracia gromadzi się rada mistrza nie widać halban stary bieży w zamku w kaplicy nie znalazł konrada gdzież on zapewne u narożnej wieży śledzili bracia nocne jego kroki wszystkim wiadomo każdego wieczora gdy ziemię grubsze osłaniają mroki on idzie błądzić po brzegach jeziora albo klęczący przyparty do muru okryty płaszczem aż do białej zorzy świeci z daleka jak posąg z marmuru i przez noc całą senność go nie zmorzy częsta na cichy odgłos pustelnicy wstaje i ciche daje odpowiedzi brzmienia ich z dala ucho nie dośledzi lecz widać z blasku wstrząśnionej przyłbicy rąk niespokojnych podniesionej głowy że jakieś ważne toczą się rozmowy pieśń z wieży któż me westchnienia kto me łzy policzy czy już tak długie przepłakałam lata czy tyle w piersiach i oczach goryczy że od mych westchnień pordzawiała krata gdzie łza upadnie w zimny głaz przecieka jak gdyby w serce dobrego człowieka jest wieczny ogień w zamkuwentoroga ten ogień żywią pobożne kapłany jest wieczne źródło na górze mendoga to źródło żywią śniegi i tumany nikt moich westchnień i łez nie podsyca a dotąd boli serce i źrenica pieszczoty ojca matki uściśnienia zamek bogaty kraina wesoła dni bez tęsknoty nocy bez marzenia spokojność na kształt cichego anioła we dnie i w nocy na polu i w domie strzegła mig z bliska chociaż niewidomie trzy piękne córki było nas u matki a mnie najpierwej żądano w zamęście szczęśliwa młodość szczęśliwe dostatki któż mi powiedział że jest inne szczęście piękny młodzieńcze na coś mi powiedział to o czym w litwie nikt pierwej nie wiedział o bogu wielkim o jasnych aniołach kamiennych miastach kędy wiara święta gdzie lud w bogatych modli się kościołach i kędy dziewic słuchają książęta waleczni w boju jak nasi rycerze czuli w miłości jak nasi pasterze gdzie człowiek ziemne złożywszy pokrycie z duszą ulata po rozkosznym niebie ach ja wierzyłam bo niebieskie życie już przeczuwałam gdym słuchała ciebie ach odtąd marze w dobrych i złych losach tylko o tobie tylko o niebiosach krzyż na twych piersiach oczy me weselił w nim oglądałam przyszłe szczęścia hasło niestety z krzyża gdy piorun wystrzelił wszystko dokoła ucichło zagasło nic nie żałuję choć gorzkie łzy leję boś wszystko odjął zostawił nadzieję nadzieję cichym powtórzyły echem brzegi jeziora doliny i knieje zbudził się konrad i z dzikim uśmiechem gdzież jestem wołał tu słychać nadzieje na co te pieśni pomnę twoje szczęście trzy piękne córki było was u matki ciebie najpierwej żądano w zamęście biada o biada wam nadobne kwiatki straszliwa żmija wkradła się do sadu a kędy piersią prześliźnie się błędną usechną trawy i róże uwiędną i będą żółte jako piersi gadu uciekaj myślą i dni przypominaj które byś dotąd pędziła wesoło gdyby ty milczysz śpiewaj i przeklinaj niechaj łza straszna co głazy przecieka nie ginie darmo zdejmę szyszak z głowy tu niechaj spadnie niech mi pali czoło tu niechaj spadnie jam cierpieć gotowy chcęg znać zawczasu co mig w piekle czeka głos z wieży daruj mój miły daruj mi jam winna przyszedłeś późno tęskno było czekać i mimowolnie jakaś pieśń dziecinna precz mi z tą pieśnią miałażbym narzekać z tobą mój luby z tobąśmy przeżyli znikomą chwilę lecz tej jednej chwili nie będę mieniać z całą ziemian zgrają na ciche życie przepędzone w nudzie ty sam mówiłeś że zwyczajni ludzie są jako konchy co się w bagnie tają ledwie raz na rok falą niepogody wypchnięte z mętnej pokażą się wody otworzą usta raz westchną ku niebu i znowu wrócą do swego pogrzebu nie jam na takie szczęście nie stworzona jeszcze w ojczyźnie ciche pędząc życie nieraz w pośrodku towarzyszek grona za czymś tęskniłam i wzdychałam skrycie i czułam serca niespokojne bicie nieraz z poziomej uciekałam łąki i na najwyższym stanąwszy pagórku myśliłam sobie gdyby te skowronki ze skrzydeł swoich dały mi po piórku poszłabym z nimi i tylko z tej góry chciałabym jeden mały kwiat uszczyknąć kwiat niezabudki a potem za chmury lecieć wysoko wysoko i zniknąć tyś mię wysłuchał ty skrzydły orlemi monarcho ptaków wzniosłeś mię do siebie teraz skowronki o nic was nie proszę bo gdzież ma lecieć po jakie rozkosze kto poznał boga wielkiego na niebie i kochał męża wielkiego na ziemi konrad wielkość i znowu wielkość mój aniele wielkość dla której jęczymy w niedoli kilka dni jeszcze niech serce przeboli kilka dni tylko już ich tak niewiele stało się próżno po czasie żałować płaczmy lecz niechaj drżą nieprzyjaciele bo konrad płakał ażeby mordować po coś tu przyszła po co moja droga z klasztornych murów z świątyni pokoju jam cię poświęcił na usługi boga nie lepiejż było w świętych jego murach z dala ode mnie płakać i umierać niż tu w krainie kłamstwa i rozboju w grobowej wieży w powolnych torturach konać i oczy samotne otwierać i przez niezłomne tej kraty okucia pomocy żebrać a ja słuchać muszę patrzeć na długą skonania katuszę stojąc z daleka i kląć moję duszę że w niej są jeszcze ostatki uczucia głos z wieży jeśli narzekasz nie przychodź tu więcej chociażbyś przyszedł błagał najgoręcej już nie usłyszysz już okno zamykam spuszczę się znowu w moję wieżę ciemną niechaj w milczeniu gorzkie łzy połykam bądź zdrów na wieki bądź zdrów mój jedyny i niech zaginie pamięć tej godziny w której nie miałeś litości nade mną konrad więc ty miej litość ty jesteś aniołem stój a jeżeli prośba cię nie wstrzyma o ten róg wieży uderzę się czołem będę cię błagał skonaniem kaima głos z wieży miejmy litość nad sobą samemi pomnij mój luby że jak ten świat wielki dwoje nas tylko na ogromnej ziemi na morzach piasku dwie rosy kropelki że lada wietrzyk z ziemnego padołu znikniem na zawsze ach gińmyż pospołu nie na to przyszłam ażeby cię dręczyć nie chciałam przyjąć święcenia kapłanek bo niebu serca nie śmiałam zaręczyć póki w nim ziemski panował kochanek pragnęłam zostać w klasztorze i skromnie oddać dni moje zakonnic usłudze lecz tam bez ciebie wszystko wokoło mnie było tak nowe tak dzikie tak cudze wspomniałam sobie że po latach wielu miałeś powrócić do maryi grodu szukając zemstę na nieprzyjacielu i broniąc sprawę biednego narodu kto czeka lata myślami ukraca mówiłam sobie on już może wraca może już wrócił czyż nie wolno żądać gdy mam żyjąca zakopać się w grobie abym cię mogła raz jeszcze oglądać abym przynajmniej umarła przy tobie pójdę więc rzekłam w pustelniczym domku około drogi na skały ułomku zamknę się sama może rycerz jaki koło mej chatki przechodzący blisko wymówi czasem kochanka nazwisko może pomiędzy obcymi szyszaki ujrzę znak jego niech odmieni zbroje niechaj na tarczę obce godła kładnie niech twarz odmieni jeszcze serce moje z daleka nawet kochanka odgadnie i gdy go ciężka powinność przymusza wszystko dokoła wyniszczać i krwawić wszyscy go przeklną będzie jedna dusza co mu z daleka śmie pobłogosławić tu mój obrałam domek i grobowiec w cichej ustroni kędy świętokradzki mych jęków nie śmie podsłuchać wędrowiec ty wiem iż lubisz samotne przechadzki myśliłam sobie on może z wieczora wybieży z dala od swych towarzyszy pomówić z wiatrem i z falą jeziora pomyśli o mnie i głos mój usłyszy niebo spełniło niewinne życzenia przyszedłeś moje zrozumiałeś pienia dawniej prosiłam by mig twym obrazem pocieszały choć obraz był niemy dziś ile szczęścia i dziś możemy razem razem zapłakać konrad i cóż wypłaczemy płakałem pomnisz kiedy się wydarłem na wieki wieków z twojego objęcia gdy dobrowolnie dla szczęścia umarłem ażeby krwawe spełnić przedsięwzięcia już uwieńczone zbyt długie męczeństwo teraz stanąłem u życzeń mych celu mogę się zemścić na nieprzyjacielu a ty mi przyszłaś wydzierać zwycięstwo odtąd jak znowu z okna twej wieżycy spójrzałaś na mnie w całym kręgu świata znowu nic nie ma dla mojej źrenicy tylko jezioro i wieża i krata wkoło mnie wszystko wre wojny rozruchem śród trąb odgłosu śród oręża szczęku ja niecierpliwym wytężonym uchem szukam ust twoich anielskiego dźwięku i dzień mój cały jest oczekiwaniem a gdy wieczornej doczekam się pory chcę ją przedłużyć rozpamiętywaniem ja życie moje liczę na wieczory tymczasem zakon spoczynkowi łaje o wojnę prosi własnej żąda zguby i mściwy halban wytchnąć mi nie daje albo dawniejsze przypomina śluby wyrznięte sioła i zniszczone kraje albo gdy nie chcę skargi jego słuchać jednym westchnieniem skinieniem oczyma umie przygasłą chęć zemsty rozdmuchać wyrok mój zda się przybliżać do końca nic już krzyżaków od wojny nie wstrzyma wczoraśmy z rzymu odebrali gońca z różnych stron świata niezliczone chmury pobożny zapał w pole nagromadził wszyscy wołają abym ich prowadził z mieczem i krzyżem na wileńskie mury a przecież wyznam ze wstydem w tej chwili kiedy się ważą narodów wyroki myślę o tobie wynajduję zwłoki żebyśmy jeszcze dzień jeden przeżyli młodości jakże wielkie twe ofiary jam miłość szczęście jam niebo za młodu umiał poświęcić dla sprawy narodu z żalem lecz z męstwem a dzisiaj ja stary dzisiaj powinność rozpacz wola boża pędzą mię w pole a ja siwej głowy nie śmiem oderwać od tych ścian podnoża ażeby twojej nie stracić rozmowy umilknął z wieży słychać tylko jęki w milczeniu długie przeciekły godziny noc rozrzedniała i promyk jutrzeńki już zarumienił lica cichej wody pomiędzy liściem drzemiącej krzewiny ze szmerem ranne przewiewały chłody ptaszęta cichym ozwały się pieniem umilkły znowu i długim milczeniem znać dają że się zbudziły za wcześnie konrad powstaje wzniosł ku wieży czoło długo na kratę poglądał boleśnie słowik zanucił konrad naokoło spojrzał już ranek opuścił przyłbicy w szerokie zwoje płaszcza twarz obwinął skinieniem ręki żegna pustelnicy i w krzakach zginął tak duch piekielny od wrót pustelnika na odgłos dzwonu porannego znika uczta był dzień patrona uroczyste święto komtury z braćmi do stolicy jadą białe chorągwie na wieżach zatknięto konrad rycerzy ma uczcić biesiadą sto białych płaszczów powiewa za stołem na każdym płaszczu czerni się krzyż długi to byli bracia a za nimi kołem młodzi giermkowie stoją dla posługi konrad na czele po lewicy tronu wziął miejsce witold ze swymi hetmany dawniej był wrogiem dziś gościem zakonu przeciwko litwie sojuszem związany już mistrz powstawszy daje uczty hasło cieszmy się w panu wnet puchary błysły cieszmy się w panu tysiąc głosów wrzasło srebra zabrzmiały strugi mina trysły wallenrod usiadł i na łokciu wsparty słuchał z pogardą nieprzystojnych gwarów umilkła wrzawa ledwie ciche żarty gdzieniegdzie przerwą lekki dźwięk pucharów cieszmy się rzecze cóż to bracia moi tak że rycerzom cieszyć się przystoi zrazu wrzask pijany a teraz szmer cichy mamyż ucztować jak zbójce lub mnichy inne zwyczaje były za mych czasów kiedy na pełnym trupów bojowisku śród gór kastylskich lub finlandzkich lasów przy obozowym piliśmy ognisku tam były pieśni między waszym gminem czyż nie ma barda albo menestrela serce człowieka wino rozwesela ale piosenka jest dla myśli winem zarazem różni śpiewacy powstali tam włoch otyły słowiczymi tony konrada męstwo i pobożność chwali ówdzie trubadur od brzegów garony opiewa dzieje miłośnych pasterzy zaklętych dziewic i błędnych rycerzy wallenrod drzemał piosenki ustały nagle zbudzony przerwanym łoskotem cisnął włochowi trzos ładowny złotem mnie rzekł jednemu śpiewałeś pochwały jeden nie może dać innej nagrody weź i pójdź z oczu ów trubadur młody który piękności i miłości służy niechaj daruje że w rycerskim gronie dziewicy nie masz co by mu na łonie wdzięczna przypięła marny kwiatek róży tu róże zwiędły innego chcę barda zakonnik rycerz innej chcę piosenki niechaj mi będzie tak dzika i twarda jak hałas rogów i oręża szczęki i tak ponura jak klasztorne ściany i tak ognista jak samotnik pjany dla nas co święcim i mordujem ludzi mordercza piosnka niech świętość ogłasza niechaj rozczula i gniewa i nudzi i znowu niechaj znudzonych przestrasza takie jest życie taka piosnka nasza kto ją zaśpiewa kto ja odpowiedział sędziwy starzec który u podwojów między giermkami i paziami siedział prusak czy litwin jak widać ze strojów brodę miał gęstą wiekiem ubieloną głowę obwiewa ostatek siwizny czoło i oczy zakryte zasłoną w twarzy wyryte łat i cierpień blizny w prawicy starą lutnię pruską nosił a lewą rękę wyciągnął do stoła i tym skinieniem posłuchania prosił ucichli wszyscy ja śpiewam zawoła dawniej prusakom i litwie śpiewałem dziś jedni legli w ojczyzny obronie drudzy żyć nie chcąc po ojczyzny zgonie dobić się wolą nad jej martwym ciałem jak sługi wierne w dobrym i złym losie giną na swego dobroczyńcy stosie inni sromotnie po lasach się kryją inni jak witold między wami żyją ale po śmierci niemcy wy to wiecie sami spytajcie niecnych zdrajców kraju co oni poczną gdy na tamtym świecie wskazani wiecznym ogniom na pożarcie zechcą swych przodków wywoływać z raju jakim językiem poproszą o wsparcie czy w ich niemieckiej barbarzyńskiej mowie głos dzieci swoich uznają przodkowie o dzieci jaka litwinom sromota żaden mi żaden nie przyniosł obrony gdy od ołtarza stary wajdelota byłem w niemieckich kajdanach wleczony samotny w obcej ziemi zestarzałem śpiewak niestety śpiewać nie mam komu na litwę patrząc oczy wypłakałem dzisiaj jeżeli chcę westchnąć do domu nie wiem gdzie leży mój dóm ulubiony czy tam czy owdzie czyli z tamtej strony tu tylko w sercu tu się ochroniło co w mej ojczyźnie najlepszego było i te ubogie dawnych skarbów szczątki weźcie mi niemcy weźcie mi pamiątki jak zwyciężony rycerz na igrzysku zachowa życie ale cześć utraca i dni wzgardzone wlekąc w pośmiewisku znowu do swego zwycięży powraca i raz ostatni wytężając ramię broń swą pod jego stopami rozłamie tak mię ostatnia natchnęła ochota jeszcze do lutni ośmieliłem rękę niech wam ostatni w litwie wajdelota nuci ostatnią litewską piosenkę skończył i czekał mistrza odpowiedzi czekają wszyscy w milczeniu głębokiem konrad badawczym i szyderczym okiem witolda liców i poruszeń śledzi postrzegli wszyscy kiedy wajdelota mówił o zdrajcach jak się witold mienił zsiniał pobladnął znowu się czerwienił dręczy go równie i gniew i sromota na koniec szablę ściskając u boku idzie zdziwioną gromadę roztrąca spójrzał na starca zahamował kroku i chmura gniewu nad czołem wisząca opadła nagle w bystrym łez potoku powrócił usiadł płaszczem twarz zasłania i w tajemnicze utonął dumania a niemcy z cicha czyliż do biesiady przypuszczać mamy żebrające dziady kto słucha pieśni i kto je rozumie takie odgłosy w biesiadniczym tłumie coraz żywszymi przerywano śmiechy paziowie krzyczą świstając w orzechy oto jest nuta litewskiego śpiewu wtem konrad powstał waleczni rycerze dziś zakon wedle starego zwyczaju od miast i książąt podarunki bierze jak winne hołdy z podległego kraju żebrak wam piosnkę przynosi w ofierze złożenia hołdu nie brońmy starcowi weźmijmy piosnkę będzie to grosz wdowi pośród nas widzim książęcia litwinów gośćmi zakonu są jego wodzowie miło im będzie pamięć dawnych czynów słyszeć w ojczystej odświeżoną mowie kto nie rozumie niechaj się oddali ja czasem lubię te posępne jęki niezrozumiałej litewskiej piosenki jak lubię łoskot rozhukanej fali albo szmer cichy wiosennego deszczu przy nich spać miło śpiewaj stary wieszczu pieśń wajdeloty kiedy zaraza litwę ma uderzyć jej przyjście wieszcza odgadnie źrenica bo jeśli słuszna wajdelotom mierzyć nieraz na pustych smętarzach i błoniach staje widomie morowa dziewica w bieliźnie z wiankiem ognistym na skroniach czołem przenosi białowieskie drzewa a w ręku chustką skrwawioną powiewa strażnicy zamków oczy pod hełm kryją a psy wieśniaków zarywszy pysk w ziemi kopią śmierć wietrzą i okropnie wyją dziewica stąpa kroki złowieszczemi na sioła zamki i bogate miasta a ile razy krwawą chustką skinie tyle pałaców zmienia się w pustynie gdzie nogą stąpi świeży grób wyrasta zgubne zjawisko ale więcej zguby wróżył litwinom od niemieckiej strony szyszak błyszczący ze strusimi czuby i płaszcz szeroki krzyżem naczerniony gdzie przeszły stopy takiego widziadła niczym jest klęska wiosek albo grodów cała kraina w mogiłę zapadła ach kto litewską duszę mógł ochronić pójdź do mnie siądziem na grobie narodów będziemy dumać śpiewać i łzy ronić o wieści gminna ty arko przymierza między dawnymi i młodszymi laty w tobie lud składa broń swego rycerza swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty arko tyś żadnym niezłamana ciosem póki cię własny twój lud nie znieważy o pieśni gminna ty stoisz na straży narodowego pamiątek kościoła z archanielskimi skrzydłami i głosem ty czasem dzierżysz i miecz archanioła płomień rozgryzie malowane dzieje skarby mieczowi spustoszą złodzieje pieśń ujdzie cało tłum ludzi obiega a jeśli podłe dusze nie umieją karmić ją żalem i poić nadzieją ucieka w góry do gruzów przylega i stamtąd dawne opowiada czasy tak słowik z ogniem zajętego gmachu wyleci chwilę przysiądzie na dachu gdy dachy runą on ucieka w lasy i brzmiącą piersią nad zgliszcza i groby nuci podróżnym piosenkę żałoby słuchałem piosnek nieraz kmieć stoletni trącając kości żelazem oraczem stanął i zagrał na wierzbowej fletni pacierz umarłych lub rymownym płaczem was głosił wielcy ojcowie bezdzietni echa mu wtórzą ja słuchałem z dala tym mocniej widok i piosnka rozżala żem był jedynym widzem i słuchaczem jako w dzień sądny z grobowca wywoła umarłą przeszłość trąba archanioła tak na dźwięk pieśni kości spod mej stopy w olbrzymie kształty zbiegły się i zrosły z gruzów powstają kolumny i stropy jeziora puste brzmią licznymi wiosły i widać zamków otwarte podwoje korony książąt wojowników zbroje śpiewają wieszcze tańczy dziewic grono marzyłem cudnie srodze mig zbudzono zniknęły lasy i ojczyste góry myśl znużonymi ulatując pióry spada w domową tuli się zaciszę lutnia umilkła w otrętwiałym ręku śród żałośnego spółrodaków jęku często przeszłości głosu nie dosłyszę lecz dotąd iskry młodego zapału tlą w głębi piersi nieraz ogień wzniecą duszę ożywią i pamięć oświecą pamięć naówczas jak lampa z kryształu ubrana pędzlem w malowne obrazy chociaż ją zaćmi pył i liczne skazy jeżeli świecznik postawisz w jej serce jeszcze świeżością barwy znęci oczy jeszcze na ścianach pałacu roztoczy kraśne acz nieco przyćmione kobierce gdybym był zdolny własne ognie przelać w piersi słuchaczów i wskrzesić postaci zmarłej przeszłości gdybym umiał strzelać brzmiącymi słowy do serca spółbraci może by jeszcze w tej jedynej chwili kiedy ich piosnka ojczysta poruszy uczuli w sobie dawne serca bicie uczuli w sobie dawną wielkość duszy i chwilę jednę tak górnie przeżyli jak ich przodkowie niegdyś całe życie lecz po co zbiegłe wywoływać wieki i swoich czasów śpiewak nie obwini bo jest mąż wielki żywy niedaleki o nim zaśpiewam uczcie się litwini umilknął starzec i dokoła słucha czy niemcy dalej pozwolą mu śpiewać w sali dokoła była cichość głucha ta zwykła wieszczów na nowo zagrzewać zaczął więc piosnkę ale innej treści bo głos na spadki wolniejsze rozmierzał po strunach słabiej i nadziej uderzał i z hymnu zstąpił do prostej powieści powieść wajdeloty skąd litwini wracali z nocnej wracali wycieczki wieźli łupy bogate w zamkach i cerkwiach zdobyte tłumy brańców niemieckich z powiązanymi rękami ze stryczkami na szyjach biegną przy koniach zwyciężców poglądają ku prusom i zalewają się łzami poglądają na kowno i polecają się bogu w mieście kownie pośrodku ciągnie się błonie peruna tam książęta litewscy gdy po zwycięstwie wracają zwykli rycerzy niemieckich palić na stosie ofiarnym dwaj rycerze pojmani jadą bez trwogi do kowna jeden młody i piękny drugi latami schylony oni sami śród bitwy hufce niemieckie rzuciwszy między litwinów uciekli książę kiejstut ich przyjął ale strażą otoczył w zamek za sobą prowadził pyta z jakiej krainy w jakich zamiarach przybyli nie wiem rzecze młodzieniec jaki mój ród i nazwisko bo dziecięciem od niemców byłem w niewolą schwytany pomnę tylko że kędyś w litwie śród miasta wielkiego stał dóm moich rodziców było to miasto drewniane na pagórkach wyniosłych dóm był z cegły czerwonej wkoło pagórków na błoniach puszcza szumiała jodłowa środkiem lasów daleko białe błyszczało jezioro razu jednego w nocy wrzask nas ze snu przebudził dzień ognisty zaświtał w okna trzaskały się szyby kłęby dymu buchnęły po gmachu wybiegliśmy w bramę płomień wiał po ulicach iskry sypały się gradem krzyk okropny do broni f niemcy są w mieście do broni ojciec wypadł z orężem wypadł i więcej nie wrócił niemcy wpadli do domu jeden wypuścił się za mną zgonił pozwał mię na koń nie wiem co stało się dalej tylko krzyk mojej matki długo długo słyszałem pośród szczęku oręża domów runących łoskotu krzyk ten ścigał mnie długo krzyk ten pozostał w mym uchu teraz jeszcze gdy widzę pożar i słyszę wołania krzyk ten budzi się w duszy jako echo w jaskini za odgłosem piorunu oto jest wszystko co z litwy co od rodziców wywiozłem w sennych niekiedy marzeniach widzę postać szanowną matki i ojca i braci ale coraz to dalej jakaś mgła tajemnicza coraz grubsza i coraz ciemniej zasłania ich rysy lata dzieciństwa płynęły żyłem śród niemców jak niemiec miałem imię waltera alfa nazwisko przydano imię było niemieckie dusza litewska została został żal po rodzinie ku cudzoziemcom nienawiść winrych mistrz krzyżacki chował mig w swoim pałacu on sam do chrztu mię trzymał kochał i pieścił jak syna jam się nudził w pałacach z kolan winrycha uciekał do wajdeloty starego wówczas pomiędzy niemcami był wajdelota litewski wzięty w niewolą przed laty służył tłumaczem wojsku ten gdy się o mnie dowiedział żem sierota i litwin często mię wabił do siebie rozpowiadał o litwie duszę stęsknioną otrzeźwiał pieszczotami i dźwiękiem mowy ojczystej i pieśnią on mię często ku brzegom niemna sinego prowadził stamtąd lubiłem na miłe góry ojczyste poglądać gdyśmy do zamku wracali starzec łzy mi ocierał aby nie wzbudzić podejrzeń łzy mi ocierał a zemstę przeciw niemcom podniecał pomnę jak w zamek wróciwszy nóż ostrzyłem tajemnie z jaką zemsty rozkoszą rznąłem kobierce winrycha lub kaleczyłem zwierciadła na tarcz jego błyszczącą piasek miotałem i plwałem potem w łatach młodzieńczych częstośmy z portu kłejpedy w łódkę ze starcem siadali brzegi litewskie odwiedzać rwałem kwiaty ojczyste a czarodziejska ich wonia tchnęła w duszę jakoweś dawne i ciemne wspomnienia upojony tą wonią zdało się że dzieciniałem że w ogrodzie rodziców z braćmi igrałem małymi starzec pomagał pamięci on piękniejszymi słowami niżli zioła i kwiaty przeszłość szczęśliwą malował jak by miło w ojczyźnie pośród przyjaciół i krewnych pędzić chwile młodości ileż to dzieci litewskich szczęścia takiego nie znają płacząc w kajdanach zakonu to słyszałem na błoniach lecz na wybrzeżach połągi gdzie grzmiącymi piersiami białe roztrącą się morze i z pienistej gardzieli piasku strumienie wylewa widzisz mawiał mi starzec łąki nadbrzeżnej kobierce już je piasek obleciał widzisz te zioła pachnące czołem silą się jeszcze przebić śmiertelne pokrycie ach daremnie bo nowa żwiru nasuwa się hydra białe płetwy roztacza lądy żyjące podbija i rozciąga dokoła dzikiej królestwo pustyni synu plony wiosenne żywo do grobu wtrącone to są ludy podbite bracia to nasi litwini synu piaski z zamorza burzą pędzone to zakon serce bolało słuchając chciałem mordować krzyżaków albo do litwy uciekać starzec hamował zapędy wolnym rycerzom powiadał wolno wybierać oręże i na polu otwartym bić się równymi siłami tyś niewolnik jedyna broń niewolników podstępy zostań jeszcze i przejmij sztuki wojenne od niemców staraj się zyskać ich ufność dalej obaczym co począć byłem posłuszny starcowi szedłem z wojskami teutonów ale w pierwszej potyczce ledwiem obaczył chorągwie ledwiem narodu mojego pieśni wojenne usłyszał poskoczyłem ku naszym starca za sobą przywodzę jako sokół wydarty z gniazda i w klatce żywiony choć srogimi mękami łowcy odbiorą mu rozum i puszczają ażeby braci sokołów wojował skoro wzniesie się w chmury skoro pociągnie oczyma po niezmiernych obszarach swojej błękitnej ojczyzny wolnym odetchnie powietrzem szelest swych skrzydeł usłyszy pójdź myśliwcze do domu z klatką nie czekaj sokoła skończył młodzieniec a kiejstut słuchał ciekawie słuchała córa kiejstuta aldona młoda i piękna jak bóstwo jesień płynie z jesienią ciągną się długie wieczory kiejstutówna jak zwykle w sióstr i rówiennic orszaku za krośnami usiada albo się bawi przędziwem a gdy igły migocą toczą się chybkie wrzeciona walter stoi i prawi cuda o krajach niemieckich i o swojej młodości wszystko co walter powiadał łowi uchem dziewica myślą łakomą połyka wszystko umie na pamięć nieraz i we śnie powtarza walter mówił jak wielkie zamki i miasta za niemnem jakie bogate ubiory jakie wspaniałe zabawy jak na gonitwach waleczni kopije kruszą rycerze a dziewice z krużganków patrzą i wieńce przyznają walter mówił o wielkim bogu co włada za niemnem i o niepokalanej syna bożego rodzicy której postać anielską w cudnym pokazał obrazku ten obrazek młodzieniec nosił pobożnie na piersiach dziś litwince darował gdy ją do wiary nawracał gdy pacierze z nią mówił chciał wszystkiego nauczyć co sam umiał niestety on ją i tego nauczył czego dotąd nie umiał on nauczył ją kochać i sam uczył się wiele z jakim rozkosznym wzruszeniem słyszał z ust jej litewskie już zapomniane wyrazy z każdym wskrzeszonym wyrazem budzi się nowe uczucie jako iskra z popiołu były to słodkie imiona pokrewieństwa przyjaźni słodkiej przyjaźni i jeszcze słodszy wyraz nad wszystko wyraz miłości któremu nie masz równego na ziemi oprócz wyrazu ojczyzna skądże pomyślał kiejstut nagła w mej córce odmiana gdzie jej dawna wesołość gdzie jej dziecinne rozrywki w święto wszystkie dziewice idą zabawiać się tańcem ona siedzi samotna albo z walterem rozmawia w dzień powszedni dziewice trudnią się igłą lub krośną jej z rąk igła wypada nici plątają się w krośnach sama nie widzi co robi wszyscy mi to powiadają wczora postrzegłem że róży kwiatek wyszyła zielono a listeczki czerwonym umalowała jedwabiem jakże mogłaby widzieć kiedy jej oczy i myśli tylko oczu waltera rozmów waltera szukają ile razy zapytam gdzie ona poszła w dolinę skąd powraca z doliny cóż w tej dolinie młodzieniec ogród dla niej zasadził jestże ten ogród piękniejszy niżli me sady zamkowe (pyszne kiejstut miał sady pełne jabłek i gruszek dziewic kowieńskich ponęta) nie ogródek to wabi zimą widziałem jej okna cała szyba tych okien co obrócone do niemna czysta jakby śród maja lód nie zaciemnił kryształu walter chodzi tamtędy pewnie siedziała u okna i gorącym westchnieniem lody na szybach stopiła ja myślałem że on ją czytać i pisać nauczy słysząc że wszyscy książęta dzieci swe uczyć zaczęli chłopiec dobry waleczny jak ksiądz w pismach ćwiczony mamże go z domu wypędzić on tak potrzebny dla litwy hufce najlepiej szykuje sypie najlepiej okopy broń piorunową urządza jeden mi staje za wojsko pójdź walterze bądź zięciem moim i bij się za litwę walter pojął aldonę niemcy wy pewnie myślicie że tu koniec powieści w waszych miłośnych romansach gdy się rycerze pożenią kończy trubadur piosenkę tylko dodaje że żyli długo i byli szczęśliwi walter kochał swą żonę lecz miał duszę ślachetną szczęścia w domu nie znalazł bo go nie było w ojczyźnie ledwie śniegi ponikły pierwszy zanucił skowronek innym krajom skowronek miłość i rozkosz obwieszcza biednej litwie co roku wróży pożary i rzezie ciągną szeregi krzyżowe niezliczonymi tłumami już od gór zaniemeńskich echo do kowna zanosi wojska mnogiego hałasy chrzęst zbrój rżenia rumaków jak mgła spuszcza się obóz błonia szeroko zalega tu i ówdzie migocą straży naczelnych proporce jak łyskania przed burzą niemcy stanęli na brzegu mosty po niemnie rzucili kowno dokoła oblegli dzień w dzień od taranów walą się mury i baszty noc w noc miny burzące kopią się w ziemi jak krety pod niebiosami ognistym unosi się bomba polotem i jak sokoł na ptaki z góry na dachy uderza kowno w gruzy runęło litwa do kiejdan uchodzi w gruzach runęły kiejdany litwa po górach i lasach broni się niemcy dalej ciągną plądrując i paląc kiejstut z walterem pierwsi w bitwach ostatni w odwrocie kiejstut zawsze spokojny od dzieciństwa przywyknął bić się z nieprzyjacielem wpadać zwyciężać uciekać wiedział że jego przodkowie zawsze z niemcami walczyli idąc w ślady swych przodków bił się i nie dbał o przyszłość inne były waltera myśli schowany śród niemców znał potęgę zakonu wiedział że mistrza wezwanie z całej europy wyciąga skarby oręże i wojska prusy broniły się niegdyś starły prusaków teutony litwa pierwej czy później równej ulegnie kolei widział niedolę prusaków drżał nad przyszłością litwinów synu kiejstut zawoła zgubnym ty jesteś prorokiem z oczu mi zdarłeś zasłonę aby otchłanie pokazać kiedy ciebie słuchałem zda się że ręce osłabły i z nadzieją zwycięstwa z piersi uciekła odwaga cóż poczniemy z niemcami ojcze walter powiadał wiem ja sposób jedyny straszny skuteczny niestety może kiedyś objawię tak rozmawiali po bitwie nim ich trąba ku nowym bitwom i klęskom wezwała kiejstut coraz smutniejszy walter jak mocno zmienionv dawniej chociaż nie bywał nigdy zbytecznie wesoły w chwilach nawet szczęśliwych lekki mrok zamyślenia lice jego przysłaniał ale w objęciach aldony dawniej miewał pogodne czoło i lice spokojne zawsze ją witał uśmiechem czułym pożegnał wejrzeniem teraz zda się że jakaś skryta dręczyła go boleść cały ranek przed domem z założonymi rękami patrzy na dymy płonących z dala miasteczek i wiosek patrzy dzikimi oczyma w nocy porywa się ze snu i przez okno krwawą łunę pożarów uważa mężu drogi co tobie pyta ze łzami aldona co mnie będęż spokojnie drzemał aż niemcy napadną i sennego związawszy w ręce katowskie oddadzą boże uchowaj mężu straże pilnują okopów prawda straże pilnują czuwam i szablę mam w ręku ale kiedy wyginą straże wyszczerbi się szabla słuchaj jeśli starości nędznej starości dożyję bóg nam zdarzy pociechę z dziatek wtem niemcy napadną żonę zabiją dzieci wydrą uwiozą daleko i nauczą wypuszczać strzałę na ojca własnego ja sam może bym ojca może bym braci mordował gdyby nie wajdelota drogi walterze ujedźmy dalej w litwę skryjmy się w lasy i góry od niemców my odjedziem a inne matki i dzieci zostawim tak uciekali prusacy niemiec ich w litwie dogonił jeśli nas w górach wyśledzi znowu dalej ujedziem dalej dalej nieszczęsna dalej ujedziem za litwę w ręce tatarów lub rusi na tą odpowiedź aldona pomieszana milczała jej zdawało się dotąd że ojczyzna jak świat jest długa szeroka bez końca pierwszy raz słyszy że w litwie całej nie było schronienia załamawszy ręce pyta waltera co począć jeden sposób aldono jeden pozostał litwinom skruszyć potęgę zakonu mnie ten sposób wiadomy lecz nie pytaj dla boga stokroć przeklęta godzina w której od wrogów zmuszony chwycę się tego sposobu więcej nie chciał powiadać próśb aldony nie słuchał litwy tylko nieszczęścia słyszał i widział przed sobą aż na koniec płomień zemsty w milczeniu karmiony klęsk i cierpień widokiem wzdął się i serce ogarnął wszystkie wytrawił uczucia nawet jedyne uczucie dotąd mu żywot słodzące nawet uczucie miłości tak u białowieskiego dębu jeżeli myśliwi ogień tajemny wznieciwszy rdzeń głęboko wypalą wkrótce lasów monarcha straci swe liście powiewne z wiatrem polecą gałęzie nawet jedyna zieloność dotąd mu czoło zdobiąca uschnie korona jemioły długo litwini po zamkach górach i lasach błądzili napadając na niemców lub napadani wzajemnie aż stoczyła się straszna bitwa na błoniach rudawy gdzie kilkadziesiąt tysięcy młodzi litewskiej poległo obok tyluż tysięcy wodzów i braci krzyżowych niemcom wkrótce posiłki świeże ciągnęły zza morza kiejstut i walter z garstką mężów przebili się w góry z wyszczerbionymi szablami z porąbanymi tarczami kurzem posoką okryci weszli posępni do domu walter nie spójrzał na żonę słowa do niej nic wyrzekł po niemiecku z kiejstutem i wajdelotą rozmawiał nie rozumiała aldona serce tylko wróżyło jakieś okropne wypadki gdy zakończyli obradę wszyscy trzej ku aldonie smutne zwrócili wejrzenie walter patrzał najdłużej z niemej wyrazem rozpaczy wtem gęstymi kroplami łzy mu rzuciły się z oczu upadł do nóg aldony ręce jej cisnął do serca i przepraszał za wszystko co ucierpiała dla niego biada mówił niewiastom jeśli kochają szaleńców których oko wybiegać lubi za wioski granice których myśli jak dymy wiecznie nad dach ulatują których sercu nie może szczęście domowe wystarczyć wielkie serca aldono są jak ule zbyt wielkie miód ich zapełnić nie może stają się gniazdem jaszczurek daruj luba aldono dzisiaj chcę w domu pozostać dzisiaj o wszystkim zapomnę dzisiaj będziemy dla siebie czym bywaliśmy dawniej jutro i nie śmiał dokończyć jaka radość aldonie zrazu myśli nieboga że się walter odmieni będzie spokojny wesoły widzi go mniej zamyślonym w oczach więcej żywości w licach dostrzega rumieniec walter u nóg aldony cały wieczór przepędził litwę krzyżaków i wojnę rzucił na chwilę w niepamięć mówił o czasach szczęśliwych swego do litwy przybycia pierwszej z aldoną rozmowy pierwszej w dolinę przechadzki i o wszystkich dziecinnych ale sercu pamiętnych pierwszej miłości zdarzeniach za cóż tak lube rozmowy słowem jutro przerywa i zamyśla się znowu długo na żonę pogląda łzy mu kręcą się w oczach chciałby coś wyrzec i nie śmie czyliż dawne uczucia szczęścia dawnego pamiątki na to tylko wywołał aby się z nimi pożegnać wszystkie rozmowy wszystkie tego wieczora pieszczoty czyliż będą ostatnim blaskiem świecznika miłości darmo się pytać aldona patrzy czeka niepewna i wyszedłszy z komnaty jeszcze przez szpary pogląda walter wino nalewał mnogie wychylał puchary wajdelotę starego na noc u siebie zatrzymał słońce ledwo wschodziło tętnią po bruku kopyta dwaj rycerze z tumanem rannym spieszą się w góry wszystkie by straże zmylili jednej nie mogli omylić czujne są oczy kochanki zgadła ucieczkę aldona drogę w dolinie zabiegła smutne to było spotkanie wróć się o luba do domu wróć się ty będziesz szczęśliwa może będziesz szczęśliwa w lubej rodziny objęciach jesteś młoda i piękna znajdziesz pociechę zapomnisz wielu książąt dawniej o twą starało się rękę jesteś wolna jesteś wdową po wielkim człowieku który dla dobra ojczyzny wyrzekł się nawet i ciebie bywaj zdrowa zapomnij zapłacz niekiedy nade mną walter wszystko utracił walter sam jeden pozostał jako wiatr na pustyni błąkać się musi po świecie zdradzać mordować i potem ginąć śmiercią haniebną ale po latach ubiegłych imię alfa na nowo zabrzmi w litwie i kiedyś z ust wajdelotów posłyszysz czyny jego natenczas luba natenczas pomyślisz że ów rycerz straszliwy chmurą tajemnic okryty jednej tobie znajomy twoim był kiedyś małżonkiem i niech dumy uczucie będzie pociechą sieroctwa słucha w milczeniu aldona chociaż nie słyszy ni słowa jedziesz jedziesz krzyknęła i zatrwożyła się sama słowem jedziesz to jedno słowo brzmiało w jej uchu nic nie myśliła o niczym pomnieć nie mogła jej myśli jej pamiątki jej przyszłość wszystko splątało się tłumnie ale sercem odgadła że niepodobna powracać że niepodobna zapomnieć oczy zbłąkane toczyła kilka razy waltera dzikie spotkała wejrzenie w tym wejrzeniu już dawnej nie znajdowała pociechy i zdawała się szukać czegoś nowego i wkoło oglądała się znowu wkoło pustynie i lasy w środku lasu samotna błyszczy za niemnem wieżyca był to klasztor zakonnic chrześcijan smutna budowa na tej wieżycy spoczęły oczy i myśli aldony jak gołąbek porwany wiatrem śród morskiej topieli pada na maszty samotne nieznajomego okrętu walter zrozumiał aldonę udał się za nią w milczeniu opowiedział swój zamiar taić przed światem nakazał i u bramy niestety straszne to było rozstanie alf z wajdelotą pojechał dotąd nic o nich nie słychać biada biada jeżeli dotąd nie spełnił przysięgi jeśli zrzekłszy się szczęścia szczęście aldony zatruwszy jeśli tyle poświęcił i dla niczego poświęcił przyszłość resztę pokaże niemcy skończyłem piosenkę koniec już koniec wielki szmer na sali i cóż ów walter jakie jego czyny gdzie nad kim zemsta słuchacze wołali mistrz tylko jeden śród szurmnej drużyny siedział milczący z pochyloną głową mocno wzruszony porywa co chwila puchary z winem i do dna wychyla w jego postaci zmianę widać nową różne uczucia w nagłych błyskawicach po rozpalonych krzyżują się licach coraz to groźniej czoło mu się chmurzy usta drżą sine obłąkane oczy latają niby jaskółki śród burzy wreszcie płaszcz zrzuca i na środek skoczy gdzie koniec pieśni wraz mi koniec śpiewaj albo daj lutnię czego drżący stoisz podaj mi lutnię puchary nalewaj zaśpiewam koniec jeśli ty się boisz znam ja was każda piosnka wajdeloty nieszczęście wróży jak nocnych psów wycie mordy pożogi wy śpiewać lubicie nam zostawiacie chwałę i zgryzoty jeszcze w kolebce wasza pieśń zdradziecka na kształt gadziny obwija pierś dziecka i wlewa w duszę najsroższe trucizny głupią chęć sławy i miłość ojczyzny ona to idzie za młodzieńcem w ślady jak zabitego cień nieprzyjaciela zjawia się nieraz w pośrodku biesiady aby krew mieszać w puchary wesela słuchałem pieśni zanadto niestety stało się stało znam cię zdrajco stary wygrałeś wojna tryumf dla poety dajcie mi wina spełnią się zamiary wiem koniec pieśni nie zaśpiewam inną kiedy walczyłem na górach kastyli tam mnie maurowie ballady uczyli starcze graj nutę tę nutę dziecinną którą w dolinie o był to czas błogi na tę muzykę zwykłem zawsze nucić wracajże starcze bo przez wszystkie bogi niemieckie pruskie starzec musiał wrócić uderzył lutnię i głosem niepewnym szedł za dzikimi tonami konrada jako niewolnik za swym panem gniewnym tymczasem światła gasnęły na stole rycerzy długa uśpiła biesiada lecz konrad śpiewa budzą się na nowo stają i w szczupłym ścisnąwszy się kole pilnie zważają każde pieśni słowo ballada alpuhara już w gruzach leżą maurów posady naród ich dźwiga żelaza bronią się jeszcze twierdze grenady ale w grenadzie zaraza broni się jeszcze z wież alpuhary almanzor z garstką rycerzy hiszpan pod miastem zatknął sztandary jutro do szturmu uderzy o wschodzie słońca ryknęły spiże rwą się okopy mur wali już z minaretów błysnęły krzyże hiszpanie zamku dostali jeden almanzor widząc swe roty zbite w upornej obronie przerznął się między szable i groty uciekł i zmylił pogonie hiszpan na świeżej zamku ruinie pomiędzy gruzy i trupy zastawia ucztę kąpie się w winie rozdziela brańce i łupy wtem straż oddźwierna wodzom donosi że rycerz z obcej krainy o posłuchanie co rychlej prosi ważne przywożąc nowiny był to almanzor król muzułmanów rzucił bezpieczne ukrycie sam się oddaje w ręce hiszpanów i tylko błaga o życie hiszpanie woła na waszym progu przychodzę czołem uderzyć przychodzę służyć waszemu bogu waszym prorokom uwierzyć niechaj rozgłosi sława przed światem że arab że król zwalczony swoich zwyciężców chce zostać bratem wasalem obcej korony hiszpanie męstwo cenić umieją gdy almanzora poznali wódz go uścisnął inni koleją jak towarzysza witali almanzor wszystkich wzajemnie witał wodza najczulej uścisnął objął za szyję za ręce chwytał na ustach jego zawisnął a wtem osłabnął padł na kolana ale rękami drżącemi wiążąc swój zawój do nóg hiszpana ciągnął się za nim po ziemi spójrzał dokoła wszystkich zadziwił zbladłe zsiniałe miał lice śmiechem okropnym usta wykrzywił krwią mu nabiegły źrenice patrzcie o giaury jam siny blady zgadnijcie czyim ja posłem jam was oszukał wracam z grenady ja wam zarazę przyniosłem pocałowaniem wszczepiłem w duszę jad co was będzie pożerać pójdźcie i patrzcie na me katusze wy tak musicie umierać rzuca się krzyczy ściąga ramiona chciałby uściśnieniem wiecznym wszystkich hiszpanów przykuć do łona śmieje się śmiechem serdecznym śmiał się już skonał jeszcze powieki jeszcze się usta nie zwarły i śmiech piekielny został na wieki do zimnych liców przymarły hiszpanie trwożni z miasta uciekli dżuma za nimi w ślad biegła z gór alpuhary nim się wywlekli reszta ich wojska poległa tak to przed laty mścili się maurowie wy chcecie wiedzieć o zemście litwina cóż jeśli kiedy uiści się w słowie i przyjdzie mieszać zarazę do wina ale nie o nie dziś inne zwyczaje książę witoldzie dziś litewskie pany przychodzą własne oddawać nam kraje i zemsty szukać na swój lud znękany przecież nie wszyscy o nie na peruna jeszcze są w litwie jeszcze wam zaśpiewam precz mi z tą lutnią zerwała się struna nie będzie pieśni ale się spodziewam że kiedyś będą dziś zbytnie puchary zanadto piłem cieszcie się i bawcie a ty almanzor precz mi z oczu stary precz mi z albanem samego zostawcie rzekł i niepewną powracając drogą znalazł swe miejsce na krzesło się rzucił jeszcze cóś groził uderzywszy nogą stół z pucharami i winem wywrócił na koniec osłabł głowa się schyliła na poręcz krzesła wzrok po chwili gasnął i drżące usta piana mu okryła i zasnął rycerze chwilę w zadumieniu stali wiedzą o smutnym nałogu konrada że gdy się winem zbytecznie zapali w dzikie zapały w bezprzytomność wpada ale na uczcie publiczna sromota przy obcych ludziach w bezprzykładnym gniewie kto go podniecił gdzie ów wajdelota wymknął się z ciżby i nikt o nim nie wie były powieści że halban przebrany litewską piosnkę konradowi śpiewał że tym sposobem znowu chrześcijany przeciw pogaństwu do wojny zagrzewał ale skąd w mistrzu tak nagłe odmiany za co się witold tak srodze rozgniewał co znaczy mistrza dziwaczna ballada każdy w domysłach nadaremnie bada wojna wojna już konrad hamować nie zdoła zapędów ludu i nalegań rady dawno już cały kraj o pomstę woła za litwy napaść i witolda zdrady witold co wsparcia u zakonu żebrał dla odzyskania wileńskiej stolicy teraz po uczcie gdy wieści odebrał że wkrótce ruszą w pole krzyżownicy zmienił zamiary nową przyjaźń zdradził i swych rycerzy tajnie uprowadził w zamki teutonów leżące po drodze wszedł z wymyślonym od mistrza rozkazem a potem oręż wydarłszy załodze wszystko wyniszczył ogniem i żelazem zakon i wstydem i gniewem zagrzany krzyżową wojnę podniosł na pogany wychodzi bulla morzem lądem płyną nieprzeliczone wojowników roje możni książęta z wasalów drużyną czerwonym krzyżem ozdabiają zbroje a każdy na to swe życie poślubił aby pogaństwo ochrzcił lub wygubił poszli ku litwie i cóż tam sprawili jeśliś ciekawy wynidź na okopy spójrzyj ku litwie gdy się dzień nachyli zobaczysz łunę co niebieskie stropy krwawym płomieni ruczajem obleje oto są wojen napaśniczych dzieje łacno je skreśiić rzeź grabież pożoga i blask co głupie rozwesela zgraje a w którym mędrzec z bojaźnią uznaje głos wołający o pomsty do boga wiatry pożogę coraz dalej niosły rycerze dalej w głąb litwy zabiegli słychać że kowno że wilno oblegli w końcu ustały i wieści i posły już w okolicy nie widać płomieni i niebo coraz dalej się czerwieni darmo prusacy z podbitej krainy brańców i mnogich łupów wyglądają darmo ślą częstych gońców po nowiny śpieszą się gońce i nie powracają srogą niepewność gdy każdy tłumaczy rad by doczekać chociażby rozpaczy minęła jesień zimowe zamieci huczą po górach zawalają drogi i znowu z dala na niebiosach świeci północne zorze czy wojny pożogi coraz widoczniej razi blask płomieni i niebo coraz bliżej się czerwieni z maryjenburga lud patrzy ku drodze już widać z dala kopie się przez śniegi kilku podróżnych konrad nasi wodze jakże ich witać zwyciężce czy zbiegi gdzie reszta pułków konrad wzniosł prawicę pokazał dalej ciżbę rozproszoną ach sam ich widok zdradził tajemnicę biegą bezładnie w zaspach śniegu toną walą się depcą jak podłe owady w ciasnym naczyniu ginące pospołu pną się po trupach nim nowe gromady dźwignionych znowu potrącą do dołu ci jeszcze wleką otrętwiałe nogi ci w biegu nagle przystygli do drogi lecz ręce wznoszą i stojące trupy wskazują w miasto jak podróżne słupy lud wybiegł z miasta strwożony ciekawy lękał się zgadnąć i o nic nie pytał bo całe dzieje nieszczęsnej wyprawy w oczach i twarzach rycerzy wyczytał nad ich oczyma mroźna śmierć wisiała harpija głodu ich lica wyssała tu słychać trąby litewskiej pogoni tam wicher toczy kłąb śniegu po błoni opodal wyje chuda psów gromada a nad głowami krążą kruków stada wszystko zginęło konrad wszystkich zgubił on co z oręża takiej nabył chwały on co się dawniej roztropnością chlubił w ostatniej wojnie lękliwy niedbały witolda chytrych sideł nie dostrzegał a oszukany chęcią zemsty ślepy zagnawszy wojsko na litewskie stepy wilno tak długo tak gnuśnie oblegał kiedy strawiono dobytki i piony gdy głód niemieckie nawiedzał obozy a nieprzyjaciel wkoło rozproszony niszczył posiłki przecinał dowozy codziennie z nędzy marły niemców krocie czas było szturmem położyć kres wojny albo o rychłym zamyślać odwrocie wtenczas wallenrod ufny i spokojny jeździł na łowy albo w swym namiocie zamknięty knował tajemne układy i wodzów nie chciał przypuszczać do rady i tak w zapale wojennym ostygnął że ludu swego nie wzruszony łzami miecza na jego obronę nie dźwignął z założonymi na piersiach rękami cały dzień dumał lub z halbanem gadał tymczasem zima nawaliła śniegi i witold świeże zebrawszy szeregi oblegał wojsko na obóz napadał o hańbo w dziejach mężnego zakonu wielki mistrz pierwszy uciekł z pola bitwy zamiast wawrzynów i sutego plonu przywiózł wiadomość o zwycięstwach litwy czyście widzieli gdy z tego pogromu wojsko upiorów prowadził do domu ponury smutek czoło jego mroczy robak boleści wywijał się z lica i konrad cierpiał ale spójrzyj w oczy ta wielka na pół otwarta źrenica jasne z ukosa miotała pociski niby kometa grożący wojnami co chwila zmienna jak nocne połyski którymi szatan podróżnego mami wściekłość i radość połączając razem błyszczała jakimś szatańskim wyrazem drżał lud i szemrał konrad nie dbał o to zwołał na radę niechętnych rycerzy spójrzał przemówił skinął o sromoto słuchają pilnie i każdy mu wierzy w błędach człowieka widzą sądy boga bo kogoż z ludzi nie przekona trwoga stój dumny władco jest sąd i na ciebie w maryjenburgu wiem ja loch podziemny tam gdy noc miasto w ciemnościach zagrzebie schodzi na radę trybunał tajemny tam jedna lampa na podniebiu sali i w dzień i w nocy się pali dwanaście krzeseł koło tronu stoi na tronie ustaw księga tajemnicza dwunastu sędziów każdy w czarnej zbroi wszystkich maskami zamknięte oblicza w lochach od gminnej ukryli się zgrai a larwą jeden przed drugim się tai wszyscy przysięgli dobrowolnie zgodnie karać potężnych swoich władców zbrodnie nazbyt gorszące lub ukryte światu skoro ostatnia uchwała zapadnie i rodzonemu nie przepuszczą bratu każdy powinien gwałtownie lub zdradnie na potępionym dopełnić wyroku sztylety w ręku rapiery u boku jeden z maskowych zbliżył się do tronu i stojąc z mieczem przed księgą zakonu rzekł straszliwi sędziowie już nasze podejrzenie stwierdzone dowodem człowiek co się konradem wallenrodem zowie nie jest wallenrodem kto on jest nie wiadomo przed dwunastu laty nie wiedzieć skąd przyjechał w nadreńskie krainy kiedy hrabia wallenrod szedł do palestyny był w orszaku hrabiego nosił giermka szaty wkrótce rycerz wallenrod gdzieś bez wieści zginął ów giermek podejrzany o jego zabicie z palestyny uszedł skrycie i ku hiszpańskim brzegom zawinął tam w potyczkach z maurami dał męstwa dowody i na turniejach mnogie pozyskał nagrody a wszędzie pod imieniem wallenroda słynął przyjął na koniec zakonnika śluby i został mistrzem dla zakonu zguby jak rządził wszyscy wiecie tej ostatniej zimy kiedy z mrozem i głodem i z litwą walczymy konrad jeździł samotny w lasy i dąbrowy i tam miewał z witoldem tajemne rozmowy szpiegowie moi dawno śledzą jego czynów wieczorem pod narożną skryli się wieżycą nie pojęli co konrad mówił z pustelnicą lecz sędziowie on mówił językiem litwinów zważywszy co nam tajnych sądów posły niedawno o tym człowieku doniosły i o czym świeżo mój szpieg donosi i wieść już ledwie nie publiczna głosi sędziowie ja na mistrza zaskarżenie kładę o fałsz zabójstwo herezyją zdradę tu oskarżyciel przed zakonu księgą ukląkł i wsparłszy na krucyfiks rękę prawdę doniesień zatwierdził przysięgą na boga i na zbawiciela mękę umilkł sędziowie sprawę roztrząsają lecz nie ma głosów ni cichej rozmowy ledwie rzut oka lub skinienie głowy jakąś głęboką groźną myśl wydają każdy z kolei zbliżał się do tronu ostrzem sztyletu na księdze zakonu karty przerzucał prawa cicho czytał o zdanie tylko sumienia zapytał osądził rękę do serca przykłada i wszyscy zgodnie zawołali biada i trzykroć echem powtórzyły mury biada w tym jednym jednym tylko słowie jest cały wyrok pojęli sędziowie dwanaście mieczów podnieśli do góry wszystkie zmierzone w jednę pierś konrada wyszli w milczeniu a jeszcze raz mury echem za nimi powtórzyły biada pożegnanie zimowy ranek wichrzy się i śnieży wallenrod leci śród wichrów i śniegów zaledwie stanął u jeziora brzegów woła i mieczem bije w ściany wieży aldono woła żyjemy aldono twój miły wraca wypełnione śluby oni zginęli wszystko wypełniono pustelnica alf to głos jego mój alfie mój luby jakże już pokój ty powracasz zdrowo już nie pojedziesz konrad o na miłość boga o nic nie pytaj słuchaj moja droga słuchaj i pilnie zważaj każde słowo oni zginęli widzisz te pożary widzisz to litwa w kraju niemców broi przez lat sto zakon ran swych nie wygoi trafiłem w serce stugłowej poczwary strawione skarby źródła ich potęgi zgorzały miasta morze krwi wyciekło jam to uczynił dopełnił przysięgi straszniejszej zemsty nie wymyśli piekło ja więcej nie chcę wszak jestem człowiekiem spędziłem młodość w bezecnej obłudzie w krwawych rozbojach dziś schylony wiekiem zdrady mig nudzą niezdolny do bitwy już dosyć zemsty i niemcy są ludzie bóg mig oświecił ja powracam z litwy ja owe miejsca twój zamek widziałem kowieński zamek już tylko ruiny odwracam oczy przelatuję czwałem biegę do owej do naszej doliny wszystko jak dawniej też laski te kwiaty wszystko jak było owego wieczora gdyśmy dolinę żegnali przed laty ach mnie się zdało że to było wczora kamień pamiętasz ów kamień wyniosły co niegdyś naszych przechadzek był celem stoi dotychczas tylko mchem zarosły ledwiem go dostrzegł osłoniony zielem wyrwałem zielska obmyłem go łzami siedzenie z darni gdzie po letnim znoju lubiłaś spocząć między jaworami źródło gdziem szukał dla ciebie napoju jam wszystko znalazł obejrzał obchodził nawet twój mały chłodnik zostawiono com go suchymi wierzbami ogrodził te suche wierzby jaki cud aldono dawniej mą ręką wbite w piasek suchy dziś ich nie poznasz dzisiaj piękne drzewa i liście na nich wiosenne powiewa i młodych kwiatków unoszą się puchy ach na ten widok pociecha nieznana przeczucie szczęścia serce ożywiło całując wierzby padłem na kolana boże mój rzekłem oby się spełniło obyśmy w strony ojczyste wróceni kiedy litewską zamieszkamy rolę odżyli znowu niech i naszą dolę znowu nadziei listek zazieleni tak wróćmy pozwol mam w zakonie władzę każę otworzyć lecz po co rozkazy gdyby ta brama była tysiąc razy twardszą od stali wybiję wysadzę tam cię o luba ku naszej dolinie tam poprowadzę poniosę na ręku lub dalej pójdziem są w litwie pustynie są głuche cienie białowieskich lasów kędy nie słychać obcej broni szczęku ani dumnego zwyciężcy hałasów ni zwyciężonych braci naszych jęku tam w środku cichej pasterskiej zagrody na twoim ręku u twojego łona zapomnę że są na świecie narody że jest świat jakiś będziem żyć dla siebie wróć powiedz pozwól milczała aldona konrad umilknął czekał odpowiedzi wtem krwawa jutrznia błysnęła na niebie aldono przebóg ranek nas uprzedzi zbudzą się ludzie i straż nas zatrzyma aldono wołał drżał z niecierpliwości głosu nie stało błagał ją oczyma i załamane ręce wzniosł do góry padł na kolana i żebrząc litości objął całował zimnej wieży mury nie już po czasie rzekła smutnym głosem ale spokojnym bóg mi doda siły on mig zasłoni przed ostatnim ciosem kiedym tu weszła przysięgłam na progu nie zstąpić z wieży chyba do mogiły walczyłam z sobą dziś i ty mój miły i ty mi dajesz pomoc przeciw bogu chcesz wrócić na świat kogo nędzną marę pomyśl ach pomyśl jeżeli szalona dam się namówić rzucę tę pieczarę i z uniesieniem padnę w twe ramiona a ty nie poznasz ty mię nie powitasz odwrócisz oczy i z trwogą zapytasz ten straszny upior jestże to aldona i będziesz szukał w zagasłej źrenicy i w twarzy która ach myśl sama razi nie niechaj nigdy nędza pustelnicy pięknej aldonie oblicza nie kazi ja sama wyznam daruj mój kochany ilekroć księżyc żywszym światłem błyska gdy słyszę głos twój kryję się za ściany ja cię mój drogi nie chcę widzieć z bliska ty może dzisiaj już nie jesteś taki jakim bywałeś pamiętasz przed laty gdyś wjechał w zamek z naszymi orszaki lecz dotąd w moim zachowałeś łonie też same oczy twarz postawę szaty tak motyl piękny gdy w bursztyn utonie na wieki całą zachowuje postać alfie nam lepiej takimi pozostać jakiemi dawniej byliśmy jakiemi złączym się znowu ale nie na ziemi doliny piękne zostawmy szczęśliwym ja lubię moję kamienną zaciszę mnie dosyć szczęścia gdy cię widzę żywym gdy miły głos twój co wieczora słyszę i w tej zaciszy można alfie drogi można by wszystkie cierpienia osłodzić porzuć już zdrady mordy i pożogi staraj się częściej i raniej przychodzić gdybyś posłuchaj wokoło równiny chłodnik podobny owemu zasadził i twoje wierzby kochane sprowadził i kwiaty nawet ów kamień z doliny niech czasem dziatki z pobliskiego sioła bawią się między ojczystymi drzewy ojczyste w wianek uplatają zioła niechaj litewskie powtarzają śpiewy piosnka ojczysta pomaga dumaniu i sny sprowadza o litwie i tobie a potem potem po moim skonaniu niech przyśpiewują i na alfa grobie alf już nie słyszał on po dzikim brzegu błądził bez celu bez myśli bez chęci tam góra lodu tam puszcza go nęci w dzikich widokach i w naglonym biegu znajdował jakąś ulgę utrudzenie ciężko mu duszno śród zimowej słoty zerwał płaszcz pancerz roztargał odzienie i z piersi zrzucił wszystko prócz zgryzoty już rankiem trafił na miejskie okopy ujrzał cień jakiś zatrzymał się bada cień krąży dalej i cichymi stopy wionął po śniegu w okopach przepada głos tylko słychać biada biada biada alf na ten odgłos zbudził się i zdumiał pomyślił chwilę i wszystko zrozumiał dobywa miecza i na różne strony zwraca się śledzi niespokojnym okiem pusto dokoła tylko przez zagony śnieg leciał kłębem wiatr północny szumiał spójrzy ku brzegom staje rozrzewniony na koniec wolnym chwiejącym się krokiem wraca się znowu pod wieżę aldony dostrzegł ją z dala jeszcze w oknie była dzień dobry krzyknął przez tyle lat z sobą tylkośmy nocną widzieli się dobą teraz dzień dobry jaka wróżba miła pierwszy dzień dobry po latach tak wielu zgadnij dlaczego przychodzę tak rano aldona nie chcę zgadywać bądź zdrów przyjacielu już nazbyt światło gdyby cię poznano przestań namawiać bądź zdrów do wieczora wyniść nie mogę nie chcę alf już nie pora wiesz o co proszę zruć jaką gałązkę nie kwiatów nie masz więc nitkę z odzieży albo z twojego warkocza zawiązkę albo kamyczek ze ścian twojej wieży chcę dzisiaj jutra nie każdemu dożyć chcę na pamiątkę mieć jaki dar świeży który dziś jeszcze był na twoim łonie na którym jeszcze świeża łezka płonie chcę go przed śmiercią na mym sercu złożyć chcę go ostatnim pożegnać wyrazem mam zginąć wkrótce nagle zgińmy razem widzisz tę bliską przedmiejską strzelnicę tam będę mieszkał dla znaku co ranek wywieszę czarną chustkę na krużganek co wieczor lampę u kraty zaświecę tam wiecznie patrzaj jeśli chustkę zrucę jeżeli lampa przed wieczorem skona zamknij twe okno może już nie wrócę bądź zdrowa odszedł i zniknął aldona jeszcze pogląda zwieszona u kraty ranek przeminął słońce zachodziło a długo jeszcze w oknie widać było jej białe z wiatrem igrające szaty i wyciągnięte ku ziemi ramiona zaszło na koniec rzekł alf do halbana wskazując słońce z okna swej strzelnicy w której zamknięty od samego rana siedział patrzając w okno pustelnicy daj mi płaszcz szablę bądź zdrów wierny sługo pójdę ku wieży bywaj zdrów na długo może na wieki posłuchaj halbanie jeżeli jutro gdy dzień zacznie świecić ja nie powrócę opuść to mieszkanie chcę chciałbym jeszcze cóś tobie polecić jakżem samotny pod niebem i w niebie nie mam nikomu nigdzie nic powiedzieć w godzinę skonu prócz jej i prócz ciebie bądź zdrów halbanie ona będzie wiedzieć ty zrucisz chustkę jeśli jutro rano lecz cóż to słyszysz w bramę kołatano kto idzie trzykroć odźwierny zawołał biada krzyknęło kilka dzikich głosów widać że strażnik oprzeć się nie zdołał i brama tęgich nie wstrzymała ciosów już orszak dolne krużganki przebiega już przez żelazne pokręcone wschody do wallenroda wiodące gospody łoskot stop zbrojnych raz wraz się rozlega alf zawaliwszy wrzeciądzem podwoje dobywa szablę wziął czarę ze stoła podszedł ku oknu stało się zawoła nalał i wypił starcze w ręce twoje halban pobladnął chciał skinieniem ręki wytrącić napój wstrzymuje się myśli słychać za drzwiami coraz bliższe dźwięki opuszcza rękę to oni już przyśli starcze rozumiesz co ten łoskot znaczy i czegoż myślisz masz nalaną czaszę moja wypita starcze w ręce wasze halban poglądał w milczeniu rozpaczy nie ja przeżyję i ciebie mój synu chcę jeszcze zostać zamknąć twe powieki i żyć ażebym sławę twego czynu zachował światu rozgłosił na wieki obiegę litwy wsi zamki i miasta gdzie nie dobiegę pieśń moja doleci bard dla rycerzy w bitwach a niewiasta będzie ją w domu śpiewać dla swych dzieci będzie ją śpiewać i kiedyś w przyszłości z tej pieśni wstanie mściciel naszych kości na poręcz okna alf ze łzami pada i długo długo ku wieży poglądał jak gdyby jeszcze napatrzyć się żądał miłym widokom które wnet postrada objął halbana westchnienia zmieszali w ostatnim długim długim uściśnieniu już u wrzeciądzów słychać łoskot stali wchodzą wołają alfa po imieniu zdrajco twa głowa dzisiaj pod miecz padnie żałuj za grzechy gotuj się do zgonu oto jest starzec kapelan zakonu oczyść twą duszę i umrzyj przykładnie z dobytym mieczem alf czekał spotkania lecz coraz blednie pochyla się słania wsparł się na oknie i tocząc wzrok hardy zrywa płaszcz mistrza znak na ziemię miota depce nogami z uśmiechem pogardy oto są grzechy mojego żywota gotow em umrzeć czegoż chcecie więcej z urzędu mego chcecie słuchać sprawy patrzcie na tyle zgubionych tysięcy na miasta w gruzach w płomieniach dzierżawy słyszycie wicher pędzi chmury śniegów tam marzną waszych ostatki szeregów słyszycie wyją głodnych psów gromady one się gryzą o szczątki biesiady ja to sprawiłem jakem wielki dumny tyle głów hydry jednym ściąć zamachem jak samson jednym wstrząśnieniem kolumny zburzyć gmach cały i runąć pod gmachem rzekł spójrzał w okno i bez czucia pada ale nim upadł lampę z okna ciska ta trzykroć kołem obiegając błyska na koniec legła przed czołem konrada w rozlanym płynie tleje rdzeń ogniska lecz coraz głębiej topi się i mroczy wreszcie jak gdyby dając skonu hasło ostatni wielki krąg światła roztoczy i przy tym blasku widać alfa oczy już pobielały i światło zagasło i w tejże chwili przebił wieży ściany krzyk nagły mocny przeciągły urwany z czyjej to piersi wy się domyślicie a kto by słyszał odgadnąłby snadnie że piersi z których taki jęk wypadnie już nigdy więcej nie wydadzą głosu w tym głosie całe ozwalo się życie tak struny lutni od tęgiego ciosu zabrzmią i pękną zmieszanymi dźwięki zdają się głosić początek piosenki ale jej końca nikt się nie spodziewa taka pieśń moja o aldony losach niechaj ją anioł harmonii w niebiosach a czuły słuchacz w duszy swej dośpiewa