coraz to ciemniej wiatr północny chłodzi na dole tuman a miesiąc wysoko pośród krążącej czarnych chmur powodzi we mgle nie całe pokazywał oko i świat był nakształt gmachu sklepionego a niebo nakształt sklepu ruchomego księżyc jak okno którędy dzień schodzi zamek na barkach nowogródzkiej góry od miesięcznego brał pozłotę blasku po wałach z darni i po sinym piasku olbrzymim słupem łamał się cień bury spadając na fosę gdzie wśród wiecznych cieśni dyszała woda spod zielonych pleśni miasto już spał w zamku ognie zgasły tylko po wałach i po basztach straże powtarzanymi płoszą senność hasły wtem się coś zdala na polu ukaże jakowiś ludzie biegą tu po błoniach a gałąź cieniu za każdym się czerni a biegą prędko muszą być na koniach a świecą mocno muszą być pancerni zarżały konie zagrzmiała podkowa trzej to rycerze jadą wzdłuż parowa zjechali stają a pierwszy z rycerzy krzyknie i w trąbkę mosiężną uderzy uderzył potem raz drugi i trzeci strażnik mu baszty rogiem odpowiada brzękły wrzeciądze pochodnia zaświeci i most zwodzony z łoskotem opada na tętent koni zbiegli się strażnicy chcąc bliżej poznać i męże i stroje pierwszy mąż jechał w zupełnej zbroicy jaką zwykł niemiec przywdziewać na boje i krzyż miał czarny na białej kapicy i krzyż na piersiach u złotej pętlicy trąbkę na plecach kopiję u toku różaniec w pasie i szablę u boku poznali męża litwini z tych znaków więc cicho jeden do drugiego szepce to jakiś urwisz od psiarni krzyżaków tuczny bo pruską krew codziennie chłepce o gdyby nie był nikt tu więcej z warty zarazby w bagnie skąpał się ten plucha aż pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty! tak oni mówią on niby nie słucha lecz musiał słyszeć bo się bardzo zdumiał a chociaż niemiec głos ludzki rozumiał książę jest w zamku jest lecz o tej porze bardzoście wasze poselstwo spóźnili dziś nie możecie stawić się we dworze chyba na jutro jutro ani chwili! zaraz natychmiast choć w spóźnioną porę litaworowi o posłach donieście niebezpieczeństwo na mą głowę biorę a wy dla znaku pierścień tylko weźcie! nie trzeba więcej skoro ujrzy godło pozna kto jestem i co nas przywiodło cichość dokoła zamek we śnie leży co za dziw północ jesienią noc długa zacóż dotychczas w litawora wieży lampa jak gwiazdka między kratą mruga wszak dziś powrócił jeździł w kraj daleki snu potrzebują troskliwe powieki on przecie nie śpi posłano na zwiady nie śpi lecz żaden z pałacowej straży ani z dworzanów ani z panów rady do progu jego zbliżyć się nie waży daremnie poseł i grozi i prosi groźba i prośba na nic się nie przyda kazano wreszcie obudzić rymwida on wolę pańską nosi i odnosi on głową w radzie prawą ręką w boju jego nazywa książę drugim sobą w obozie w zamku jemu każdą dobą wstęp do pańskiego otwarty pokoju w pokoju ciemno i tylko od stoła kaganiec światłem konającym płonął litwaor chodził po gmachu dokoła a potem stanął i w myślach utonął słucha co rymwid o niemcach powiada ale mu na to nic nie odpowiada to się rumieni to wzdycha to blednie wydając twarzą troski niepowszednie poszedł ku lampie żeby ją poprawił wrzakomo poprawia a do głębi ciśnie wcisnął nareszcie i całkiem zadławił nie wiem przypadkiem czyli też umyślnie snać że poskromić nie mógł wnętrznej wrzawy i w pogodniejsze wystroić się lice a jednak nie chciał by sługa z postawy zgadnął pańskiego serca tajemnice znowu komnatę obchodzi dokoła lecz kiedy okna kratowane mijał widna przy blasku miesięcznego koła co się przez szyby i kraty przebijał widna posępność zmarszczonego czoła przycięte usta oczu błyskawica i surowego zagorzałość lica potem w róg gmachu zwraca się z pośpiechem każe podwoje zamknąć rymwidowi siadł i z kłamliwą spokojnością mówi szyderskim mowę zaprawując śmiechem wszak mi sam z wilna przywiozłeś rymwidzie że witołd pan nasz możny i łaskawy miał mię podwyższyć książęciem na lidzie i spadłe dla mnie po żonie dzierżawy jak swoją własność lub zdobycze cudze litaworowi podarował słudze - to prawda książę my więc po te dary jako przystało wystąpimy godnie! każ wynieść na dwór książęce sztandary zapalić w zamku ognie i pochodnie! gdzie są trębacze niechaj o północy zjadą na miasto i stanąwszy w rynku na cztery wiatry trąbić bez spoczynku póki się wszystko rycerstwo rozbudzi! niech każdy piersi zbroją ubezpiecza nasadzi groty i pociągnie miecza! zgotować żywność dla koni i ludzi! każdemu z mężów zgotuje niewiasta ile zjeść można od ranku do zmroku czyj koń na paszy sprowadzić do miasta nakarmić i wziąć na drogę obroku a skoro słońce z szczorsowskiej granicy pierwszym promieniem grób mendoga draśnie wszyscy staniecie na lidzkiej ulicy! czekać mię rzeźwo zbrojno i zapaśnie! tak mówił książę wprawdzie jego mowa zaleca zwykłe do drogi przybory lecz zaco nagle i niezwykłej pory dlaczego postać była tak surowa a kiedy mówił choć gwałtowne słowa biegą że jedno drugiego nie ścignie zda się jakby wyszła ich połowa a reszta w piersiach przytłumiona stygnie ta postać coś mi niedobrego wróży i głos ten myśli spokojnej nie służy umilkł litawor zdało się że czeka aż rymwid z wziętym odejdzie rozkazem i rymwid milczy a odejścia zwleka bo to co słyszał i co widział razem kiedy stosuje i waży w rozmowie z lekkich słów ciężką rzecz odgadnąć umie ale cóż pocznie zna że książę młody namowom cudzym mało daje ucha i nie lubiący w długie brnąć wywody zamiary knuje w swojej głębi ducha a skoro uknuł nie dba na przeszkody i hamowany tym srożej wybucha lecz rymwid jako wierna panu rada i zacny rycerz w litewskim narodzie zapewne hańbie niemiłej podpada gdzieby powszechnej nie zbieżał szkodzie milczeć czy radzić na dwoje myśl dzieli waha się wkońcu na drugie ośmieli panie gdziekolwiek chęci twoje godzą nigdyć na ludziach i koniach nie zbędzie wskaż tylko drogę my za twoją wodzą nie patrząc kędy gotowi iść wszędzie pospólstwo ślepe twoich rąk narzędzie i mężów którzy na coś więcej zdatni bo i twój ojciec choć lubił sam z siebie wyciągać skrycie przyszłych dzieł osnowy jednak nim gminne miecze ku potrzebie wprzódy ku radzie mądre wzywał głowy kędy ja nieraz z wolnym zdaniem siadał a com umyślił śmiało wypowiadał więc i dziś wybacz jeśli w szczerym głosie zeznam co serce ustom przekazało długo ja żyłem i na siwym włosie dźwigam i czasów i czynów niemało przed się dziś widzę oby nie ze szkodą rzecz dla nas starych niezwykłą i młodą jeżeli prawda że na lidzkie państwo ciągniesz do twojej należące właści ten pochód skory coś nakształt napaści zrazi i nowe i dawne poddaństwo ci jak zwycięzcy czekają zdobyczy tamci kajdanów jak lud niewolniczy zaraz po kraju wieść ziarna rozsypie ucho je gminne chwyta i przesadza skąd w końcu gorzki owoc się wyradza co truje zgodę i co sławę szczypie okrzykną zaraz żeś chciwy łupieży wdarł się na państwo któreć nie należy inaczej cale po dawnym zwyczaju litewskie niegdyś stąpały książęta niosąc stolicę do własnego kraju tych książąt dobrze wiek mój zapamięta i jeśli zechcesz iść po starym trybie spuszczaj się na mnie w niczym nie uchybię naprzód rycerstwo obeślemy wszędy i tych co w mieście zostali się bliscy i co na wiejskie powrócili grzędy mają na zamek zgromadzić się wszyscy więc krewne pany więc starsze urzędy ku bezpieczeństwu a większej ozdobie z sowitym pocztem niech staną przy tobie co nim dokonasz ja mogę tymczasem wyruszyć jutro lub pojutrze z rana ze służbą z świętą osobą kapłana tudzież z potrzebnym do uczty zapasem aby się wszystko złatwiło na przodzie a na zwierzynie nie brakło i miodzie nie tylko bowiem sam naród prostaczy lecz i starszyzna za łakocią goni a widząc zrazu pańskiej hojność dłoni dobrze stąd sobie na przyszłość tłumaczy tak zawżdy było w litwie i na żmudzi jeśli nie wierzysz pytaj starych ludzi! skończył podchodzi ku oknom i doda wietrzno niepewna na jutro pogoda.. jakiegoś widzę rumaka przy wieży a tuż i rycerz oparty na łęku.. drudzy dwaj chodzą konie wodząc w ręku.. posły niemieckie poznałem z odzieży czy ich zawołać czyli niech na dole przez usta sługi odbiorą twą wolę to mówiąc okno przymknięte zaszczepił niby niechcący i patrzył i gadał ale umyślnie pytanie uczepił by coś o posłach niemieckich wybadał na to mu prędko litawor odpowie jeżeli kiedy wychodzę po radę do cudzych własnej nie ufając głowie zawżdy twe zdanie na początku kładę boś zewsząd godzien mojej czci i wiary, jak w polu młody tak na radzie stary więc choć nie lubię by dzieł przyszłych końce lada czyjemu widne były oku zamiar wylęgły w myślenia pomroku źle jest przed czasem wykazać na słońce niechaj rzecz cała dokonania bliska jak piorun wprzódy zabija niż błyska prztoż ja krótko pytania odbywam kiedy dziś jutro?.. gdzie na żmudź do rusi?.. to być nie może! będzie i być musi.. lecz dzisiaj tobie głąb serca rozkrywam dlatego kazał do konia i zbroi dlatego nagle i orężnie godzę bo wiem witołda że z wojskami stoi gotowy wstręty czynić mi po drodze a może na to chciał do lidy zwabić by zwabionego pojmać albo zabić ale ja z mistrzem pruskiego zakonu tajemne zaraz związałem przymierze aby mi swoje dał w pomoc rycerze za co w nagrodę ustąpię część plonu jeśli jak słyszę przybyli posłowie znać żem na jego nie zwiedziony słowie wprzód więc nim zajdą siedmiorakie gwiazdy ruszymy przydać ku litewskiej sile niemców pancernej trzy tysiące jazdy i pieszych knechtów we dwójnasób tyle będąc u mistrza sam sobie wybrałem jakie ma przysłać rumaki i chłopy od wszystkich naszych ogromniejsze ciałem żelazem kute od głowy do stopy wiesz jako dzielnie brzeszczotami sieką i dzidą srożsi od naszych daleko knecht zasię każdy ma żelazną żmiję którą ołowiem i sadzą utuczy potem ku wrogom nawracając szyję podrażni iskrą wnet paszcza zahuczy ogniem i gromem zrani lub zabije kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy od takiej broni niegdyś obalony pradziad gedymin na szańcach wielony wszystko gotowe tajemnymi drogi jutro gdy witołd w zaufaniu zbytnim na lidzie słabe zostawił załogi wpadniem podpalim zabierzem i wytniem? rymwid niezwykłą rażony nowiną stał pełen dziwu nieprzytomny sobie przegląda burzę myśli o sposobie skłócone myśli jedne w drugich giną ale rzecz nagła próżno zwlekać zdanie z gniewem i żalem zawoła o panie! bogdajbym nigdy nie dożył tej pory! brat przeciw bratu ma podnosić dłonie! wczoraj wyszczerbił na niemców topory dziś ma je ostrzyć ku niemców obronie zła jest niezgoda ale gorszą zgodą chcesz nas pojednać raczej ogień z wodą! zdarza się wprawdzie że sąsiad sąsiada z którym nieprzyjaźń toczył od lat wielu uściska wreszcie gniewne serce składa jeden drugiego zowiąc przyjacielu że bardziej jeszcze niźli złe sąsiady gniewne na siebie litwiny i lachy często u wspólnej pijają biesiady snu używają pod jednymi dachy i miecze łączą ku wspólnej potrzebie a jeszcze bardziej nad litewskie męże i nad polaki zawziętsi na siebie od wieków są ludzie i węże a przecież jeśli do domowych progów wąż zaproszony gościem od człowieka jeśli dla chwały nieśmiertelnych bogów litwin mu chleba nie skąpi i mleka wtenczas gad swojski pełznie w jego ręce społem wieczerza z jednych kubków piją i nieraz senne piersi niemowlęce mosiężnym wiankiem bez szkody obwija lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze nikt ni gościną ni prośbą ni dary! małoż prusaki i mazowsza cary ziem ludzi złota wepchnęli mu w paszcze on wiecznie głodny! choć pożarł tak wiele na resztę naszą rozdziera gardziele spólna moc tylko zdoła nas ocalić darmo hordami ciągniemy co roku burzyć ich twierdze i mieściny palić! przebrzydły zakon podobny do smoku jeden łeb utniesz drugi rośnie skoro i ten ucięty rośnie w dziesięcioro! wszystkie utnijmy! napróżno się trudzi kto naszych szczerze chce godzić z krzyżaki bo czy to z kniaziów czyli z prostych ludzi na litwie całej nie znajdzie się taki coby ich nie znał chytrości i dumy nie stronił od nich jak od krymskiej dżumy coby nie wolał stokroć od ich broni raczej śmierć w polu niźli pomoc zyskać raczej żelazo rozpalone w dłoni niźli krzyżacką prawicę uściskać! lecz witołd grozi czyż bez obcych mieczy już nie zdołamy rozeprzeć się w polu albo czy do tych kresów zaszły rzeczy iż domowego naszych zwad kąkolu nie zdoła wyrwać dłoń bratniej przyjaźni oręż dla cudzej zachowując kaźni skądże masz pewność że słuszna twa skarga że witołd znowu stawiąc się upornie zdrady napina i umowy targa posłuchaj szlij mnie do niego powtórnie wznowim umowę.. dość tego rymwidzie! znane mi dobrze witołda umowy wczoraj mu taki wiatr zawiał do głowy dzisiaj nań znowu co innego przyjdzie wczora ufałem książęcemu słowu że sobie lidę w dziedzictwo zabiorę dziś witołd uknuł coś różnego znowu na gwałt swobodną wyśledziwszy porę gdy się do domów rozjechali moi a on u wilna obozami stoi dziś oznajmuje jakoby lidzianie za swego pana słuchać mię nie chcieli więc witołd lidę dla siebie wydzieli mnie zaś w nagrodę inny kraj dostanie!.. pewnie ruś gołą lub bagna warega bo tam wskazana jest siedziba nasza tam witołd braci i krewnych wypłasza a świętą litwę sam jeden zalega! patrz jak uradził a wie na co radzić bo w jedno bije chociaż różną drogą chciałby się jeden nad wszystkich posadzić i sobie równych cisnąć pod swą nogą przebóg! czyż nie dość że witołda buta na koniu wiecznie trzyma całą litwę pierś nasza wiecznie do zbroi przykuta szyszaki już nam przyrosły do czoła! z łupów po łupy i z bitwy na bitwę świat jako wielki zbiegliśmy dokoła to na krzyżactwo to znowu przez tatry na polski piękne zbudowane sioła stamtąd po stepach żeglujący z wiatry goniąc błędnego obozy mongoła a cośmy skarbu z zamków wyłamali i co żywego szablica nie dotnię głód nie dogryzie ogień nie dopali jemu znosimy spędzamy ochotnie na trudach naszych w potęgę urasta od fińskich zatok po chazarów morze wszystkie pod siebie zagarnął już miasta.. sam w jakim mieście w jakim siedzi dworze! widziałem pysznych krzyżaków warownie na które prusak nie spojrzy bez strachu a przecież mniejsze od witołda gmachu co jest na wilnie lub trockim jeziorze! widziałem piękną dolinę przy kownie kędy rusałek dłoń wiosną i latem ściele murawę kraśnym dzierzga kwiatem jest to dolina najpiękniejsza w świecie.. lecz któżby wierzył u syna kiejstuta w pałacu świeższa murawa i kwiecie takim po ścianach rozwisłe bistory z liściem ze srebra i kwieciem ze złota.. nad dzieło bogiń nad smug różnowzory cudniejsza branek lechickich robota w kratach u niego szklane okienice przywoźne kędyś aż od ziemi końca błyszczą jak polskich rycerzy zbroice albo jak niemen przed oczyma słońca spod śniegu zimne gdy odsłoni lice a ja com zyskał za rany i znoje com zyskał że od maleńkiego wieku z pieluchów zaraz przwiniony w zbroje książe jak tatar żył o końskim mleku cały dzień konno w wieczór końska grzywa poduszką moją przy niej noc wystoję a rankiem znowu trąba na koń wzywa że wtenczas kiedy moi rówieśnicy jeżdżąc na kijach szablami z łuczywa bezpiecznie sobie grali po ulicy by siwą matkę lub dziecinną siostrę zabawić wojny kłamanej obrazem wtenczas z tatary jam gonił na ostre lub wręcz z polaki ścinał się żelazem! przecież me państwa od erdwiłła czasu i piędzią szerzej ziemi nie zaległy patrz na te mury z dębowego lasu i na ten pałac mój z czerwonej cegły pójdź przez komnaty pradziadów siedliska gdzie szklane kuple gdzie kruszczowe łupy miasto blach złotych mokry kamień błyska miasto kobierców śniade mchu skorupy! cóżem chciał wynieść z ognia i kurzawy państwa czy skarby nie nic kromia sławy! ale i sławą wszystkim ponad głowę witołd podleciał witołd wszystkich gasi jego jakoby drugiego mindowę na ucztach wielbią wajdeloci nasi jego na strunach i na wieszczym rymie do potomnego wysyłają blasku nasze śród gminu kto wypatrzy imię kto podjąć raczy z niepamięci piasku przecież nie zajrzym niech walczy nich gromi niechaj się w imię i skarby bogaci tylko niech zęba chciwego poskromi od swych ojczyców od ziemi swej braci! czyż dawno w środku pokoju i zgody gwałtem litewska wstrząśniona stolica czyż dawno witołd kniaziów wielkich grody naszedł i z tronu zmiótł olgierdowica i sam owładnął a tak lubi władać by jego poseł jak krywejty goniec książąt podwyższał albo zmuszał spadać! o czas że temu położymy koniec czas że po sobie jeździć nie dozwolim! póki młodego w piersiach żywię ducha póki żelazo ręki zdrowej słucha dopóki koń mój ze skrzydłem sokolim com z łupów krymskich jednego wziął sobie jakiemu równy dany tobie drugi a jeszcze dziesięć rże przy moim żłobie którymi wierne poobdzielam sługi dopóki koń mój.. póki szabla moja!.. tu mu gniew słowa i tchnienie zatłoczył umilkł lecz chrzęstem ozwała się zbroja znać że się wzdrygnął i z miejsca wyskoczył jakiż to płomień nad głową mu błysnął jak oderwana gwiazda przez niebiosa spada z długiego żary trzęsąc włosa tak on brzeszczotem koło stropu cisnął i siekł w podłogę od tęgiego razu rzęsiste iskry sypnęły się z głazu znowu ich głuche obeszło milczenie znowu rzekł książę dosyć próżnej mowy oto noc prawie dochodzi połowy wkrótce usłyszym drugich kurów pianie.. wiesz com rozkazał bądźcie w pogotowiu! ja legnę może duch troskliwy spocznie i ciało trochę pokrzepię na zdrowiu bom trzy dni nie spał teraz jeszcze mrocznie lecz dziś zapełnia księżyc rogi nowiu świat będzie widny ruszymy niezwłocznie synom kiejstuta w lidzie zostawimy godne dziedzictwo popioły i dymy! to powiedziawszy usiadł i w dłoń klasnął skoczyli słudzy kazał zwlekać szaty i legł nie na to może aby zasnął lecz aby rymwid miał się precz z komnaty i on gdy widzi iżby nic nie sprawił ani co mówił ani dłużej bawił poszedł a jako znał powinność sługi wytrąbił ukaz rycerstwo zgromadził potem do zamku wrócił się raz drugi pocóż czy żeby znowu z panem radził nie w inną stronę wiódł on kroki swoje na lewe skrzydło zamkowej budowy gdzie ku stolicy spadał most zwodowy szedł krużgankami przed księżnej podwoje była naonczas książęciu zamężną córa na lidzie możnego dziedzica z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica zwana grażyną? czyli piękną księżną? a chociaż wiekiem od młodej jutrzenki pod lat niewieścich schodziła południe oboje dziewki i matrony wdzięki na jednym licu zespoliła cudnie powagą zdziwi a świeżością znęca zda się że lato oglądasz przy wiośnie że kwiat młodego nie stracił rumieńca a razem owoc wnet pełni dorośnie nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać ona się jedna w dworze całym szczyci że bohaterską litawora postać wzrostem wysmukłej dorówna kibici książęca para kiedy ją okoli służebne grono jak w poziomym lesie sąsiednia para dorodnych topoli nad wszystkich głowę wystrzeloną niesie twarzą podobna i równa z postawy sercem też całym wydawała męża igłę wrzeciono niewieście zabawy gardząc twardego imała oręża często myśliwa na żmudzkim rumaku w szorstkim ze skóry niedźwiedziej kirysie spiąwszy na czole białe szpony rysie pośród strzelczego hasała orszaku z pociechą męża nieraz w tym ubiorze wracając z pola oczy myli gminne nieraz od służby zwiedzionej na dworze odbiera hołdy książęciu powinne tak zjednoczona zabawą i trudem osłoda smutku spólniczka wesela nie tylko łoże i serce podziela lecz myśli jego i władzę nad ludem wojny i sądy i tajne układy częstokroć od jej zależały rady acz innym rzecz ta nie była świadoma bo księżna wyższa nad żon prostych rzędy które zbyt rade że panują doma chciałyby z tym się popisować wszędy - owszem cudzemu pilnie kryła oku z jaką potęgą w sercu męża władnie nawet baczniejsi i bliżsi jej boku na prędko mogli zbadać i nie snadnie mimo to rymwid mądry odgadywał gdzie mu jedyne pozostało wsparcie szedł więc i księżnej wynurzył otwarcie wszystko co widział i co przewidywał jaka stąd dawnym zwyczajom obraza książęciu hańba narodowi skaza mocno grażynę wieść nowa uderzy lecz panią swojej będąc postaci udaje wrzekomo iż temu nie wierzy pokoju w głosie i w twarzy nie traci nie wiem ja rzekła czyli nad rycerzy więcej u pana słowo niewiast płaci to wiem że sobie sam radzi roztropnie wiem jeszcze lepiej co uradzi dopnie wreszcie jeżeli nagła gniewu flaga doczesną burzę w sercu jego wzbudzi jeśli niekiedy lotem młodych ludzi chęć swą nad słuszność lub nad możność wzmaga zostawmy niech czas i cicha uwaga rozjaśni myśli zapały przystudzi pierzchliwe słowa niepamięć pogrzebie tymczasem drugich nie twóżmy i siebie! - wybaczaj księżno! o nie są to słowa co z ust w gorącej pryskają godzinie których zagasłych pamięć nie dochowa nie jest to zamiar który w plątaninie chęci niewczesnych rodzi myśl jałowa który jako dym zamroczy i zginie ten dym strasznego zwiastunem wybuchu! nie dzisiaj jestem przy pańskiej osobie od lat dwunastu znał mię wiernym sługą przecież na pamięć nie przywiodę sobie by ze mną mówił tak szczerze tak długo odkładać próżno co rozkazał zrobię bo już rozkazał bym przed gwiazdą drugą zgromadził wojska nad grób peresieka noc będzie widna droga niedaleka? - co słyszę! jutro biada mojej głowie! nie chcę ażeby po litwie gadano że brat na bratnie następował zdrowie wziął gardło lub dał za grażyny wiano! pójdę i w pierwszej z książęciem rozmowie.. owszem dziś idę chociaż już nierano.. wprzód niźli nocną świt opędzi rosę tuszę iż dobrą odpowiedź przyniosę? żegnają siebie po tym rozhoworze a w jedno miejsce dążyli oboje księżna i chwili nie bawiąc w komorze spieszy w gmach pański przez tajne pokoje rymwid nie bawiąc i chwili na dworze spieszy krużgankiem i w pańskie podwoje że nie śmiał wstąpić na progu usiada szczeliną patrzy i ucha dokłada niedługo czekał klamka zaszeleści z ubocznych progów mignie postać w bieli kto woła książę zerwał się z pościeli kto ja odpowie znany głos niewieści potem coś dłużej rozmawiać zaczęli a chociaż rymwid domyślał się treści głosu nie złowić bo w echo wplątany połknęło miejsce lub odbiły ściany rozmowa coraz żwawsza i zmieszana coraz zwolniała coraz trudniej słychać częściej głos pani bardzo rzadko pana milczał niekiedy zdawał się uśmiechać nakniec księżna padła na kolana wstał nie wiadomo podnieść czy odpychać kilka słów potem wymówił goręcej a potem milczał i nie mówił więcej i było cicho znowu postać w bieli przemknie się ku drzwiom klamką zaszeleści czy uprosiła czy się nie ośmieli prosić do dłużej już w swój gmach niewieści odeszła księżna książę do pościeli wrócił legł cicho i widać z tej cisze że go sen twardy wprędce ukołysze rymwid daremnie jeszcze chwilę badał odszedł nareszcie i w lewym balkonie giermka obaczy który z niemcy gadał słucha ciekawie lubo ku tej stronie nie szła rozmowa i wiatr ją okradał wtem giermek ręką ukazał ku bronie.. coby oznaczał rymwid łacno zgadał strasznie to pychę krzyżaków ubodło zbiegł chwycił konia poskoczył na siodło przysięgam wrzeszcząc gdybym nie był posłem przysięgam na ten krzyż komtura znamię iż za obelgę którą dziś poniosłem prędkoby zemstę znalazło to ramię! między monarchy na poselstwach wzrosłem ni przy cesarskiej ni papieskiej bramie nie spotkało mię co u twego panka pod gołym niebem doczekać się ranka iść precz za czyim za giermka rozkazem! ale ostrzegam że nas nie ułowi pogański wykręt i nie minie płazem! wołać nas wrzakomo przeciw witołdowi a potem wspólnym otoczyć żelazem! no obaczymy czy witołd odbije ten miecz zanadto waszej bliski szyje! powiedz książęciu jeśli nie dowierza sam niechaj spyta powtórzyć gotowym choć razy dziesięć tymże samym słowem teraz i zawsze bo ze słów rycerza nic nie wyrzucić jak ze słów pacierza! a com rzekł usty prawicą dowiodę jama którąście pod nami kopali na waszą własną wykopana szkodę dziś jeszcze jeszcze tej nocy się zwali tak jakem ditrich halstark von kniprode komtur zakonu! za mną knechty dalej! zaczekał jednak lecz po krótkiej zwłoce gdy nic nie słyszał bramą w pole goni kiedy niekiedy zbroja zamigoce kiedy niekiedy słychać rżenie koni coraz znikają w dali i w pomroce las ich nakoniec i góra zasłoni jedźcie szczęśliwie! bodaj wasza noga nigdy w litewskiej nie postała ziemi! rzekł rymwid patrząc z uśmiechem za niemi dzięki o księżno! jaka zmiana błoga jak niespodziana! proszę teraz kto tu pochlebi sobie że zna serce cudze ów głos gniewliwy owa postać sroga słowa wiernemu nie dał wyrzec słudze! ptaszego zda się chciał pożyczyć lotu by spaść co prędzej na witołda głowę wtem oręż zmusza do powrotu!.. nie dziw zapomniał starzec siwobrody że księżna piękna a litawor młody! tak mówiąc z sobą wzniósł do góry oczy może się lampka za kratą ukaże.. napróżno patrzył ciemność okna mroczy wraca więc znowu i na ganek kroczy azali książę wołać nie rozkaże napróżno czekał zapytywał straże zbliża się ku drzwiom w pokoju noc cicha a książę dotąd snem twardym oddycha cuda prawdziwe! nie odgadnę cale jakim dziś wszystko idzie u nas torem niedawno wołał w największym zapale rozkazał wojsko zgromadzić wieczorem a sam śpi dotąd miał wyciągnąć rano stoją rycerze od niemców wezwani a niemcom z niczym odjechać kazano któż zaniósł rozkaz oto giermek pani!.. ile z wczorajszej wróżyłam rozmowy.. wprawdzie żadnegom nie słyszał wyrazu lecz długie prośby głos pana surowy.. miałabyż księżna pomimo rozkazu ważyć się sama aż na krok takowy ufna potędze niewieścich pieścideł?.. lękam się bardzo aby tego razu zbytniej śmiałości nie puściła skrzydeł.. prawda iż nieraz poczynała śmiele lecz to byłoby więcej niż za wiele! dalsze rozmowy przerwał mu posłaniec którym wszedł cicho i z daleka mruga więc oba śpieszą w zamku lewy kraniec stamtąd krużgankiem zbiegła księżnej sługa wprowadza i drzwi za sobą zamyka radco sędziwy niedobrze się dzieje ale rozpaczy oddać się nie godzi jeśli nas dzisiaj zawiodły nadzieje szczęśliwsze jutro może wynagrodzi bądźmy cierpliwi nie robić hałasu między żołnierstwem i dworską gawiedzią! posły odprawim do innego czasu ażeby książę nagłą odpowiedzią nie przyrzekł niemcom póki zemstą płonie coby rad cofnąć gdy z gniewu ochłonie ty się nie lękaj! jakkolwiek wypadnie zamiarom pana nic się nie uszkodzi i potem wojsko może zwołać snadnie jeżeli czas mu serca nie ochłodzi dzisiaj miał jechać ale wyznam szczerze ja tak kwapionej wyprawie nie wierzę ledwie w domowe powrócony progi wczora zaledwie z piersi złożył zbroje z dalekiej jeszcze nie wytchnąwszy drogi miałżeby znowu dziś ruszać na boje - co słyszę księżno ty mówisz o zwłokach jak cię niestety rachuba omyli! już jest za późno już po tylu krokach nie będzie czekał godziny pół chwili! wreszcie obaczym...lecz wprzód chciałbym wiedzieć jak przyjął książę wczorajszą namowę grażyna właśnie miała odpowiedzieć gdy ich zdarzenie pomieszało nowe tętent jezdnego słychać na dziedzińcu zdyszany giermek dopada komnaty przynosi wieści od litewskiej czaty która po lidzkim biegając gościńcu teraz od niemca dostała języka że wódz krzyżaków jazdą z lasu ruszył a za nią knechtów i obóz pomyka i że przed świtem jak czatownik tuszył i jak niemieckie wyznawały brańce chce miasto ubiec i szturmować szańce niechaj więc rymwid wraz do pana skoczy by go przebudzić i prędko rozsadzić czyli na polu niemcom zajrzeć w oczy czatownik radzi abyśmy się skradali do nich z ubocza bo są niedaleko wprzód nim się knechty z działami przewleką abyśmy z nagła na lud jezdny padli tak zapędzonym na chrapy i rowy łacno rajtarom i bratom łby zmieciem potem fussknechtów wziąwszy pod podkowy do szczętu plemię jaszczurze wygnieciem mocno rymwida dziwi ta nowina daleko mocniej dziwi się grażyna giermku zawoła kędyż są posłowie umilknął giermek a niepewne lice i pytające topiąc w niej źrenice co słyszę księżno zdumiony odpowie alboż o własnym zapomniałaś słowie niedawno kiedy piały drugie kury samaś mi rozkaz książęcy przyniosła ażebym biegał co prędzej do posła i wyprawił go przed świtem za mury! tak rzecz księżna twarz odwraca zbladłą lecz pomieszanie widne w jej osobie do ust wyrazy nieporządne kładło tak prawdę mówisz przypominam sobie.. jakże to wszystko z głowy mi wypadło! biegnę nie stójmy albo wiem co zrobię.. stanęła milczy przymkniona powieka czoło pochyłe w którym się przebija jakaś myśl jeszcze ciemna i daleka w niepewnych rysach okaże się mija i znowu wschodzi całą twarz obleka.. dojrzewa zamiar staje się wyrokiem.. już umyśliła postąpiła krokiem "tak jest raz jeszcze idę budzić męża.. wojsko niech zaraz w drogę się wybiera! ty giermku rozkaż osiodłać hestera i wynieść resztę pańskiego oręża! wszystko to ma być natychmiast gotowe! przykazuję wam imieniem książęcia odpowiedź starcze wkładam na twą głowę jaki cel kędy mierzą przedsięwzięcia nie gadać ani pytać do poranku! idźcie i pana czekajcie na ganku!" wybiegła drzwiczki za sobą zatrzasła wybiega rymwid a myśli po drodze "gdzie idę po co wszak wojska i wodze już zgromadzone już wydane hasła!" odetchnął tedy zwolnił nieco kroku stanął z nagiętym ku ziemi obliczem i myśląc długo nie myślał o niczem bo w mnogich zdarzeń i wnioskach natłoku myśli samopas plączą się bezwładnie ani ich rozum znużony owładnie "próżno tu czekam już bliski poranek - wkrótce się cała zagadka rozwiąże musze z nim mówić śpi czy nie śpi książę" więc stąpał prosto na pałacu ganek a wtem się z lekka rozwarły podwoje - litawor wyszedł sam jeden do sieni szatę miał w jaką stroi się na boje całą od sutej błyszczącą czerwieni głowę pod hełmem piersi miasto zbroje pancerz obwijał z żelaznych pierścieni w lewicy tarczę mniejszego obłęku a pas od miecza na prawym niósł ręku gniewem lub troską zdał się kołatany nierównym stąpał i niepewnym krokiem gdy się zbliżyły rycerze i pany uczcić łaskawym nie raczył ich okiem drżący z rąk giermka wziął łuk i kołczany miecz nawet zwiesił ponad prawy bokiem a chociaż wszyscy omyłkę widzieli przestrzegać pana nikt się nie ośmieli już zstąpił z ganku już chorągiew złota wzniesiona pocznie na dzień krwawy świtać - już dosiadł konia już przyboczna rota miała go wrzaskiem i trąbami witać - lecz dał znak ręką aby zamknąć wrota jechać w milczeniu i o nic nie pytać a pacholiki i nadworne sługi aż za most wywiódł na dziedziniec drugi stąd nie gościńcem puścili rumaki ale na pewno skręcając się dołem przepadli między kurhany i krzaki znowu ku drodze nawracając kołem wąwóz ciemnymi wiedzie ich zatoki ścienione coraz rozsuwają boki jest od przykopów miejskich tak daleka jako niemieckiej broni grzmot doniesie mała zaledwie znana komu rzeka wąskim korytem błądząca po lesie ku drodze jednak coraz szerzej ścieka gubiąc się w wielkim jeziora okresie puszcza okrywa z boków jej zwierciadła a z przodu góra wyniosła usiadła tam gdy litewskie wymknęły się roty ujrzą śród góry przy blasku księżyca zbroje chorągwie szyszaki i groty błsynęło zagrzmi na hasło rusznica sypią się męże ściskają się roty murem krzyżacka stanęła konnica tak w noc miesięczną wyglądają świetnie na czole ponar zasadzone bory gdy z nich oskubie wicher szaty letnie a rosa jasne wieszając bisiory nagle się mrozem w szron perłowy zetnie błędnym przechodniom zdają się u wnijścia lasy ze srebra a z kryształu liścia ten widok gniewny w książęciu poduszcza skoczył z wyniosłym nad głową żelazem - wali się zbrojna w ślady jego tłuszcza ale się wodze dziwią że tym razem wojsko bez sprawy ladajako puszcza ani ich zwykłym ostrzeże rozkazem kędy sam myśli na czele ugodzić a jakie skrzydła odda im przywodzić więc rymwid pańską zastępując wolę obiega hufy szykuje śród drogi wklęsłe ku górze ściskając półkole pancernych w środek łuczników na rogi tak zawsze litwa zwykła stawić pole warknęły struny świsnęła strzał chmura.. "jezus! marya! naprzód! hop hop ura!" dopieroż drzewca ułożywszy w toku zerwą się bliżej - pierś na pierś uderzy.. zacóż wydarła potomnemu oku noc i zwycięstwa i klęski rycerzy swoi i cudzy zmieszani w natłoku - zewsząd szczęk razów wrzask chrzęsty pancerzy - pryskają bronie lecą hełmy głowy - co miecz oszczędza druzgocą podkowy książę jak skoczył tak goni na czele ani się jeden między tłumem boi znają czerwony płaszcz nieprzyjaciele poznali godła na hełmie i zbroi cofa się walcząc nieśmiała gromada - zwycięzca pędzi i na karki wsiada lecz któryż z bogów siłę w nim osłabił cóż stąd że zbiegłych natarczywie goni cóż stąd że bije - nikogo nie zabił! bezwładna szabla po pancerzach dzwoni albo się zwija odbita żelazem albo uchybia albo idzie płazem czując krzyżacy tak słabe natarcie odzyszczą serce z okropnym hałasem nawrócą czoła potkną się zażarcie i gęstych włóczni otoczą go lasem czy przelękniony czy splątany w tłumie brać ich na szable i tarcze nie umie trudno mu było całą unieść szyję krzyżactwo zewsząd kole strzela siecze wtem huf litewski nawałę rozbije biorąc go między puklerze i miecze ten słabe razy swoimi poprawia a ten od cudzych razów go zastawia już noc pierzchała już różane włosy zorza na wschodnim roztacza obłoki - bitwa wre dotąd ślepe lecą ciosy ni w tył ni naprzód nie ruszono kroku a bóg zwycięstwa przyszłe ważąc losy równy krwi ciężar stąd i zowąd bierze i szala dotąd w równej stoi mierze tak ojciec niemen mnogich piastun łodzi gdy rumszyskiego napotka olbrzyma wkoło go mokrym ramieniem obchodzi dnem podkopuje pierś górą wydyma ten natarczywej biorąc się powodzi na twardych barkach gwałt jej dotąd trzyma ani się ruszy skała w piasek wryta ani jej rzeka ustąpi koryta krzyżactwo długiej niecierpliwe bitwy na wierzchu góry stojący odwodem ostatni hufiec pędzą w środek litwy komtur ich wiedzie sam uderza przodem a zmordowanych długimi gonitwy gdy naparł świeżym i dzielnym narodem łamią się szyki krzyżactwo zwycięża wtem z góry zagrzmiał straszliwy głos męża.. ku niemu wszystkich podnoszą się oczy stoi na koniu a jako rozwiodła szeroko cienie sterczących warkoczy na śnieżnej górze wybujała jodła tak go szeroki płaszcz dokoła mroczy - czarny płaszcz czarny koń i hełm i godła trzykroć zawołał zleciał nakształt gromu nie wiedzieć za kim albo przeciw komu dobiega niemców między tłumem tonie bitwy nie ujrzysz ale zgiełk i jęki dają odgadnąć w jakiej walka stronie i jak straszliwy piorun jego ręki tam szyszak zniknie ówdzie sztandar padnie.. tłoczy się hufiec miesza się bezwładnie jako leśnicy gdy sosny lub dęby sieką wzdłuż puszczy słychać łoskot w dali jęczą topory chrobocą pił zęby kiedy niekiedy wierzchołek się zwali nakoniec między wyciętymi zręby ujrzysz i mężów i błyskanie stali - takie wysiekłszy środkiem niemców łomy darł się ku litwie rycerz nieznajomy śpieszaj rycerzu ożywić duch męski krzepić słabnących! spieszaj jeszcze pora! litwini bliscy ostatecznej klęski dzid i puklerzów warowna zapora już rozłamana sam komtur zwycięski po całym polu szuka litawora on się nie kryje - oba konie bodą wkrótce śmiertelny pojedynek zwiodą litawor szablę wynosi do cięcia komtur dał ognia z piorunowej broni.. zadrżą litwini pojrzą na książęcia - niestety szabla wypadła mu z dłoni cugle z słabego wyciekły ujęcia już pod szyszakiem nie dotrzyma skroni spływając z siodła już się bokiem chyli kiedy mu swoi na pomoc skoczyli jęknął mąż czarny a - jak czarna chmura ryknąwszy błyśnie piorunowym gradem - z taką szybkością leci na komtura zaledwie pierwszym zwarli się napadem pojrzeć - aliści komtur już pod koniem a rycerz bieży i tratuje po nim! gdzie obskoczyły książęcia dworzany przybiega chwyta rwie pancerza węzły ostrożnie zdziera blach zafarbowany wyśledza postrzał głęboko ugrzęzły wtem krew na nowo wytrysnęła z rany - ból zemdlonego do zmysłów przywoła otwiera oczy spoziera dokoła i znowu wciska na oczy przyłbicę z gniewem żołnierze i sługi odpycha a rymwidowi ściskając prawicę "już jest po wszystkim starcze - mówi z cicha - precz mi od piersi szanuj tajemnicę! ratunek próżny wkrótce umrzeć muszę.. wieźcie do zamku tam wyzionę duszę!" rymwid szerokie oczy w nim utopił - ledwie śmie wierzyć od zmysłów odchodzi upuszcza rękę którą łzami kropił dreszcz kości wstrząsa pot mu czoło chłodzi teraz poznaje głos nieznany wczora - niestety nie był to głos litawora! tymczasem rycerz upuszczone wodze starcowi wręczył sam do pana skoczył - rumaki każe nawrócić ku drodze chwiejącego się ramieniem otoczył składa na piersiach krew dłonią zaciska - dał znak samotrzeć pędzą z bojowiska i zbliżają się pod okopy grodu zaszli im drogę ciekawi mieszkańce ci bodąc konie przez tłumy narodu w milczeniu śpieszą na zamkowe szańce a skoro wpadli uchylono zwodu rycerz strażnikom przykazuje srogo ni tam ni za się nie puszczać nikogo wnet z resztą hufców ciągną bojownicy a choć wygrali tak poważne pole mała stąd radość była po stolicy ból serca ścisnął żałoba na czole każdy się pyta troskliwie o pana gdzie jest czy żyje jak głęboka rana nikt nie był w zamku nikt o niczym nie wie podjęto mosty i zemkniono zwory tymczasem w fosę między gęste krzewie schodzą trabanci z piłami z topory sieką chróst walą topole modrzewie a ociosane pnie gałęzie wiory toczą na barkach i wozach do miasta na taki widok żal i postrach wzrasta kędy świątynie miał władca pioruna i bóg co wichrem niepogodnym srebrnoruna codziennie krwawi poświęcone zgliszcze - tam stos ogromny kładą pod obłoki dwudziestem sążni długi i szeroki w środku dąb sterczał a pod dębem stoi niemiecki braniec na dzielnym rumaku z orężem w hełmie i zupełnej zbroi trzykroć łańcuchem przykuty do haku wódz to krzyżacki co był posłem wprzody zabójca księcia diterich z kniprody biegą mieszczanie rycerze kapłany - czekają końca zgadywać nie śmieją każdy zarówno w myślach kołysany między bojaźnią żalem i nadzieją w zamek smutnymi poziera oczyma a słuch na wieści wyprężony trzyma przecież i trąba ozwała się z wieży i most opada i wolnymi kroki rusza się orszak w żałobnej odzieży niosąc na tarczach bohatera zwłoki przy nich łuk włócznia miecz i sajdak leży wkoło purpurą świeci płaszcz szeroki - książęce stroje lecz nie widać lica bo je spuszczona zawarła przyłbica to on to książę wielkiego pan kraju mąż dużej ręki! kto mu rówien będzie czy gromić niemiec i hordy nogaju czy lud na słusznym rozsadzać urzędzie panie nasz zacóż dawnego zwyczaju nie widać w twoim pogrzebnym obrzędzie nie tak albowiem starożytność święta czciła twe przodki litewskie książęta zacoż do nieba nie idzie za tobą twój giermek każdej nieodstępny drogi i z próżnym sidłem okryty żałobą towarzysz pola koń jelenionogi i sokół i psy co wiatr pyskiem sieką i drugie z pyskiem wietrzącym daleko szemrała gawiedź - rycerze na stosie składają ciało mleko i miód leją - przy długiej trąby i fletni odgłosie śmiertelne pieśni wajdeloci pieją starszy pochodnię wziął i nóż ofiarny.. "stójcie!" - stanęli - nadjechał mąż czarny "któż on - pytają wszyscy - któż on taki?" poznało wojsko on na polu wczora kiedy litweskie złamano orszaki i obstąpiono zewsząd litawora przypadł odwagę stygnącą zapalił niemców wysiekał komtura obalił tyle o czarnym rycerzu wiedziano dziś w tymże płaszczu na tymże rumaku.. lecz po co przybył skąd ród jakie miano stójcie i patrzcie! uchyla szyszaku uchyla twarzy.. on! litawir! książę! dziw nagły zmysły i mowę zabiera - nakoniec radość skrzepły głos rozwiąże opłakanego widząc bohatera wrzasną i klasną wrzask o gwiazdy bije "litawor żyje! książę pan nasz żyje!" stał i ku ziemi dzierżał lice blade - hałas grzmi jeszcze powtarzany echem zwolna wzniósł czoło obejrzał gromadę za okrzyk lekki dziękując uśmiechem nie był to uśmiech co z serca poczęty rozjaśni lica i w oczach zaświeci - ale jakoby gwałtem przyciągnięty usiadł na ustach i wkrótce uleci tyle dodaje smutnej twarzy wdzięku ile kwiat w bladym nieboszczyka ręku "zapalcie zgliszcze!" - palą - ogień bucha a książę dalej "wiecie-li wy czyje zwłoki na stosie giną?" - cichość głucha - "niewiasta choć ją męska zbroja kryje niewiasta z wdzięków a bohater z ducha! ja się zemściłem lecz ona nie żyje!" rzekł bieży na stos upada na zwłokach ginie w płomieniach i dymu obłokach epilog wydawcy czytelniku! jeżeliś przepatrzył cierpliwie i nie rad snać do końca czemu się nie dziwie bo w żmudnym zaplątaniu gdy wątku się schwyta podrażniona ciekawość gniewa się niesyta za co książę sam został a wyprawił żonę za co śród boju przyniósł niewczesną obronę czy księżna własną wolą zastąpiła męża przecz litwawor na niemce jął się od oręża?.. dostatnich odpowiedzi napróżnobyś badał wiedzże że autor co te historyje składał ile widział lub słyszał (był naonczas w mieście) to pokrótce spisawszy zamilczał o reszcie nie mogąc prawdy zmacać i na jaw wysadzić a nie chcąc fałszywymi domysłami zdradzić gdy umarł jam rękopis wziął po nieboszczyku a sądząc iż rad będziesz miły czytelniku kiedy z ukrycia wyjdą na publiczne oczy i koniec się jakkolwiek przycięty dotoczy pytałem nowogrodzian ludzi godnych wiary ale żaden nie wiedział jeno rymwid stary i ten jak stary prędko rozstał się z żywotem a póki żył nikomu nie powiadał o tym snać w przysiędze uwiązan albo obietnicy szczęściem był drugi człowiek świadom tajemnicy giermek księżnej pod onczas we dworcu przytomny ten jako człowiek prostak mniej w języku skromny gadał a jam spiskował wiedząc iż powieści wiążą się do podanej od autora treści czyli całkiem prawdziwe - trudno dać porękę a kto o fałsz pomówi nie wyzwę na rękę bo tu nic zgoła własną nie nadstarczam głową a com z giermka usłyszał oddam słowo w słowo giermek zaś tak powiadał "księżna sfrasowana długo błagała męża padłszu na kolana ażeby na kark litwie nie zwał nieprzyjaciół ale on tak się w gniewie uporczywy zaciął i jej prośby z szyderczym słuchając obliczem "nie" i "nie" - odpowiadał i odprawił z niczem sądziła go przekonać łacniej w innym czasie rozkazała posłańców zatrzymać w tarasie lub za mury wyprawić wyprawiłem cicho zbłądziliśmy oboje - a stąd całe licho bo komtur odpowiedzią twardą zagniewany miasto posiłków niesie ogień i tarany kiedy o tej nowinie uwiadomił panią biegła znowu do męża - jak z daleka za nią - weszliśmy ciemno było w komnacie i głucho książę strudzony zasnął na oboje ucho stanęła podle łoża lecz nie śmiała budzić czy nie chcąc darmo prosić czy sennego trudzić ale w rychle na obrot rzuciła się nowy bierze szablę książęciu leżącą u głowy - pancerz kładzie mężowski płaszcz na piersiach zwiesza i lekko drzwi przymknąwszy na ganek pośpiesza mnie srogo zakazuje o niczym nie gadać koń już był siodłany kiedy miała wsiadać szabli nie obaczyłem przy jej lewym boku zapomniała przypasać lub zgubiła w mroku biegnę szukam powracam - aż zamknięto wrota patrzę oknem - niestety już za bramą rota strach mię ścisnął jakobym obrzucan żarzewiem myślę pocę się kręcę co mam począć nie wiem widać blask i grzmot działa rozlega się wdali zrozumiałem że z niemcy bitwę zagajali wkrótce litawor czyli dosyć mając spania czy zbudzony łoskotem zerwał się z posłania woła klaszcze i woła ja drżący ze strachu wsunąłem się na klęczkach w ciemny zakąt gmachu widziałem jako szukał oręż i zbroje kołatał we drzwi skoczył na księżny pokoje wrócił wyłamał rygle wyleciał na ganek ja do okna (a już się zbierało na ranek) - książę spoziera wkoło i nastawia uszy i krzyczy ale w zamku nie ma żywej duszy potem na dół jakoby nieprzytomny sobie skoczył gdzie stały jego rumaki przy żłobie - wyjechał ku okopom wstrzymał się u wałów słuchał skąd zgiełk uderza skąd ogień postrzałów a wypuściwszy wodze lotem błyskawicy przez dziedziniec most bramę pędzi ku stolicy ja z okna patrzę czekam niecierpliwie końca.. wszystko ucichło zgasło koło wschodu słońca wraca litawor rymwid - i grażyna z łęku wysadziwszy omdlałą dźwigali na ręku strach wspomnieć! kędy stapią krwawy strumień w pierś ciężko zaraniona i skonania bliska [pryska padła niema to nogi ściskając książęce to załamane k'niemu wyciągając ręce "przebacz mężu mój! pierwsza i ostatnia zdrada!" książę płacze podnosi - zemdlona upada - skonała - wstał i odszedł i rękami oczy zakrył i stał - ja wszystko widziałem z uboczy a gdy z rymwidem jęli kłaść na łoże ciało umknąłem - wiecie wszyscy co się dalej stało." tyle on giermek gadał pod sekretem zrazu lecz ze śmiercią rymwida minął strach zakazu (bo rymwid wzbronił o tym przed ludem rozplatać) wieść tłumiona poczęła coraz szerzej latać dziś żadnego nie znajdziesz w nowogródzkiej gminie coby ci nie zanucił piosnki o grażynie dudarze ją śpiewają powtarzają dziewki i dotąd pole bitwy zwą polem litewki.